Posts Tagged ‘marksizm’

Eksperyment. Roznice kulturowe

Z pierwszej ksiazki (崔婷《全球化与当代中国. 跨文化交流》Cui Ting, “Globalizacja i wspolczesne Chiny. Wymiana miedzykulturowa”. Rok wydania 2009):

“Bezposrednim efektem globalizacji jest fenomen konwergencji kulturowej. Sprawia ona, ze zachodnia (glownie amerykanska) kultura i wartosci przenikaja do innych krajow. Fenomen konwergencji kulturowej zaciera tozsamosc i cechy charakterystyczne przyrodzonej kulturze narodowej. Zachodnia przewaga informacyjna powoduje rdzewienie ducha narodowego krajow rozwijajacych sie, ich przekonan politycznych i moralnosci”

“Wymiana kulturowa w internecie zniosla granice geograficzne pomiedzy Chinami a Zachodem, bariery odnoszace sie do kraju pochodzenia.”

“Jaka kultura korzystnie jest eksportowac? Ewidentnie kulture postepowa, harmonijna, odbijajaca nowy etap rozwoju ludzkiej cywilizacji, tylko ona jest konkurencyjna, ma moc przyciagania[...] Przygotowujac chinska kulture, ktora ma pojsc w swiat, konieczne jest miec mysl przewodnia. [....] Przewodnia mysla dla przygotowywanej do pojscia w swiat chinskiej kultury jest marksizm-leninizm, mysl Mao Zedonga, teoria Deng Xiaopinga, wazna mysl o Trzech Reprezentacjach i idea rozwoju naukowego”

Z drugiej ksiazki (史蒂夫•莫滕生编选《跨文化传播学——东方的视角》, S. Morteson (red.), “Komunikowanie miedzykulturowe- perspektywa wschodnia”. Rok wydania 1999):

“Zachod charakteryzowany jest przez indywidualizm, Wschod zas przez orientacje kolektywne”

“O ile ludzie Zachodu traktuja siebie samych jako centrum, o tyle Chinczycy za centrum uwazaja otoczenie”

“Wielu Chinczykow szybko sie westernizuje, wielu juz zmienilo nastawienie z nastawienia na otoczenie jako centrum w nastawienie na siebie jako centrum”

“Badanie to ma na celu zbadanie roznic w wyrazaniu wlasnych uczuc przez Amerykanow i Chinczykow, przede wszystkim roznic pomiedzy dwoma kulturami w aspekcie doboru tematow i slownictwa […] Badaniem zostala objeta grupa amerykanskich studentow oraz chinskich studentow pochodzacych z Tajwanu[…]Czas przebywania chinskich studentow w Stanach Zjednoczonych wyniosl srednio trzy lata i trzy miesiace

Przedmiot: 国际传播与跨文化传播 – Komunikacja miedzynarodowa i komunikowanie miedzykultorowe

Prowadzacy: szycha Wydzialu, byl 10 lat w Japonii. Specjalizuje sie w roznicach kulturowych (czy ja juz gdzies nie pisalam o tym, jak wielce kocham to wyrazenie?) i w ramach tego na wykladach np. opowiada godzinami, “jak laowaje mysla“.

Czym wzbudzil moja niechec: powyzszym (tzn nie Japonia, tylko tym, ze wie, jak mysle) oraz usmiechaniem sie glupio przy wspominaniu o katastrofie smolenskiej (“hehe, tam u was, hihi, samolot z oficielami i prezydentem, hehe, sie rozbil, haha, prawda?” Ja wiem, ze to, hehe, taka roznica kulturowa, ze to zaklopotanie, a nie smianie sie w twarz, hehe, ale i tak mi sie, hehe, zrobilo przykro i antypatie do tego znawcy zwyczajow laowajow poczulam. Laowaje zle mysla o kims, kto wie, co laowaje mysla, a mimo wszystko sie laowajom tym chichocze z katastrofy samolotowej).

Polecenie: ksiazki, z ktorych cytaty powyzsze pochodza przeczytac i napisac o swoich wrazeniach po lekturze. No to przeczytalam i napisalam. Co sadze o mysleniu dualistycznym, antynomicznym, o traktowaniu wszelkich zmian jako okcydentalizacji, o wrodzonych duchach narodowych, no i w ogole o esencencjonalizmie w odniesieniu do tozsamosci, kultury, narodu, no i o autoorientalizacji. I w ogole o pisaniu w roku 2009 tak jakby byl 1970. O stereotypowym i przeciwnym faktom mysleniu o mediach, internecie. I o bledach metodologicznych (w najlepszym wypadku pars pro toto), nieuzasadnionym wnioskowaniu etc. Wyrazanie tego, co mysle o ekportowaniu kultury postepowej z kilku dosc oczywistych wzgledow sobie darowalam.

Ksiazka numer dwa jak i sam profesor podkreslaja, ze ludzie Zachodu posluguja sie logika liniowa, sa nastawieni indywidualistycznie, jawnie wyrazaja krytyke i traktuja siebie jako centrum (w dokladnych przeciwienstwie do Chinczykow ktorzy – co za mily przypadek ! odpowiednio – posluguja sie logika obrazowa, sa nastawieni kolektywnie, krytyke wyrazaja niebezposrednio albo tez nie wyrazaja i jako centrum traktuja otoczenie). Mam nadzieje, ze moja praca i wyrazone w niej opinie jak i bezposrednio wyrazona krytyka dobrze wpisuje sie w taki obraz “czlowieka Zachodu”.

Napisawszy, dalam znajomej Chince do zczytania. Czyta, czyta (hurra -chyba opanowalam wreszcie pisanie socjologicznej sieczki, dziewczyna zmienia raptem 4 wyrazy w calej pracy i dostawia pare przecinkow), kiwa glowa, ze racja, ze dobrze mowie, po czym dociera do niej, ze ja depce ksiazki, co slawny profesor kazal przeczytac jako szczegolnie cenne. “Dlaczego tak napisalas? Przeciez on chcial zebyscie zachwycali sie tymi ksiazkami! Zebyscie podeszli jak uczniowie do mistrzowskich tekstow!”. No, “ten tekst uswiadomil mi ze…”, “autor ukazuje nam wazny problem…” i takie tam…Dlaczego tak nie napisalam? No, to sa wlasnie te eeee, wiesz, roznice kulturowe. Bezposrednia krytyka, maly dystans do wladzy, koncentracja na samym sobie…Robimy do siebie glupie miny, znajoma 6 razy sie upewnia, czy jak tylko dostane ocene, aby na pewno zaraz jej powiem, co dostalam. Jeszcze na ulicy do mnie wola. Ona nie jest w stanie przewidziec.

Tak wiec robie eksperyment z roznic kulturowych. Na jednym profesorze z Szanghaju. Obiecuje nie rozciagac wnioskow na caly kontynent ani tez na ich podstawie wnosic, ze ludnosc innego kontynentu a wlasciwie to 4 kontynentow (autorka ksiazki nr 1: kultura Ameryki Lacinskiej jest podkultura kultury zachodniej) z pewnoscia postapilaby dokladnie odwrotnie. Wyniki zostana oglaszone tutaj na blogu.

Tak, jeszcze troche i konczy sie semestr. I moj rok na chinskiej uczelni. 哎。。。Przez ten tydzien dla odmiany…Expo. Moze uda mi sie wreszcie pojsc do chinskiego pawilonu.

31

05 2010

Polsko…Polsko…

Tytuł zajęć: “Marksistowsko-leninowski pogląd na media”. Ocena: A (maksymalna).  Poglądy wyrażone w pracy: bynajmniej nie marksistowsko-leninowskie. Napisałam po prostu, co się stało z marksizmem-leninizmem jako rodzajem dyskursu w Polsce po 89′ i jak to sie ma do postrzegania w niej Chin. Profesor: wyjątkowa postać (i na tym poprzestane, oby uczyl jak najdluzej).

Tytuł zajęć: “Globalizacja i kultura transnarodowa”. Ocena: jeszcze nie ma, bo to początek semestru. Profesor: Japończyk, chyba najlepiej mówiący po chińsku cudzoziemiec, jakiego było mi dane spotkać. Mówi o tożsamości narodowej i mediach w Japonii, jedzie (ale nie tak strasznie jak poprzedni zaproszony na gościnny wykład Japończyk, który pouczał, że “bez wolnej prasy nie osiągniecie demokratyzacji” – większego zmasowania faux pas nie mogę sobie wyobrazić) trochę i dośc dyskretnie (ach, to wyczucie jezykowe) po systemie medialnym Chin i tym, z czego on wyplywa.  Gdy zajęcia się kończą, myślami jestem już gdzie indziej (no dobra, w klubie sportowym, zastanawiam się, ile powinnam dziś przebiec i w jakim tempie) po czym słyszę jak zza zasłony: “A pani skąd jest?” Ponieważ na sali, na której jest 60 osób jest tylko jedna osoba, której mozna zadać to pytanie, więc nawet nie musze sie nawet specjalnie rozgladac, czy to do mnie. Odpowiadam. Na to  japoński profesor: “Aaa, z Polski, i co, macie takie media, jak w Chinach?”

Wmurowuje mnie kompletnie (bieżnia na pochyło? jak bardzo pochylo? lekki trucht? potem z maksymalna predkoscia? w sumie 50 minut? Jak w Chinach? Japończycy naprawdę są z innej planety?). I kiedy wmurowuje mnie jako badacza Chin, mój wewnętrzny Polak (a raczej Polka) czuwa. I zanim się spostrzegam, wewnetrzny Polak odpowiada machinalnie: “Nie, już nie mamy”. Po sali szmer. Jakaś dziumdzia kilka krzeseł dalej wyciąga aparacik cyfrowy i mi robi zdjęcie - że tak to egzotycznie mamy na zajęciach. Odwracam się do niej z przyklejonym uśmiechem od ucha do ucha i dwoma palcami “V” (typowy gest chińsko-fotograficzny). Ponieważ diabelski Japończyk ma wyczekującą minę, że coś powiem dalej, przeto formuję jakiś kłąb socjologiczno-bełkotliwej przedzy (ze tozsamosc, ze rekonstrukcja, ze pole i inne motanie), żeby nie bylo, ze nie reaguje. A w srodku cos sie we mnie gotuje. Jestem wsciekla na Japonczyka (za porownanie, za wypowiedzenie go jako pierwszego i jedynego zdania skierowanego do mnie, no i za to, ze wystawil mnie na ustosunkowanie sie do tej absurdalnej i na dodatek drazliwej dla wszystkich, oprocz jego japonskiej osoby, kwestii-nie-kwestii przy 60 Chinczykach, w tym moich znajomych, no i oczywiscie za to, ze zrobil to, kiedy wlasnie myslalam o biezni, no ale to juz nie jego wina). Ale jeszcze bardziej jestem wsciekla na siebie. Ze wylazl ze mnie machinalny, wewnetrzny, podswiadomy Polak. Choc w sumie to powinnam sie cieszyc, ostatnio sie przeciez skarzylam, ze przez te wszystkie krzyki na ulicy - “o , laowaj”, te wszystkie poczatki konwersacji w stylu, “bo, wy, Amerykanie”, moja polska tozsamosc czuje sie stlamszona. A tu nagle taki Polak pelna geba, pelen polskiej dumy i uprzedzenia, operujacy systemem zero-jedynkowym, wylazi. A tak naprawde to jestem zla na siebie, za to, ze wylazl ten mechaniczny Polak zamiast nadbudowanego nad nim badacza. Ktory powinien po pierwsze spytac: “A w jakim sensie podobne? Ze tez po chinsku? Ze mamy i Renmin Ribao i Nanfang Zhoumo? Czy ze takie duze?”. Czyli zmusic diabelskiego Japonczyka, zeby sam wyartykulowal to, co chcial (tzn chcial, sadzac z kontekstu calego jego wykladu) mi w rece wpakowac. Ide do klubu sportowego i przebiegam wiecej i szybciej, ale paskudny humor nie mija.

Gdy wracam do domu, przebiegaja mi dodatkowo, migawkowo te wszystkie mini dialogi, gdy ktos przygodnie poznany dowiaduje sie, ze jednak nie jestem z Ameryki, tylko z Polszczy. Typy idealne ponizej:

Typ 1:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “z Polski”

Osoba, po namysle: “Polska to zdaje sie bardzo maly kraj?” (polskie tlumaczenie nie oddaje uroku chinskiego oryginalu, ktory, przynajmniej w moich uszach, ma spory ladunek komizmu, bo jakos tak sytuuje Polske gdzies razem z malymi dziecmi, malymi kotkami etc.)

Typ 2:

Osoba: “Skad jestes?”

ja: “z Polski”

Osoba, glosem jakby gluchy do gluchego: “Skad?! Z Holandii??” (Holandia - Helan, Polandia - Bolan)

Typ 3:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “O, stosunki naszych krajow sa bardzo dobre! Przeciez byliscie krajem socjalistycznym”

Kiedys, zaraz po wydarzeniach w pewnej zachodniej prowincji Chin (niemal dokladnie sprzed dwoch lat), zrobilam analize tekstow trzech polskich glownych dziennikow - jak, za pomoca jakich srodkow, przy uzyciu jakich slow opisuje sie ten konflikt, jak definiuje sie strony i ich dzialania. Wyszlo (przynajmniej w dwoch dziennikach), ze to nie tyle rzecz o Chinach i pewnej ich prowincji, ile odswiezanie naszych narodowych opowieści, np. tej o stanie wojennym (te wszystkie tytuly: “Czolgi na ulicach” etc.) i opowiadanie ich na powrot tak, aby nie bylo watpliwosci, ze dane medium stoi po stronie swiatla. Czyli odswiezanie wlasnego (przykurzonego jakby) mandatu, masowanie ego wlasnego i czytelniczego. No bo np. mozna na powrot tak latwo zostac obronca (slowo powtorzone 43 razy, i to do tego w gazecie przed duze “G”, staje sie prawda!) czegos np. krzyczac na ulicy.

No wiec tak to jest, m in., byc w przeszlosci krajem socjalistycznym. Tutaj (no chyba, ze, o ironio, na kursie marksizmu-leninizmu) tego nie powiem (choc czasem mnie kusi, zwlaszcza jak ktos opowiada, jak to cały swiat Chiny podziwia za ten caly rozwoj i lubi). W Polsce tez tego nie powiem (dyskusje z zacietrzewionymi obroncami i zwolennikami, czegokolwiek by nie bronili, mnie po prostu nie interesuja). I japonskiemu profesorowi tez nie. Nie przy ludziach.

P.S. W weekend poszlam do parku Zhongshan (czyli Sun Yat-sena). Stoi tam ni mniej ni wiecej tylko pomnik Szopena (dwa tygodnie temu minela 200 rocznica urodzin!). Pomnik ten stoi posrodku tej calej Chinskiej Republiki Parkowej, tych wszystkich latawcow, karaoke z magentofonu, straszych ludzi spotykajacych sie by pospiewac arie z oper pekinskich, pograc na tradycyjnych intrumentach. Tkwi posrodku tych tlumow pochylajacych sie z aparatem nad paczkiem kwiatka, posrod grupy Ujgurek w strojach ludowych i z magnetofonem, ktore przygotowuja sie do parkowego wystepu. Zostal ufundowany przez strone polska, wykonawczynia jest Chinka, ktora studiowala na warszawskiej ASP. Szopen szanghajski robi dosc przygnebiajace wrazenie, on po prostu spadl z nieba, jak meteoryt, utknal posrodku Chnskiej Republiki Parkowej niczym cialo obce. Wbil sie w ziemie przy kepce krzakow, po drodze rozpadl na serie metalowych pretow, na ktorych utkwila glowa biednego Fryderyka. Gdy odslaniano pomnik 3 lata temu, byly szumne zapowiedzi strony polskiej, ze bedzie miejsce spotkan kulturalnych, koncerty na wolnym powietrzu, muzeum. Nie ma po tym sladu. Jest tylko wylysiala trawa dookola.

P.P.S. Tak, to prawda, ze nasz polski pawilon na Expo bardzo sie tu podoba.  I ze w wielu miejscach jego wycinankowe, biale oblicze wisi obok pawilonu-matki (pisalam o nich tutaj) jako wizytowka Expo. Dyskusje o tym, czy to dobrze czy zle, ze jest to przetworzenie ludowej wycinanki sobie daruje, gdzie indziej jest o tym co niemiara. Dla mnie wazniejsze jest pytanie o to, czy w srodku tego pawilonu znajdzie sie, choc prowizoryczna i przygotowana na potrzeby publicznosci, odpowiedz na pytanie z czwartego typu idealnego gadki o “skad”. A wyglada ona tak:

Typ 4

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “A co jest wasza specjalnoscia (techan)?”

P.P.P.S. Piata odslona gadki o “skad”, uslyszalam ja dzis. Nie wiem, na ile jest reprezentatywna, ale za to niezmiernie mi sie podoba. Uczestnicy to moj kumpel, uczacy dzieciaki w jednej z chinskich prowincji oraz owe dzieciaki.

Typ 5

Dzieci: “Bo ty jestesz z Polski, tak?”

Kumpel: “Tak”

Dzieci: ” Ile bomb atomowych ma Polska?”

Kumpel: “Zadnej”

Dzieci: “To co zrobicie, gdy ktos was zaatakuje?” (po chwili refleksji): “zaraz… przeciez to my mozemy was zaatakowac!! I pobic bez problemu, bo my bomb atomowych mamy mnostwo!!” (po nastepnej chwili refleksji): “ale spokojnie, nie zaatakujemy was, bo my kochamy pokoj!”

A na zupelny koniec posta – ani (chyba, chociaz?…) nie orzel, ani (raczej) nie golabek pokoju, ale (chyba jednak) sokol (a moze jednak orzel?…lub raróg…) na tle szanghajskiego Fryderyka:

DSC07652

18

03 2010

Co ma filozofia Marksa do Renmin Ribao czyli mój kurs marksizmu

Mój kurs marksizmu to niewyczerpane źródło inspiracji.
Tydzień temu grupka, do której należałam i ja, zainaugurowała serię prezentacji robionych przez samych studentów. Temat jaki dostaliśmy to „Demokratyczny socjalizm i jego losy w Chinach”. Na pierwszy i drugi rzut oka stwierdziłam, że to dość egzotyczne połączenie, ale nie przejęłam się zbytnio, tłumacząc sobie, że tak jak wiele pojęć, „demokratyczny socjalizm” ma najpewniej tutaj odmienne niż w tradycji zachodniej znaczenie. No bo ten demokratyczny socjalizm, o którym myślę – radykalniejsza (w deklaracjach) niż socjaldemokracja, porewizjonistyczna koncepcja akcentująca samorządność robotników etc., mająca swoje stabilne acz obecnie dość marginalne miejsce we współczesnej Europie to jedno, a wszelakie socjalizmy systemowe to drugie.

Udałam się do biblioteki (po tygodniach walk nie uzyskałam jeszcze co prawda prawa do wypożyczania książek, ale przynajmniej jak przyłożę moją kartę do bramki na wejściu do biblioteki, to ta nie buczy tak jak bramka w sklepie przy próbie kradzieży), odnalazłam lektury, jakie profesor zalecił do przygotowania tego tematu. No i coś zaczęło mi się nie zgadzać. Socjalizm demokratyczny wyłaniający się z tych publikacji to zasadniczo ten sam o którym pomyślałam, jak zobaczyłam temat naszego zadania. Polecone lektury opisywały historię rewizjonizmu, ruchu robotniczego w Niemczech, samorządności robotniczej, osłon socjalnych. No może tylko nie rozpisano się zbytnio (czyli w sumie nie napisano) o krytyce zachodniej lewicy w stosunku do socjalizmów „systemowych”. I ani słowa o Chinach. Przypudrowany bo przypudrowany, ale mówimy cały czas o tym samym zjawisku. Więc przydzielone nam zadanie żąda on nas powiązania tego wszystkiego z najnowszą historią Chin? W notatkach które sporządzam dla mojej grupy (każdy z nas pisze, a później mamy zrobić burzę mózgów) wypisuję tylko kilka punktów, dlaczego moim zdaniem nie można jak dotąd mówić o losach socjalizmu demokratycznego w Chinach. I duży znak zapytania. Jestem ciekawa, czy oni są w stanie zaproponować jakieś połączenie tych pojęć i jakich ewolucji myślowych przy tym dokonają.
Zbieramy się i zaczynamy rozmawiać. Kończymy po 4 godzinach jak nas pani ze szmatą w ręku ze stołówki gdzie siedzimy przepędza. Przy okazji wychodzą tematy tzw. poboczne. Dziwią się, gdy mówię im, że u nas nie dzieli się świata na kapitalistyczny i socjalistyczny, i że nikt Chin socjalistycznymi na Zachodzie raczej nie nazywa. Nie bardzo też chyba łapią, gdy mówię, że nikt w Europie nie nazwie też, dajmy na to Szwecji „krajem socjalistycznym”. No to gdzie według nas jest ten socjalizm?

Chiny a socjalizm demokratyczny. Teraz widac wyraznie, że to zadanie to tak naprawdę sprawdzian. Nie tyle tego, czy grupa przeczytała zadane książki i czy sprzeda to reszcie, ale czy jest w stanie – jako przyszła elita Chin, jako przyszli dziennikarze poruszać się sprawnie w meandrach dyskursu publicznego, mowic tak, aby spelnialo to bardzo zlozone wymogi, a zarazem nie ocierać się o jawny absurd. O absurd to by się otarło, gdybyśmy zaczęli strzeliscie udowadniać, że Chiny to miejsce działania socjalizmu demokratycznego. Nie spełniałoby wymogów, gdybyśmy zaczęli wygłaszać pochwały zachodniego socjalizmu demokratycznego i kontrastować go z Chinami. Musimy znaleźć – ha – drogę środka. I na tym polega właśnie całe to ćwiczenie. W brodziku, z deska i plywakami, bez wypływania na pełne wody dyskursu publicznego. Próba odczytywania granic.

Grupa wykazuje się dużą dozą inwencji, ale i ekscentryzmu. Wytypowuje największe swe kurioza: Tajwankę i mnie do mówienia w swym imieniu. Obie się boimy, że się zapędzimy, że powiemy coś nie tak, co nawet nie tyle będzie podejrzane ideologicznie, bo profesor caly czas podkresla, ze to, co tutaj, to nie sfera publiczna, wiec to, co tu jest mowione rzadzi sie innymi prawami, ale ze wyrwie sie nam coś, co zdradzi naszą nieumiejętność poruszania się w tej rzeczywistości, potwierdzi przyjeta a priori naiwność i niewiedzę laowaja i Tajwanki. Albo  zostanie odczytane jako arogancja kogoś z kraju, który odrzucił socjalizm i kogoś z wyspy karmionej przez lata skrajną niechęcią do ChRL (SL boi sie podwojnie, bo nalezy do KMT i wszyscy o tym wiedza). Jako zabezpieczenie i poduszka bezpieczeństwa dołącza XD, chłopak oczytany, błyskotliwy i który na dobrą sprawie też jest osobliwością. Jako chiński Muzułmanin (ale nikt tego nie wie, ja wiem, bo jestem z innego świata, nie mam na plecach tego całego bagażu złożonych stosunków łączących/dzielących chińskie minzu i mi można – ale szeptem – powiedzieć) jest kimś spoza etnicznego mainstreamu. I tą jego peryferyjność czuję od razu, jeszcze zanim dowiaduję się, że jest z (tej właśnie) mniejszości, nasze doświadczenia bycia innym są w jakiś sposób podobne.
Nieszczęsny laowai, tajwańska tongbao i XD, erudyta z „problematycznej” mniejszości mamy pilnować, żeby to coś nie wylazło poza granice, których sami dobrze nie znamy.
Mam niezla treme. Nie tylko dlatego, że to pierwsze wystąpienie, gdzie wypróbowana będzie moja zdolność nie tyle do powiedzenia czegoś z sensem, ale do powiedzenia tak, aby nie powiedzieć niepoprawnie. Ale także dlatego, że to moja jedyna szansa udowodnienia 50 kilku osobom, że mam coś więcej do powiedzenia, niż tylko odpowiadanie monosylabami na te idiotyczne pytania typu „czy umiesz jeść pałeczkami”. Jak skopię, to drugiej szansy chyba już nie będzie. Zostanę tutaj 5 latkiem na zawsze. Grupa wrzuciła mnie na głęboką wodę, ale wiem, że robią to dla mnie, obmyślili to jako terapię po moich uniwersyteckich traumach (co je opisałam we wpisie „Upupianie”). No oczywiście też trochę pod publiczke, dla której gadający laowai to jak zajac dziergajacy se na drutach pokrowiec na uszy.
Jestem tej mojej grupie wdzięczna. Siedzieli w pierwszym rzędzie i robili miny pełne wsparcia. Chyba tylko dzięki temu poszło mi naprawdę super (podobnie jak czasem tylko dzięki temu, że słuchacz od razu przyjmuje minę jak do rozmowy z idiotą nieraz idzie potwornie), złapałam wiatr w żagle, przypomnialam sobie, ze moge po chinsku mowic plynnie, pelnymi zdaniami i na zlozone tematy, przypomniałam sobie, że w poprzednim, polskim życiu, zanim stałam się dziecinnym laowaiem, byłam nauczycielką, pracownikiem naukowym i czasami wykładowcą. Widok 50 kilku otwartych z wrażenia gęb (zając na ich oczach udziergal spory kawalek na drutach) był jedyny w swoim rodzaju. Kończymy tym, że problemem nie jest socjalizm, ale „demokracja” w jej zachodnim rozumieniu – idea ze względu na wielorakie uwarunkowania mało tutaj zrozumiała. Poszło. Profesor chwali część merytoryczną, ale odnosimy wrażenie, że jeśli chodzi o sprawdzian z ćwiczenia poruszania się w chińskim dyskursie publicznym powiedzieliśmy trochę za słabo, za bardzo niepewnie, mogliśmy trochę (trochę – tylko co to znaczy?) konkretniej (chociaż to jeszcze nie to słowo) i jeszcze by było ok.
Potem z SL, Tajwanką zastanawiamy się, jak można się nauczyć takiego wyczucia. Niby mnie powinno być łatwiej, bom z Polszczy. Choć wyczulenie na różne rejestry języka publicznego, w tym propagandowe, oraz poczucie jak delikatną i przedziwną są one materią mam pewnie i lepsze niż standardowy przedstawiciel jakiegoś kraju zachodniego, to jednak mam też wrażenie, że nie na wiele mi te polskie geny (i wychowanie) oraz pamięć schyłkowego PRL-u pomagają (choć jak ostatnio znajoma z pewnego kraju latynoskiego zadała chińskim znajomym pytanie o to, jak się ma filozofia “tego niemieckiego Zyda Marksa” do Renmin Ribao, to zrozumiałam, że mogło być ze mną zawsze jeszcze gorzej). To znaczy sa pomocne, ale tylko w okreslonym zakresie rzeczywistosci. Bo to, co jest tutaj, jest po pierwsze wielotorowe. Dangbao – gazeta partyjna – to gazeta partyjna. A media lokalne, media niecentralne i sciezki ktorymi sie poruszaja, jezyk ktorym pisza, bramki na ktore graja – to zupelnie inna sprawa. Studenci dziennikarstwa tego elitarnego uniwersytetu maja kilka lat, zeby to zrozumiec. Czesci na pewno sie uda.

04

11 2009

Kurs marksizmu

Nie byłabym sobą, gdybym nie zapisała się na kurs marksizmu. Marksizm – to jest dopiero kopiowanie Zachodu!

No i uśmiecham się, jak współstudiujący mówią do mnie: “to musi być dla Ciebie bardzo egzotyczne, przecież jesteś z Zachodu!”.

Jeśli chodzi o te zajęcia, muszę się przyznać do pozytywnego zaskoczenia, które w całości zawdzięczam mądrości prowadzącego, który nie ma w sobie nic ze skostnialego dogmatyka, za to dużo doświadczeń i ogromną erudycję (chociaż może w sumie to zawdzięczam ową satysfakcję uczelni, która zrobiła wszystko, żeby kurs był atrakcyjny – nie tylko ten świetny profesor, ale także i najbardziej profesjonalny powerpoint, praca w grupach i inne atrakcje). No a sama treść kursu – profesor mówi po prostu o historii marksizmu i marksistów, dodając masę anegdot – np. o tym, jak w Mao, pracującemu w bibliotece Beida (Uniwersytet Pekinski) rodziła się niechęć do profesorów (która zebrała żniwo podczas Rewolucji Kulturalnej), zarabiających 300 kuajów podczas gdy on zarabiał 8, albo co robił Deng w Paryżu. A do tego ma w sobie szczerość i bezpośredniość taką, że studenty, co normalnie trochę śpią na zajęciach, na tych mają oczy wpatrzone w prowadzącego jak w obrazek.

22

09 2009