Posts Tagged ‘konsumpcja’

Mężczyzna powinien… (czesć druga)

Na szybach gęste kwiatki wymalowane mrozem, w drzwiach spłowiała zasłonka ze smokiem i feniksem. Mdła żarówka u sufitu. Na ścianie portret Mao i Zhou, na szafie plastikowe kwiatki. Gospodarz napalił nam w kangu. Leżymy na nim w kurtkach i czapkach pod kilkoma kołdrami, para bucha nam z ust i popijamy herbatę z…whisky i zastanawiamy się, czym byłaby pólnoc Chin bez kangu. Z iPhone’a SHL (SHL ma na sobie dwie czapki) lecą różne – sylwestrowe – hity. W tej drugiej, kuchennej izbie, pod ścianą sąsiadującą z kangiem, stos kapusty – żeby nie przemarzła. I niski piec na drzewo. Wody bieżącej nie ma. Zamarzła. Góry z czterech stron. Na nich ruiny Wielkiego Muru. Gwiazdy takie, że wydaje się, jakby to było jakies inne niebo. Za 10 dwunasta w całej wiosce gaśnie światło. Sylwester. Doswietlamy iPhone’m.

Jak nietrudno się domyślać, przeziębiłam się nieco, więc nagle znalazł się czas na kolejny wpis. Co powinien mężczyzna? Kto stawia mu te wymogi, kto ustala powinności? I czym to skutkuje?

W chińskich miastach coraz wyraźniejszy jest trend, który nigdy dotąd chyba się jeszcze w Chinach nie uwidocznił. Młodzi rodzice zaczynają preferować płeć żeńską potomka. Yanger fanglao – „chować syna aby pomagał na stare lata” zmienia się w “chować córkę aby pomagała na stare lata”. Dawniej córka przechodziła do rodziny męża i jej pomaganie na stare lata ograniczało się znacząco do pomagania teściom. To syn dziedziczył i odwdzięczał się rodzicom opieką na starość. Dziś narodziny syna nie tylko nie oznaczają zapewnienia opieki na starość, ale – przeciwnie – oznaczają ogromny wydatek, który na starość będzie trzeba ponieść. Coraz częściej rodzice zakładają fundusz już w momencie narodzin syna. Posag. W dzisiejszych Chinach mężczyzna, aby liczyć się na rynku matrymonialnym (przypomnijmy konkurencja jest duza, jako, że i dysproporcja pomiędzy liczbą kobiet a męzczyzn w Chinach jest poważna) musi mieć posag. I to nie byle jaki. Moja nauczycielka, ze stołecznej, profesorskiej rodziny : “co zrobić, muszę, inaczej nie mogłabym spojrzeć w oczy synowi, przeze mnie nie miałby żony”. Mężczyzna powinien wnieść do małżeństwa mieszkanie. Dla przytłaczającej większości młodych Chinek i ich rodziców wniesienie do wspólnego stadła (mieszkanie oczywiscie natychmiast musi stać się wspólne) przez przyszłego pana młodego mieszkania jest najbardziej podstawowym warunkiem zamążpójścia. Powstało nawet nowe pojęcie ekonomiczne – 丈母娘需求 zhangmuniang xuqiu - “potrzeby teściowych”, w tym ta jedna, fundamentalna. Chcący zdobyć żonę młodzi powinni uwzględniać także i ten rodzaj potrzeb.

xin_2811060515187341939545“Kochani, pobieramy się” – osoby niosące mieszkanie to oczywiscie rodzice pana młodego.

33df5c5b71f34b37800344bf7fbfded8

W020090908496020101793

Na mankiecie ręki z biczem napis “tesciowa”, Chłopak niesie na plecach mieszkanie w kształcie strzałki z napisem “ceny mieszkań”. Popularne jest tłumaczenie wysokich cen mieszkań nadmiernymi “potrzebami tesciowych”

20100920114708_41595

Jak mawial Makesi, byt kształtuje świadomość. Ceny mieszkań, dzięki działaniu ręka w rękę władz lokalnych i deweloperów, dzięki spekulacjom na rynku budowlanym, no i wreszcie dzięki ograniczeniom przestrzennym (jak chcieliby niektórzy, także i dzięki nadmiernie rozbuchanym “potrzebom tesciowych”), szybują do niebotycznych rozmiarów, stawiając kupno mieszkania zupełnie poza możliwościami młodych ludzi i czyniąc z niego prawdziwy fetysz. Rząd centralny ustami swoich najbardziej prominentnych przedstawicieli wielokrotnie zapewniał, że teraz już, za chwilę, ceny mieszkań spadną. Po tych deklaracjach działo się dokładnie odwrotnie, co tylko pokazało, w czyich rękach tak naprawdę leży władza, jeśli chodzi o rynek mieszkaniowy. Na moim osiedlu – ani dobrym ani złym, znosnym, w dobrym punkcie, ale bez luksusów, cena 60 metrowego mieszkania waha się w granicach 3 milionów yuanów (ok 1.4 mln złotych) i – jak wszystko przy obecnej inflacji – rośnie. Średnia pekińska pensja to niecałe 5 tysięcy yuanów, ale w mieście takich kontrastów nietrudno się domyślić, ile osób musi zarabiać grubo poniżej średniej, aby była ona właśnie taka.

Mieszkanie traktowane jest schizofrenicznie – jako dobro absolutnie poza zasięgiem, a jednocześnie i najzupełniej podstawowe.”Mieszkanie daje poczucie bezpieczeństwa”, “małżeństwo bez mieszkania to nie jest żadne małżeństwo” – powiadają zgodnie moje młodsze chińskie koleżanki. “No dobra, a mieszkanie na morderczy kredyt, które sprawia, że on staje się fangnu – niewolnikiem mieszkania, lub yinghang xiaolinggong – drobnym robotnikiem pracującym dla banku, też daje takie poczucie? Co w tym innego niż wynajmowanie, skoro dopóki kredyt nie jest spłacony, mieszkanie stanowi własnosć banku?” – pytam się WLY, która przyjechała do Pekinu na studia z pewnej południowej prowincji. “Daje. Tylko bardzo nowoczesne osoby są w stanie nie myśleć o mieszkaniu przy zamążpójściu”. I tyle.

fangnuSlimak i krab pustelnik – zamieszkujący opuszczone muszle- symbole dwóch rodzajów podejscia do mieszkania. Slimak – niesie ze sobą cieżar jakim jest dom i spłata kredytu, krab wynajmuje mieszkania. Slimak: “zestarzałem się a wciąz jestem niewolnikiem mieszkania”. Krab: “kupno mieszkania nie dorównuje wynajmowi!”

WLY nie kryje, że wcale nie jest i nie chce być super nowoczesną osobą, bo wie, czym to grozi. Studiuje na znakomitym uniwersytecie, ale nie będzie szukać pracy na świeczniku. Ideałem jest szeregowa praca w jednostce państwowej, z dużą ilością dodatkowych świadczeń, niekoniecznie w zawodzie. “Rodzice zawsze mi powtarzali, że dziewczyna nie może być zbyt ambitna, bo nie znajdzie męża” – mówi. Jak mówi, jej studia są po to, aby „dać rodzicom twarz”w niewielkim mieście skąd pochodzą i ewentualnie znaleźć przyszłego męża. Ale i tutaj dużo się zmienia. Na studiach niekoniecznie występują odpowiedni kandydaci. Bo idealny mąż powinien być starszy, z doświadczeniem, dobrze by było, żeby to mieszkanie, które wnosi w posagu, było dowodem jego faktycznej pozycji, a nie tylko “wyżyłowaniem” starych rodziców (ken lao – dosł. wyssanie starych, to dziś niestety dla większości jedyny sposób na sprostanie “potrzebom teściowych” i ich córek). No, chyba, że to nie żyłowanie biednych staruszków, ale gest dobrze postawionego taty. Wtedy to mieszkanie to tylko wstęp, gwarancja, że jako żona fuerdai - przedstawiciela drugiego pokolenia bogaczy, dziewczyna będzie mogła korzystać z przywilejów należnych takiej rodzinie.

58a6d4eat79e11141fa52&690“Drugie pokolenie bogaczy wybiera konkubinę”. Mezczyzna jest ubrany w cesarskie szaty, siedzi na ceraskim tronie

fuerdai2“Mozna zaoszczedzic sobie tyle lat zmagan!” – mowia kandydatki do ozenku z fuerdai.

Jesli nie jest fuerdai, chłopak powinien mieć, oprócz mieszkania, chociażby plan życiowy. “No bo jakie ty tam masz wlasciwie stanowisko…pracownik działu kultury. Jaki masz plan życiowy?” – pyta sceptycznie jedna z uczestniczek Feicheng wurao, części, której już nie przedstawiłam, bo mi sił zbrakło. “Moim planem jest po prostu dobrze wykonywać moją pracę” – niepewnie broni się chłopak. “No nie, czyli nie masz planu” – różowe usteczka krzywią się. “Plan, czyli – wylicza na palcach z różowymi paznokietkami – za dwa lata zostaję wiceszefem działu, za cztery szefem, za sześć — dyrektorem departamentu”. Że też mu musi tłumaczyć takie podstawowe rzeczy.

Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że dla pewnej części młodych Chinek, jak dla mojej znajomej z Pekinu, MJ, chłopak nie musi mieć mieszkania (dla jej dobrze postawionej, inteligenckiej rodziny mieszkanie nie jest żadnym złotym cielcem), wystarczy, że jest ambitny, ma perspektywy, no i własnie plan życiowy. Dla zupełnej sprawiedliwosci trzeba dodac, ze są tu dziewczyny, które to wszystko przeraża, które pytane o to, co mężczyzna powinien, mówią: “powinien być kims takim, z kim będę dobrze się rozumieć”. Tak mówi SXY. SXY ma rodziców artystów chodzących w wyciągniętych swetrach i rozkochanych w literaturze. Sama jedździ po przedszkolach i robi dzieciom zajęcia plastyczne mające rozwijać ich wyobraźnię.

Jeszcze słowo o szukaniu męża na studiach i szukaniu w ogóle. Problem jest nie tylko z brakiem odpowiednich kandydatów na uczelni, ale z samymi studiami jako czasem na poszukiwanie męża. Bo łatwo powiedzieć – znajdź sobie na studiach męża. Za flirtowanie, tworzenie par w szkole średniej czekał donos do rodziców i kary od szkoły (miłość przeszkodziłaby w nauce), skąd nagle wiedzieć, co robić, jak się poznawać, jak być razem? “To jak znajdziesz tego męża?” – pytam się WLY. Zbliża się chiński Nowy Rok. Moje młodsze koleżanki wracają na święta do domów. Ona też. W rodzinnym miescie czeka kilka umówionych przez rodziców spotkań. “Rodzice mają znajomych, a oni synów, rodzice wiedzą, kto ma jaką pozycję, kto by się nadawał, wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej”. Kandydaci wpadną na niezobowiązujący obiad do “cioci i wujka”, przy okazji poznają ich córkę. “A jeśli polecany przez rodziców facet nie będzie Ci się podobał?” – dopytuję się. “Nie szkodzi – jeden znajomy więcej” – odpowiada WLY.

WLY, podobnie jak inne dziewczyny, również na pierwszym miejscu jako kryterium przydatności faceta na męża stawia mieszkanie i pozycję, ale, jak zaznacza, nie rozumie tych dziewczyn, które lecą na pierwszego lepszego, który ma odrobinę pieniędzy. “To sprawa wychowania, moja mama powtarza, że synów należy chować biednie, a córki bogato. Tak chowany syn będzie chciał się dorabiać, a tak wychowana córka nie poleci na pierwszego lepszego, kto jej coś zaofiaruje”.

W ubiegłym roku w telewizji rekordy bił serial pt. 蜗居 – woju, ślimaczy dom. W powszechnej opinii niezwykle adekwatnie pokazywał problemy życia współczesnych młodych ludzi, ich wybory, ich losy, nierozerwalne złączenie tychże z problemami mieszkaniowymi, a problemy mieszkaniowe z korupcją we władzach lokalnych. Tak adekwatnie, że został zdjęty z anteny, a dziś oglądany jest – wciąż tłumnie – w internecie bądź z pirackich płyt. Starsza siostra – Haiping, ma trzydzieści kilka lat, wyszła za mąż na studiach, z miłości. Zakochani nie patrzyli wtedy na to, że nie mają mieszkania, ważna była romantyczna miłość. Dziś, po 10 latach małżeństwa, nadal nie mają mieszkania, gnieżdżą się w mikroskopijnym pokoiku w którymś z szanghajskich nongtangów, ich córkę Rangrang od lat wychowuje babcia, bo, jak zaznacza Haiping “nie mamy warunków, a ja chciałabym dać jej wszystko co najlepsze – basen, zajęcia pozaszkolne, jasną, ładną przestrzeń”. Przez trzydziesci pięć odcinków serialu obserwujemy obumieranie romantycznej miłości Haiping i jej męża, ich miotanie się po klaustrofobicznym pokoiku, zatykamy uszy w obronie przed wrzaskiem Haiping: “co osiągnąłeś w życiu!? Po co się żeniłeś!? Nie masz zdolności, nie masz pieniędzy, nie masz pozycji, nie masz niczego!!” Haiping przychylniejszym okiem spogląda na męża jedynie wtedy, gdy ten rzuca przed nią (tak, on własnie nimi rzuca) koperty z zarobionymi po godzinach na dodatkowych zleceniach pieniędzmi. Liczy łakomie banknoty. Przekaz jest jasny – bez mieszkania, bez pieniędzy, bez pozycji męża, obumrze nawet najpiękniejsza miłość. Młodsza siostra Haiping, już z pokolenia 80, Haizao, obserwuje miotanie się siostry, słucha jej przestróg przed poslubieniem qiong guangdan – “biednego łysego jaja”, co zamiast konkretów będzie mamił romantyzmem. Choć chłopak Haizao – Xiaobei – jest ucieleśnieniem ideału współczesnej chińskiej romantycznej miłości – tej opiewanej w piosenkach idoli popkultury, tej wyzierającej z każdego piksela grafiki portalu społecznosciowego na QQ – masuje jej stopy, wysyła komunikatorem misie i królisie, nazywa “mała świnką”, chce z nią pielęgnować kwiatki na balkonie, czyści jej uszy i znosi każde jej humory, to jednak przegrywa z żonatym i dzieciatym sekretarzem rady miasta. Sekretarz sypie gotówką, robi prezenty, zaprasza do restauracji bez szyldu, „gdzie pieniądze już nie wystarczą, trzeba mieć odpowiednią pozycję”, za pomocą znajomości jak za dotknięciem różdżki rozwiązuje problemy nie tylko Haizao, ale i jej siostry. Haizao zostaje ernai („drugą babcią” – w starych Chinach okreslenie drugiej żony), a internauci w dyskusji pod serialem na chińskim odpowiedniku Youtube wpisują pochwały na jej temat: „dobrze zrobiłaś, co będziesz żałować tego Xiaobei!” Czasem trochę smutno, bo rodziny z tego nie będzie, ale, jak wyraziła się wiosną ubiegłego roku jedna ze sławniejszych uczestniczek Feicheng wurao, niejaka Ma Nuo: “lepiej płakać w BMW niż śmiać się na rowerze”. Haizao i Ma Nuo mają odwagę mówić na głos to, co myśli tyle dziewczyn z tego nowego pokolenia.

12176949_11n

Inna sprawa, gdy potencjalny kandydat nie zamierza wcale się BMW i innymi dobrami łatwo dzielić – jak przedstawiany dwa wpisy wczesniej uczestnik Feicheng wurao. Miał wszelkie dane, by wygrać (żonę) w tym, tak akuratnie oddającym transakcyjny charakter dzisiejszych związków, programie. Wnosił pozycję i pieniądze. Cóż z tego, jeśli nie chciał wykonać tego gestu ważniejszego niż najromantyczniejsze deklaracje – rzucić pieniądze do jej stóp bezwarunkowo. Jak sekretarz zakochany w Haizao – gdy ona mówi, że potrzebuje pieniędzy, on natychmiast wyciąga grubą kopertę i prosi z poważnym, pełnym uwagi wzrokiem: “jesli będziesz potrzebowała więcej, powiedz”, nie pytając się po co, na co. Bo w dzisiejszym chińskim społeczeństwie facet oprócz posagu powinien dać też dowód miłości. I coraz rzadziej jest to zainteresowanie, wspólna pielęgnacja kwiatów czy spacery. To dobre w piosenkach i jako temat graficzny w portalu QQ. Ale mężczyzna nie powinien narzekać.

Jesli narzeka publicznie, staje się sławny, tak jak internauta Dorian1007, który na jednym z forów “zlozyl przysiegę”, że nie poslubi dziewczyny, która “jest niewolniczką mieszkania” – jest skupiona wyłącznie na mieszkaniu, która wychodzi za mąż za mieszkanie, a nie za niego, która kocha mieszkanie, a nie jego, która jest skrajną materialistką, jest samolubna. Zyskał poparcie wielu rówiesników, równiez rozczarowanych perspektywą potwornych wydatków w imię celu, który ich nie satysfakcjonuje.

U4958P1032DT20101209143214Przysięga chłopaków z pokolenia 80 – nie poslubić dziewczyny, która jest niewolniczką mieszkania.

Na jednym z wieczorów spędzonych z innymi mieszkającymi w Pekinie cudzoziemcami słucham ploteczek. Facet, z pewnego europejskiego kraju, był tam, u siebie, z dziewczyną, mieszkali w wynajętym, odkładali na mieszkanie. I wtedy on wyjechał do Chin. Poznał Chinkę, zakochał się, chciał się żenić, został mu przedstawiony wymóg mieszkania i on je kupił. Pytany, czemu to zrobił, stwierdził: „ona nie ma wyboru, to jest taka kultura, ja to rozumiem”.


08

01 2011

Mur. Alternatywne scieżki klasy sredniej

Pekińska jesień, hebejska jesień (Pekin – nienależący administracyjne do Hebei – znajduje się w samym środku Hebei niczym dziurka w pączku z dziurką) to jesień słynna. Pekińska złota jesień, hebejska złota jesień. Od połowy października po pierwszy tydzień listopada, lud stolicy czyni przygotowania, bierze aparaty, plecaczki i wyrusza oglądać hongye – czerwone liście. Telewizja i internet na bieżąco śledzą sytuację czerwonych liści, gdzie są w danej chwili najbardziej czerwone. Lud stolicy przeważnie jeździ zatłoczonym ponad granice wytrzymałosci autobusem lini 331 w Pachnące Góry – Xiang Shan, leżące w obrębie metropolii, z kolejką linową i kilkoma światyniami (po części zostały tylko ruiny w wyniku działań wojsk angielsko-francuskich podczas wojen opiumowych). “Liście się czerwienią, tłumy przybywają podziwiać” – tak reklamują Pachące Góry swoje “Święto Złotych Liści”. Jako, że hasło to wywołuje we mnie głównie przerażenie a nie chęć przybycia, widocznie nie jestem targetem tej reklamy, więc i nie mam co porywać sie na produkt. Na podziwianie czerwonych liści wybieram więc miejsce gdzie tłum nie przyjedzie podziwiać, bo jak już tam wlezie, to tłumnie spadnie.

Na północ od Pekinu jest wiele miejsc, gdzie można wejść na Wielki Mur. Są to przeważnie malutkie odcinki Muru starannie odnowione/odbudowane, z urządzeniami w stylu magnetycznych bramek  i kolejek linowych. Koszulki, czapeczki, cuda na kiju. Turysta może przejść się 20 minut takim Murem i tylko ogarnąć wzrokiem/aparatem cześci Muru zamknięte dla publiki.

Wiekszość Muru jest  zamknięta dla ruchu turystycznego. Obsypujące się kamienie, strażnice w ruinie. Krzaki, kwiatki, woda, słońce w milczącej zgodzie odbierające metr po metrze temu dziełu kultury to, co należne naturze, czyli górską grań. Jiankou jest właśnie takim miejscem. Uznawany za jeden z najbardziej malowniczych odcinków, oficjalnie zamknięty dla ludzi, nieoficjalnie coraz częstszy kierunek wypraw chińskich i nie tylko luyou (luyou – dosl. “przyjaciel osiołek”, od noszonych plecaków, ale i homonim 旅游 – podróż). Do wioski u stóp Muru jeżdzi tylko jeden autobus dziennie i to nie bezpośrednio z Pekinu, najpierw trzeba wydostać się do oddalonego o jakieś 1.5 godziny jazdy od stolicy Huairou.

Jazda w sumie, z przesiadką i błądzeniem po Huairou celem znalezienia miejsca, skąd odjeżdża autobus do wioski u stóp Muru, zajmuje ok. 4.5 godzin, choć to w sumie chyba niewiele ponad 100 km. Gdy jeżdzące do wioski raz dziennie banche wspina się sapiąc po górach, widzę, że wybrałam dobrze. Rude liście, liście czerwone, bordowe, żółte. W autobusie kilku mieszkańców wioski i, oprócz mnie, 5 kolesi z plecaczkami i w polarach. Chińscy luyou. Banche przejeżdża przez przełęcz i wtedy widzę dolinę. W dole szare dachy wioski otoczonej górami jak koroną. A korona obrębiona szarym paseczkiem – to Mur. W wiosce sporo samochodów na pekińskich rejestracjach, mam problem ze znalezieniem miejsca na nocleg (autobus dopiero jutro rano!). 4 z 5 ludzi w polarach to koledzy, byli wspólnie razem na studiach, teraz razem jeżdżą. Pomagają mi znaleźć miejsce noclegowe, w wyniku ich prósb, dostaje mi się pokój, do którego wchodzi się prosto z patio, z 6 osobowym kangiem na mnie jedną.

Tych czterech – przyjeżdżają regularnie, znają drogę. Zawsze zżymałam się na chińskie mapy, zwłaszcza terenów pozamiejskich. Że brak skali, że dróżka i strumyk wyglądają na nich tak samo, że obiekty nie są zaznaczone punktowo, tylko po prostu w białym miejscu gdzieś pomiędzy wsią A a wsią B wkleja się wielki napis “ruiny światyni X” a ja potem jeżdzę po jakichś polach jak głupia rozganiając stada owiec w poszukiwaniu zabytku. Teraz patrzę jak czterech dage – “braci” – sprawnie korzysta ze swojej wydrukowanej z internetu mapki, która wygląda jak kilka makaroników mixian rzuconych luźno na kartkę. Tu jest wejście, tu podejście, tu się okrąża i schodzi połnocnym stokiem do wioski – wskazują na makaroniki na mapce. Wiem, że Mur Jiankou może być niebezpieczny, że część jest nie do przejścia, że część się zawaliła, większosć osypuje. Jemy prosty obiad na patio. Idę z nimi.

bDSC01274

bDSC01076

bDSC01236

bDSC01175

Mur Jiankou jest w ruinie. Przyroda zabiera po cegiełce, po kamyku to, co wnieśli na górę w skrajnym trudzie budowniczy z czasów dynastii Ming. I na miejscu zasiewa rośliny, zagnieżdża ptaki. Korzenie drążą pomiędzy kamieniami, rozrywają zaprawę sprzed prawie 650 lat. Deszcz sączy się  przez kamienne sklepienia strażnic, spływa kamiennymi rynienkami. Gdy strażnica się wali, wprowadzają się do niej węże i jaszczurki. Rok w rok woda deszczowa zamarza jesiennymi nocami w szczelinach, rozsadza je. Ale zważywszy czas od jakiego mur stoi nienaprawiany, zanurzony w dziką górską przyrodę, to i tak cud, że w ogóle stoi. Jeden z braci wodzi palcem po zaprawie pomiędzy mingowskimi cegłami – “to zaprawa guren, starożytnych” – mówi z szacunkiem – “współczesna nigdy by tyle czasu w takich warunkach nie przetrwała”.

bDSC01171

bDSC01098

bDSC01058

bDSC01044

Na murze niespodzianka (dla mnie) – mnóstwo ludzi. Ale bardzo różniących się od typu opisanego przez mnie kiedys we wpisie Homo viator sinensis. Cześć z nich ma wielkie plecaki, karimaty, część z nich rozłożyła je w ruinach strażnic, wyciagnęła kuchenki turystyczne, garnki, warzywa i skupiona przy ogniu gotuje. “Spędzą tutaj noc” – mówi jeden z braci. “My też spaliśmy tutaj latem, w strażnicy pod gołym niebem – ale dziś w nocy będzie zbyt zimno, nie mamy sprzętu”. Sprzęt. Tu nie ma butów na obcasie, ani nawet trampek. Wszyscy w butach górskich. Nie ma torebek na ramię. Są plecaki. Część idących ma czekany a nawet liny. Wiem, że część Jiankou jest wspinaczkowa i uznawana za nadającą się dla doswiadczonych amatorów gór.

bDSC01074

 To, co dookoła, nie da się opisać. Już nawet sama przyroda byłaby warta, żeby tu przyjechać. A Mur – największe ruiny świata, melancholia opuszczonych strażnic, kamiennych rynien po których od stuleci spływa deszcz, strażnice leżące w dole w formie rumowska porośniętych przez rośliny kamieni. To jest coś, co onieśmiela. Nigdzie, w żadnym wypieszczonym zabytku klasy AAAAA , nawet najcenniejszym historycznie, nie widać tak monumentalnosci przemijania wielkich epok. Ona tutaj chwyta za gardło.

bDSC01202

 Gdy tak idziemy, zdaje sobie sprawę, że to pierwsze miesce pełne chińskich turystów, gdzie nikt nie prosi mnie o wspólne zdjęcie (w miejscach takich jak sławne góry, np. Huangshan czy Taishan mam problem z wchodzeniem, bo średnio co 2 minuty muszę wytrącić się z trudem zdobywanego rytmu, zatrzymać się i zapozować, odpowiedzieć z zadyszką po raz 42398479283 na pytanie skąd jestem i skąd tak dobrze znam chiński). Luyou są skupieni ma Murze. Owszem pozdrawiają się, pomagają sobie, rozmawiają, ale nienachalnie, widać, że każdy próbuje jakos Mur przeżywać.

A skupienie się przydaje. Gdy dochodzimy pod miejsce zwane Orzel Wzlatujący ku Górze zaczynam rozumieć, jak to się dzieje, że co roku kilka osób żegna się na Jiankou z aktualnym wcieleniem. Ścianka jest pionowa, jest fragmentem obsypanego Muru. W szczeliny, gdzie zaprawa się wykruszyła, wpasowuje się palce, stopy szukają jakiegokolwiek punktu zaczepienia, co nie łatwe, bo stare cegły potwornie wyslizgane. Na dole grupka luyou: “prawa stopa odrobinę do góry i w prawo, powoli! powoli!” – sekundują. Gdy wreszcie udaje mi się pokonać ściankę, na górze czeka już dwóch z czterech braci w podróży – teraz droga ku Wzlatującemu Orłowi jest już wolna, za chwilę bedziemy, cieszą się.

 Orłów już nie ma. Są za to wielkie wrony. Siadamy na ruinach sklepienia strażnicy i patrzymy jak ptaszyska krążą poniżej nas na tle rudych gór i szarego kamiennego łańcuszka poprzerywanego bujnymi krzakami. Na łańcuszku gdzieniegdzie kolorowe punkciki – to gorteksowe kurtki, polary i plecaki luyou. Pachną liscie, pachną zioła, trawy. W dole szare dachy wioski i dym z pieców unoszący się z kominów. Cisza.

Na szczycie spotykamy piątego z pasażerów autobusu. “Nie schodźcie stąd Murem, to da się zrobić tylko z linami a do tego to skrajnie niebezpieczne, bo Mur się obsypał i teraz schodzi się po rumowisku” – mówi. To facet z Dalian, około 40 letni. Bracia – o dekadę od niego młodsi, biurowo-cherlawi, patrzą z podziwem na gladiatorskie wezły mięśni, które zarysowują się pod  T-shirtem Daliańczyka i z miejsca akceptują go jako nowego przywódcę grupy. Konsultują chwilę wydrukowaną z internetu mapkę przypominającą plataninę nitek makaronu i uzgadniają, że trzeba zejść z grani-Muru przejsc zboczem góry, pomiędzy drzewami, a potem ponownie wspiąć się na Mur. Buty górskie szurają w czerwonych liściach, na chwilę tracimy z oczu Mur, bo idziemy lasem. Ścieżka momentami niknie w stertach liści.

bDSC01035

bDSC01090

bDSC01231

bDSC01518

Wracamy do wioski po 5 godzinach od wymarszu. Z wioski w dolinie patrzymy na drogę granią/Murem i wydaje się śmiesznie krótka, to nawet nie 20% widocznego z wioski na koronie gór Muru. Pionowy odcinek również nie wydaje się z dołu trudny.

W gospodarstwie są już inni luyou. Łączymy stoły i wnosimy je do jednego z pokoi, żeby było cieplej. Cześć osób siedzi na kangu, część przyniosła krzesła. I tutaj Daliańczyk wiedzie prym. “Starszy bracie, jak wyćwiczyłeś takie mieśnie?”, pyta się jeden z luyou nie kryjąc fascynacji i podziwu. “O, wiesz, ja do 35 roku byłem typowym gryzipiórkiem, tylko biuro-dom, biuro-dom, miałem cienkie rączki zdatne do pisania na komputerze i tyle” – zaczyna opowieść. “Potem zaledwie jednego roku odeszli oboje moi rodzice. Wtedy pomyślałem – co oni mieli z życia? Całe życie tylko się poświęcali dla innych – najpierw dla swoich rodziców, potem dla dzieci. Czy byli szczęśliwi? Nigdy nie zadałem im tego pytania, nie miałem odwagi i nie zdążyłem” – mówi. Tu nikt go nie zna, przyjechał sam, jest życzliwie i anonimowo, może mówić otwarcie. “I pomyślałem, że ja chcę trochę pożyć dla siebie, znaleźć w sobie trochę egoizmu, poszukać tego, co mnie cieszy, a nie co cieszy rodzinę czy przełożonych. I wtedy zobaczyłem, że sport daję mi ogromną satysfakcję. I zacząłem mocno ćwiczyć”. Reszta kiwa głową. “Nie chcę na starość żałować, że nic z życia nie miałem”. Dlatego też starszy brat z Dalianu, gdy tylko ma chwilę, wyrywa się z białego kołnierzyka i jedzie. Na Mur, w góry. Poprzednio spał na strażnicy. “Chciałem doświadczyć tego, co guren doświadczali będąc tam, na górze” – mówi.  ”Spałem w strażnicy, bez namiotu, pod gołym niebem, patrzyłem na gwiazdy, na jakie i guren patrzyli podczas warty, słuchałem szelestów jaki i oni słyszeli, paliłem ognisko, tak jak i oni palili nocami, to wielkie szczęscie móc zrobić cos takiego”. Reszta kiwa głowami. Rozumie, skąd biorą się takie pomysł i pragnienia. Rozmowa schodzi – (no dobra, trochę za moim udziałem) na to, czy w Chinach łatwo mieć alternatywne marzenia i dążenia. Niełatwo – wszyscy są zgodni. Niełatwo powiedzieć, że nie zależy mi na nowym samochodzie, bo ten przecież jeździ, więc jest ok, nie łatwo przyznać, że marzy się nie o spaniu w 5 gwiazdkowym hotelu, ale o nocy w strażnicy Wielkiego Muru jak guren. Dage z Dalianu może sobie na taki ekscentryzm pozwolić – jest ważną figurą w firmie produkującej maszyny, firma wysłała go nawet na parę lat do Japonii. Ten wyjazd także przyczynił się to tego, że dostrzegł, jak ludzie, osiągnąwszy wysoki status materialny i społeczny, zaczynają poszukiwać tego, co ich cieszy. Patrzył ze zdumieniem, jak starsze kobiety po odchowaniu dzieci i po całym życiu służenia mężowi i rodzinie nagle żądają rozwodów, zapisują się na milion kursów, zaczynają poszukiwać hobby, realizować marzenia. “Ja nie chcę przerywać tego, co mam, chce to tylko uzupełnić, żeby potem nie żałować” – mówi dage. Reszta kiwa głowami i widać, że myśli podobnie, że to ich tutaj sprowadziło. Kang jest fałszywy (ech…), w środku nie ma pieca, na owczym filcu leży kocyk elektryczny. Betonowa podłoga, betonowe ściany, niskie okna. Dookoła stołu kilkanascie osób. Na stole 65 procentowe erguo tou i kilkanaście talerzy prostych wiejskich, połnocnych dań (pani domu smaży je w kuchni obok na węglowej kuchni i donosi na bieżąco).  Żarówka pod sufitem. Na północnej stronie patio główna częsć dwuskrzydłowego domostwa, tam mieszkają gospodarze. Przez niskie okienka widać wnętrze oswietlane mdłą lampą, portret Mao i kalendarz z pomyslnymi znakami na ścianie. Syn i mąż gospodyni siedzą na kangu i patrzą w telewizor. Za domami czarny cień gór i Muru.  Melancholia wioski dongbei, Północnego Wschodu.

Potem rozmawiamy jeszcze o wielu rzeczach, bo luyou są bardzo ciekawi świata. Skąd się biorą ekstremizmy, po co ludziom sekty jak ta jedna, wielka, budząca tutaj takie przerażenie, a nawet czemu w Polsce jest tak silny kult maryjny (rozmowa bierze się stąd, że jeden z luyou zadaje pytanie: “to wy tam macie tę religię, co czci Maryję i Jezusa?”  Trzeba przyznać, że wyjątkowo mu się udaje to sformułowanie). Jak to jest, gdy są wybory, co się w Polsce stało z postkomunistami etc.

Nocą na podrabianym kangu jest – zgodnie z przewidywaniami – potwornie zimno. Rano gdy udaje mi się wypełznąć i dojsć do kuchni, biorę przygotowaną na na palenisku bułkę mantou, zagryzam kiszonymi warzywami, popijam kleikiem. Idę przez wioskę, ogrzewam ręce plastikowym kubkiem z gorącą wodą. Szybko stygnie, jest zimno. Dynie, kukurydza, papryczka – suszą się pod dachami, na parapetach. Nie mogę się powstrzymać i biegnę przez wioskę i przez pola w kierunku Muru. Zdaże jeszcze na chwilę. Wspinam się, siadam na częsciowo zawalonym kawałku. Dziś jest mgła, wlewa się w ruiny, wcedza się pomiędzy kamienie.

Gdy wracam, przy dróżce widzę trzech z moich towarzyszy podróży stojących pod drzewem i patrzących ze skupieniem w górę. Drzewo szeleści i się porusza. Też zadzieram głowę. Na drzewie najstarszy z dage – zrywa shanzha, małe owoce kształtem przypominające jabłko (smakiem trochę też, tylko bardziej aromatyczne i cierpkie, zrobiłam z shanzha wczoraj marmoladę i jest ona mistrzowska!). Wracamy. Przyjeżdża sapiące zielone banche. Kilka goreteksów i polarów już czeka na kawałku ubitej ziemi pośrodku wioski. Więcej wróci po kolacji samochodami. Jutro dzień pracy, po wizycie na Murze jedni i drudzy będą mieli wiecej sił i entuzjazmu żeby zasiąść za biurkami. Pomyślą, że dzis własnie zarabiają na wysokiej jakosci namiot do nocowania w ruinach mingowskiej strażnicy albo na sprzęt potrzebny do zejścia północną stroną Orła Wzbijającego się ku Górze.

bDSC01129

bDSC01209

 bDSC01478bDSC01263bDSC01115

bDSC01398

Pod pokrywką robią się bułko-placki mantou:bDSC01286bDSC01590

W przypadku zdjęcia powyższego polecam powiększenie. Zdjęcie poniższe – w tym domu już nikt nie mieszka, służy za spichlerz i komórkę:bDSC01598bDSC01425

I w przypadku zdjęcia powyżej warto powiększyć – nie żeby z bliska popatrzeć na kukurydziane szczyty, ale żeby zobaczyć obrębienie grani szczytów na dalszym planie – Mur.

04

11 2010

Nostalgia, warstwy przeszlosci i duch yananski

Mialo byc o Yananie. Musi byc o Yananie. Ale jesli o Yananie, jesli w ogole o Shaanxi, to przy okazji musi byc troche i o nostalgii. I w ogole o spotkaniach z przeszloscia – ta niedawna, ta dawna, ta mityczna i ta konstruowana na uzytek tego, co dzisiaj.

Na moj trzeci festiwal Smoczych Lodzi w Chinach ucieklam do Shaanxi – prowincji trzech mitycznych poczatkow – jest tam kurhan legendarnego Zoltego Cesarza, Grob Qinshi Huangdi, cesarza, ktory zjednoczyl Chiny i wlasnie Yanan – mityczny poczatek komunistycznych Chin. Ucieczka nie byla tak szybka jak sie spodziewalam (ze niby godzina na Pudong, dwie godziny samolotem do Xianu i po sprawie). Kiedy skierowano nas, pasazerow, do jakiegos bocznego gate’u a na tablicy zaczelo sie pojawiac coraz wiecej czerwonych znakow (lot skasowany, opozniony, skasowany, opozniony), juz wiedzialam, ze nie bedzie dobrze. Gdy po dwoch godzinach rozdano lunchowe pudeleczka i wode, wiedzialam, ze bedzie zupelnie kiepsko. Sprytnie przewidzialam te okolicznosc i zabralam ksiazke - coz by innego - Red Star Over China Edwarda Snowa, osoby, ktora ma niepodwazalne zaslugi w budowaniu legendy Mao na Zachodzie i na Wschodzie (“jak zauwaza wasz znany dziennikarz Snow…”). Snow opisuje swoja podroz do Yananu (miala miejsce w 1937 roku). Robi to jednak (czego mniej sprytnie nie przewidzialam) tak, ze 5 godzin oczekiwania na Pudongu uplynelo mi glownie na spaniu z ksiazka ta pod glowa. I rozmawianiu przez telefon z tymi, ktorzy mieli wiecej szczescia, jesli chodzi o loty i udalo im sie do Xianu dostrzec wczesniej (“mowie Ci, linia X tak ma, oni zielonego pojecia nie maja, co sie tam zespulo, teraz probuja na chybil-trafil, jesli w ogole wyleci, to doleci albo nie doleci…”). W hali odlotow wpada mi w oko reklama:

DSC08712 Tak, karty kredytowe z Transformersami. To pokolenie, ktore liznelo kolorowych, plastikowych dobr gdzies w latach 90-tych, to ktore dorastalo z pierwszymi grami komputerowymi wyhodowalo juz wlasna, osobna nostalgie.  I zaczelo  za pierwsze pensje nabywac produkty do jej podkarmiania. Jak pisze 人物周刊 w cenie (bo nostalgia to jest, jak wiadomo, wielki biznes) u dziesiejszych 25-latkow sa rzeczy tak rozne jak: pierwsze mangi, guma do skakania, ubrania sportowe marki 梅花,(polecam przejrzec cala zalinkowana strone, takze zdjecia ponizej zdjecia samej bluzy), piorniki z klapkami, gra w szklane kulki,znaczki z Mao i torby hongweibinskie. A teraz jeszcze te transformersy. Czyli jak to zwykle - pamiec, ta wlasna i ta zbiorowa zajmuje sie glownie nie przechowywaniem, ale rekonfigurowaniem, sklejaniem, przygotowywaniem paczek z prezentami, ktore maja pomoc oswajac to, co jest dzisiaj.

Dzisiejsi 50-latkowie: ogladanie telenowel migajacych burymi mundurkami i czapkami z gwiazdkami. Dzisiejsi 50-latkowie z pieniedzmi: kolekcjonowanie sztuki. Migajacej burymi mundurkami i czapkami z gwiazdkami (zdjecie zrobione ukradkiem w jednej z modnych szanghajskich galerii, radze zwrocic uwage na rekwizyty tla, w szczegolnosci na pagode na gorce, jeszcze bedzie o niej mowa):

DSC02110

W Chinach trzeba byc przygotowanym na to, ze spotykaja sie ze soba rzeczy, ktore na pozor sie wykluczaja, nie lacza sie, niby nie pasuja. Ale Shaanxi nawet kogos przygotowanego (kto przeszedl szkole “szanghajska”, gdzie generalnie malo co sie z soba laczy) moze przyprawic o zawrot glowy.

Armia terakotowa pierwszego cesarza, ktory zjednoczyl Chiny (Qinshi Huangdi), spotyka sie z cesarzem ostatnim:

DSC09709

Dzisiejsi Chinczycy spotykaja sie z Chinczykami z przeszlosci:

DSC09606

DSC09615

…Chinczycy z przeszlosci spotykaja sie ze szmatami z terazniejszosci:

DSC09544

…Chinczycy dzisiejsi spotykaja sie z legendarnymi Chinczykami z przeszlosci (grobowiec Zoltego Cesarza, chlopak powtorzyl poklon, bo zle na zdjeciu wyszedl):

DSC09495 Przyszywani Chinczycy w swiatyni czczacej wszystkie klany Chin przy kopcu (kurhanie) Zoltego Cesarza spotykaja sie ze swoim przyszywanym klanem i przyszywanymi przodkami:

DSC09513 Posrod rzedow tabliczek z chinskimi nazwiskami odszukuje  ”moja”. Tabliczka zostaje umieszczona na oltarzu, od lampki z napisem “szczescie” zapalam trociczki i zaczyna sie. “Pierwszy poklon!” - pada komenda. Robie. “Drugi poklon!”. Trzeci. “Pierwszy ketou! (kowtow)” etc. Jak normalnie trudno mi w takich sytuacjach uderzyc czolem o ziemie, to przed tymi pokoleniami ludzi o nazwisku Bai jakos latwo mi to przychodzi.

No, ale w Shaanxi naprawde kazde spotkanie jest mozliwe. Idziemy dalej:

Mao i mandaryni:

DSC09806

Stopien trudnosci rosnie: 弥勒佛 —Budda Maitreja, 财神—Bog Bogactwa i generalicja pod przewodnictwem Zhu De na przysklepowym oltarzu:DSC09810

Generalicja w podobnym skladzie osobowym przychodzi z odsiecza zwiedzajacym w niemilosciernym skwarze kwatere armi terakotowej:

DSC09634

Shaanxi to nie tylko spotkanie Chinczykow z roznych epok, z roznych bajek i o roznych statusach ontologicznych. To takze spotkania z laowajami (z rownie roznych bajek i o roznych statusach ontologicznych). Obrazek pierwszy – Obama, Mao i Beckham (chwilowo daruje tu sobie wstawki o kulcie Obamy czy Obamao). Drugi obrazek – stopien trudnosci ponownie wzrasta, jako, ze nastepuje dodatkowo spotkanie tych wszystkich szacownych postaci (polecam powiekszenie) z pania w dolnym rzedzie, druga od lewej. Trzeci obrazek, ech, te laowaje…

DSC09802DSC08886

DSC08733

W samym Yananie wyjatkowych spotkan jest jeszcze wiecej:

DSC09108

DSC09124

DSC09121

Nie, to nie sceny z krecenia ktorejs z popularnych telenowel o czasach wojny z Japonia. To spotkanie komunistow sprzed 70 lat z wycieczka kandydatow na czlonkow Partii z Henanu. Stroje wypozyczyli za 15 kuajow od osoby na stoisku przed wejsciem. Przyjechali do zrodel, poszukac korzeni tego, do czego aspiruja, wypowiedziec przysiege w miejscu mocy, popstrykac wielkimi aparatami te kilka miejsc - symboli:

DSC09137
A to miejsce, ktore jest tlem dla zdjec to symbol jeszcze innego rodzaju spotkania. Kiedys kosciol, po przybyciu komunistow do Yananu zamieniony na miejsce obrad. Na (bylym?) oltarzu Mao i Zhu De:

DSC09111

DSC09100

Nad otlarzem haslo (wyznanie?) “Pod szandarem Mao do zwyciestwa”:

DSC09103 Po bokach oltarza czterech ee…ojcow rewolucji:

DSC09104DSC09112

Niedaleko stare kwatery Mao, Zhou Enlaia, Zhu De. Wszystkie wydrazone w miekkim, zoltym lessie:

DSC09050DSC09150

Hanowie wspolczesni zagladaja z ciekawoscia. Wielkie aparaty cykaja zdjecia. Kilka drewnianych mebli, na lozku Przywodcy rozsypane papierosy. Drewniana miska, dokumenty. To wszystko. Cos faktycznie jest z tej atmosfery skromnosci, zwyczajnosci, dostepnosci, o ktorej pisal Snow (ktorego zdjecie z Mao wisi w jednej z sal wystawowych urzadzonych w jednej z jaskin). Ach, kiedys to bylo autentycznie, romantycznie. Kiedys to wszyscy mieli po rowno. Kiedys to wszyscy byli mlodzi. Dzis juz tak nie ma. Dzis to kopia i produkcja masowa. Dzis duch upadl. Ale zrodla mamy dobre, gdyby wrocic na chwile… Mowi Nostalgia. I pokazuje obity kubeczek Mao i talerzyk Zhou Enlaia w muzeum.

Skoro duch upada, trzeba go szukac na wszelkie sposoby. W Yananie niemal na kazdym kroku a to wygrawerowana kaligrafia Hu a to Jianga, a to slowa Denga. “Trzeba pielegnowac duch yananski” . “Duch yananski nigdy nie zginie”. Co ciekawe, duch ten przebywa w “Yananie (tzn nie to ciekawe, to oczywiste) – swietej ziemi Chinskiej Rewolucji (o, to ciekawe)”. Tablica w yananskim Muzeum Rewolucyjnym, choc to okreslenie mozna w miescie spotkac powszechnie:

DSC09185

Po drugiej stronie miasta kolejne spotkanie. “… i dochowac wiernosci Partii, strzec sekretow Partii…” dochodzi do nas ze szczytu wzgorza, gdyt zblizamy sie do stojacej na nim pagody  (tak, tej zza Mony Lizy, oswieconej sloncem, do ktorej zmierzal Dlugi Marsz, rowniez przedstawiony na dziele). Pagoda to inne jeszcze, oprocz dawnego kosciola, ale nawet bardziej owiane legenda, miejsce spotkan komunistow sprzed 70 lat. Henanczycy i tutaj zdecydowali sie powtorzyc swoja przysiege:

DSC09229 Wracamy powoli do miasta. Na zboczu gory wydrazone domki – takie same, jak te w ktorych 70 lat temu mieszkali Mao i Zhu De. Nic sie nie zmienilo. Najlepszym chlodzeniem jest lessowa ziemia, najlepszym ogrzewaniem w zimie – takze lessowa ziemia. Nawet brudna wode wylewa sie wciaz przed dom. Przed domami malwy i psy, w domach drewniane lozka, na drzwiach tradycyjne chunliany – zyczenio-wiersze na chinski nowy rok.

DSC09429DSC09262DSC09366DSC09347DSC09270P.S. Ale dzisiejszy Yanan to wcale nie wydmuszka po dawnym, wspanialym swiecie. Dzisiejszy Yanan ma cos, w czym  przechowalo sie cos z tej mitycznej dziarskosci, energicznosci, radosci zycia, entuzjazmu. Czyli…yananskiego ducha wlasnie. Ma Yananczykow.

Kiedys przyjda jeszcze takie czasy, ze ludziom nie bedzie chcialo sie tanczyc na ulicy, ze nie bedzie im sie chcialo grac. Ze gdy zabraknie ozdobnej parasolki, nie bedzie chcialo sie plasac ze zwyczajna. Wtedy bedzie mozna ogladac te filmiki ponizej i tesknic za Chinami, ktore w roku 2010 byly energiczne, roztanczone i jakie tam jeszcze Nostalgia podetknie okreslenia. Ja juz tesknie.

yanan4

yanan3

P.P.S. przepraszam za kiepska jakosc filmikow. Kompresowalam na wpol spiaco.

28

06 2010

Z powrotem w Szanghaju. Sceny konsumpcyjne

Po ponad miesiącu jestem znowu w Szanghaju. Wydostanie się z Chengdu nie było takie proste. Ponad połowa wszystkich lotów była opóźniona, w tym i mój nieszczęsny lot. Z przyczyn niejasnych. Nie znam się, ale na mój gust lotnisko w Chengdu (niemałe przecież) jest na granicy wydolności we wszystkich aspektach. Dokładnie o tej samej godzinie i minucie wylatuje po kilka samolotów (wszystkie krajowe), z jednego gate’u w odstępie 10 minutowym dwa loty, brakuje krzesełek dla oczekujących (to są Chiny, obok kuszą więc za to fotele masujące za jedyne 20 kuajów za 15 minut). W Szanghaju jest jeszcze intensywniej (gdy przy wylocie do Yunnanu samolot stał na lotnisku Pudong czekając na okienko, na niebie utworzył się niemalże korek, ledwie jeden samolot dotykał ziemi, już w oczy świeciły intentywne światła do lądowania następnego, i tak przez 25 minut), ale Pudong to lotniskowy megagigant, no i jest jeszcze drugie lotnisko, Hongqiao.

Alternatywy dla samolotów są takie, jakie są (patrz post pt. “Chiny na kołach” ;-) ), ruch wewnetrzny olbrzymi, Chiny mają więc masę przewoźników. Którzy się dosłownie biją o klienta, co przybiera nieraz nieco groteskowe formy i daje efekt odwrotny do zamierzonego. Bo tak: nasz samolot miał wylecieć o 10 wieczorem. Ale o 9:30 pojawiła się informacja, że odleci o pierwszej trzydzieści. Przewoźnik zareagował błyskawicznie…transportując pasażerów na te marne kilka godzin do hotelu. Zanim z powrotem pasażerowie przedarli się (tym razem w drugą stronę) przez bramki i odprawę, zanim upakowano ich w autobusy, zanim dowieziono do hotelu, była 10:30. A o 12-tej obudzono celem wykonania powyższych czynności tylko w odwrotnej kolejności. Część pasażerów w sennym widzie, wybudzona znienacka odmówiła wyjazdu, stwierdzając, że poleci jutro (tłumaczenie na hiszpański: manana!), część, złorzecząc przewoźnikowi (dać spać, a potem obudzić, daje chyba jeszcze gorszy efekt psychologiczny niż uwiezienie w nocy na lotnisku, żadnej wdzięczności, tylko resentyment i uraza) udała się na lotnisko. W tym ja. Dzięki czemu już o czwartej rano mknęłam taksówką (w cenie niewiele ustępującej biletowi lotniczemu) po niekończących się estakadach i w niekończących się tunelach w stronę pogrążonego w śnie mojego kawałka Szanghaju. Dzięki czemu już tego samego dnia mogłam doświadczyć mocy doznania “wiecznego powrotu”. Jak w poprzednim semestrze, plan znowu wisiał na ścianie sekretariatu, panie znowu nie chciały mi go wydrukować, radząc, żebym sobie spisała, “co mi tam pasuje”. I niestety, podobnie jak w poprzednim semestrze znowu zapomniałam o wspaniałej radzie kolegi Campera W. (kochani tajwańscy 同胞! Kto Wam te angielskie imiona nadaje?? Choć przypadku pewnego Livera Zh. nic nie pobije), żeby wziąć aparat i zrobić rzeczy zdjęcie.

Powrót do cywilizacji (a raczej “cywilizowania”) wymógł też dokonanie pewnych czynności z zakresu konsumpcji. Pierwszą z nich było pójście do fryzjera. O, fryzjerzy i zakłady fryzjerskie Szanghaju! Na każdej ulicy jest po kilka takich zakładów. Ich znakiem rozpoznawczym są obrotowe, barwne neony. W środku fosforyzuje, toczy blask i olśniewa jeszcze coś innego - fryzury samych fryzjerów. W poprzednim semestrze, idąc codziennie na uniwersytet, mijałam po drodze lokalne trzyzakłady i z zapartym tchem śledziłam ewolucję tego, co na głowach mają tamtejsi mistrzowie grzebienia (i kubła z farbą). Moją uwagę zwrócił (a jest to trudne, gdy każda z głów zachwyca formą i olśniewa kolorem niczym kwiaty w ogrodzie botanicznym) fryzjer, który w momencie mojego przyjazdu miał na głowie czerwoną lwią grzywę wysokości ludzkiej twarzy. Potem sobie podgolił boczki i miał czerwonego irokeza. Potem irokez stał się blond, bardziej blond niż ja, a fryzjer gdy mijałam jego zakład, wysyłał mi porozumiewawcze spojrzenia, że niby my, blondyni…po czym mu się znudziło i blond irokez, pobywszy chwilę blond kitką na czubku głowy zmienił się na coś kształtem i kolorem przypominające szczotkę do butów. Po tym były już tylko dwie opcje - zgolić na łyso albo dokleić. Zgolił. Taka szkoda…W każdym razie co innego podziwiać dzieła sztuki na fryzjerskiej głowie, co innego oddać głowę własną komuś takiemu w rece…Wybrałam więc zakład, w którym autoekspresja fryzjerów ograniczyła się głównie do nadawania własnym włosom niezwykłych form, z tendencją do zachowania stosunkowo naturalnych kolorów (tzn. bez zielonego, niebieskiego etc.).

No więc strzyże mnie młode chłopie (poza tym, że ma jakby trójkąt z włosów na twarzoczaszce, to w miare normalnie wyglądające). Strzyże chwilę, strzyże trochę, po czym stwierdza, że on tu za wiele już nie wystrzyże, trzeba by trwałą zrobić. Oczywiście się nie godzę (oczami wyobraźni widzę już własną glacę). Zaciska zęby, strzyże dalej, ale widać, że coś kombinuje. W końcu: “jest taki prosty trick, to chwilę potrwa, a efekt będzie olśniewający”. Ja (podejrzliwie): “ale nie trwała?”. Fryzjer z trójkątem na twarzoczaszce: “Nie, nie”. Ja (idiotycznie): “Sposób naturalny?”. Fryzjer (entuzjastycznie)   : “tak, tak!!”. Ani się oglądam, fryzjer coś instaluje mi na głowie (jakby antenę, ale może się nie znam). Siedzę z tą anteną, a ten już niesie jakąś miksturę. I cennik. Otwiera. Mnie skokowo dopada szlag, bo widzę, że oczywiście otwiera na stronie pt.: “trwałe”. Drugi szlag trafia, gdy widzę ceny. Od 700 kuajów do 1300. Patrząc na siłę nabywczą, to jakby u nas 700 i 1300 złotych. Trzeci i czwarty szlag trafia mnie odpowiednio gdy fryzjer rzecze, że “chociaż tu jest napis trwałe, to jednak nie są to trwałe” oraz gdy stwierdza, że on już rozpoczał i nie mogę się już wycofać. Ze względu na dziką konkurencję wśród lwiogrzywich zakładów fryzjerskich ciecie to głupie 20 kuajów. On teraz chce, żebym wydała na coś, czego nie chcę ani nie potrzebuję, kilkudziesięciokrotność tej sumy. Bo tak będę ładniej wyglądać. Gdy mówię, że ja po prostu nie chcę, fryzjer zawiedziony pyta: “a co, po prostu nie masz przy sobie tyle gotówki? Bo można kartą”. Gdy się wściekam (bo się wściekam) i twarz zaczyna mi chodzić z nerwów, fryzjer wystosowuje argumenty, że kto mu tera zapłaci za tą pracę, co już wykonał w celu zrobienia trwałej-nietrwałej. Staje na tym, że dopłacę mu 10 kuajów za dezinstalację anteny. Do końca strzyżenia trzymam twarz w dłoniach. Choć raz prawie już, że dłonie zdejmuję celem przywalenia fryzjerowi (albo odebrania mu nożyczek i wyrządzenia krzywdy), gdy ten, niezrażony, proponuje mi kartę członkowską zakładu, “bardzo tanią”, bo za jedyne 500 kuajów.

Gdy wściekłość mija i wychodzę z zakładu z ewidentną plerezą (ach, te dłonie na twarzy…), zaczynam się zastanawiać, jak to jest (oprócz tego, że zakład każe fryzjerom na siłę szukać zarobku, żeby wyjść w tej dżungli fryzjerskiej na swoje), że ten chłopak, który zarabia maksymalnie 1200 kuajów na miesiąc oczekuje ode mnie kompulsywnego zakupienia usługi za równowartości jego miesięcznej pensji, tak po prostu, bo moje włosy będą po tym lepiej wyglądały. Odpowiedzieć tak jak znaczna częśc jego rodaków: “bo wy, Amerykanie macie mnóstwo pieniędzy” (więc płaćcie), to tylko kawałek odpowiedzi.

Gdy patrzy się na młodych Chińczyków – pokolenia 80 i 90, to oni w dużej mierze tak właśnie kupują. Impulsywnie, bez planowania, “bo będę w tym ładnie wyglądać”, bo tamto “było keai” (słodkie, milusie), “bo to jest cool –  酷 “, bez wyrzutów sumienia, bez myślenia o przyszłości. Nierzadko dziewczyna kupuje i oczekuje od chłopaka spłacania. Karty kredytowej. Można by powiedzieć, że nie mają innych wzorów konsumowania, że nie mogli takich wzorów wynieść z domów, bo konsumpcja dla pokolenia ich rodziców była czymś zupełnie innym (ach, dostać przydział na ten rower!), bo wielu z nich dostarczano wszystko na talerzu (co zaawocowało m in. powstaniem kenlaozu – dosłownie “grupy wysysającej starych”, nawet nie próbują czegokolwiek zarabiać, prace dorywcze, niskopłatne to obciach). Tylko, że np. na Tajwanie to wszystko wygląda jeszcze skrajniej, jeszcze bardziej przypomina szaleńczy karnawał. Z wykorzystaniem kart kredytowych. Do tego stopnia, że władze swego czasu (o ile pamiętam, chyba na krótko przed ostatnim kryzysem) zorganizowały kampanię przeciwko zadłużaniu się młodych i propagującą ostrożne korzystanie z kart kredytowych.

Więc co to jest? Boję się, że w dużej mierze jest to, specyficznie pojmowana, twarz. To zachowanie twarzy daje poczucie kontroli nad własnym losem (a nie spłacanie jakiejś karty). Żeby twarz zachować, pewne rzeczy (okreslane najczęściej przez zmienną modę, choć są elementy, które się nie zmieniają, tak jak nakaz posiadania w pewnym wieku w pewnych kręgach torebki Louis Vuitton na Tajwanie) po prostu trzeba mieć, pokazać, robić. Są osoby, które żeby określony marker statusu zdobyć, będą latami sprawdzać ceny papieru toaletowego i pielgrzymować tam, gdzie jest o 1 mao tańszy. Są też osoby, które rzecz kupią na raz, za pomocą karty, którą jakoś się kiedyś spłaci.

Choć kontynentowi na razie daleko do Tajwanu (nie mówiąc o Stanach), jeśli chodzi o stopień niespłaconego zadłużenia przeciętnego posiadacza karty, to już widać, co się szykuje. Ilość posiadaczy kart rośnie w zawrotnym tempie, a najaktywniejszymi ich użytkownikami są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (za część spłacą rodzice, taka nowa, bankowo zapośredniczona forma kenlao). Jak podaje CNN, w pierwszym półroczu 2009 roku odsetek osób z długiem niespłacanym przez co najmniej 2 miesiące wzrósł o 133%. A na kampusie uniwersyteckim przy ścieżkach banki rozkładają stoliki, rozdają długopisiki i oferują studentom karty. Niektórzy mają ich po kilkanaście. Oczywiście jest też druga strona fenomenu młodych konsumentów. Armie młodych wyszukujące w sieci najtańsze oferty (moje koleżanki najpierw mierzą ubrania w sklepach, potem wyszukują identyczne w sieci, przeważnie na megaserwisie Taobao, w księgarniach książki tylko kartkują, a kupują na Dangdangu o dobrych parenaście procent taniej). Są też młodzi umawiający się za pośrednictwem serwisów społecznościowych na…grupowe zakupy (grupa nieznanych sobie wcześniej osób stawia się, niczym jak na flash-mob przed domem towarowym, udaje do wybranego sklepu, wybiera potrzebne dobra po czym stanowczo żąda zniżki grupowej). Pragmantyczni, potrafiący poskromnić impuls nagłego “chcenia”, planujący (inna sprawa, że w planach lwiej części zarówno tych zorganizowanych, jak i w marzeniach kompuslywnie kupujących dziewczyn to facet ma wykazać się na początku “nowej drogi życia” mieszkaniem – w dużych miastach wręcz niewyobrażalnie drogim - a najlepiej jeszcze i samochodem, po czym natychmiast przepisać to na oboje, a najlepiej to po prostu na nią…)

Tajwanowi marzy się konsumpcja taka jak w Japonii. Która, czy oficjalna wersja pokolonialna tego chciała, czy nie (nie chciała i to bardzo), była postrzegana jako wzór nowoczesności, raj konsumpcyjny, taka nasza Ameryka. Co zaoowocowało m in. powstaniem harizu , “grupy hurra-japońskiej”, szerokim przejęciem japońskiej estetyki (kawaii, manga), zachwytem nad japońskim skryptem (dzieci wstawiają w wypracowaniach japońskie の zamiast chińskiego 的, bo tak było w komiksie). Dla Chin takim ucieleśnieniem konsumpcyjnego raju jest trochę Tajwan (tu się tajwańskie telenowele ogląda jak japońskie na Tajwanie), obecnie w większej chyba mierze Korea (cały fenomen koreańskiej fali, telenowele jak podręczniki dotyczące stylu życia etc.), no i oczywiście mityczna Ameryka. No więc skoro w skromnych chińskich warunkach mozna wydać (za pomocą karty kredytowej) na zachcianki na raz 1000 yuanów, to ja, jako Amerykanka, powinnam pokazać wzór konsumpcji dużego kalibru, rzucić się w amok zakupów i wydatków za grube tysiące. Nie pytając za wiele, bo to zdradza małostkowość. Patrząc na listę tych nieszczęsnych trwałych za setki kuajów powinnam poczuć się jak w domu, wybierać jak z menu restauracyjnego, wodzić palcem, decydować, pytać, w której mi będzie ładniej. Fryzjer by biegał dookoła mnie z jakimiś buteleczkami, doradzał. A nie zrobiłam tego. Zamiast tego ukryłam twarz w dłoniach. W zasadzie to ją w oczach fryzjera straciłam. Ale tysiaka sobie nie dałam wyrwać – wystarczy prawie na miesiąc jedzenia w osiedlowych knajpkach.

07

03 2010

Koszmary Lijiangu i z niego ucieczki

Ech, no i tak jak wczesniej dane mi bylo doswiadczyc fantastycznych stron chinskiego Nowego Roku, tak od kilku dni doswiadczam w koncu jego stron mniej milych.  

Po trzech tygodniach wloczenia sie docieram do Lijiangu, ktory jest skrzyzowaniem Krupowek i Cepelii podniesionym do siodmej potegi plus  chinskie lampiony i chinska “tradycyjna” architektura. Miasto jest faktycznie cudnie polozone (o rzut beretem lodowiec Yulong o wysokosci 5600 metrow):

DSC06630

DSC06668

Ma platanine uliczek, dopracowane w najdrobniejszych szczegolach “stara” architekture (wszystkie dachy starego miasta, ktore jest bardzo rozlegle, maja podswietlenie nocne etc., wszystkie domy niejako z urzedu maja takie same czerwone lampy noworoczne). Po tej plataninie biega w amoku zakupow wyciagajacy stukuajowki, jak by to byly jednokuajowki, tlum. Ja, chcac nie chcac musze sie dolaczyc, bo chce znajomym kupic z podrozy jakies upominki. I jest problem – okazuje sie, ze pamiatki, ktore mozna kupic w Lijiangu sa dokladnie takie/te same jak w shuixiangach (miasteczka nad kanalami) Zhejiangu i Jiangsu, czy hunanskim Fenghuang – ogolnochinski standard reprezentujacy wyobrazenia ogolu o tym, jak powinna wygladac pamiatka z podrozy. Styl niby etniczno-ludowy, co by to nie bylo, bedzie troche podrzezbione, dodac fredzelki, batiki, tanie wyszywanie etc. W Hunanie robilo toto za wytwory ludu Miao, w Lijiangu robi za wyroby ludu Naxi, w Zhejiangu za wyrob ogolnie ludowy. Po mekach chodzenia po cepeliowatym “starym miescie”, w koncu wybieram cos o najmniej niestrawnym poziomie kiczu. Po czym z entuzjazmem dostrzegam wynajem rowerow.

Rower chcialam wynajac w celu dojazdu do lamaistycznej stupy zlocacej sie na gorce za miastem. Wsiadam na rozklekotany, oczywiscie za maly rower gorski (to ja juz 1000 razy bardziej wole yongjiu pai!) i jade. W miedzyczasie znikad pojawia sie wielka chmura:

DSC06600

 i nieuprzejmie opaduje mnie gradem. A stupa jak gdyby nigdy nic po drugiej stronie krajobrazu pieknie sie zloci  i zacheca do odwiedzin:

DSC06595

 Gdy docieram na miejsce, poraza mnie ogrom, przestronnosc, ale i calkowita odludnosc calego kompleksu. Po kreceniu sie po wielkich, pustych placach, natykam sie w koncu na gospodarzy – kilku mnichow. Najmlodszy z nich – na oko 17, 18 letni, oprowadza mnie po kompleksie i robi to z radoscia i duma. To, co z daleka wygladalo na kilkusetletnia swiatynie okazuje sie miec zaledwie 3 lata. Poprzednia swiatynia, ktora byla na gorze, zostala (podobnie jak inne przybytki religijne w okolicach, szczegolnie te nalezace do buddyzmu tybetanskiego, ktorego poludniowe granice oddzialywania zaczynaja sie wlasnie w okolicach Lijiangu) kompletnie zniszczona podczas Rewolucji Kulturalnej. “Zabrali nawet kamienie ze sciezek i zrobili z nich tary do prania” – opowiada mlody mnich.  Ale to, co powstaje teraz, powstaje z wielkim rozmachem, a mlodego mnicha rozpiera prawdziwa duma, gdy pokazuje to, co wlasnie sie robi. Stupa ktora mnie tu przyciagnela, z bliska jest nie mniej imponujaca:

DSC06606

W srodku prezentuje sie tez wspaniale, z wszystkimi freskami przedstawiajacymi sceny z zycia Sakyamuniego, flagami modlitewnymi, barwnym sklepieniem. Powstaje tez ogrod z mniejszymi stupami wzdluz sciezek. Stupy juz stoja, w pustych jeszcze zaglebieniach pojawia sie niedlugo posazki Boddishatwow. Jest tez wielki – na razie kompletnie pusty – z wyjatkiem mojego klekota – parking. Puste na razie budynki mieszkalne dla mnichow. Spory budynek biblioteki na wykonczeniu.   ”Bedziemy centrum religijnym i badawczym na duza skale” - mowi mnich i widac, ze naprawde sie cieszy i ma nadzieje, ze tak sie stanie. W miedzyczasie odbiera telefon i rozmawia po chinsku (tzn. oczywiscie nie standardowa mandarynszczyzna, tylko czyms innym, ale wyraznie chinskim) ze swoim ojcem, ktory mieszka 200 km na polnoc od Lijiangu, komentuja ze smiechem wielkie opady sniegu, ktory spadl w ich rodzinnej miejscowosci.

O ile mlody mnich jest Hanem, to Mistrz, do ktorego po zwiedzeniu kompleksu prowadzi mnie mniszek, jest rodowitym Tybetanczykiem. “Jestem tu juz szosty rok i wciaz nie nauczylem sie dobrze mowic po mandarynsku” - mowi z przepraszajacym usmiechem. Mistrz jest bardzo sympatyczny i tez jest dumny z tego miejsca, ktore powstaje: “jestesmy najbardziej wysunietym przyczolkiem buddyzmu tybetanskiego na poludnie”, usmiecha sie tak, jak usmiecha sie ktos, kto walczyl ciezko i na koniec wygral w wyscigu. Brzmi tez to troche tak, jak niegdysiejsze polskie “przedmurze chrzescijanstwa”. Mistrz i kilku innych mnichow siedzi w swiezo wykonczonej stolowce ubrany w podszyta misiem bordowa szate, ogrzewa sie przy piecyku, na ktorym stoi czajnik z herbata z mlekiem jaka. Na rozgrzanie po opadaniu gradem przed podla chmure, dostaje kubek tego nieprawdopodobnie strasznego, jakby zjelczalego, slonego swinstwa. Usmiecham sie, ze niby pyszne i pije. Dostaje dolewke. I nastepna. I nastepna. “To dobre na rozgrzanie, choc jak sie pije pierwszy raz mozna dostac mdlosci” – powiada z troska Mistrz, a ja, walczac z fala mdlosci, zaprzeczam, ze a skad, ze wrecz odwrotnie.  

Mnichow na razie jest tylko siedmiu - oprocz Mistrza wszyscy bardzo mlodzi.  W stupie i stolowce zdjecia akceptowanych w Chinach rinpocze. Mistrz sciaga z reki bransolete mala, ktora daje mi w prezencie. Dostaje tez kalendarz z cytatami z rozmaitych rinpocze i z jakze chinskimi zaleceniami na kazdy dzien (dzis np. dobrze jest isc do fryzjera, a zle kopac w ziemi, o jakiekolwiek kopanie by nie chodzilo). Dostaje tez broszurke pt.: “Kochac kraj i Budde” (nie moge odzalowac, ze gdzies ja zostawilam przed przeczytaniem). Jak te wszystkie napisy na meczetach - “爱国爱教 ” – kochac kraj i religie. Szczerze gratuluje Mistrzowi i mnichom dokonanych prac i ruszam w droge powrotna. Ja tez sie ciesze – razem z mnichami – z tego odrodzenia. Jakie by nie bylo.

Tym razem opaduje mnie deszcz, potem jeszcze klucze przez godzine po starym miescie w celu odnalezienia wypozyczalni rowerow. Po godzinie jestem tak wsciekla, ze na serio rozwazam (jezeli we wscieklosci w ogole mozna rozwazac), ze jak juz nie dam rady zwrocic klekota jego macierzy i odzyskac 100 luajow yajinu - zakladu, to przynajmniej pofolguje desperacji i wscieklosci i gada rytualnie zniszcze. Po czym, jak juz przymierzam sie do pierwszego ciosu gorskim buciorem w zdezelowane koleczko, uswiadamiam sobie ze wstydem, ze to zachowanie wysoce niegodne osoby, ktora wlasnie byla wrocila z buddyjskiego przybytku. Po czym wchodze do pierwszego lepszego sklepiku z turystycznym badziewiem, opisuje wypozyczalnie rowerow jak najdokladniej potrafie (co jest trudne, bo tu wszedzie sa wylacznie “stare” uliczki, “centra turystyczne”, czyli firemki organizujace wycieczki po okolicach i sklepiki z badziewnymi pamiatkami) i prosze o pomoc. Podejmuje sie jej mlody chlopak, ktory prowadzi mnie po tych cholernych uliczkach prosto do mojej wypozyczalni. Bo w Lijiangu pomimo cepelizacji gatunek szeroko w Yunnanie rozpowszechniony, czyli porzadny czlowiek, nie zaniknal.

Oprocz ogolnej meczliwosci Lijiang ma tez i dobre strony. Naleza do nich, oprocz wspomianego juz lodowca Yulong i mozliwosci odwiedzin lamaistycznego klasztoru bez jazdy do Tybetu (zagraniczni turysci wylacznie w grupach zorganizowanych, scisle nadzorowanych, wlasciwie bez czasu wolnego i mozliwosci kontaktu z mieszancami, za koszmarne pieniadze) ani przedzierania sie przez malo dostepne o tej porze roku polnocne drogi Yunanu i zachodnie Sichuanu:

1. Szeroka dostepnosc kulinarnego dorobku ogolnochinskiego. Po raz pierwszy od 3 tygodni (nie liczac blyskawicznego przelotu przez Dali) znajduje sie w miejscu, gdzie w knajpach jest normalne menu. W miejscach, ktore do tej pory odwiedzilam w Yunnanie, wybor wygladal tak, ze za pania kucharka lezala sterta roznych rzeczy do jedzenia (np. cos co z ksztaltu przypomina cebule a w smaku ziemniaka, jakies blizej nieokreslone liscie, jakies klacza) i trzeba sobie bylo wybrac, co owa pani kucharka z czym ma zmieszac. A ja chyba zawsze wybieralam nie te liscie, co trzeba. Poniewaz po takich trzech tygodniach za 鱼香茄子, 京浆肉丝 i  油条 tesknie bardziej niz za pierogami ruskimi, przeto rzucilam sie na ten ogolnonarodowy dorobek kulinarny z szalenstwem w oczach, jedzac dwa sniadania (油条 i mleko sojowe!!) i dwa obiady dziennie.

2. Prawdopodobnie jeden z lepszych widokow z kafejki internetowej, jaki mozna sobie wyobrazic:

DSC06652

Przydaje sie, gdy na dzien musze osiasc w kafejce i skonczyc – a jakze – prace semetralna.

3. Dosc smieszny Engrish:

DSC06592

DSC06696

DSC06697

Po tym wszystkim z ulga kupuje bilet autobusowy w celu przeprawienia sie do Syczuanu. Co okazuje sie nie takie proste. Po wjechaniu na wyzlobiona przez biegnacy w czasie deszczow przez droge strumien – jeden z malutkich doplywow Jangcy w jej gornym biegu – w przedniej osi autobusu-klekota cos sie urywa. No ale o dantejskiej, a zarazem dosc symbolicznej podrozy, ktora zakonczyla sie ostatecznie w Leshan, siedzibie najwyzszego na swiecie posagu Buddy, nastepnym razem.

24

02 2010

Różnica (i powtórzenie)

Zagadka (szalenie trudna): z jakiego kraju pochodzą poniższe zdjęcia?

DSC02396

DSC02373

DSC02393DSC02407

DSC02310

Jeśli jeszcze się ktoś nie zorientował, to ostatnie zdjęcie w nieco innym kadrowaniu:

DSC02310

A jeśli jest wśród czytających szczęśliwiec, któremu niebieskie coś wyskakujące z boku zdjęcia nic nie mówi, to śpieszę (neutralnie) donieść, że to (wszędobylskie) Haibao, (pokraczna) maskotka szanghajskiego Expo 2010.

Podobno już nie ma oryginalnych i dubbingowanych wersji nowoczesności. A jak się patrzy na Chiny, to można szczególnie łatwo zrozumieć, że podział na kopie i oryginały stracił ostrość i sens i to na wielu wymiarach. W najprostszym wcieleniu: podróbki towarów – coraz trudniej powiedzieć, co jest oryginałem, a co podróbą. Przy czym nawet nie chodzi już o to, że nie da się na oko rozróżnić, tylko o problem eeee… ontologiczny. No dobrze, telefon marki NCIKIA i SVMSVNG są po prostu podróbami. Ale przy całej gamie rzeczy typu:

a) oryginalny materiał wyprowadzony z fabryki, wykonane gdzie indziej + logo wykonane na boku

b) trochę oryginalnego, trochę nieoryginalnego materiału + logo na boku

c) towar robiony na lewo (a czasem i nie koniecznie) na tych samych maszynach i tym samym know-how w fabryce oryginałów + nowe logo

d) oryginalny towar z odrzutu + lewe logo

e) i tak dalej, i tak dalej, kombinacji może być jeszcze dużo

rozróżnienie takie przestaje mieć sens.

Są jednak takie kopie, co do których nie ma wątpliwości, że kopiami są, ale ze strzępiącą się po dwóch użyciach NCIKIĄ mają niewiele wspólnego. Np. miejsce, w którym byłam dziś, a z którego pochodzą powyższe zdjęcia – to osiedle Thames Town w Songjiang (miasteczko – obecnie fragment aglomeracji Szanghaju, ma kilka wspaniałych zabytków: np. Kwadratową Pagodę, której duże fragmenty pochodzą z dynastii Song). Ale właśnie na takich kopiach dokładnych jak Thames Town widać wyraźnie, że kopiowanie wcale nie musi być wyrazem zależności kopiującego od „oryginalnej wersji”, tylko konkretną strategią marketingową, mocą wykrawania z „oryginału” kawałka i sprzedawania go ku korzyści i wzrostowi kawałka własnego. Mówiło się niegdyś (zwłaszcza w Japonii), że takie „zarządzanie obcością” to specjalność Kraju Kwitnącej Wiśni (nawet w takich miejscach, gdzie wydawałoby się, że to obcość zarządza Japonią, np. jak w Disneylandzie – polecam klasyk takiego podejścia: Re-Made in Japan, J. Tobin). Ale jak spojrzeć na Thames Town i miasteczko przedstawione parę postów wcześniej – bliźniacze w pomyśle, ale szwedzkie, to widać, że i Chiny się tej sztuki właśnie uczą. Inna sprawa, że jak pokazuje przykład tych dwóch osiedli, jeśli chodzi o budownictwo, chyba jeszcze się za dobrze nie nauczyły. Podobnie jak w przypadku “Szwecji” inwestor Thames Town również poniósł spektakularną klapę i osiedle – wybudowane 4 lata temu – świeci pustkami, może w jednym na 30 okien widać oznaki życia.

Pomijając powszechny tutaj problem przeinwestowania, może tenże inwestor zrobił nieudaną ekstrapolację pędu do nauki angielskiego (“skoro kują słówka, wmuszają w dzieci od najmłodszych lat yingyu, będą chcieli mieszkać w małej Anglii”), zapominając, że ta całą nauka jest na użytek wewnętrzny i tym, co na zewnątrz Chin ma niewiele wspólnego.

Może próbował sprzedawać nostalgię. Faktycznie, sprzedawanie nostalgii – nawet (a może zwłaszcza) za tym, czego publiczność nie doświadczyła – jest dziś dobrym pomysłem marketingowym (np. na nim zasadza się wielomiliardowodolarowa obecna miłość Japonek do koreańskich telenowel). W Thames Town na każdym kroku jeszcze nowe, ale już zestarzałe tablice głoszą:

DSC02315

…enjoy your life & holiday. Dreaming of Britain live in Thames Town!

Jeśli tak, to rozumowanie znowu niefortunne. To, co jest dobrym pomysłem na sprzedaż telenoweli czy utworu muzycznego, nie musi być dobre przy sprzedaży całego kompletnego entourage’u do życia. Krótko mówiąc inne wybory człowiek czyni, gdy jest publiką, a inne gdy ma być aktorem. Może po prostu nikt z praktycznych Szanghajczyków nie chce przeżyć życia marząc i tęskniąc do nieznanej, dalekiej Brytanii? Tudzież zwyczajnie dzisiejsze chińskie nostalgie mają inny kierunek (gdyby chcieć jedną z nich, nostalgię za czasami Rewolucji Kulturalnej, ubrać w postać architektoniczną, trzeba by pewnie zaraz po wybudowaniu wybić okna, zerwać podłogę, albo coś w tym stylu). Nostalgia europejska dobrze za to wychodzi na fotografii ślubnej, na tej akurat widać 50% dziś fotografujących się w Thames Town par (nb. na witrażach “kościoła” Jezus ukrzyżowany, zstąpienie Ducha Świętego, krzyże, ciekawe co jest w środku):

DSC02354

Ale wracając do kopii i oryginałów – czy telefon NCIKIA, czy Louis Vuitton w 32% składający się z oryginalnych materiałów, czy kopia szwedzkiego, czy angielskiego miasteczka, jak dla mnie, każda z tych rzeczy ma inne znaczenie, inną wymowę, a wszystkie razem paradoksalnie składają się na unikatowość chińskiej wersji nowoczesności.

15

01 2010

Estetyka protestancka i duch kapitalizmu (chińskiego)

To małe szwedzkie miasteczko  położone jest na północnych peryferiach Szanghaju. Dalej już tylko zakurzone drogi, ciężarówki, świeżo wykarczowane pola i magazyny zaorane pod jeszcze nie powstałe osiedla, a na końcu Jangcy.

Wsiadam w metro lini 3  (jest już 10, robią 11 tą),  jadę do końca. Oczywiście nie znam konkretnego adresu, wiem tylko, że to część osiedla Xin Luodian. Opisuję taksówkarzowi, to, co widziałam na zdjęciach (Mariusz, wielkie dzięki za te linki!):  no więc rzecz ma przypominać Skandynawię, ma być czerwona kościelna wieża z zegarem, kamieniczki z dachówkami. A taksówkarz nadal nie bardzo wie, gdzie to, więc jedziemy na czuja. Po 15 minutach kierowca skręca w drogę przez pola, mówi, że to pewnie tutaj, bo tam dalej wdłuż tej dróżki “są te wszystkie takie osiedla”. Mam nadzieję, że poszukiwana wieża z zegarem po prostu zaraz wychynie i będzie wiadomo. Tymczasem, gdy zbliżamy się do domniemanego celu  zaczynam rozumieć, dlaczego facet po prostu nie mógł mieć jasności.

“Wieża ceglasta? To to?” – pyta się taksówkarz:

DSC01955Nie, nie to. Fakt, nie mogę wymagać przecież od taksówkarza z dzielnicy Baoshan, żeby odróżniał kopię Europy od kopii kopii Europy, jak przeciętny Europejczyk też nie odróżnia.

“Z zegarem, europejskie? To to!” – wskazuje taksówkarz:

DSC01961

No nie, to to raczej Bund naśladuje. Po drodze mijamy jeszcze zamek krzyżacki:

DSC01958I ja też powoli przestaje się łapać w bogactwie kopii, kopii kopii i architektonicznych bajań na temat dalekiej Europy. No, ale jak już zamek krzyżacki, to znaczy w dobrym kierunku jedziemy. W końcu taksówkarz wypatruje baner reklamowy z napisem: “Żyj w stylu północnoeuropejskim! Sprzedaż mieszkań, atrakcyjne ceny!” Jedziemy w kierunku wskazanym przez baner, aż znajdujemy to, czego szukałam.

Osiedle ponoć zostało zainspirowane wyglądem najstarszego miasteczka Szwecji – Sigtuny. Pierwsze wrażenie, jak dla mnie, jest powalające (trochę jak omamy):

DSC01899Ide więc rączo w stronę fatamorgany, a tam tak:

DSC01898DSC01908DSC01915DSC01928Nie wiem, czy to rzeczywiście kopia Sigtuny (M. jeśli w końcu zdążyłeś wtedy na autobus do rzeczonego miasteczka, to weź się wypowiedz), ale to miasteczko to nie tyle kolejna chińska fantazja na temat stylów architektonicznych Europy, ale po prostu transplantacja – proporcji, kolorów, układu ulic i budynków.

Tylko, że ja znowu mam wrażenie, że znalazłam się, podobnie jak w przypadku Wuzhen, w miasteczku duchów. Wszystko się zgadza – jest jakaś z pietyzmem odrestaurowana/wybudowana na wzór przeszłości/europejskości do bólu spójna całość, wszystko jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tylko jakoś życia nie ma. Tak jak w Wuzhen zaglądałam przez zmurszałe okiennice do pustych zamkniętych na głucho wnętrz kamiennych chatek, tak teraz zaglądam w okna budynków wzdłuż głównej jie gatan, do “kościoła” – wszędzie pusto, chyba tylko jedne okna sprawiają wrażenie, że ktoś tam mieszka. Osiedle ukończono w 2007 i ewidentnie tak do do tej pory stoi. Jak się bliżej przyjrzeć, na dobrą sprawę wymaga już remontu, barierki pordzewiałe, zacieki z rynien, framugi okien poczerniałe. “Bary” i “kawiarnie”, które pozakładano jako element europejskości pozamykane na głucho, witryny puste:

DSC01936odbicie budynków w witrynie sklepu do wynajęcia:

DSC01926

DSC01937

wszędzie nagie okna, i tylko reklama akupresury stóp działa (czyje stopy i kto tam masuje? Może ludzie z miasta przyjeżdzają specjalnie, żeby w okolicznościach skandynawskich stopy wymasować, bo mają takie wyrafinowane upodobanie?):

DSC01913No właśnie. Kto? Oprócz mnie na osiedlu zauważyłam chyba  jeszcze tylko dwie modelki w sukniach, parę ślubną i fotografów tychże. Kilku chłopaków, chyba z wioski, którą mijało się w drodze do metra, gra w siatkówkę. Jeszcze jeszcze pan pucujący uliczne rzeźby. Czyli, że na zdjęcia ” w stylu europejskim” to tak, ale żeby tak mieszkać, to już nie? Jak jechaliśmy, taksówkarz mówił, że to dojazd fatalny (do centrum będzie ok godziny metrem+ 20 minut samochodem) i ceny bardzo wysokie.

Ale myślę, że to nie tylko to. Gdy wracam na piechotę do drogi głównej (nie ma taksówek na tym pustkowiu, poza tym wreszcie piękna pogoda, powietrze świeże, więc idę) z biednego porzuconego, zanim na dobre zajętego, chińskiego skandynawskiego miasteczka, mijam po drodze różne osiedla – tym razem nie wierne kopie, ale lokalne wariacje na temat zachodniości. A tam domy zamieszkane, samochody na podjazdach, a dojazd do miasta dokładnie ten sam, po prostu 400 metrów dalej:

DSC01957Mijam  ponownie “Bund” w szczerym polu. Obok niego wre praca, powstaje gigantyczne osiedle w stylu “art deco-wiktoriańskie rokoko-modernizm-pałac francuski-kamienica angielska”, pierwsze z brzegu już ukończone (polecam powiększenie):

DSC01964Wcale nie bliżej centrum, pewnie jeszcze drożej, no bo tyle kolumn, rzeźbień, to wszystko drogie. A praca wre, “gargamelki” poustawiane w kilka rzędów:

DSC01965Czy znowu inwestor się przeliczy? Nie sądzę. Mam wrażenie, ci, którzy mogą sobie pozwolić na drogie mieszkanie za miastem, to zwyczajnie ostatni w kolejce do poszukiwań purytańskich, prostych wzorów, umiaru i skromności. Szukają czegoś dokładnie przeciwnego – wyrażanego przez kolumny, marmury, rzeźbienia. I czy te marmury i złote lwy to kopia dokładna, czy wariacja na temat obrazów luksusu Europy, to  nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. W sumie brzmi i wygląda to wszystko trochę znajomo, nie?

P.S. Jeśli luksus mierzyć ilością kolumn (coż, miara to znana z polskich przedmieść, wsi i miasteczek), to wygrywa (chyba i międzynarodowo) ten dopiero co wykończany budynek na Pudongu (Pudong – dzielnica-symbol chińskiego odrodzenia ekonomicznego). W takich przypadkach naprawdę nie wiem, co artysta miał na myśli. Czy to próba zdyskontowania napakowanego zachodnią architekturą Bundu po przeciwnej stronie rzeki? Czy próba pokazania, że jest się bardziej, więcej i lepiej niż Ateny i Rzym razem wzięte? A może odwrotnie – hołd europejskiej architekturze (coś jak powtórzenie 1200 razy “niech żyje”)? W każdym razie mnie takie wyrwania z kontekstu (żeby jeszcze, jak przewiduje teoria hybrydyzacji, te nieszczęsne kolumny lądowały w jakimś innym, twórczym kontekście…) nie przestaną chyba nigdy zadziwiać. Polecam kliknięcie celem zbliżenia :

DSC01120

21

11 2009

Czerwone słońce, jasny księżyc

Koniec świąt. My, studenci (ale nie ja, bo znowu coś piszę) mamy jeszcze tydzień wolnego, ale “podwójne święto” (60-lecie ChRL + Festiwal Środka Jesieni) przeszły.

Jeśli chodzi o to pierwsze, to o wielkiej paradzie, Przewodniczącym Hu w maoistowskim mundurku, hasłach “Wielkie Chiny powstały” i “niech myśl Mao żyje 1000 lat” z pewnością jeszcze szerzej napiszę – pewnie przy okazji poruszania tematu, bez którego jak dla mnie ta opowieść nie da się zrozumieć – chińskiego nacjonalizmu.

Tutaj udekorowany świątecznie pasaż (oczywiście muszą być czerwone latarnie). Napis na słupach: “Święto narodowe, 60,  narodziny Chin” (można też rozumieć jako “wspaniałe narodziny”, 华 hua to, jak chyba już pisałam, i Chiny i “wspaniały”). Dekoracja sponsorowana przez pobliskie centrum handlowe (w tle):

skwerek

No właśnie, 60-lecie – ale czego? Tutaj to 60-lecie nie tyle ChRL, ale 祖国 – zuguo, ojczyzny. Dla mnie to trochę oksymoron, bo zuguo, poza tym, że oznacza ojczyznę, to tłumaczone dosłownie to “kraj przodków”. Jakoś jak sobie wyobrażam te dziesiątki setek pokoleń Hanów, te wszystkie dynastie, to 60 lat panowania obecnej dynastii – jak mawia jeden z moich tutejszych profesorów – jest jakimś ledwie błyskiem. Ten sam profesor mawia, że każda dynastia zaczyna od oddzielenia grubą kreską tego, co było kiedyś i przywołuje słowa z Czerwonej Książeczki – musimy wiedzieć, kto jest lud a kto wróg.

Może i każda dynastia i tak zaczyna, ale później następuje wielka synteza i wszystko ze wszystkim zaczyna się łączyć i nawzajem się legitymizować (szczególnie to, co już nie może mówić). Kong lao er („drugi brat Kong”-pogardliwe określenie Konfucjusza z czasów kampanii „zwalczania Konfucjusza i Lin Piao”. Miało pokazać, że nawet w swej rodzinie nie był najważniejszym synem) i jego myśl są dziś punktem, wokół którego tworzy się jeden z centralnych projektów dzisiejszych Chin – „harmonijne społeczeństwo”hexie shehui. Kto lud, a kto jego wróg? Dziś są sami przyjaciele – portrety Mao, Liu Shaoqi, Zhou, Denga po czasach Rewolucji Kulturalnej już zawsze wiszą obok siebie, a statut KPCh co kilka linijek podkreśla , że myśli tychże tworzą całkowicie spójny i nierozerwalny ciąg.

Konsumpcja, rynek, reklama też mogą pomagać w syntezie. Jak patrzę na tę witrynę sklepu z odzieżą:

DSC01248

…i na tę pierwszą datę – to przed oczami mam zgrzebne kufajki i słomiane łapcie, w których pozują do zdjęć w Yan’anie Mao i jego niedoszła Artystka. I scenę, która wydarzyła się 20 lat później: żona Liu Shaoqi, Wang Guangmei, stoi pośrodku wściekłego tłumu ze spuszczoną głową ubrana w “suknie” ze szmat i “korale” z piłeczek pingpongowych. Wiec ma na celu potępienie jej burżuazyjnego stylu życia, przejawiającego się m in. tym, że podczas wizyt zagranicznych, w których towarzyszyła mężowi, zamiast kufajki nosiła suknie i zakładała biżuterię (co nie dane było Artystce, której mąż, nie dość, że nigdzie nie wyjeżdżał, to jeszcze zepchnął ją ze sceny publicznej. No, ale potem się jeszcze na nią wepchęła).

No właśnie, zakupy. 60-leciu zuguo i Festiwalowi Środka Jesieni towarzyszyła gorączka zakupów nie gorsza niż Boże Narodzenie. Co prawda nie ma tej nerwówki, żeby kupić wszystko przed świętem. Tutaj święta, odwrotnie niż w Polsce, są powodem nie do zamknięcia sklepu, ale do jeszcze dłuższych godzin otwarcia.  Czasem wydaje się to już niemożliwe, jako, że życie niektórych sklepikarzy po prostu toczy się w sklepie – tam jedzą, wychowują dzieci, oglądają wieczorem w piżamach ulubione telenowele. Ja popołudniem Festiwalu Środka Jesieni kupiłam nową rurę do zlewu i odbiłam książkę na ksero, a młode chłopaki przesiadujące w swoim punkcie kserowo-drukarsko-piśmienniczym (piszą też różne podania na komputerze) bynajmniej nie zamierzali szybko zamykać i cieszyli się grą w którąś z tych MMORPG, gdzie to jest się ni elfem, ni wojownikiem z czasów Walczących Królestw i gdzie lata się po jakichś świątynnych podwórzach.

Zakupy każdy zdążył zrobić. Gorzej z dostaniem miejsca w restauracji na uroczystą środkowo-jesienną kolację. Dzięki nadzwyczajnej zapobiegliwości moich znajomych, dostaliśmy w jednej z wielgaśnych restauracji w lokalnym centrum handlowym wspaniały stolik (a raczej potężny stół-laboratorium z kuchenkami do przyrządzania gorącego kociołka) i z miękkich kanap, topiąc w naszych zupach różne cuda donoszone przez pracowitych kelnerów, mogliśmy obserwować świątecznie ubrany tłum czekający w kolejce, aż się coś zwolni. Akurat się zwolni.

A później – i ci głodni i ci najedzeni – wychodzą przed mega centrum handlowe i zaczyna się – jak dla mnie – najfajniejsza cześć święta. Wszyscy spacerują, podziwiają pierwszą jesienną pełnię księżyca (wczorajsza była wręcz oślepiająco jasna i nie było nawet najmniejszej chmurki), jedzą księżycowe ciasteczka (wcześniej je kupili np. tutaj, te całe stosy to właśnie ciasteczka, pani na reklamie na ostatnim zdjęciu to Chang E 嫦娥, bogini księżyca).

ciasteczka3DSC01245

DSC01254

My wytoczyliśmy się na placyk przed centrum handlowym (tylko na tyle było nas stać po 4 godzinnym…sama nie wiem, jak to nazwać), gdzie świątecznie ubrani ludzie przynieśli magnetofon, głośniki i tańczyli do starych piosenek, do argentyńskich tang, do muzyki ludowej w nowoczesnej aranżacji. Nie jest to bynajmniej wyłącznie świąteczna aktywność, bo tańczących można spotkać w wielu miejscach w każdy weekend, ale wczoraj wyglądali wyjątkowo elegancko, no a wprost nad nimi świecił ten oślepiający księżyc. Muzyka grała, dzieciaki i pofarbowane na różne kolory pudelki radośnie biegały (a teraz, w nocy, te różowouche i zielonołape stworzenia wyją strasznym głosem do tego anormalnie jasnego księżyca). Do naszych rozmów na tematy świąteczne (to święto rodzinne, celebracji zebranych plonów – także życiowych, a nam jakoś zaczęło wychodzić, że nie za dużo zebraliśmy) przyłączyli się w pewnym momencie wyraźnie zaintrygowani dośc egzotycznie wyglądającą, acz dyskutującą po chińsku grupką, siedzący obok starsi państwo. I tak stoczyliśmy chińsko-koreańsko-tajsko-polską rozmowę na różne kluczowe w święto o tak rodzinnym profilu tematy jak: „czy lepiej mieć męża bogatego czy biednego?”, „Czy lepiej się rozwieść czy utrzymywać w sekrecie kochankę”? itd.  O tym, „czy lepiej mieć męża bogatego czy biednego”i jaki los czeka jednych i drugich (marny) w tym strasznym mieście, oraz o tym, jak rozpoznać, że dana kobieta jest czyjąś kochanką, jeszcze napiszę. To powinno zaspokoić na jakiś czas pragnienie skandalu, które, jak się ostatnio dowiedziałam, jest dość silne wśród niektórych czytelników tego bloga (chodzi mi o tę grupkę, której podobał się głównie i zdecydowanie i właściwie tylko wpis pt.”Wykrzycz głośno swoją miłość”) :-)

05

10 2009