Posts Tagged ‘medycyna’

Chiński cud? Prośba

Jak czas temu zgłosił się do mnie pan M.. Jedno płuco jest już usunięte. Drugie pracuje. Ale są przerzuty na inne organy po tej stronie gdzie było tamto płuco. Dołączył wyniki badań – te obecne gorsze niż te sprzed miesiąca. Dołączył też recepty po chińsku. Znane mi dobrze formularze, na których przyszpitalne apteki medycyny chińskiej mozolnie przepisują robaczki, które kilka pięter wyżej wypisał lekarz. I formularze z nazwami leków, gdzie lekarz zaznaczył około dziesięciu różnych leków, które będzie brał chory. Patrzę na pierwszy z nich – pastylki żuraw-ropucha. Ten żuraw to od “trawy długowiecznego żurawia” (to nazwa zioła). Ropucha – od ropuchy.  Suszona skórka ropuchy. Te składniki – oraz 6 innych elementów wchodzących w skład pastylek, według ulotki, która znajduję w sieci wzmacniają organizm chorego, pomagają zwalczać stan zapalny, oczyszczają krew, a w późnym stadium choroby wzmacniają skuteczność terapii. Według ulotki lek nie ma efektów ubocznych.

Patrzę na inne leki – fioletowy sezam, żenszeń. I “roztwór antyrakowy”. Pan M. leci do Chin już po raz drugi. Do szpitala, który specjalizuje się w nowotworach. Patrzę na stronę szpitala. Gigantyczny, nowoczesny budynek, sale do rehabilitacji, sprzęt diagnostyczny, psychoterapia, “rewolucyjne połączenie leków tradycyjnej medycyny chińskiej i zachodniej”. Pan M. leci już za dwa tygodnie. “Nasz model terapii efektywnie podnosi jakość życia chorego, wydłuża życie, a przypadku niektórych pacjentów w późnym stadium choroby nawet pozwala na całkowice wyzdrowienie”. I jeszcze o teamie – że pełny poświęcenia i ludzki, dla pacjentów “czyni cud życia”.

Odszukuje artykuł sprzed roku, który czytałam jeszcze w moim pekińskim mieszkaniu, a który zapadł mi mocno w pamięć: “Chiński cud” z GW. “Lekarze z Tianjin kładą Polaków na 14. piętrze. Miejscowi nie chcą na nim leżeć, bo cyfra cztery oznacza śmierć”- tak się zaczyna artykuł i w zasadzie tak już toczy się dalej. Pełni nadziei pacjenci i ich rodziny. Potem już same rodziny, gdy przy zdjęciu bliskiego opowiadają o pobycie w Chinach.  Polscy eksperci przedstawiają terapie obecne w Polsce: “I to wszystko pacjenci mają zagwarantowane bez żadnych kolejek”. I krytykują te chińskie: “Czary-mary, nic ponadto. Ale w Chinach wiele jest podobnych niekontrolowanych eksperymentów.”

To, co dla polskich ekspertów jest niekontrolowanymi eksperymentami, dla pacjentów jawi się często jako postęp medycyny nie blokowany np. przez kwestie etyczne: “Liderami w tej dziedzinie medycyny nie są wbrew pozorom kraje wysoko rozwinięte takie jak USA czy kraje Europy Zachodniej, gdzie kwestie etyki blokują wiele badań. Najwięcej w tym temacie dzieje się oczywiście w Chinach oraz w Meksyku i Peru.” – pisze Stowarzyszenie Razem w odniesieniu do terapii komórkami macierzystymi. Stowarzysznie pewnie miało na myśli głównie wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który w paźnierniku 2011 roku zakazał patentowania metody pozyskiwania komórek macierzystych, jeśli prowadzi ona do śmierci zarodka. Nie brakowało wtedy głosów, że wyrok ten spowolni a nawet zahamuje badania nad komórkami macierzystymi w Europie.

W Polsce badania nad komórkami macierzystymi (pozyskiwanymi z dojrzałych tkanek) są w fazie eksperymentu, traktowane są z nadzieją, ale ostrożnie: “Taka terapia musi być uregulowana, by zapewnić nam swobodne działanie, ale przede wszystkim bezpieczeństwo pacjentom” – przestrzegają eksperci. I opowiadają o pierwszych próbach wszczepiania komórek noworodkom z wadami serca.

Przy tych ostrożnych próbach (przedstawianych jako dość pionierskie w skali Europy), działania pewnego instytutu w Shenzhen muszą jawić się jako skok w przyszłość. 26 stronicowa, przetłumaczona na polski i umieszczana na różnych stronach zwiazanych z leczeniem np. raka a nawet stowarzyszenia na rzecz dzieci z zespołem Downa, ulotka reklamowa instytutu pokazuje uśmiechnięty personel uwijający się w strzelistym srebrnym wieżowcu nad kosmicznie wyglądającym sprzętem i nad jasnowłosymi pacjentami. Od 2001 pierwszego roku – jak informuje ulotka – przeprowadzono już 13 tysięcy przeszczepów komórek macierzystych (z krwi pępowinowej, jak pisze instytut). Najwięcej w przypadku uszkodzeń rdzenia kręgowego, ale i stwierdnienia rozsianego a nawet autyzmu. Instytut niestety nie pisze, ile z tych przeszczepów zaowocowało spodziewanym skutkiem.

To tam leczył się Pan Paweł: “Dziś miałem pierwszą iniekcje komórek macierzystych. Pierwsza jest zawsze dożylna, żeby lekarze zobaczyli, jak reaguje organizm. Siedem godzin temu w moje żyły popłynęło ileś tysięcy komórek. Powiem szczerze – nie oczekiwałem niczego po iniekcji dożylnej, a jest po prostu rewelacja! Czuję się kompletnie tak samo, ale koordynacja ruchowa, równowaga poprawiła się diametralnie. Skaczę po murkach, biegam po schodach, stoję na jednej nodze. Płakać mi się chce ze szczęścia! Dam znać za parę dni o moim stanie zdrowia….” – pisze na blogu  goryonline.com . Kilka dni później na swoim blogu pisze: “Na oddziale jest 9 par obcokrajowców, każdy z innym schorzeniem, każdy czuję poprawę. Wszyscy tutaj potwierdzą, komórki macierzyste to przyszłość medycyny.” Ostatnio, czyli dwa lata później po tym wpisie: “Rehabilituję się, przyszedł zapas leków z ameryki, śnieg powoli topnieje, jest chyba lepiej, myślę o kolejnym wyjeździe do Chin – ale brak kasy na takie rzeczy…”

Pani Agnieszka zwróciła się do mnie kilka dni temu. Choruje  na rdzeniowy zanik mięśni typu 2. Za kilka tygodni leci do jednego ze szpitali wykorzystujących komórki macierzyste tego instytutu. Pani Agnieszka nie ma wątpliwości, że w tej chwili tylko terapia komórkami macierzystymi może spowolnić rozwój choroby, która ostatnio sprawiła, że ma już trudności z poruszaniem rękoma i grozi jej respirator. Zebrała już gigantyczną sumę potrzebną na terapię. Szpital jest w Qingdao. Pani Agnieszka potrzebuje wolontariusza, który chociaż na początek jej leczenia (rozpocznie się najprawdopodobniej 28 kwietnia) pomoże zamówić taskówkę, jedzenie (w szpitalu nie ma wyżywienia), zaznajomi nieco z chińskim warunkami, zapewni – chociażby telefoniczną – pomoc.

Kontakt do Pani Agnieszki znajdziecie na jej blogu: http://agafilka.blox.pl/html  i na stronie http://www.pomozagnieszce.site40.net/

 

P.S. Szpital w Qingdao, który miał przyjąć panią Agnieszkę, nagle wycofał się z współpracy z instytutem dostarczającym komórki macierzyste. Przejmie ją szpital w Kantonie. Ponawiamy prośbę o pomoc i poświęcenie pani Agnieszce nieco czasu – tym razem w odniesieniu do Kantonu. Pani Agnieszka będzie tam 28 kwietnia

 

 

09

03 2012

Plaster “psia skóra”

Przydałaby mi się jakaś forma pośrednia pomiędzy blogiem a mikroblogiem. Bo np. to poniżej jest za krótkie i jakieś nie takie jak na wpis (przynajmniej w moim wyobrażeniu i zwłaszcza po takim temacie jak poprzedni) a za długie na mikroblog, ale za to, (równiez w moim wyobrażeniu) treściowo bardziej mikroblogowi odpowiadające. Tak czy inaczej, poniższy dialog miał miejsce w aptece obok mojego domu, tam gdzie zawsze kupuję leki.

Ja: dzień dobry, poproszę plaster z mrówkami (plaster na bolący kark i inne niedowłady, zawiera esencję z mrówek, rozgrzewa i łagodzi ból)

Farmaceutka (młoda, sympatyczna, uśmiecha się, podaje plaster z mrówek): bardzo polecam jeszcze wziąć ten tutaj, to plaster “psia skóra”.

Ja, tzn. mi: (miga przed oczami koszmarne wyobrażenie pluszowego, kilkunastocentymetrowego ucha mojego ukochanego beagle’a przylepionego do mojego karku, a dalej wyobrażenia wesołych, machających ogonami psiaków, które w nagrodę za wierną służbę, są odzierane z wierzchnich warstw swego jestestwa, a jeszcze dalej, tej miłej aptekarki jak ze świecącycmi oczami oprawia jakiegoś kundelka i trzyma w ręku jego jasnobrązową psią skórę)

Farmaceutka (nadal miła, nadal młoda, nadal się uśmiecha, widząc, że się zawiesiłam): to jak, dodać tę psią skórę?

Ja, tzn. mnie: (przebiegają przez głowę myśli typu – no tak trzeba być zawsze czujnym, nigdy nie wiadomo, gdzie się natrafi na to, czym się różnimy, ciekawe, czym ma w domu pieska, młoda, pewnie pudelka albo chihuahua i jeszcze – nigdy tutaj nie będę się czuć jak w domu, zawsze coś wylezie i jeszcze – czemu moje wychowanie sprawiło, że obłudnie nie wezmę nic z psa, a kuraka to owszem zjem…)

Farmaceutka: to jak?

Ja: (zbieram się w sobie, spinam, z pompą i zadęciem): obawiam się, że nie mogę go kupić, widzi Pani, ja bardzo kocham psy, nigdy bym czegoś takiego…przepraszam, ale nie mogę, nie wezmę, tak kocham psy, no…

Farmaceutka (patrzy nierozumiejącym wzrokiem): Hę?……

Ja: (nierozumiejąc, czego ona nie rozumie): Hę?…. mówię, że ja nic z psa nie wezmę, bo bardzo lubię psy i….

Farmaceutka (oczy na wierzchu): Jakie psy? Przeciez tu nie ma nic z żadnego psa, to tylko taka nazwa, prosze popatrzec na skład, same ziółka…(pokazuje)

Ja (odkrywam, że same ziółka): bo w plastrze “mrówki” była esencja z mrówek, nawet po mrówczemu pachniało, więc myślałam, że i ten plaster, z psa, psiej…

Farmaceutka: nie, nie, psa i psiej nie ma tam…

Ja: Przepraszam, poproszę dwa, przepraszam (za ten moment, gdy w myślach zapaliłam jej ogniki w oczach na widok kundelka)

Farmaceutka: (pewnie myśli, że ja myślę, że ona jest takim Chińczykiem, co to z psów łupi skórę, takim klasycznym Chińczykiem z wyobrażeń laowajów, czyli pewnie i moich)

Kurtyna, wyjście z apteki z plastrem z prawdziwych mrówek (biednych) i plastrem “psia skóra”

06

05 2011

tu przejscia nie ma

Blog to jest jednak fajna forma pisarska. Kazdy wpis to kolejny wycinek ukladanki, ktora oczywiscie z wielu powodow nigdy nie bedzie tworzyc calosci. Ale moze tworzyc np. ciagi – chociazby taki: od nostalgii przez melancholie po przygnebienie.

Wracamy wczoraj z beztroskiego dnia w parku (lazenie jak malpa po dziwnej konstrukcji z lian, puszczanie latawca, rozplatywanie prawie 40 minut z pomoca miejscowych fanatykow tegoz sportu sznurka od mojego latawca, fajne rozmowy, picie kawy nad brzegiem Jangcy), jestesmy juz prawie w domu, niose zwinieta karimate, w srodku zrolowany latawiec, co chwila z karimaty wypada mi kolowrotek. Swiezo przybyla do Szanghaju A. niesie ksiazki, kremy do opalania i przenosny wiatraczek na baterie w ksztalcie swinki.

Przed znajomym skrzyzowaniem, tuz przed moja ulica, niedaleko szpitala pulmonologicznego, na chodniku stoi starsza kobieta z jakimis papierami w dloni. Dopiero jak juz przechodzimy, dociera do mnie jej pytanie: “gdzie tu mozna cos odbic na ksero?” Odwracamy sie. Kobieta stoi, trzyma te papiery. Na to ja: “na xx 路 przejsc przez skrzyzowanie i po lewej”. Odpowiedzia jest dezorientacja. Patrze na oczy starszej kobiety – jedno prawie calkowicie biale od zacmy, drugie jakby za mgla. Pewnie nawet nie zauwazyla, ze pyta cudzoziemki. Bierzemy ja pod reke, mowie, ze zaprowadze. Jest z Xinjiangu. Przyjechala do syna, ktory tydzien temu znalazl sie w szpitalu. Idziemy powoli, widac, ze jest zagubiona w tej przestrzeni. Rzucam okiem na kartki, ktore starsza pani sciska w dloni i nagle porazaja mnie. Badanie na HIV. Wynik – pozytywny. Pacjent ma 28 lat.

“Moj syn ma tylko 28 lat” – mowi kobieta. “Lekarze mowia, ze ma jakas straszna chorobe i ze trzeba zaplacic dziesiec tysiecy juanow za leczenie , inaczej wypisza ze szpitala”. Przyjechal tutaj dorabiac, ale nigdy nie powiedzial, co to za praca. Zadzwonil przed tygodniem. Ze bardzo zle sie czuje, ze potrzebuje pomocy, ze jest w szpitalu. “Wsiadlam w pociag i przyjechalam tutaj z Xinjiangu, zeby go dogladac”. Patrze na jej biale oczy i nie wiem, jak tego dokonala. Jak znalazla ten szpital, jaka musi miec sile, ze zdobyla sie na taki wyczyn. Teraz on mieszka na szpitalnym korytarzu a ona od kilku dni w marniutkim pokoiku wynajmowanym za ciezkie pieniadze rodzinom chorych. Pieniadze (w sumie to te, ktore on wysylal) sie koncza. Wiekszosc poszla na bilet i noclegi.

“Czy wiesz, gdzie jest siedziba telewizji szanghajskiej?” – pyta starsza pani. “Chce tam pojechac i opowiedziec o naszym nieszczesciu“. W wyobrazni widze, jak starsza pani wspina sie po schodach prowadzacych do stacji, szuka zamglonymi oczami wejscia, jak straznik pyta czy jest z kims umowiona na spotkanie.

Kserujemy ten straszny wyrok. Jej trzesa sie rece, kartki sie rozsypuja. Prosze o zszycie. W reku trzymam karimate, latawiec i niesforny kolowrotek. Wychodzimy. Pytam sie, czy cos jadla. Ona: “ja nic nie zjem”. Biore znowu pod reke i wracamy w kierunku szpitala. “Jak myslisz, czy mozliwe, ze ta choroba sama sie cofnie?” - pada pytanie. A mnie wiele kosztuje, zeby powiedziec, ze trudno mi powiedziec, ze nie jestem lekarzem, ale ze chlopak przeciez jest mlody, wiec organizm bedzie z pewnoscia walczyl z choroba. Kiwa glowa, bedzie walczyl z choroba. Po drodze ujgurska knajpa. Tlumacze starszej pani, ze musi jesc, bo musi miec teraz sily, sadzamy ja, kartki z wyrokiem kladziemy obok. Patrzy sie na menu, ale bez wyrazu. “To jedzenie z Xinjiangu” – mowie. Jest ok, nie ma wieprzowiny.  Gdy podchodzi kelnerka starsza pani prosi o “zwykle biale kluski”. I kleik z wolowina dla syna na wynos. “Bo ja tak jak wy, tez jestem z Xinjiangu” - mowi kobieta.  Zero odpowiedzi, nawet kiwniecia glowa ze strony kelnerki. “Chodzcie ze mna, odwiedzcie mojego syna” – roluje kartki. Wyobrazam sobie chlopaka na korytarzu. Patrze na jego drobna matke. Za pol godziny mamy sie stawic na moim pozegnalnym przyjeciu. Konczy sie moj rok w Szanghaju i na tym moim nieszczesnym uniwersytecie.

Gdybysmy poszly do szpitala, ta nierozwiazywalna, absolutnie beznadziejna sprawa stalaby sie nasza sprawa. Sprawa, w ktorej nie mozemy zrobic wlasciwie nic. Bo nie jest jednostkowa, bo jest, choc tak tragiczna z bliska, tylko elementem pewnej ukladanki. Jej elementem jest chlopak na szpitalnym korytarzu, ktory zglosil sie tam dopiero wtedy, gdy choroba byla juz w pelni rozwinieta. Jej elementem jest drobna kobieta z zamglonymi oczami, ktora przejechala pare tysiecy kilometrow pociagiem. Zegnajac sie sciskamy sie serdecznie, mowimy sobie wiele cieplych slow, usiluje jej dodac otuchy, wciskam jej w reke tyle, zeby przez najblizsze dni mogli oboje jesc cieple posilki. Kelnerki patrza na scene pozegnania jak na cyrk, a na dwie blondynki z karimata jak na wariatki.

Przyjecie pozegnalne urzadzaja znajomi Tajwanczycy. Na stol wjezdzaja golebie, wielkie kraby i potrawka z zolwia. Wesole szczebiotanie moich wspolstudiujacych. Wszystkie macaja wlosy A. i nie moga sie nadziwic, jakie miekkie. I skora taka biala – jakie kremy stosuje?

P.S. Poniewaz zycie A. , podobnie jak moje wlasne, to takze porzadna porcja niezrecznosci, przeto A. jedzac kosztujaca mniej niz jedna dwusetna tego, co ta nieszczesna kolacja, ale – w naszej zgodnej opini – o niebo lepsza, rybe z syczuanskiej osiedlowej knajpy, dlawi sie oscia. Tzn. scislej biorac, osc ta osadza sie jej gdzies w przelyku i tylko uparcie wlazi coraz glebiej, nijak nie chcac wyjsc. Jedziemy do znajomego mi juz szpitala. I znowu to samo – wchodzimy do krystalicznie czytego hallu, pobieramy numerek, placimy kilkanascie yuanow, siadamy w estetycznej poczekalni czekajac az chinskie imie A. (ktore jej kiedys w przyplywie weny poetyckiej nadalam), pojawi sie na ekranie. I znowu -   dostajemy szybka i mila pomoc. Lekarz zartuje, czy wyjeta osc chcemy zapakowac i wziac na pamiatke, czy moze juz wyrzucic do kosza. Slyszac, ze jestesmy z Polski, zza kotary wychodzi inny z lekarzy (rozpoznaje go, jego zdjecie wraz z opisem dokonan w leczeniu raka przelyku mignelo na jednym  z ekranow w poczekalni) i pyta sie, czy jestesmy zadowolone z nowego prezydenta. Odpowiadamy. Wszyscy sie smieja i ogolnie jest bardzo sympatycznie. A ja od wczoraj mysle o nich.

07

07 2010

O wyborach i o nodze

Wiem, ze mialo byc o Shaanxi, o Yananie. I jeszcze bedzie, bo sie w miejscu zakochalam. Po powrocie do Szanghaju, majac w pamieci yannanskie  domy wydrazone w lessowych gorach, yannanskie hipnotyzujace tance na ulicach, yannanskie daktyle wielkosci piastki dziecka, siegnelam na polke po zakurzony Lonely Planet po Chinach i otworzylam na stronie 436 – by dowiedziec sie, ze “for most foreign travellers Yannan does little more than elicit long yawns and drooping eye-lids”. Ciekawe, mam identyczne symptomy czytajac Lonely Planet. No ale dzisiaj nie o tym. Bo dzisiaj – no tak – o wyborach i nodze (a co?).

To najpierw o tym drugim. No wiec po bieganiu po lessowych wzgorzach i swietych miejscach rewolucji w Yananie (w klapkach japonkach), po wspinaniu sie na kilka 60 metrowych pagod (w klapkach japonkach), po objechaniu xianskiego muru miejskiego rowerem na tempo (13.7 km w klapkach japonkach) boli mnie stopa. Stopa ta boli mnie troche, ale constans, uniemozliwiajac mi dluzsze chodzenie (nie mowiac o joggingu) i w ogole uprzykrza mi zycie. No wiec powloczac owa stopa powloklam sie wczoraj do najblizszego szpitala.

Opisze po prostu wizyte. Jest sobota, wchodze z upalu do klimatyzowanego, czysciutkiego hallu. Szpital jest gigantyczny, jest w nim mnostwo specjalizacji. Na srodku okragla recepcja, w niej pielegniarki. Podchodze i wyznaje, ze…niespodzianka! – boli mnie stopa.  Dostaje druczek z napisem “ortopedia” i ide do jednego z kilkunastu okienek dokonac oplaty z wizyte. Pani w okienku przejezdza moja karta szpitalna przez terminal (karte juz mam, ale o tym za chwile), na ekranie skierowanym w moja strone wyskakuja moje dane. Place, dostaje wydruk z numerkiem i numerem oddzialu na ktory mam sie zglosic. Szpital jest krystalicznie czysty, ma mnostwo zieleni. Na korytarzu kraniki z woda do picia. Kustykajac ide na ortopedie, siadam w jasnej, przestronnej poczekalni. Obserwuje ekran, na ktorym przesuwaja sie numerki i nazwiska pacjentow wraz ze wskazaniem, do ktorego gabinetu maja sie zglosic. Informacje te sa tez czytane na wypadek, gdyby pacjent mial nienajlepszy wzrok.

Pacjentow jest mnostwo, ale lekarzy ortopedow tez. Chyba co najmniej siedmiu. Na drugim z ekranow przewijaja sie ich zdjecia (wszyscy wojskowych mundurach, to oficerowie, szpital jest wojskowy, ale jak widac, korzystac moze kazdy), opis ich specjalizacji, dokonania naukowe (jezdza po swiecie, pisza ksiazki), godziny przyjec. Po 15 minutach jestem juz w gabinecie. Lekarz obmacuje i wygina nieszczesna stope, wypytuje co robilam, jakie buty nosilam. Na moje opowiesci o bieganiu po Shaanxi w 人字拖鞋  (“klapki w ksztalcie znaku czlowiek” , czyli 人, no jak tu nie lubic chinskiego?) ma chyba ochote popukac sie w czolo, ale sie opanowuje. Mowi, ze rzecz wyglada na nadwyrezenie laczenia pomiedzy koscmi srodstopia, przepisuje leki (recepta drukowana! Nie ma zadnego bazgrolenia, jest za to cena leku), kaze isc do domu i noge przez najblizsze dni oszczedzac. I wrocic, jakby jednak nie mijalo.

Z recepta ide znowu do okienka platniczego, place za lek (cena znowu wyswietla sie na ekraniku skierowanym w moja strone), dostaje numerek okienka do wydawania lekow (okienka te znajduja sie tuz obok okienek – kas). Staje przed swoim okieneczkiem, nazwiska pacjentow przewijaja sie na ekranie u gory (XYZ – po odbior lekow, BXY – prosze sie przygotowac do odbioru lekow, ok to sie przygotowuje). Biore leki w garsc, opuszczam szpital. Od momentu wejscia wprost z ulicy do szpitala wizyta u specjalisty wraz z kupieniem leku zajela mi lacznie moze 40 minut.

Tym razem obylo sie bez bardziej zlozonych badan. Ale kiedys juz bylam w tym szpitalu (stad mam karte) i lekarz zlecil badanie USG. Wszystko odbylo sie na indentycznej zasadzie. Po prostu lekarz zamiast recepty napisal skierowanie, poszlam oplacic badanie (niestety nie pamietam juz ile, ale chyba ok 40 kuajow, to, jesli chodzi o sile nabywcza, odpowiednik 40 zlotych), dostalam numerek, usiadlam w poczekalni i patrzylam w ekran, czy juz wyswietla sie moja kolejka. Dostalam do reki wynik, wrocilam do lekarza, ktory na miejscu go zinterpretowal (czyt. uspokoil mnie).

Widzialam szpitale w tzw. starej Europie,  w tym i w jednej z najzasobniejszych czesci Europy, czyli we wloskiej Gornej Adydze, ale czegos takiego jak ten szpital nigdy. No chyba, ze na filmie. Organizacja tego szpitala, ilosc dostepnych serwisow i badan w jednym miejscu, to poczucie bezpieczenstwa wynikajace z pewnosci dostania natychmiastowej pomocy, to wszystko jest dla przecietnego Polaka nie do wyobrazenia.

Wiem, wiem i nie mam zadnych zludzen, ten szpital jest wyjatkowy w skali Chin, w samym Szanghaju tez bynajmniej nie wszedzie jest tak cudnie (wojskowa dyscyplina no ale i wojskowe standardy i wzgledy).  W Chinach widzialam tez i inne szpitale, w dwoch sie nawet znalazlam. Jeden z nich byl w malenkiej wsi, do ktorej jeszcze wtedy (rok 2008) wlasciwie nie bylo normalnego dojazdu, tylko rozmyta blotnista droga z jakiegos zapyzialego miasta (teraz, dwa lata pozniej jest juz zapewne inaczej, wtedy robiono autostrade obok wioski – po miejscu zapewne kraza teraz tlumy turystow z aparatami wielkosci tlustego jamnika).

Pamietam jak wczoraj, gdy w tej malutkiej wioseczce kobiety z wezelkami na plecach (w srodku najczesciej niemowle), otaczajac grupa (w gabinecie z metalowym wiatrakiem na suficie i rozgniecionymi muchami na scianach) biureczko rumianej lekarki mowily jedna przez druga. Mezczyzni spluwali na podloge. Lekarka ze swieta cierpliwoscia (nazwalam ja w myslach Stasia Bozowska) odpowiadala w lokalnym narzeczu, zagladala w podtykane jej dzieciece uszy i nosy, ogladala wybite palce. Obok stal potworny, kilkudziesiecioletni zardzewialy fotel ginekologiczny z rownie pordzewialym kublem pod spodem. Niestety, lekarstwa, ktorego potrzebowalam nie bylo, probowali innych, ale srednio pomagaly. Codziennie przyk(l)uta do 3 kroplowek z rzedu (normalna w Chinach praktyka, nie trzeba byc wcale obloznie chorym, zeby zarobic kroplowke), odganiajac muchy, ogladalam barwny korowod pacjentow i niestrudzona Stasie.

Chiny obecnie tez zmagaja sie z reforma sluzby zdrowia – glownym problemem jest oczywiscie wies i problem ubezpieczen zdrowotnych dla jej mieszkancow. Chinski system opieki zdrowotnej jest – jak wszelkie systemy tutaj – bardzo zlozony i zroznicowany, majacy mnostwo podregul. O ile pracownicy sektora panstwowego moga cieszyc sie darmowa sluzba zdrowia a czlonkowie ich rodzin moga korzystac z opieki za minimalna oplata, o tyle inni moga korzystac np. z ubezpieczenia oferowanego przez pracodawce (jesli maja takie szczescie), spolecznosc, w ktorej mieszkaja, sami je wykupic czy wreszcie, tak jak ja – po prostu wejsc z ulicy i zaplacic (no dobra, mam jakies ubezpieczenie, ale dla 8 kuajow nie chcialo mi sie robic problemu).

Nie chce tutaj prawic o reformach systemu opieki zdrowotnej (na ktore spojrzenie tak wdziecznie i merytorycznie poroznilo ostatnio naszych glownych kandydatow), bo sie na tym zwyczajnie nie znam. Pewnie, ze inaczej rzecz wyglada, gdy wchodzi w gre operacja, powazna, dlugotrwala choroba, lezenie w szpitalu przy braku obowiazkowego ubezpieczenia (zwlaszcza, jesli sie jest ubogim rolnikiem z konca swiata), a inaczej, gdy sie idzie z jakas blahostka. Ale w tych moich dwoch przypadkach wizyt w szanghajskim szpitalu ten pokaz sprawnosci, kompetencji, szybkosci i synergii sprawiaja, ze z wdziecznoscia zostawilam swoje pieniadze w okienku kasy.

No, to bylo o nodze, to bedzie o  wyborach. Dzis powloczac stopa (yy, no dosc o nodze) powloklam sie do punktu wyborczego – polskiego Konsulatu w Szanghaju. Po raz pierwszy (no dobra, po raz drugi, ale pierwszy sie nie liczy, bo wtedy bylam tam jako gosc a nie petent) stojacy w bramie chinscy zolnierze na moje niezmiennie radosne “nimen hao!” nie zahaltowali mnie pokazujac gestem nie znoszacym sprzeciwu lini na chodniku, ktora wlasnie przekroczylam , tylko odwzajemnili powitanie i usmiech i gestem zaprosili do srodka. Ciekawa jestem czy to dlatego, ze wreszcie zaczeli mnie po roku mniej lub bardziej regularnych odwiedzin kojarzyc, czy to jakis inny powod (no dobra, tak naprawde to jestem ciekawa, co i czy w ogole mysla widzac grupki blondynow idacych w niedzielne popoludnie na wybory prezydenta). W kazdym razie o naszej chinskiej 14:30 z ok. 240 osob, ktore zglosily chec glosowania w konsulacie, zaglosowalo ok 25-30%  (musialam zapytac z zawodowej ciekawosci).

Wracajac, w metrze przegladam nowy numer mojego ulubionego Nanfang Zhoumo. Oprocz tekstu o tym, jak badac nierownosci spoleczne w Chinach i dlaczego wyliczenia wspolczynnika Ginniego w Chinach sa zanizone, wpada mi tez w oko krociutki komentarz jednego z publicystow dziennika, zatytulowany “Demokracja to rodzaj regul gry”. Publicysta pisze o swojej niedawnej wizycie w Delhi i odwiedzinach w indyjskim Muzeum Narodowym. Po wejsciu dziennikarza czekalo bezgraniczne dziwienie – ekpozycja jest stara, zarowno sposob prezentacji jak i jej stan zdradzaja, ze nie byla zmieniana od czasow kolonialnych. Pozolkle tabliczki, stary sposob opowiadania. Gdy pyta sie znajomych indyjskich dziennikarzy, jak to mozliwe, zeby ten relikt kolonializmu przechowywac pod nazwa Muzeum Narodowego w niepodleglym kraju, otrzymuje taka oto odpowiedz: prob zmodernizowania muzeum bylo mnostwo, ale to rzecz nielatwa. Za kazdym razem, gdy powstaje jakas propozycja, jednoczesnie podnosi sie wiele roznorodnych glosow i protestow. Co wiecej, dyskusje tocza sie i tocza, az projekt w koncu upada albo sie dezaktualizuje.

Gdy chinski publicysta pyta ponownie, czy tego rodzaju spetujaca nogi i rece demokracja nie budzi aby ich sprzeciwu, dostaje kolejna dziwna odpowiedz (swoja droga ciekawe czy szczera, czy na potrzeby zaprezentowania sie przed “chinskim Innym”?). Owszem, niesie ona pewne niebezpieczenstwa, ale sa one duzo mniejsze niz te wynikajace czyjegos 凌驾 – wywyzszania sie ponad spoleczenstwo i recznego sterowania.

Publicysta przywoluje luxunowskiego (Lu Xun) “pana De” – czyli “Pana Demokracje”(德先生, byl jeszcze 赛先生, “pan Sai”, od science, czyli “pan Nauka”). Pisze, ze w przeciagu tych blisko stu lat od przedstawienia go Chinom, pan De bywal czesto przestawiany w sposob wykrzywiony, wylacznie jako walka, konflikt, spor. Publicysta konczy artykul wlasnym credem: demokracja to reguly gry, ktorych musimy sie nauczyc, tak aby kazdy mial sposobnosc wyrazenia wlasnego glosu, zeby nikt nie  wywyzszal sie ponad spoleczenstwo, zeby nikt nie musial placic rachunkow za czyjes wywyzszanie sie czy reczne sterowanie.  Zdaniem autora, taka sytuacja, choc nie gwarantuje natychmiastowego efektu, pozwala jednak uniknac niezrecznosci (tak, pisze wlasnie “niezrecznosci” – 尴尬)wyniklych z dokonywanych raz po raz gwaltownych zmian.

Ech, chcialabym zyczyc dzis nam, Polakom, zebysmy do takiego idealu choc w malej czastce sie (kiedys) przyblizyli. I zeby drugi z panow przywolanych przez Lu Xuna - pan Sai, czyli pan Nauka, zwlaszcza ten od medycyny, zaczal kiedys choc troche przypominac tego,  ktorego dostrzeglam w odwiedzonym przeze mnie wczoraj szpitalu.

20

06 2010