Posts Tagged ‘gender’

O seksie i naukowosci

Przez ostatnie tygodnie jedynie kupowałam co ciekawiej wyglądające gazety i składałam je na stosik. Od wczoraj powoli przeglądam. Na wierzchu stertki tygodnik Kan tianxia – “patrzeć na to, co pod niebem” – czyli na swiat. O wprowadzaniu reform na Kubie (tygodnik wypisuje szczególowo, ku pokrzepieniu zmordowanych inflacją chińskich serc, z czego składa się kubańska racja żywnosciowa na osobomiesiąc), o “moim ojcem jest Li Gang” (jak zaznacza tygodnik, z “pewnych przyczyn” nie ogłaszano tego swiatu wczesniej, ale Li Gang i rodzice zabitej dziewczyny zawarli ugodę). I o edukacji seksualnej w szkołach.

Artykuł w sumie nic szczególnego (a tytuł posta dałam, rzecz jasna, w celu zwiększenia czytelnictwa bloga :-D ). Nasuwa natomiast jedno ważne pytanie. Ale po kolei. Chiny, jak i Polska borykają się z problemem edukacji seksualnej w szkołach, niby trzeba, ale nie wiadomo, jak się zabrać. Tygodnik przedstawia pewną pekińską podstawówkę i szkołę srednią, w których – w ramach eksperymentu, zdecydowano się wdrożyć lekcje wychowania seksualnego. Patronem i inicjatorem programu jest seksuolog Fang Gang, postać wielce tu kontrowersyjna. Parę lat temu swoje badania do pracy doktorskiej prowadził w klubie nocnym, co oburzyło wówczas media i czytającą artykuły w rodzaju “doktor z Uniwersytetu Ludowego szpiegując w shenzheńskim nocnym klubie pisze rozprawę” publikę. Gdy parę lat później pisał o związkach homoseksualnych, społeczeństwo “oskarżyło go” o bycie homoseksualistą. Teraz gorszy dzieci w szkole. Artykuł opisuje, jak grupa nauczycieli kierowana przez dr Fanga uczy, jak otwarcie mówi rodzicom i nauczycielom, że negacja, potępianie, ucinanie rozmów, nauczanie o “strzeżeniu ciała niczym jadeitu” i nakłanianie młodzieży do złożenia przysięgi dochowania czystosci do nocy poslubnej (a i takie pomysly na edukację seksualną pojawiały się w innych szkołach) nie mają już racji bytu. Nie mają np. wobec faktu, że 8% dziewcząt w wieku 15-19 lat przyznało się do przejscia inicjacji seksualnej, a 21.3% (!!) z tych 8% ma za sobą doswiadczenie zajscia w ciążę (zas 4.9 % zachodziło w ciążę już kilkakrotnie), a pekińskie prywatne szpitale (tylko w prywatnych placówkach ciążę może usunąć osoba niezamężna) po wakacjach zanotowały 50% wzrost liczby nieletnich chcących dokonać aborcji. Bo, chociaż młodzież oburza się, gdy zaproponować im edukację seksualną (“czy chcecie zasugerować, że jestesmy niemoralni?” – trudno w sumie, by inaczej reagowali w szkole, która szpieguje uczniów, by o tym, że np. tworzą związki, donosić do rodziców) i choć wydawnictwa pornograficzne czy strony o takich tresciach są nielegalne (strony są blokowane, rozpowszechnianie pornografii karalne), to jednak młodzież i tak zdobywa w drugim obiegu tego typu wydawnictwa czy płyty i z nich czerpie wiedzę. Albo poszukuje tzw. wiedzy podwórkowej.

Rodzice uczniów poddanych “eksperymentowi”, to w większosci osoby urodzone w latach 60-tych i 70-tych. Ich dzieciństwo i młodosc upłynęły w atmosferze negacji, całkowitego usunięcia sfery płciowosci z oficjalnego dyskursu (zstąpiła oczywiscie do podziemia, a może raczej “podławcza”, pod pulpitami ławek z wypiekami na twarzach przeglądano odpisywaną nieskończoną ilosć razy w szarych zeszycikach anonimową “powiesc erotyczną” pt.: “Serce dziewczyny”, za jej posiadanie były surowe kary, organa wychowawcze uważały, że kto przeczyta, ten własciwie niejako od razu skazany jest na popełnianie przestępstw na tle seksualnym). Milosć, uczucie, seks, były klasowo podejrzane, piesni miłosne spiewane do Mao zhuxi a nie do pięknych dziewcząt, czy przystojnych chłopaków, a związki niesformalizowane najscislej ukrywane. Odkryte, karane i piętnowane. Przez wszystkich. Od najmłodszych, rzucających w osoby z takiej relacji czymkolwiek, co pod ręką i wrzeszczących w kierunku takich “dzikich gołębi” “klasowe” hasła, poprzez rodziców robiących wszystko, żeby taki, mogący zagrozić całej rodzinie związek, przerwać, aż po organizacje i aktywy, które zmuszały do samokrytyki i urządzały takim osobom “wiece krytyki i walki”. Z obrzucaniem starymi butami (po xie – stary, znoszony but to okreslenie kobiety utrzymującej pozamałżeńskie relacje erotyczne) włacznie.

Dzis, patrząc na te czasy, starsi czują nostalgię, młodsi tęsknotę za romantyczną miłoscią, która pokonuje wszystkie przeszkody, a artysci natchnienie. Skończony cynik, nieodżałowany Wang Xiaobo, nieco nostalgiczną historią (ale jak opisaną! Dosc powiedzieć, że musiał ją wydać na Tajwanie, tu nie szło) takiego “nielegalnego” związku otwiera swoją zjadliwą “Złotą erę”. A ostatni film Zhang Yimou, “Shanzha shu zhi lian” (cos mniej więcej jak “Milosc drzewa głogu”) opowiadający historię ukrywanego młodzieńczego związku z tamtych lat zarobił z powodzeniem pieniądze 20-latków jak i ich rodziców. Główna bohaterka w wieku lat 17-tu w pamiętniczku, broniąc się przed uczuciem, zapisuje: “niegdy nie ulegać drobnomieszczańskim, kapitalistycznym pokusom!” Czyli miłosci i pociągowi fizycznemu własnie. I zamartwia się, czy mogła zajsc w ciążę poprzez przytulenie jej przez chłopaka. Dziedzictwem na dzis jest nie tylko nostalgia, ale i ten cały pokoleniowy brak wiedzy, wstyd, poczucie, że erotycznosc to cos złego, co może zniszczyć przyszlosć. Zjawiska te przełożyły się oczywiscie na relację tej generacji z własnymi dziećmi – sfera seksualnosci traktowana jest do dzis jako zupełne tabu a rodzice mają tylko cichą nadzieję, że pomijana w rozmowach, przynajmniej do czasu studiów, erotyka nie będzie dla dzieci istnieć. Powszechny jest strach, że raz przez młodą osobę odkryta, przesłoni jej cel, jakim jest dostanie się na studia i nauka. I co? Jesli wierzyć “Kan tianxia”, to własnie rodzice przeżywający swoje młode lata w takich czasach w przytłaczającej większosci (90%) zgodzili się, aby, ich uczeszczające do objętej eksperymentem szkoły dzieci chodziły na lekcje “edukacji seksualnej i genderowej” opracowane przez dr Fanga. Czemu?

Bohaterowie “Miłosci drzewa głogu” – nawet koszula założona na głowę w celu utrudnienia identyfikacji nie pomogła – w chwilę po jeździe para została złapana przez matkę dziewczyny, po czym wymuszono zerwanie

Jesli dalej wierzyć tygodnikowi, dr Fang i jego wspólpracownicy zdołali przekonać rodziców do tych nauk, chociaż metody i poglądy stosowane w raczkującej chińskiej edukacji seksualnej mogą uchodzić za kontrowersyjne w konserwatywnym obyczajowo społeczeństwie. Dr Fang postulował m in., aby w szkolnym gabinecie lekarskim znalazły się i prezerwatywy. Film, który dano do obejrzenia nastolatkom pokazywał nagie ciała, zas sam Fang przekonywał dzieci, że orientacja homoseksualna jest czyms całkowicie zwyczajnym i naturalnym. Niektóre z podejsc chińskiej seksuologii mogą wydać się kontrowersyjne w mniej konserwatywnych kręgach. Jedna z nielicznych na chińskim rynku książeczek dla młodszych uczniów dotycząca płciowosci definiuje dziewczynki jako nie mające xiao jiji i ukazuje chłopca, w którego oczach czyni je to w jakis sposób wybrakowanymi (o, Freudzie!). Wydawnictwo to ponadto chłopców prezentuje jako lubiących rywalizację i grę w piłkę brudaski, a dziewczynki jako preferujące zabawy w dom, lubiące warkoczyki i płacze przy byle okazji czyscioszki. Jesli dalej wierzyć tygodnikowi (można jednak przypuszczać, że ten celowo do pewnego stopnia pominął aspekt protestów rodziców, żeby nie dodawać kontrowersji, nie podkreslać tak tu nielubianego konfliktu), jedyne obawy rodziców dotyczyły wieku, w którym ich pociechy otrzymają edukację seksualną (dr Fang twierdzi, że im wczesniej, tym lepiej). Tak czy inaczej, edukacja seksualna w tej szkole jest. Jak więc to zrobili?
Cóż, dr Fang naprzmiennie szafował hasłami o naukowosci takich lekcji i cytatami z …. Zhou Enlaia.

“czemu ja lubię szmaciane lalki, a on strzelanie z karabinu?” “czemu ja mam krótkie włosy a ona dwa warkoczyki?” Czy to dziecko, czy dorosły, nie jestesmy tacy sami. Zobaczmy więc w czym się różnimy…

“mają krótkie włosy, mają dużo siły i czasami są troche brudni…”

“chłopcy siusiają na stojąco, a dziewczynki na siedząco? Czemu tak się dzieje?…”

Cytaty z Zhou Enlaia (oczywiscie to nie te powyższe, powyższe ze wspomnianych ksiązeczek są) i ich rolę w przekonywaniu kogokolwiek do czegokolwiek zostawmy może na inna okazje. A naukowosc? W oczach kogos, dla którego wiara w “naukowosć” już dawno została zdemaskowana jako jeszcze jeden mit nowoczesnosci, jako iluzja stałosci i oparcia, tam, gdzie ich w rzeczywistosci nie ma, ta chińska wiara w naukę, naukowosć wlasnie, wiara, że sama nauka może stać się swiatopoglądem (naukowym!), że możliwa jest wiedza obiektywna, takze ta humanistyczna, dotycząca ludzkiego życia i ludzkich wyborów i że przyczyniac się moze ona do szczęscia (jak mówi dr Fang, celem jego edukacji jest zdrowie i szczęscie dzieci), musi zadziwiac.

Pamiętam, jak w zeszłym roku na jednych z zajęć na moim szanghajskim uniwersytecie wywiązała się dyskusja o tym, czym jest naukowosc. Nauczyciel i studiujący przescigali się w mówieniu czym ona jest – rugowaniem mixin - przesądu (tutaj “przesąd” jest drugim biegunem naukowosci), postępem, rozwojem, wprowadzaniem nowoczesnosci etc. W końcu nauczyciel wpadł na pomysł, żeby zapytać jedynego laowaja na sali. Gdy zaczęłam mówić, że o naukowosci czegos przesądza zastosowana metoda, a nie wynik, że kluczem jest falsyfikowalnosc i możliwosc kontrolowania warunków eksperymentu, na sali zapanowało zdumienie, zas nauczający podsumował: “patrzcie, jak inaczej, jak osobliwie myslą ludzie Zachodu”.

W naszych oczach ta chińska wiara, ze nauka i “naukowosc” naprawi społeczeństwo, przyczyni się do jego szczęscia, że to, co uznane za “naukowe” nalezy po prostu przyjąć, bo takie są “prawa postępu”, to wysokie zaufanie do szkoły jako pasa transmisyjnego “postępu” i “naukowosci” moze jawić sie jako niezły mixin. Pewnie tak samo jak tutaj jawiłyby się nasze różne widniejące na sztandarach “wartosci”, kłótnie o podręczniki, o “wychowania do życia w rodzinie” vs “wychowania seksualne”, walki o szkolne krzyże etc. No więc pewnie to wszystko jawiłoby się jako straszny mixin. Pod warunkiem, że w ogóle udałoby się wytłumaczyć Chińczykom, o co w tym wszystkim mniej więcej chodzi.

Na zakończenie kilka fantastycznych odpowiedzi chińskich rodziców na pytanie: “mamo, tato, skąd się wziąłem”, jakie usłyszeli w przeszłosci obecni czytelnicy Kan tiaxia, a którymi podzielili się w sondzie (dzięki nim ma się wrażenie, że lekcje wspólpracowników dr Fanga w sumie to przydałyby się nie tylko dzieciakom). No więc: “mamo, tato, skąd się wziąłem?”

“Wyciągnęlismy cie ze smietnika…”

“Znaleźli mnie za górą. Gdy uciekali ze mną, gonił ich wilk, tata z tyłu go bił, a mam uciekała przodem ze mną na rekach…”

“Pani w warzywniaku nie dawała rady dłużej mnie utrzymywać, więc mam wróciła z zakupów i z warzywami i ze mną…”

“Ukradli mnie innym ludziom. A jak to mówili, to jeszcze pokazywali mi zdjęcie, jak mama trzymając mnie gdzies biegnie, mówiac, że to robione w momencie, gdy mnie kradła…”

“Kupili mnie w sklepie…”

“Zabrali od złomiarza, bo zawsze jak szli do wujka, mijali tego złomiarza, mama mówi, że ten złomiarz i jego żona to moi prawdziwi rodzice”

“Mówi, że wymieniła mnie za porcje kiszonych warzyw…”

“Z ZOO, zabrali mnie z pobliża klatki z niedzwiedziami”

“Mikołaj wrzucił mnie przez komin…”

19

01 2011

Taniec brzucha i Xinjiang connection

W poście “mój klub sportowy” wspominałam o obserwowanym przez mnie przez szybę kursie tańca brzucha, w którym oprócz przepasanych dzwoniącymi chustami kobiet brał udział dryblasowaty i pofarbowany na blond Japończyk. A w komentarzach pojawił się wątek pekińskiego nauczyciela tego rodzaju tańca, Guo Weia (artykuł o nim tutaj) .

Jako, że dziś  skończyłam pisać wielgaśną pracę semestralną (jedną z sześciu, po co mi to było), dzięki której ostatnie dni spędziłam w moim przemrożonym, wilgotnym pokoju w dwóch parach spodni i z termoforem przytroczonym do krzyża, postanowiłam zrobić coś, co doda mojemu życiu trochę 新鲜感 (wniesie powiew świeżości). Innymi słowy, zamiast latać wieczorem razem z “mocnymi babami” na bieżni, postanowiłam przenieść się na drugą stronę klubu, tam gdzie jest zdecydowanie bardziej kobieco – czyli innymi słowy dołączyć do rzeczonego kursu tańca brzucha.

新鲜感 było, i to jakie. Gdy wtedy obserwowałam lekcję przez szybę, po prostu umknął mi jeden dość istotny szczegół. No więc stoję w moim dresie (bardziej pasującym do tej drugiej strony klubu, ale co tam) pośrodku dziewczyn i kobiet we wdzięcznych ciuszkach i chustach, a naprzeciw nas stoi nauczyciel, patrzy w lustrzaną ścianę i z troską poprawia opaskę na włosach. Jest na bosaka, ma błyszczące spodnie-szarawary, bluzeczkę odsłaniającą brzuch, no i opaskę z szeleszczącymi monetami na biodrach. Jest dość pokaźnego wzrostu, na oko 25 letnim, Ujgurem.

Ze swoją egzotyczną tutaj twarzą, ciuszkami, sprawia wrażenie, jakby urwał się z zupełnie innej baśni niż całe to towarzystwo, nawet z innej niż samuraj przepasany dzwoniącą różową chustą.

Myślę sobie “przecież koleś nawet nie ma specjalnie bioder (co zresztą udatnie maskuje szarawarami i chustą) - jak on ma nas uczyć kręcenia tymiż? To trochę jakby dragqueen uczyła mnie, jak być kobietą”. Obawiam się, że będzie po prostu naśladował kobietę.  Z początkiem lekcji przechodzi mi ochota na głupie pytania i wątpliwości. Nasz ujgusrki nauczyciel tańczy w sposób całkowicie naturalny, wiarygodny, ma ewidentnie rzecz we krwi i patrząc na niego zapomina się, że ten taniec to domena kobiet (chociaż czy aby na pewno? Ale o tym jeszcze za chwilę). Nie naśladuje kobiety, ale uczy tak, że każda baba może się od niego mnóstwo nauczyć. Poprawia, pokazuje, z wyrozumiałością patrzy na nasze sztywne podrygi (moje, jeśli chodzi o śmieszność, plasują się na miejscu pierwszym, ale czuję na plecach oddech Japończyka). Kobity widać, ze czują się swobodnie –  master jest tak odmienny na każdej możliwej skali, że nie da się porównać, a tym samym np. zazdrościć (bioder, talii, czy czego tam się zazwyczaj zazdrości). Ja też czuję się dobrze (poza tym, że dociera do mnie ze straszną jasnością, że jestem pokraką), bo w tej zbiorowości jestem dopiero trzecim (i to nieistotnym), po samym nauczycielu i farbowanym samuraju, dziwologiem. Jeszcze mi się tutaj coś takiego nie zdarzyło.

No ale wracając do męskiego tańca brzucha. Okazuje się – jak poszukać, a mnie to tak zafrapowalo, że po powrocie zaczełam kopać w sieci – że facet gnący się w tańcu brzucha to bynajmniej nie tylko rezultat naszego współczesnego genderowego poluzowania, przemieszania etc., ale jak najbardziej wielowiekowa tradycja. Która, owszem, właśnie obecnie przeżywa, np. w Egipcie i na Bliskim Wschodzie (tzn. od Europy bliskim), swój, niepozbawiony różnych genderowo-religijnych zderzeńrenesans. I że linkiem łączącym chińskiego faceta z tańcem brzucha może być nie tylko obecna faza globalizacji, dzisiejsze media czy domniemywany przez niektórych homoseksualizm, ale np. taki nieszczęsny, postrzegany tutaj niemal wyłącznie albo jako źrodło kłopotów, albo jako ojczyzna najlepszego makaronu, Xinjiang (zauważyłam ostatnio, że są ludzie, którzy jak chcą powiedzieć Xinjiang, to bywa, że towarzyszy temu naśladowanie gestami charakterystycznych ruchów miotania ciastem makaronowym, które zresztą zasługuje na osobny wpis, podobnie jak kungfu makaron – forma sztuki, dla której owo miotanie bylo inspiracją).

P.S. Wklejony przeze mnie powyżej jako odnośnik  tekst A. Shaya pt. “The male dancer in the Middle East and Central Asia” to nie tylko ciekawe źródlo informacji o facetach w historii tańca brzucha, ale po prostu dobry tekst o tym, co w tytule (cóż, tradycja tancerzy w regionie mocno wiąże się z wykorzystywaniem młodocianych, tylko pewnie wtedy to nikomu, łącznie z zainteresowanymi, na myśl nie przeszlo). No a poza tym, ten tekst to przy okazji ciekawy przyczynek rzucający pewne światło na złożoność kwestii homoseksualizmu w Islamie.

P.P.S. (napisany 2 dni później) Tzw. życie zawsze przegoni dowolną historię. Znajoma Kostarykanka –  kick-bokserka powiada, że nasz nauczyciel tańca brzucha jest też trenerem kick-boxingu, wtedy zamiast dzwoneczków i chust ma dres i nieźle pierze….

21

11 2009