Posts Tagged ‘migracje’

Z historii jednego pożaru

Wchodzę na krajowej Gazety stronę i rzuca mi się w oczy tytuł: “Tragiczny pożar w nielegalnej szwalni w Pekinie – 17 ofiar”. Treść artykułu wygląda tak:

Jak podaje [nazwa źródła], w pożarze ranne zostały także 24 osoby. Ogień zauważono nad ranem. Według relacji świadków, płomienie szybko objęły czterokondygnacyjny budynek, położony w południowej części Pekinu.

Na zapleczu nielegalnej szwalni znajdowało się miejsce do spania dla robotników sezonowych. Większość ofiar śmiertelnych to osoby, które zmarły w wyniku uduszenia się dymem.

W dzielnicy Daxing, gdzie doszło do tragedii, znajduje się wiele tego typu małych zakładów produkcyjnych. Część z nich działa bez odpowiednich zezwoleń.

Nocą pomieszczenia wykorzystywane są jako tanie miejsca do spania dla robotników sezonowych. W małych pokojach na kilkupiętrowych pryczach często śpi nawet kilkanaście osób. Jak podaje Xinhua, większość ofiar śmiertelnych pożaru to właśnie robotnicy sezonowi.

Wchodzę na pewien wielki chiński portal informacyjny. Jest artykuł, “Poważny pożar w pekińskim Daxing – 17 ofiar śmiertelnych i 24 rannych”:

O godzinie 1:13 nad ranem, na ogólny numer alarmowy 119 napłynęło zgłoszenie o pożarze w budynku mieszkalnym w dzielnicy Daxing. Po odebraniu informacji policja natychmiast zebrała 7 zastępów straży pożarnej, 27 wozów strażackich i blisko 200 policjantów i ratowników, którzy zostali wysłani na miejsce by ugasić ogień i ratować życie. O godzinie 2 nad ranem ogień został ugaszony. Wedle wstępnych szacunków ogień spowodował śmierć 17 osób i obrażenia u 24, 30 osób wypuszczono po badaniach. Obecnie ranni przebywają w szpitalu, gdzie otrzymują pomoc lekarską.

Wydarzenie zostało potraktowane z powagą przez Miejski Komitet Partii i Urząd Miejski. Członek Centralnego Biura Politycznego KPCh, Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii Liu Qi i Wice-Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii, Prezydent Miasta Guo Jinlong udali się na miejsce, żądając, aby z całych sił ratować poszkodowanych i wykonać odpowiednią prace, aby naświetlić przyczyny tragedii. Wiceskretarz Miejskiego Komitetu Partii, przewodniczący Miejskiej Rady Politycznej, sekretarz Rady Polityczno-Prawnej Miejskiego Komitetu Partii Wang Anshun, członek Miejskiego Komitetu Partii, sekretarz… [i jeszcze 4 określenia] udali się na miejsce aby organizować akcję ratunkową. Wang Anshun, otrzymawszy pełnomocnictwo Ding Xiangyanga i Guo Jinlonga udał się do szpitala, aby koordynować akcję pomocy poszkodowanym.

Zarząd Miasta zadecydował, że inspekcja bezpieczeństwa, policja i tym podobne służby uformują specjalną jednostkę do badania przyczyn tragedii, naświetlenia ich i surowego pociągnięcia do odpowiedzialności winnych zgodnie z prawem, zarząd dzielnicy utworzył zaś jednostkę likwidującą skutki tragedii. Obecnie trwają prace dochodzeniowe.

I ta sama historia z innego wielkiego chińskiego portalu informacyjnego: “Budynek w pekińskim Jiugongzhen, w którym powstał pożar zaliczał się do budowli nielegalnych”

25 w nocy w pekińskiej dzielnicy Daxing miał miejsce poważny pożar, wstępnie mówi się o 17 ofiarach śmiertelnych i 24 rannych. Jak poinformował reportera zastępca straży pożarnej dzielnicy Daxing, Chang Hongyan, wedle wstępnych szacunków, wszystkie ofiary i ranni pochodzili spoza Pekinu.

Jak powiedział Chang Hongyan, budynek w którym doszło do pożaru, należał do kobiety o nazwisku Zhang i zaliczał się do budowli nielegalnych. Parter budynku wynajmowany był przez parę z Chongqingu, która prowadziła tam szwalnię o nazwie „Szwalnia Yuyun”, pracowało w niej kilkanaście robotników, wedle wstępnych ustaleń zakład nie miał zezwolenia na pracę, zaliczał się do zakładów nielegalnych. Na kolejnych piętrach budynku znajdowały się dormitoria dla przyjezdnych spoza Pekinu.

[dalej następuje opis wyglądu budynku po pożarze]

Chang Hongyan ujawnił, że za szwalnią znajdowały się niewielkie drzwi prowadzące do dormitorium, gdzie mieszkało kilkanaście osób. Wedle wstępnych osądów, źródło ognia znajdowało się na parterze, ofiary również znajdowały się na parterze.

“dziś ustaliliśmy, że idziemy na tę samą zmianę, wczoraj wieczorem jeszcze byliśmy razem” – mówi pan Li z Anhui, który przyjechał do Pekinu pracować dorywczo. Dwie osoby z jego miasteczka mieszkały w budynku, który uległ pożarowi, obecnie nie można się z nimi skontaktować.

Według Chang Hongyan, większość ofiar śmiertelnych uległa uduszeniu. Szef szwalni został poparzony i obecnie znajduje się w szpitalu. Właściciel budynku nie mieszkał w nim.

Obecnie trwają prace na miejscu i nad ustaleniem przyczyn wypadku.

 

Pomijam w tym wpisie stronę GW (na której, jak wiadomo, Chiny pojawiają się przeważnie w kontekście jakichś tragedii, krzywd i prześladowań – np. wczoraj zatrzymanie w mojej dzielnicy kilkuset zwolenników pewnego nielegalnego tutaj niewielkiego odłamu chrześcijaństwa) – czym się różnią od siebie pozostałe dwa źródła i ich sposób pisania? Podpowiem – jedno medium to agencja Xinhua – państwowe, podlegające bezpośrednio Radzie Państwa i Departamentowi Propagandy KPCh (ostatnio zmieniono tej jednostce jej angielską nazwę na “Publicity Department”, bo raz, że na Zachodzie propaganda źle się kojarzy, a dwa, że chińskie 宣传 jednak ma trochę inne zabarwienie). Drugie z mediów to dziesiąta najpopularniejsza witryna świata – QQ – medium prywatne (jak to się ładnie tu mówi, żeby nie nadużywać słowa “prywatny” – 草根企业 grassroot company, czyli, że “inicjatywa oddolna”), notowane na giełdzie, dużą część udziałów ma Naspers. Xinhua najczęściej nie dopuszcza w ogóle opcji komentowania pod artykułami, QQ to przede wszystkim wielki portal społecznościowy i komunikator, mieści też w sobie rozległe fora. Która informacja pojawiła się na którym z portali?

Tak, oczywiście, że ten artykuł skrojony wedle nieśmiertelnego modelu, że “owszem wydarzyła się tragedia, ale wszystkie służby i oficjele własnymi rękoma przez ustne polecenia i osobistą troskę przywróciły już porządek” pojawił się w medium prywatnym, czyli na QQ. I tak, informacja o nielegalnym zakładzie, który nie miał zezwoleń, gdzie za dnia pracowano a w nocy spano w tłoku na zapleczu, pojawiła się na portalu agencji Xinhua, podlegającej bezpośrednio Partii.

Panuje – także i wśród niektórych kręgów tutaj – opinia, że media niecentralne czy niepaństwowe (najlepiej z “nanfang” – czyli “Południe” w tytule, żeby pokazać, że nie północne, czyli nie-pekińskie) lepiej informują. Oczywiście tego typu opinie nie imają się starszego pokolenia, które nadal jest absolutnie przekonane, że jedyna prawda daje się wyczytać z Renmin Ribao (opowiadano mi, że przy najmniejszej próbie podważania, pewien teść, laoganbu – stara gwardia – nieomal dostaje zawału, tudzież chce bić kapciem, więc od paru lat cała rodzina po prostu mówi “ale tak, tak, oczywiście”).

No więc co się dzieje? Media prywatne przy publikowaniu wiadomości muszą czerpać wzór z mediów centralnych i agencji Xinhua, albo po prostu pisać za nią, portale internetowe nie mają prawa przeprowadzać niezależnych śledztw dziennikarskich. Pożar wydarzył się w nocy, żeby przyciągnąć czymś z samego rana czytelnika i zwiększyć ilość kliknięć, która przecież decyduje o dochodach, trzeba by informację o pożarze w stolicy, i to ze sporą ilością ofiar, podać. Tylko jak tu podać, kiedy Xinhua jeszcze nic nie napisała (bo ogólnie Xinhua, jak nietrudno się domyśleć, reaguje dość wolno)? Wówczas włącza się, jak w Windowsie po złym zamknięciu, 安全模式, tryb bezpieczeństwa. Taki, jaki rządził przez lata i – owszem – nadal rządzi (co jest widoczne szczególnie podczas raportowania o każdym trzęsieniu ziemi, powodzi etc.) w mediach centralnych – tragedia wykorzystywana do pokazania ładotwórczej, normalizującej, ramotwórczej funkcji władzy i jej mocy. Artykuł z portalu QQ pochodzi z godziny 07:07 rano. Artykuł z Xinhua z 12:23 w południe. Po tej godzinie w mediach “oddolnych”, w tym i na QQ, pojawiają się dopiero informacje, że ofiarami byli przyjezdni nielegalni robotnicy. Ale w tonie łagodniejszym i mniej dobitnym niż w przypadku Xinhua, cóż, wiadomo, autokontrola to najlepszy rodzaj kontroli. I cele nie te.

Wiadomo, warto czytać Renmin Ribao i to, co pisze Xinhua, aby widzieć, jak kształtują się oficjalne poglądy, na jakie zmiany się zanosi. Tylko, że np. Renmin Ribao nie sposób dostać w kiosku, na uwolnionym i bogatym rynku prasy. Co najwyżej w bibliotece, w jakiejś instytucji publicznej czy przez prenumeratę. Ale już sama agencja Renmin Ribao trzyma się bardzo dobrze, ma co najmniej kilkanaście tytułów najróżniejszych tygodników. W jednym z nim – “Tygodniku Pekińskim” parę tygodni temu przeczytałam artykuł o – prawdopodobnie liczonych w dziesiątkach jeśli nie setkach tysięcy -  nielegalnych przyjezdnych, którzy z racji zawrotnych cen mieszkań w Pekinie, nie mogą sobie już nawet pozwolić na tłumne zamieszkiwanie malutkich mieszkań gdzieś na obrzeżach i schodzą do podziemia, gnieżdżąc się w piwnicach, kotłowniach, bez wody, toalety, za jedyną własną przestrzeń mając pryczę. Artykuł uznaje istnienie problemu, zapowiada zmiany i zaprowadzenie porządku (problem na razie doczekuje się rozwiązań typu plombowanie i przymurowywanie wejść). W innym z tygodników Renmin Ribao – “Materiałach kulturowo-historycznych” przeczytałam np. bardzo ciekawe artykuły o zepsuciu elit byłego obozu socjalistycznego (mam nadzieję, że uda mi się w najbliższym czasie napisać coś o tych tekstach). No więc media centralne, “propagadowe” mają pewne mocne karty w ręku i sporo robią, aby zatrzymać czytelnika na trochę w tej medialnej kakofonii, różne ciekawostki można w nich odnaleźć. Artykuły czasem zapowiadają zmiany, poprzedzają wprowadzanie jakichś programów i decyzji. Tylko czy ta wiedza wystarczy, żeby dobrze zabalansować i przewidzieć, co napisze Xinhua o pożarze w nielegalnej szwalni Yuyun?

P.S. Artykuły w oryginale:

http://news.qq.com/a/20110425/000190.htm

http://news.xinhuanet.com/society/2011-04/25/c_121344827.htm

25

04 2011

109 Targi Kantońskie – luźne uwagi

Zawsze chciałam być na targach w Kantonie, w tej nazwie pobrzmiewa kawał historii. Tak się złożyło, że byłam, jako tłumacz, ale i widz, na Expo, gdzie też pobrzmiał kawał historii – chińskiej manifestacji potencjału, chińskiego softpower, chińskiego ważenia swojego miejsca na mapie świata wśród potęg i wśród braci mniejszych, nowego nacjonalizmu etc., pisałam o tym prawie rok temu (ech, rok temu…) z okazji wielkiego otwarcia. Byłam na różnych chińskich targach, takich, na których Chiny coś światu sprzedają i na takich, gdzie świat nadskakuje z różnymi dobrami, zawsze zorganizowanych na ostatni guzik. Ale na tych największych nigdy, jakoś się nie składało. Dlatego jechałam z wielką ciekawością. Poniżej kilka luźnych uwag na gorąco, bo za chwilę uciekam do mojej stałej wioski pod Pekinem (tej, do której jedzie się miejskim autobusem, a której opisanie wciąż Czytelnikowi wiszę, podobnie zresztą jak nieskończoną ilośc innych rzeczy).

Podczas tej sesji Targów, wystawiano różnego rodzaju maszyny i elektronikę. W nowym kompleksie, wybudowanym kilka lat temu nad Rzeką Perłową, silniki, agregaty, spawarki, tokarki, wózki widłowe a nawet dźwigi, zwyczajnie się nie mieszczą, trzeba było dostawić 3 wielkie namioty, a największe sprzęty wystawiać na wolnym powietrzu. Biegamy po tym wszystkim z przesympatycznym właścicielem pewnej polskiej firmy, dla którego od wielu wielu lat obecność na Targach jest sprawą oczywistą i naturalną, był świadkiem ich wielkich przemian, tak samo jak i świadkiem ostatnich dziesiątek lat przemian kontaktów handlowych z Chinami. Ale tym razem sam jest zaskoczony – to pierwsza edycja od wielu lat, gdy tak mało widać europejskich, amerykańskich twarzy. Podobne sposrzeżenie mają chińscy wystawcy i kupujący, z którymi rozmawiamy, albo których – z socjologicznego przyzwyczajenia – nieco podsłuchuję.

Socjologiczne przyzwyczajenie socjologicznym przyzwyczajeniem, ale jestem w robocie, więc uwagę skupiam bardziej na rozmowach, niż na obserwacji tego, co dookoła, ale faktycznie – bladych twarzy coś mało. Jeśli coś miga, to – dzięki imiennym tabliczkom, które wszyscy mamy pozawieszane na szyjach – można łatwo ustalić, że są to twarzy rosyjskie. A język rosyjski kokietuje z różnych banerów, trochę firm, które mam okazję poznać, albo już robi wielkie interesy z Rosją (rynek, w przeciwieństwie do polskiego nieograniczony nie tylko w rozmiarach, ale i nieograniczany wyśrubowanymi normami unijnymi, które komplikują proces produkcji, nakazując np. wyszukiwać nowych dostawców podzespołów, które mają potrzebne certyfikaty dla “krótkich” w chińskich oczach serii), albo wręcz jest właścicielami rosyjskich marek.

“Outsorcing” i żandarmi pilnujący porządku na targach

Euroamerykańskich twarzy mało, europejskich języków też mało. Gdy słyszę w tym tłumie hiszpański, to nie jest to nasz europejski hiszpański seplen, tylko czysta melodia hiszpańskiego Ameryki Południowej czy Meksyku. Autokar zabierający nas codziennie na Targi spod hotelu pełen jest hindi, pundżabskiego i urdu, na gestykulujących dłoniach święcą złote sygnety z kamieniami, na głowach zamotane czy natknięte najróżniejsze nakrycia głowy – od sikhijskich turbanów, po charakterystyczne muzułmańskie toczki. Potem, na targach, do języków Indii i Pakistanu dołączy inny wielki język tych targów – arabski. Będzie go słychać wszędzie – z ust handlowców z Afryki Północnej (producenci pomp nie mogą odżałować nieobecności ich głównych północnoafrykańskich klientów – Libijczyków), z ust odzianych w białe szaty kupujących z Pólwyspu Arabskiego, z zakrytych czarną chustą ust kobiet. Będzie też słychać gęsto turecki, a gospodarz Targów będzie robil wiele, by zaprezentować się jako rozumiejący i szanujący potrzeby muzułmańskiego kontrahenta. W restauracji VIP pokaźną część menu zajmą dania halal, a co kilkanaście metrów na głównym deptaku tablice będą informować o umiejscowieniu targowego meczetu. Przestrzeń targów jest ogromna, część odwiedzających, nie mogąc na czas dotrzeć do meczetu, klęka w kierunku Mekki tam, gdzie akurat jest – np. na wielkim, błyszczącym reklamami pasażu pomiędzy halami.

Oprócz wyżej wymienionych języków usłyszymy jeszcze języki afrykańskie, języki Azji Południowo-Wschodniej, koreańszczyznę (jaka szkoda, że nie było czasu zajść na chwilę na stoisko z produktami z Korei Północnej), zawsze miłe memu uchu tajwańskie seplenienie. To wszystko zmiesza się z dźwiękami bębnów, do taktu których będzie tańczył chiński lew tam, gdzie czeka się na meleks do innych hal  (lew i jego tańce sponsorowane są przez jednego z producentów pomp z Zhejiangu) i z dźwiękami prezentowanych maszyn i urządzeń.

Nie do McDonald’sa, ale do restauracji z daniami halal:

W tle, za osobą w białym, tablice informujce o…

…położeniu meczetu na terenie Targów oraz o sposobach dojazdu do kantońskich meczetów:

“Może boją się zagrożenia nuklearnego z Japonii?” – zastanawiamy się, myśląc o nieobecnych eurotwarzach. “A może szukają dostawców gdzieindziej?” Tylko niby gdzie? “A może w Europie i USA zmienia się sposób kontaktowania się z producentami?” Pan S., wytrawny handlowiec, tego akurat jest pewien, że osobistego kontaktu na Targach nie zastąpi nic. Znowu, jak podczas Expo, mam wrażenie, że tzw. “świat” zdążył się się znowu nieco przesunąć, a my, tam u nas, jak zwykle tego nie zauważyliśmy.

Europejskich twarzy mało, twarze inne owszem chodzą i oglądają, ale znajomi wystawcy pana S. od elektrotechniki produkowanej na Wybrzeżu narzekają na małą, w porównaniu z poprzednimi edycjami Targów, ilość nowych zamówień. Jakby było więcej, to też niełatwo – jak jeden mąż skarżą się bowiem na problemy z siłą roboczą. Ci wytwócy, rozlokowani w typowym dla ostatnich dziesięcioleci regionie produkcji fabrycznej, starają się jeszcze zachować konkurencyjność w stosunku do wytwórców z miejsc, gdzie ponosi się mniejsze koszta. Ale chińskie Wybrzeże – do tej pory wielka fabryka świata – zmienia się. W miarę, jak rosną wymagania technologiczne dotyczące sprzętu, w miarę jak rozrasta się chiński sektor usługowy, w miarę jak rosną koszta społeczne wielkich migracji wewnętrznych, rosną i kłopoty ze znalezieniem odpowiednich ludzi do pracy. Stosunek pracy jest efemeryczny – fabryka szukając jak najniższych kosztów nie oferuje za wiele, robotnik nie jest z nią mocno związany. Ci, w których fabryka zainwestuje przeszkalając, płyną w czasie przez fabrykę jak rzeka, nie wracają po Nowym Roku, przychodzą i odchodzą, myślą, jakby tu przedostać się do pracy w usługach, rosną koszty. Na domiar wszystkiego rosną też – co oznajmia się na Targach na każdym kroku – koszty materiałów, np. miedzi.

Nie trzeba chyba dodawać, że na tym tle sytuacja Polski poszukującej tutaj towarów wygląda nieciekawie. Z jednej strony związana wyśrubowanymi wymogami unijnymi, które bardzo znacząco wpływają na wzrost kosztów produkcji, wymagając np. używania tych materiałów, których ceny są najwyższe, czy podzespołów z europejskimi certyfikatami, a z drugiej strony związana własną niezamożnością i ograniczoną chłonnością rynku. Krótko mówiąc, chce ona produktu na miarę i – w porównaniu z resztą świata – ekskluzywnego, ale po niskiej cenie. Później oczywiście gniewa się “na Chiny”, bo po produkcie szytym na miarę, “spełniającym normy unijne”, oczekiwała też świetnej jakości.

Kryzysu, który widać u przysypiających na swoich stanowiskach producentów elektrotechniki, nie widać na halach z elektroniką. Kolorowy tłum tłoczy się do telefonów, zagląda w ekrany, wyświetlacze i kamery, wsłuchuje się w głośniki, ogląda gadżety. W Chinach kryzys był poważnym ostrzeżeniem, że pewien model produkcji, handlu kończy się. Pisało się często z nadzieją, że kryzys wręcz może przyśpieszyć wejście w nowy etap eksportu.

Na Targach rozdawane są żółto-czerwone torby z napisem “Made-in-China gwarancją jakości”. Ja nie wzięlam, bo za mała, zabrałam sobie z Targów wielką czarną torbę z rysunkiem piły tarczowej buchającej iskrami, żeby mi wygodniej było nosić z targu warzywa do mojej sokowirówki za 60 kuajów (jakieś 26 złotych). Sokowirówka ta po podłączeniu krąży wściekle po całej kuchni, wyrzucając w górę jabłka i dynie. Żeby nie oglądać fruwającej dyni, trzeba było po prostu kupić sokowirówkę reklamowaną obok, oferowaną za pięciokrotność tej ceny.

Z torbą “Made-in-China”

23

04 2011

Opowiesć wigilijna

17 marca 2010 roku rano 17-letnia Tian Yu weszła na czwarte piętro dormitorium i skoczyła z okna. To był drugi z dwunastu przypadków skoku z budynku, które wydarzyły się tamtą wiosną w należącej do tajwańskiego Foxconnu (Fushikang) największej fabryce swiata (w chwili gdy Tian Yu skakała, fabryka w Kantonie miała blisko pól miliona pracowników). Srednia wieku skaczących 21 lat. Tian Yu jako jedna z dwóch osób, które skoczyły, przeżyła. W najnowszym, noworocznym, poswięconym w całosci opowiesciom dziennikarzy, pisarzy ale i “zwykłych ludzi” o ich ojcach, numerze Nanfang Zhoumo, Tian Yu opowiada o swoim ojcu. Kika dni wczesniej opowiedziała o swojej pracy w Fushikang i o swoim obecnym życiu dziennikarzowi 第一财经日报 – diyi caijing ribao – “Pierwszego dziennika finansowego”. Spróbuję odtworzyć z tych dwóch tekstów tę historię. Żeby nie było tylko o ojcu, ale i o córce.
Choć w szkole nie była dobrą uczennicą, ojciec nigdy jej nie karał. Ukarał tylko raz, gdy użyła jako dziecko brzydkiego wyrazu. Dostała po buzi tak, że aż poleciała krew. Młodszy brat Tian Yu jest głuchoniemy, jest jeszcze młodsza siostra. Rodzina mieszka na henańskiej wsi, ma trochę zwierząt (po tym, jak Tian Yu skoczyła z okna, czesć zwięrząt wyprzedali, żeby mieć na opłatę za szpital), zimą ojciec najmuje się do pomocy jako pracownik sezonowy. Tian Yu skończyła gimnazjum i nie ma co ze sobą robić. Marzy, że będzie miała sklep z butami w miasteczku. Ale póki co nie może siedziec w nieskończonosć w domu, postanawia jechać do Kantonu pracować. W artykule dla Nanfang (Tian Yu mówi, dziennikarz spisuje) opowiada o tym, jak ojciec bał się, że jako młoda, niedoswiadczona, będzie doswiadczać krzywdy i upokorzeń. Dla Caijing Ribao relacjonuje, jak przed wyjazdem rodzice uczyli ją, jak radzić sobie z ewentualnymi zniewagami – “wytrzymuj, znos w ciszy”. Pomimo nakazu tradycji, który mówi o tym, że dziecko powinno spędzać chiński Nowy Rok z rodziną, rodzicami, dwa dni przed Nowym Rokiem Tian Yu wsiada w pociąg i jedzie ze srodka kraju na wybrzeże – w kierunku przeciwnym niż wszyscy inni, wracający do domów na swięta robotnicy.

Pierwszego dnia (“miałam szczęscie, przyjęli mnie już po dniu stania w kolejce, bo to było tuż przed Nowym Rokiem i potrzebowali ludzi”) wytrzymuje, choć płyna jej do oczu łzy. Gdy podczas przeszkolenia pyta się, czy dobrze wykonała zadanie, nadzorczyni potwierdza, a potem, podczas kontroli, ta sama nadzorczyni publicznie ja wysmiewa i krytykuje za…źle wykonane zadanie. Najpierw nie musi zostawać dłużej przy tasmie, bo jest niepełnoletnia, ale wkrótce zostaje jak wszyscy. Kilkanascie godzin codziennie na stojąco przy tasmie, wykonując tę samą czynnosć. Wtedy po raz pierwszy wydaje jej się, że straciła czucie w rękach i nogach. Zanim nieopatrznie utopi kupioną przez ojca komórkę w wodzie, powie mu jeszcze i to.
W dormitorium mieszka ich 8 w pokoju, ale, ponieważ każda z dziewczyn pracuje w innym dziale (Tian Yu sprawdza zmontowane ekrany do Apple’ów) i na różne zmiany, zna imię tylko jednej z nich. Atmosfera jest zimna, nie ma z kim porozmawiać – nie to, co w domu, na wsi. Tian Yu ma tylko jedną koleżankę, z którą zapoznała się podczas stania w kolejce. Żeby 500 kuajów, które dał ojciec na dworcu, na dłużej wystarczyło, w ramach rozrywki przechadzają się po ulicach handlowych i do supermarketu. W tym ostatnim wkładają towary do koszyka, objeżdżają sklep, a później odkładaja rzeczy z powrotem na półkę.
16 marca zostaje już tylko 10 kuajów (czy 5, jak wspomina druga z gazet, nieważne, mało). Minął już miesiąc, a wypłaty jeszcze nie ma. Tian Yu pyta koleżanki z dormitorium, gdzie odebrać kartę z pensją. Nie wiedzą, kierują do kierownika działu. Ten odsyła do filii fabryki na drugim końcu miasta. Za większosc pozostałych pieniędzy Tian Yu kupuje bilet i jedzie godzinę autobusem. Zaczyna się kolejna porcja odsyłania. Z jednego budynku do drugiego, z drugiego do trzeciego i tak dalej w nieskonczonosć. “Nie wiem ile godzin tak chodziłam, szukałam i szukałam i szukałam, a miejsca, gdzie mam odebrać kartę nie było i nie było” – płacze Tian Yu reporterowi Jingji Ribao.

Do dormitorium wraca na piechotę, bo nie ma już pieniędzy na bilet. Idzie przez całe gigantyczne miasto. Kładzie się na łóżko, ale nie może spać, bo jest tak wsciekła. Płacze. Nikt się nie pyta, co się stało. Rano gdy sobie przypomina zdarzenia dnia poprzedniego, zalewa ją wsciekłosć. W tej wsciekłosci biegnie ledwie piętro wyżej i w 35-tym dniu pracy skacze.
Budzi się po 12 dniach i nie poznaje własnego ojca, który siedzi przy łóżku – 40-latek ma całkiem białe włosy. W swojej opowiesci o ojcu mówi, że ten ukradkiem gotuje w elektrycznym garnku kleik, bo Tian Yu, z wieloktornie złamanym kręgosłupem, sparaliżowana od pasa w dół, z połamanymi kończynami, uszkodzonymi narządami wewnętrznymi, ma problemy z trawieniem. Caijing Ribao przedstawia inny jeszcze powód – jedzenie w szpitalu jest zbyt drogie dla rodziny, pichcąc ukradkiem kleik, zaoszczędzają trochę pieniędzy. Ojciec podpisuje porozumienie z Fushikangiem. Rodzina dostanie 180 tysiecy yuanów, wypłacone w oparciu o “humanitarną postawę” (tak ujmuje to porozumienie) fabryki. Ojciec ani Tian Yu nie rozumieją, co znaczy to wyrażenie.

Za dalsze opercje Tian Yu trzeba płacić. W opowiesci dla Nanfang Tian Yu mówi, że to ona sama poprosiła ojca, aby nie jeździła już więcej na drogą rehabilitację, w drugiej z opowiesci to rodzice sami, widząc topniejące fundusze 5 osobowej rodziny, w której dwoje dzieci jest niepełnosprawne, a trzecie, młodsza siostra Tian Yu, rzuca szkołę, by pomagać w domu, decydują o zaprzestaniu kosztownych zabiegów. W opowiesci o ojcu ten kupuje córce komputer, żeby jej się nie nudziło i piecyk na zimę, “bo sparaliżowanemu zimno”, nigdy nie pyta o powodu skoku, nic nie wypomina, znosi to, co się stało cierpliwie. W opowiesci dla Caijing Ribao pan Tian Jiandang (można przetumaczyc jako “Budujący-Partię Tian”) stwierdza krótko: “dzieciak, to i nie rozumie”. Nie rozumie, że upokorzenia trzeba znosić, pochylać głowę i nic nie mówić. Że brak pensji to nie koniec swiata.

Nanfang Zhoumo pierwszy numer tego roku – Roku Królika – poswięca opowiesciom o ojcach. Pisze we wstępniaku, że znak “ojciec” zapisany tak, jak na najstarszych kosciach wrózebnych, wyobraża tego, który trzymając rodzaj drąga wychowuje dzieci. “Ojciec jest Niebem dla dziecka” – w tym sensie, ze to on nadaje prawa, karze, ustanawia porządek. Jest początkiem – tak jak początkiem jest chiński Nowy Rok (inaczej Swięto Wiosny). Czyli nie tylko w sensie chronologicznym, biologicznym, ale i moralnym. Co ciekawe, dla autora wstępniaka to typu stwierdzenie jest nie tyle okazją do przypomnienia synowskich powinnosci i cnót (孝 xiao), o których to tradycyjnych cnotach coraz większa grupa młodych przypomina sobie dopiero własnie na Nowy Rok (choć refleksja na temat, chociażby po przeczytaniu wypowiedzi Tian Yu, która przecież zrobiła cos, co najradykalniej zaprzecza 孝, jest nieunikniona), ale punktem wyjscia do podkreslenia… fundamentalnej równosci ojców. Każdy z nich dla dziecka znaczy – powinien znaczyć – to samo. “Ten, co ma w dłoniach motykę, ten z młotkiem, z nożem chirurgicznym i za kierownicą od dobrego samochodu” – pisze Nanfang – “urzędnik i nonmingong”. Ten, którego latorosl w zabawie “a mój tata…” zawsze wygrywa i ten, którego dziecko zawsze przegrywa. Li Gang (hasło “Li Gang” nie pojawia się w żadnym z tekstów wprost, ale i tak wiadomo, o co chodzi) i Budujący-Partię Tian. Ech, idealistyczny Nanfang Zhoumo.

No, już koniec wigilijnego smucenia –

żeby ten rok – Rok Królika – był faktycznie początkiem, ale tylko dobrych rzeczy!

P.S. Po serii samobójstw wsród młodych robotników (ale oczywiscie nie tylko to było powodem), Foxconn przeniósł czesć produkcji do srodka kraju. Rosnące koszty produkcji, kryzys, duże koszty społeczne (do dostrzeżenia czego te 12 skoków bardzo się przyczyniło) takiego systemu produkcji oraz plany rządu, aby rozwijać zachód kraju sprawiają, że robi tak nie tylko on.

P.P.S. Artykuły:

http://news.hexun.com/2011-01-24/126968840.html

http://www.infzm.com/content/55157

03

02 2011

Hukou. Z reguły…

Nie lubię wymądrzać się na tematy, na których się nie znam. Na chińskim prawie, regulacjach nie znam się. Chińskie prawo i regulacje przerażają mnie. Każda reguła ma bowiem mnóstwo pod-reguł (i mówię tylko o tych oficjalnych, na-biurkowych a nie pod-biurkowych). Do tego, w myśl zasady zdecentralizowanego centralizmu, coraz więcej władzy w materii wyznaczania i egzekwowania regulacji przekazywane jest na coraz niższe szczeble – do władz lokalnych. To wszystko sprawia, że system prawa jest bizantyjski (chiński?) w swoim rozmiarze, zdefragmentowany, często niespójny, lub też zwyczajnie wewnętrznie sprzeczny. Jak bardzo, ukazują chyba najbardziej dobitnie konkretne historie prosto z życia – gdy to ostatnie próbuje się, znosząc niezliczoną ilość trudności, nagiąć, przetrwać w nieczytelnych regułach. Ale o tym za chwilę.

Tak więc nie znam się na prawie i na jego regulacjach. Ale zdaję sobie sprawę, że trudno opowiedzieć cokolwiek (chociaż kawałkami) dotyczącego dzisiejszych Chin bez wspomnienia o kilku regulacjach, które w wyjątkowo wysokim stopniu kształtują losy (obywateli) współczesnego ChRL. Jedną z nich jest system hukou. Hukou to system rejestracji ludności, ma bogatą tradycję sięgającą zamierzchłych czasów cesarstwa, systemy o identycznej nazwie działają i w Japonii i na Tajwanie, system hukou działał do niedawna w Korei. Jednak systemy te pozbawione są implikacji – o których za chwilę – charakterystycznych dla systemu hukou stosowanego w ChRL.

Gdy system hukou był wprowadzany w jego obecnej postaci (a liczy sobie już 50 lat) jasne było, że “darmową” opieką zdrowotną, dostawami, talonami, tym całym 福利 fuli, socjalem, który powinien być, bądź, co bądź wyznacznikiem “socjalistycznosci”, nie da objąć się wszystkich. Lepiej objąć tych, którzy przez życie w większej koncentracji, lepsze doinformowanie, wykształcenie etc. mogą stanowić ewentualne zagrożenie dla stabilności (jakkolwiek była ona rożnie definiowana) systemu, którzy mogą podnieść krzyk. Miejski, tzw nie-rolniczy hukou. Wies uznano za, bardziej niż miasto, zajęte głównie cięzką produkcją przemysłową, zdolną do samoutrzymania. No a jej mieszkańców za zbyt licznych, aby można było ich wyposażyć w przywileje. Rzecz jasna – i najważniejsza – rozproszoną, nieskomunikowaną, gadającą milionem dialektów wieś uznano za mniej zagrażającą porządkowi. Oczywiście o ile nadal.. pozostanie na wsi. Należało ograniczyć mobilność mieszkańców wsi, których przybycie do miast mogłoby zagrozić stabilności politycznej i stabilności centralnie planowanej gospodarki, dystrybucji dóbr i pracy. Hukou rolniczy, wiejski. System hukou – możesz pojechać na krótko do innego miejsca, ale za Twoje kartki na jedzenie (te akurat dostawali tylko mieszkańcy miast, ale ich przemieszczanie także należało ograniczyć) nic tam nie dostaniesz, służba zdrowia nie będzie cię leczyć, szkoła odmówi przyjęcia dziecka, oczywiscie nie możesz tam pracować – chyba, że zostałes przeniesiony z polecenia swojego danwei – jednostki pracy.

Tak było – mniej więcej do reform Denga. Później sytuacja stopniowo zaczęła się poluźniać, wraz z radykalną przemianą gospodarki i związanym z nią urynkowieniem wielu sfer, problemy z kartkami, całkowitym brakiem pomocy medycznej (dzis jest inny problem – zapłacisz – leczą), edukacją odeszły (choć te z edukacją nie do końca, o tym za chwilę) wraz z epoką, której były czescią. Możliwosć pracy w miejscu innym, niż to podane w hukou spowodowała, że przez Chiny, głównie w kierunku wielkich miast przy morzu, płynie gigantyczna ludzka fala. Wstępne oficjalne szacunki związane z realizowanym obecnie spisem powszechnych mówią o około 200 milionach osób, ale… Kto przemieszcza się na jakis czas do innego miasta, musi starać się o pozwolenie na pobyt czasowy. Kto nie ma, żyje w gigantycznej strefie cienia.
Możliwosć pracy jest, co nie oznacza całkowitego uwolnienia rynku pracy od hukou – wciąż działają regulacje, które w niektórych rodzajach danwei faworyzują bądź wręcz nakazują przyjmowanie do pracy osób z lokalnym hukou. To, oraz preferencje pozostałych pracodawców, którzy, nawet jesli nie związani regułami, nie chcą problemów z jakimis czasowymi pozwoleniami, no i wreszcie charakter migracji (w ogromnej czesci ze wsi do miast) sprawiają, że przybywający najczesciej mogą się imać jedynie prac niskopłatnych, fizycznych, których nie podejmie się ludnosć z lokalnym, miejskim hukou.

No własnie. Lokalny hukou, hukou rolniczy…. Zmieniło się dużo, ale są rzeczy, które po dzis dzień nie uległy zmianie. W obrębie systemu hukou każdemu z obywateli przypisywane są dwie wartości z dwóch różnych kategorii: pierwszą kategorią jest zatrudnienie (może być rolnicze albo nie-rolnicze) a drugą jest lokalność (hukou lokalny i nie). Krzyżując kategorie ze sobą otrzymujemy 4 możliwe sytuacje (klasy…)- hukou nierolniczy lokalny, nierolniczy zamiejscowy, rolniczy lokalny, rolniczy zamiejscowy. Kolejność nieprzypadkowa. Każda kolejna kategoria oznacza mniej praw. Zmienić hukou – bardzo trudno. Układając plany życiowe, marząc, szukając pracy, partnera, trzeba uwzględniać kwestię hukou (czyli, zmieniając język, kwestię swojego urodzenia…), patrzeć realistycznie.

Partner życiowy z pekińskim hukou to marzenie milionów. Dostęp do niespotykanych nawet dla osób z nierolniczym hukou z innych miast przywilejów (bo przywilejami z reguły obejmowane są całe rodziny np. zatrudnionego w odpowiedniej jednostce, a kogo w niej zatrudniać, jak nie osoby z pekińskim hukou?). Ale gdzie ktoś z pekińskim nierolniczym hukou spojrzałby na kogoś z jakaś inną kategorią hukou ? No, ewentualnie może być hukou nierolniczy zamiejscowy, którym mogą się wykazać np. osoby przeniesione z polecenia państwowej jednostki pracy – danwei,, czy ogólnie osoby przenoszące się do Pekinu z bardziej nobliwych niż chęć zarobku, powodów (albo potrafiące nadać swym powodom taki nimb). “Zdobędę żonę z pekińskim hukou!” – odgraża się po pijaku Zhou Ziwu, przyjezdny do Pekinu handlarz fałszywymi pozwoleniami i dyplomami (ma licencjat z lokalnej szkoły wyższej ze swojego miasta, no ale kto weźmie do normalnej roboty przyjezdnego z takim hukou?), jeden z bohaterów powieści Pod niebem, pomiędzy ludźmi (czyli po prostu Ludzki świat) autorstwa Xu Zechena. Starszy o kilka lat kuzyn słucha pijanego z pijacką i braterską wyrozumiałością, ale i zdziwieniem: “ja w jego wieku nie byłem aż tak szalony, to chyba jednak rożnica pokoleń…”.

No więc trzeba patrzeć realistycznie. Także na swoją pracę, karierę. Jesteś z dajmy na to, Shaanxi, jedziesz do Kantonu. Pracujesz tam 10 lat. Przez cały ten czas masz obcy hukou, więc nie przysługują ci prawa, które przysługują Kantończykom. Ale obowiązki “przysługują”, jak każdemu pracującemu. Tak jak Kantończycy np. płacisz składkę ubezpieczenia społecznego. Po 10 latach wracasz do domu, gdzie hukou twój i rodzina twa. Składka jest nietransferowalna. Zostaje w kasie kantońskiej. Ty masz 10 lat mniej składki (ale w sumie i tak się ciesz, że w ogóle masz jakaś, ludzie z rolniczym hukou z reguły nie mają żadnej). Dzieje się tak na skutek wspomnianej już wyżej wysoce posuniętej decentralizacji centralizmu. Obie prowincje mają nieprzystający system ubezpieczeń. Obie prowincje muszą wykazać się generacją dochodu – bo to ich źródło legitymizacji w oczach Pekinu.

Trzeba patrzeć realistycznie i na chorobę. Kto ma wiejski hukou, ten za leczenie płaci krocie, no bo nie ma ubezpieczenia. Gdy zachoruje na przewlekłą, wymagającą leczenia szpitalnego chorobę, jako, że na wsi brakuje odpowiedniej opieki, może się właściwie tylko udać do miasta i poddać leczeniu na własne pieniądze. Że jest to właściwie niemożliwe, o tym chyba nie trzeb nikogo przekonywać. I kiedys już pisałam o moim spotkaniu z taką sytuacją.

Trzeba patrzeć realistycznie i na starość. Kto ma rolniczy hukou, ten z reguły nie jest objęty ubezpieczeniem emerytalnym. Druga z wielkich regulacji, które jak żadne inne, wpływają na ludzkie losy, czyli tzw. jihua shengyu, znana u nas pod nie do końca trafną nazwą polityki jednego dziecka, dla nich, dla ludzi z rolniczym hukou, czyni jeden z, bardzo licznych zresztą, wyjątków: rolnik może mieć więcej dzieci. To one są jego polisą ubezpieczeniową na starość w myśl odwiecznej zasady 养儿防老 – yanger fanglao: chować dzieci by mieć opiekę na stare lata.

Dzieci. Też trzeba patrzeć realistycznie. Masz rolniczy, nielokalny hukou, pracujesz w obcym mieście. Twoim dzieciom, jeśli zabrałeś/zabrałaś je ze sobą, z reguły nie przysługuje edukacja. Z reguły – bo rzecz jest zasadniczo w gestii danego miasta – w Pekinie edukacja przysługuje – jak podkreślają z dumą Pekińczycy. Jednak mali obywatele na wstępie są segregowani – dzieci osób pozamiejscowych z rolniczym hukou, krótko mówiąc dzieci nongmin gongów uczęszczać mogą jedynie, o ile się bardzo słono nie zapłaci (a że się nie zapłaci, to też chyba jasne) do specjalnych, wydzielonych, często położonych w niedogodnych miejscach szkół, które oczywiście mają poziom daleko gorszy od “zwyczajnych” stolicznych szkół. Można też zostawić dziecko u krewnych, tam gdzie jego hukou i przyjeżdżać do niego w święta.

Trzeba patrzeć realistycznie i na śmierć. W wypadku samochodowym na ulicy Pekinu giną dwie młode kobiety, kasjerki z supermarketu. Rodzina jednej z nich dostaje mniej niż połowę odszkodowania, które dostaje rodzina tej drugiej. Powód: dziewczyna miała rolniczy hukou. Mieszkała w Pekinie od 7 lat, tutaj pracowała. Jedna z regulacji dotyczących odszkodowań stwierdza, że to hukou różnicuje wysokość odszkodowania. W telewizji siostra “wiejskiej” ofiary wypadku mówi zdecydowanym głosem: “wszyscy są równi w obliczu prawa!” i wymachuje Konstytucją, żeby to ona za nią przemówiła. Sąd drugiej instancji odrzucił odwołanie. Szansa na pójście do trzeciej, na wskóranie cokolwiek w takiej sytuacji, jest właściwie już tylko teoretyczna. Sędzia jednego z pekińskich sądów, który rozstrzygał podobną sprawę: “w tamtej sytuacji zarządziłem odszkodowanie jak po osobie z miejskim hukou, ponieważ ofiara od wielu lat żyła w mieście i prowadziła typowo miejski tryb życia”. Ale to nie jest regułą.

No więc życie gnie się, nagina i ugina w konfrontacji z regułą. Z reguły nie krzyczy przy tym, nie protestuje. To znaczy może i cos tam mówi, może i trochę protestuje, ale kanały którymi niesie się po kraju głos, tych słów z reguły nie niosą (albo sami krzyczący nie wiedzą jak dobrać się do głośnika – patrz zjawisko 信息鸿沟 – digital divide). No, chyba, że, coś się dzieje i potrzebny jest element przyciągający w programie publicystycznym – jak ta siostra z Konsytucją. Albo, ostatnio – gdy pożar wieżowca w Szanghaju wygasł, po kilku dniach przypomniano sobie, ze oprócz tego, ze przyniósł śmierć kilkudziesięciu Szanghajczykom, przyniósł smierć i pracującym przy feralnej konserwacji nongmin gongom, obojętnie, czy przestrzegali czy nie przepisów bhp . I to była historia medialna na parę dni. Artykuły krzyczały: “nongmin gongowie to ofiary takie same jak wszyscy inni!”

No ale dlaczego o tym wszystkim piszę? Narzekać, żeby narzekać? A nie. W ostatnim Nanfang Zhoumo, na pierwszej stronie, wpadł mi w oczy wielki tytuł: “Reforma hukou w Chengdu”. Chengdu jest obecnie w trakcie procesu, który zakończy się zniesieniem dualnosci jaką pociąga za sobą system rolniczego i nierolniczego hukou. Niby w Chinach w ostatnich latach kilka miast i obszarów podjęło starania na rzecz zniesienia tego podziału, ale, sądząc po tym, co przedstawił czwartkowy Nanfang, nikt jeszcze nie poszedł tak daleko. Bo – jak zaznacza tygodnik – słowa w dokumentach obywateli zmienić łatwo, ale dobrać się do tego, co jest esencją hukou – czyli do dramatycznej różnicy pomiędzy wsią a miastem – trudno. Chengu poszło o wiele dalej, niż tylko zaoferowanie przyjeżdżającym do Chengdu-miasta z jego wiejskich rejonów opieki zdrowotnej i społecznej, niż danie im prawa do kupna mieszkań i do prowadzenia innych działań, które mają na celu stałe, pełnoprawne zadomowienie się w mieście. Chengdu zajęło się wyrównywaniem poziomu życia na wsi i w mieście – nie tylko poprzez regulacje prawne znoszące przeszkody w leczeniu, edukacji, pracy, ale i poprzez inwestycje na wsi – budowę wiejskich przychodni, szpitali, odnawianie szkół, dofinansowywanie uprawy ziemi, które dla rolnika stanowić ma jednocześnie fundusz emerytalny. Żeby ludzie, bez strachu o starosć, o chorobę, mogli wybrać, co i gdzie chcą robić (co oczywiscie jest rodzajem inwestycji, jako że Chiny obecnie np. rozpaczliwie potrzebują, żeby obywatele przestali sciubić na czarną godzinę i zaczęli konsumować).

Oczywiście, jako, że mówimy o Chinach – poszerzenie obszaru wolności wcale nie kłoci się z rożnymi formami centralizmu. Tygodnik kilkakrotnie podkreśla, że tak dogłębna i dobrze zaplanowana reforma mogła być wprowadzona w dużej mierze dlatego, że od początku do końca był za nią odpowiedzialny jeden człowiek, Sekretarz Li Chuncheng. To on mówi urzędnikom: “Jeśli nie widzisz, co mógłbyś zrobić dla unifikacji systemu hukou, to znaczy, że nie nadajesz się na urzędnika”. To on odwiedza wioski i na wyrywki pyta tamtejszych urzędników: “Jakby pan w 8 słowach określił, czym jest dla pana idea unifikacji systemu hukou“. Gdy wiejski urzędnik stoi z otwartą buzią, bo nie wie, jak odpowiedzieć wielkiemu Sekretarzowi z miasta, ten bez słowa odwraca się na pięcie i odchodzi. Jak podkresla – idealistyczny jak zawsze – Nanfang, jeden z tak zapytanych wiejskich urzędników, najpierw ze strachu, że Komisarz spowoduje jego zwolnienie, a potem z autentycznego przejęcia, studiuje idee i pomysły reformy i powoli odkrywa nie tylko korzyści dla wioski i jej mieszkańców, ale także odkrywa w sobie wyższą, urzędniczą świadomość. “Do tej pory byłem zwykłym chłopem ze wsi, od tamtego momentu zacząłem się przemieniać w prawdziwego, świadomego urzędnika” – podkresla. Wkrótce sam wysunie pomysły, jak udoskonalić reformę wdrażaną w jego wiosce.

Dlaczego Chengdu? Nie jest ani najbogatsze, ani problemy wynikające z dualizmu hukou nie są tam najbardziej palące. Dlaczego? Bo centralizm jest zdecentralizowany. Parę lat temu rząd centralny zaczyna rozważać reformę. China Daily daje tytuł: “Mieszkańcom wsi zostaną przyznane takie same prawa jak mieszkańcom miast”. Zachód podchwytuje i pisze, że Pekin już niebawem zniesie w Chinach system hukou. Tak jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy, jakie koszta w skali kraju niesie za sobą to, co stanowi o istocie zniesienia: ubezpieczenia społeczne, zdrowotne, emerytalne, budowa szpitali etc. I ile i jakiej władzy leży w gestii władz lokalnych.
Kiedy i w jakim zakresie dualizm zostanie zniwelowany w skali kraju, nie wiadomo. Jedno jest pewne – Pekin niewątpliwie chce poznać lepiej korzyści i zagrożenia wynikające z ewentualnej reformy, zrobić (kontrolowaną a nie chaotyczną) burzę mózgów. Wyznaczył więc kilka “ważnych terytoriów i kluczowych obszarów”, które mają opracować szczegóły i zacząć wdrażać reformę, pośród nich właśnie Chengdu. Od tej chwili staranne przygotowywanie, aktywność, pomysły, kreatywność, staną się częścią legitymizacji władz Chengdu w oczach Pekinu. Na terytorium Chengdu wytypowane zostaje kilka wiosek, które mają zacząć wprowadzać nowy system opieki zdrowotnej, emerytalnej, dopłat do uprawianej ziemi etc. Postępy sledzą media, w tym i Nanfang.

Patrząc na to, nie sposób nie mieć skojarzeń z innym wielkim eksperymentem, sprzed trzech dekad. Reformy ekonomiczne Denga, które wprowadziły elementy gospodarki rynkowej (dzięki którym możemy dziś obserwować m in. właśnie zderzenie systemu hukou i olbrzymich ruchów migracyjnych w obrębie kraju), choć u nas kojarzą się głownie ze specjalnymi strefami ekonomicznymi i fabrykami, też zaczęły się tak naprawdę na wsi. Wybrano wówczas w tajemnicy jedną wieś, Xiaogang w prowincji Anhui, rolnikom, zobowiązanym do dotrzymania tajemnicy, pozwolono za zawieranie kontraktów na dostawy produktów rolnych, z których dochód miał iść bezpośrednio do domów (tzw. 家庭联产承包责任制). Wprowadzenie pewnego obszaru wolnosci ekonomicznej, gigantyczne zwiększenie plonów, wzbogacenie się rolników objętych sekretnym planem w końcu wyszły na jaw i stały się pierwszym przykładem nowej ery wielkich zmian. Dziś, przy uwadze mediów, na oczach wszystkich, odbywa się eksperyment w Chengdu. Jak mówi (używając 8 słów, tak jak chciał Sekretarz Li) w podsumowaniu artykułu jeden z ekspertów, spytany przez Nanfang o prawdziwe znaczenie reformy: “还权赋能, 农民自主” – zwrócenie praw, powierzenie możliwości, samodecydowanie rolników.

P.S. i koniec i bomba a kto czytał…temu bardzo dziękuję, bo to chyba jak dotąd najdłuższy artykuł na tym blogu.

04

12 2010

W i poza tlumem. “China is a …”

Wsiadam do metra. Drzwi sie zamykaja, rozlega sie glos: “Drodzy pasazerowie, witamy. To pociag lini nr 2 jadacy w kierunku Xizhimen, nastepny przystanek to…” Te komunikaty tak wchodza do glowy, ze czy chce czy nie, powtarzam je z glosem za kazdym razem, gdy jade metrem. Ale ten tutaj brzmi jakos dziwnie, niby podobny, ale dzwiek troche inny, no i przede wszystkim nie dochodzi z glosnikow nad glowami, tylko spod drzwi, gdzies na wysokosci kolan i  tobolow rozlozonych na podlodze przez 农民工 - nongmin gong. Nongmin gong to robotnicy (w ogromnej liczbie) migrujacy ze wsi do miast. Teraz, tym popoludniowym kursem linii numer 2 jedzie ich kilku – w wyswieconych granatowych marynarkach i wytartych, znoszonych tworzywowych butach z czubem. Zmarszczki dookola oczu na ogorzalych twarzach. I ten szczegolny jakby zawieszony wyraz twarzy, gdy widzi sie cos nowego, wielkiego i oniesmielajacego za razem.

Kieruje wzrok w kierunku, skad dochodzi glos. To chlopak na wozku, ma podreczny mikrofonik i glosnik na podporce na stopy (stopy w sandalach, zdeformowane, powykrecane). Troche sie dziwie, ale tylko troszke. W moim budynku, dosc zwyczajnym czternastopietrowcu z pierwszej polowy lat 90-tych, sa panie windzarki. Mlode dziewczyny, codziennie podczas osmiogodzinnej zmiany jezdza w gore i w dol, maja uniformy (uniform jest przeciez dowodem przydatnosci dla spoleczenstwa) i naciskaja te zwyczajne, najzwyczajniejsze przyciski, takie jak w kazdej windzie. No wiec moze ten chlopak jest tutaj w ramach jakiegos nowego planu bedacego elementem polityki powszechnego zatrudnienia? “Nastepny przystanek to Fuxingmen, a teraz zapraszam do wysluchania piosenki”. Palcami z wykreconymi stawami wybiera z fioletowej mp3 podklad muzyczny, mp3 tez jest podlaczone do glosnika. Spiewa piosenke o milosci, wszyscy maja miny takie jak zawsze sie ma w metrze, ale jak przyjrzec sie blizej, sa zasluchani. I panie na obcasach (rzucaja 5 i 10 kuajowki do tekturowego pudelka u stop wozka) i rozlozeni w przejsciu w otoczeniu workow z dobytkiem ogorzali nongmin gong.

Przypomina mi sie zakonczony w niedziele pierwszy sezon chinskiego “Mam talent” (中国达人 , Zhongguo Daren, chinski daren , czyli ktos biegly, majacy rozeznanie, profesjonalista, mistrz). Zadziwil mnie duzy odsetek niepelnosprawnych uczestnikow. W chinskim Mam Talent biora udzial: para gimnastykow – on bez nogi, ona bez reki, 25 letnia dziewczyna o wzroscie 6 latki, wreszcie chlopak bez rak, ktory gra na fortepianie stopami i spiewa. Jury zachwycalo sie kazdym z nich, malenka dziewczyne okreslilo “czystym aniolem”, gimnastykom rzeklo, ze “nie byliby piekniejsi i lepsi nawet z ta reka i czy noga, zreszta maja skrzydla”, chlopakowi bez ramion oznajmili: “masz wnetrze piekniejsze od kazdego z nas”. Wystepuje tez czlowiek-paw (zwany w programie starszym bratem pawiem), ktory, zeby dostarczyc rozrywki swojej chorej, poruszajacej sie na wozku zonie, domowym sposobem zmontowal migoczacy, barwny i ogolnie nieziemski stroj pawia . Zaklada go, tanczy – najpierw dla zony, zeby ja rozweselic, a teraz pokazuje  sie Chinom – zeby tez sie posmialy, ale i zeby pokazac, jak kocha niepelnosprawna zone. Starszy brat paw odpada, ale dostaje specjalne wyroznienie za bycie wzorem milosci. Zhongguo daren zostaje  chlopak bez rak. Pokonuje chinska Susan Boyle, tlusciutkiego chlopaka spiewajacego falsetem, niepelnosprawnych gimnastykow, imitacje Jaya Chou (pop z udawaniem rapowania pod smyczki) i 6 letnia dziewczynke – cudowne dziecko, kabareciarke. Para niepelnosprawnych gimnastykow obejmuje zwyciezce (ktory nie podniesie przeciez rak w gescie tryumfu ani nie odwzajemni uscisku). Blyszczace kurtyny, brawa i owacje, wzruszenia, a on stoi stoi posrodku w bialej wykwintnej marynarce i modnych okularach. Cos tak bardzo odwrotnego od kontekstow w jakich mozna zobaczyc niepelnosprawnego na co dzien w przestrzeni publicznej. Jesli w ogole mozna go zobaczyc – niepelnosprawnych nie widac w niej wlasciwie w ogole, jesli juz, to sa to osoby wykluczone – np. zebrzacy niewidomi starzy ludzie w metrze, stopy w materialowych butach niepewnie stapaja po podlodze wagonika, za pergaminowa reke prowadzi dziecko – moze wnuk?. Chinski niepelnosprawny jako chinski daren i nie taki zwykly daren, ale jako naj naj daren, w jakis sposob reprezentant wspolczesnego ChRL, to cos zupelnie nowego. To nie ofiara, ale czlowiek z pasja, o silnej woli i artysta. A teraz ten chlopak w metrze. Usmiechniety, ladnie ubrany, dobrze spiewa i przede wszystkim ma fajny pomysl. Dojezdzamy do stacji przesiadkowej, glos z glosnika w stopach wozka: “zblizamy sie do stacji przesiadkowej Xizhimen, prosze pamietac o swoich rzeczach” – i dodaje od siebie: “请慢走“ – dosl. “prosze wolno isc” – to zyczenie gosciowi spokojnego powrotu. Tak jakby metro nalezalo do niego.

Wysiadaja takze i rolnicy-robotnicy. Z pradem plyna worki po ryzu, tlumoki z przescieradel, bokiem wystaje z nich jakis koc, jakis garnek. Ramiona w granatowych, wytartych marynarkowych rekawach, w roboczych sweterkach potrzymuja pakunki. Tanie plastikowe mokasyny z czubami podazaja w strone ruchomych schodow. Worki i tlumoki plyna w tym bezkresie glow ufryzowanych i ufarbowanych na kolor kafei (czyli kawowy), w morzu paznokci lakierowanych, rzes podkrecanych, bialych sluchawek od iPhoneow. Wlosy nongmin gongow sa jakby czarniejsze (nieliczne glowy niepofarbowane?). Odwrotnosc wodospadu – ruchome schody dwiema struzkami wynosza ludzi na gore, do kolejki naziemnej. Pakunki i tobolki – jak jakies klaczki bawelny czy liscie – unosza sie ponad te blyskajaca, pnaca sie do gory tafle. Wyciagam kieszonkowy aparat, pstrykam zdjecie. Ze strumyka obok dochodzi mnie glos: “China is a rich country”. Dyskretnie zerkam. Dziewczyna z ufryzowanymi “na koreansko” wlosami, z rozowymi ustami, tipsy, trzyma telefon z brylancikami, jedzie z kolezankami, jednak oczywiscie nie do nich mowi. “Don’t take pictures”. Robotnicy rozkladaja pakunki w wagonie naziemnej kolejki.

14

10 2010

tu przejscia nie ma

Blog to jest jednak fajna forma pisarska. Kazdy wpis to kolejny wycinek ukladanki, ktora oczywiscie z wielu powodow nigdy nie bedzie tworzyc calosci. Ale moze tworzyc np. ciagi – chociazby taki: od nostalgii przez melancholie po przygnebienie.

Wracamy wczoraj z beztroskiego dnia w parku (lazenie jak malpa po dziwnej konstrukcji z lian, puszczanie latawca, rozplatywanie prawie 40 minut z pomoca miejscowych fanatykow tegoz sportu sznurka od mojego latawca, fajne rozmowy, picie kawy nad brzegiem Jangcy), jestesmy juz prawie w domu, niose zwinieta karimate, w srodku zrolowany latawiec, co chwila z karimaty wypada mi kolowrotek. Swiezo przybyla do Szanghaju A. niesie ksiazki, kremy do opalania i przenosny wiatraczek na baterie w ksztalcie swinki.

Przed znajomym skrzyzowaniem, tuz przed moja ulica, niedaleko szpitala pulmonologicznego, na chodniku stoi starsza kobieta z jakimis papierami w dloni. Dopiero jak juz przechodzimy, dociera do mnie jej pytanie: “gdzie tu mozna cos odbic na ksero?” Odwracamy sie. Kobieta stoi, trzyma te papiery. Na to ja: “na xx 路 przejsc przez skrzyzowanie i po lewej”. Odpowiedzia jest dezorientacja. Patrze na oczy starszej kobiety – jedno prawie calkowicie biale od zacmy, drugie jakby za mgla. Pewnie nawet nie zauwazyla, ze pyta cudzoziemki. Bierzemy ja pod reke, mowie, ze zaprowadze. Jest z Xinjiangu. Przyjechala do syna, ktory tydzien temu znalazl sie w szpitalu. Idziemy powoli, widac, ze jest zagubiona w tej przestrzeni. Rzucam okiem na kartki, ktore starsza pani sciska w dloni i nagle porazaja mnie. Badanie na HIV. Wynik – pozytywny. Pacjent ma 28 lat.

“Moj syn ma tylko 28 lat” – mowi kobieta. “Lekarze mowia, ze ma jakas straszna chorobe i ze trzeba zaplacic dziesiec tysiecy juanow za leczenie , inaczej wypisza ze szpitala”. Przyjechal tutaj dorabiac, ale nigdy nie powiedzial, co to za praca. Zadzwonil przed tygodniem. Ze bardzo zle sie czuje, ze potrzebuje pomocy, ze jest w szpitalu. “Wsiadlam w pociag i przyjechalam tutaj z Xinjiangu, zeby go dogladac”. Patrze na jej biale oczy i nie wiem, jak tego dokonala. Jak znalazla ten szpital, jaka musi miec sile, ze zdobyla sie na taki wyczyn. Teraz on mieszka na szpitalnym korytarzu a ona od kilku dni w marniutkim pokoiku wynajmowanym za ciezkie pieniadze rodzinom chorych. Pieniadze (w sumie to te, ktore on wysylal) sie koncza. Wiekszosc poszla na bilet i noclegi.

“Czy wiesz, gdzie jest siedziba telewizji szanghajskiej?” – pyta starsza pani. “Chce tam pojechac i opowiedziec o naszym nieszczesciu“. W wyobrazni widze, jak starsza pani wspina sie po schodach prowadzacych do stacji, szuka zamglonymi oczami wejscia, jak straznik pyta czy jest z kims umowiona na spotkanie.

Kserujemy ten straszny wyrok. Jej trzesa sie rece, kartki sie rozsypuja. Prosze o zszycie. W reku trzymam karimate, latawiec i niesforny kolowrotek. Wychodzimy. Pytam sie, czy cos jadla. Ona: “ja nic nie zjem”. Biore znowu pod reke i wracamy w kierunku szpitala. “Jak myslisz, czy mozliwe, ze ta choroba sama sie cofnie?” - pada pytanie. A mnie wiele kosztuje, zeby powiedziec, ze trudno mi powiedziec, ze nie jestem lekarzem, ale ze chlopak przeciez jest mlody, wiec organizm bedzie z pewnoscia walczyl z choroba. Kiwa glowa, bedzie walczyl z choroba. Po drodze ujgurska knajpa. Tlumacze starszej pani, ze musi jesc, bo musi miec teraz sily, sadzamy ja, kartki z wyrokiem kladziemy obok. Patrzy sie na menu, ale bez wyrazu. “To jedzenie z Xinjiangu” – mowie. Jest ok, nie ma wieprzowiny.  Gdy podchodzi kelnerka starsza pani prosi o “zwykle biale kluski”. I kleik z wolowina dla syna na wynos. “Bo ja tak jak wy, tez jestem z Xinjiangu” - mowi kobieta.  Zero odpowiedzi, nawet kiwniecia glowa ze strony kelnerki. “Chodzcie ze mna, odwiedzcie mojego syna” – roluje kartki. Wyobrazam sobie chlopaka na korytarzu. Patrze na jego drobna matke. Za pol godziny mamy sie stawic na moim pozegnalnym przyjeciu. Konczy sie moj rok w Szanghaju i na tym moim nieszczesnym uniwersytecie.

Gdybysmy poszly do szpitala, ta nierozwiazywalna, absolutnie beznadziejna sprawa stalaby sie nasza sprawa. Sprawa, w ktorej nie mozemy zrobic wlasciwie nic. Bo nie jest jednostkowa, bo jest, choc tak tragiczna z bliska, tylko elementem pewnej ukladanki. Jej elementem jest chlopak na szpitalnym korytarzu, ktory zglosil sie tam dopiero wtedy, gdy choroba byla juz w pelni rozwinieta. Jej elementem jest drobna kobieta z zamglonymi oczami, ktora przejechala pare tysiecy kilometrow pociagiem. Zegnajac sie sciskamy sie serdecznie, mowimy sobie wiele cieplych slow, usiluje jej dodac otuchy, wciskam jej w reke tyle, zeby przez najblizsze dni mogli oboje jesc cieple posilki. Kelnerki patrza na scene pozegnania jak na cyrk, a na dwie blondynki z karimata jak na wariatki.

Przyjecie pozegnalne urzadzaja znajomi Tajwanczycy. Na stol wjezdzaja golebie, wielkie kraby i potrawka z zolwia. Wesole szczebiotanie moich wspolstudiujacych. Wszystkie macaja wlosy A. i nie moga sie nadziwic, jakie miekkie. I skora taka biala – jakie kremy stosuje?

P.S. Poniewaz zycie A. , podobnie jak moje wlasne, to takze porzadna porcja niezrecznosci, przeto A. jedzac kosztujaca mniej niz jedna dwusetna tego, co ta nieszczesna kolacja, ale – w naszej zgodnej opini – o niebo lepsza, rybe z syczuanskiej osiedlowej knajpy, dlawi sie oscia. Tzn. scislej biorac, osc ta osadza sie jej gdzies w przelyku i tylko uparcie wlazi coraz glebiej, nijak nie chcac wyjsc. Jedziemy do znajomego mi juz szpitala. I znowu to samo – wchodzimy do krystalicznie czytego hallu, pobieramy numerek, placimy kilkanascie yuanow, siadamy w estetycznej poczekalni czekajac az chinskie imie A. (ktore jej kiedys w przyplywie weny poetyckiej nadalam), pojawi sie na ekranie. I znowu -   dostajemy szybka i mila pomoc. Lekarz zartuje, czy wyjeta osc chcemy zapakowac i wziac na pamiatke, czy moze juz wyrzucic do kosza. Slyszac, ze jestesmy z Polski, zza kotary wychodzi inny z lekarzy (rozpoznaje go, jego zdjecie wraz z opisem dokonan w leczeniu raka przelyku mignelo na jednym  z ekranow w poczekalni) i pyta sie, czy jestesmy zadowolone z nowego prezydenta. Odpowiadamy. Wszyscy sie smieja i ogolnie jest bardzo sympatycznie. A ja od wczoraj mysle o nich.

07

07 2010

Bracia

Czasem zdarza mi sie dac tutaj na blogu omowienie jakiegos ciekawego artykulu z chinskiej prasy (no dobra, dzis dodam od siebie zdjecia wlasnej roboty). Nie to, ze mam poczucie misji, tylko zdaje sobie sprawe, ze w naszym kraju raczej nie mozna za czesto liczyc na cos takiego (no bo przeciez, jak wiadomo “co moze niby byc ciekawego w takiej rezimowej prasie?”), a patrzac na Czytelnikow i komentujacych mojego bloga, mam dosc jasne wrazenie, ze odczuwaja brak takich informacji. Dzis – no tak, oczywiscie, wczorajszy Nanfang Zhoumo, czyli “Weekend Poludnia”. Artykul pod tytulem “释比兄弟”, czyli “Bracia shibi“.

Shibi? Czyli kto? Shibi to w jezyku narodu Qiang ktos, kto “rozumie sprawy duchow, swietosci, rozumie sprawy ludzi, odprawia czary, leczy choroby, czci gory, sprawuje kult”. Yang Guisheng (lat 65) jest shibi. Jego starszy brat Yang Shuisheng tez jest shibi. Jako nastolatkowie dostali przekaz od duchow we snie, odziedziczyli od starszych w klanie swiete przedmioty potrzebne do odprawiania obrzedow, leczenia – poczerniala ze starosci czaszke malpy i beben ze skory kozy. Tylko, ze swiete akcesoria mlodszego z braci, Yang Guishenga, plesnieja dzis na strychu nowego domu ze zbrojonego betonu. Akcesoria starszego z braci tez nie sa juz nikomu potrzebne. Ma 71 lat. Zostal w wiosce (a raczej w tym, co z niej zostalo) sam i czeka, zeby “polaczyc sie z przodkami”.

Wioske zmiotlo z powierzchni ziemi wielkie trzesienie z 12.05.2008, znane u nas pod nazwa trzesienia w Syczuanie albo trzesienia w Wenchuan. Prawie rowno 4 miesiace temu pojechalam do Wenchuan. Dotarlam tam nowiutka droga zbudowana posrod krajobrazu ksiezycowego – gory zostaly wynicowane przez trzesienie na druga strone. Do wioski braci Yang (a raczej miejsca gdzie byla) nie dojechalabym, nawet jakbym bardzo chciala. Nawet przed trzesieniem byla to jedyna wioska w prefekturze, do ktorej nie bylo normalnej utwardzonej drogi. Z “cywilizowania” (najblizszego miasteczka) dalo sie dojechac tylko koniem (oczywiscie wierzchem, nie wozem, lud Qiang jest drobny, czesto bylo tak, ze jechalo ich kilku na jednym). Nic dziwnego, ze wioska byla najbiedniejsza w regionie.

Najwiekszym szacunkiem cieszyli sie oczywiscie bracia Yang. To oni leczyli, sprawowali kult przodkow, kult przyrody, przekazywali wiedze o historii ludu. Tradycyjna religia Qiangow oparta jest na animizmie – jak zauwaza autor artykulu “nawet taboret ma swoja taboretowa dusze”. W czterech katach domow zbudowanych z lupka kamiennego ludzie Qiang rozmieszczaja cztery kamienie. Zeby okazac naturze wdziecznosc za podpowiedzienie ich praprzodkowi, ze ma pokonac wrogow za pomoca draga z kamieniem przytroczonym do jednego z koncow. Czyli – tlumaczac na jezyk antropologii – za pokazanie im jak wytwarzac narzedzia, czyli tworzyc kulture.

No wiec natura sprzatnela wioske z powierzchni ziemi. Dotarli ratownicy i zarzadzili ewakuacje tych, ktorzy przezyli. Niedlugo po tym, sto pare kilomentrow dalej (daleko od ducha kuchennego taboretu, daleko od czczonej gory, daleko od duchow przodkow) zbudowano dla nich osiedle w miasteczku w duzej czesci zamieszkalej przez Chinczykow Han – domy z pieterkiem, ze zbrojonego betonu, nie rozpadna sie w sekunde grzebiac ludzi w srodku, tak jak to stalo sie w przypadku domow z lupka.  Qiangowie z wioski musieli zaczac uczyc sie poslugiwac pieniedzmi. Jak mozna sie domyslec, nie zawsze dobrze to wychodzilo. To co bylo cenne, nagle stracilo wartosc. To, co powinno byc za darmo (np. przejazd w jakies miejsce) nagle zaczelo miec bardzo konkretna wartosc.

W zyciu Yang Guishenga, mlodszego brata, byl jeden szzcegolnie wazny moment. Na dwa lata przed trzesieniem dostal certyfikat, ze faktycznie dziedziczy przekaz shibi, ze jest shibi. Jego certyfikat dumnie wisi na betonowo-zbrojonej scianie domu. Czasem zagladaja sasiedzi Hanowie i pytaja: “dziadku Yang, a co to jest shibi? A co to jest dziedziczenie przekazu?” Mowi im, ze shibi to taki czarownik, choc slowo “czarownik” nie oddaje nawet ulamka znaczenia i roli jaka gra shibi.

W niepismiennej kulturze Qiang to shibi recytujac, potwarzajac opowiesc o mitycznych poczatkach, spiewajac historie ludu i jego zwiazkach z przodkami, dba o utrzymanie w nim nalezytej orientacji. Czesc Hanow smieje sie z niepismiennego, ledwie dukajacego po chinsku specjalisty od “przesadow” (czyli przeciwienstwa tak tutaj kochanego “swiatopogladu naukowego”). A wladze prefektury, widzac usychanie przesiedlonych Qiangow, siedzacych w betonowych domach i gapiacych sie w telewizory (ktore kazda rodzina dostala w prezencie na dobry poczatek) i – jednoczesnie – upatrujac w nich srodek do mozliwego podniesienia prefekturalnego GDP, znalazly sposob. Yang Guisheng, mlodszy brat, ma dla publicznosci odprawiac “obrzedy” – tanczyc, bic w beben, recytowac swiete poczatki ludu Qiang. Za stowke od kazdego turysty. Takie “centrum kultury ludu Qiang” to magnes dla turystow.

W tym momencie Nanfang Zhoumo wsadza swoja nanfangowa szpile, za ktora tak go lubie. Plynnie przechodzi od dzisiejszych wystepow do wystepow z przeszlosci, czyli do doswiadczen braci z czasow Rewolucji Kulturalnej. Naturalnie, zostali oni wtedy uznani za 牛鬼蛇神  – “krowie upiory i wezowe duchy” (co ciekawe, samo okreslenie pochodzi z buddyzmu), sily niosace szkode. Mlodziutkiemu wowczas Yang Guishengowi zawieszono na glowie 7 kilogramowa glowe boddishatwy i oprowadzano po ulicach. Wiele swietych przedmiotow nalezacych do klanu zostalo zniszczonych. Przetrwala czaszka malpy, ktora obecnie plesnieje na strychu dawnego “wezowego ducha”.

Po trzesieniu drugi z braci tez zostal przesiedlony. A po roku wrocil na miejsce apokalipsy. Tlumaczyl, ze chce umrzec razem z przodkami. Jego dorosle dzieci zostaly w nowym osiedlu. Wnuczki mowia plynnie po chinsku. Powrot to bylo jak zamieszkac na golej gorze, jakby nigdy nie bylo cywilizacji. Do miejsca gdzie kiedys byla wioska, oczywiscie nie dochodzi juz linia elektryczna, jest problem z woda. Nie ma juz zwierzat (Qiang to lud pasterski). Zostala kamienna wiezyczka ku czci przodkow, starszy brat Yang osiedlil sie na przeciwko niej. Gdy zapada gorski zmrok idzie spac. Rano wyrusza na poszukiwanie leczniczyh ziol i korzeni w gorach.

Trzesienie spowodowalo w Chinach fale zainteresowania mniejszoscia Qiang. Jeden z pionierow badan tej mniejszosci znal starszego brata Yang wczesniej, czesto u niego bywal, zawsze na zasadzie czystej goscinnosci. Teraz starszy brat odwiedzajacym go naukowcom sugeruje zaplate za nocleg.

A mlodszy rzuca dziennikarzowi Nanfanga na odchodne: “mozecie od siebie zorganizowac jakas wycieczke? Stowa od glowy za pokaz i bedzie ok!”

Dwoch braci, dwie decyzje, jedna prefektura i – z niczyjej winy – brak dobrego rozwiazania. Folkloryzacja to rzecz jasna nie tylko domena Chin kontynentalnych. Nigdy nie zapomne wizyty w “wiosce aborygenskiej” na Tajwanie, gdzie facet przedstawiony nam jako “krol plemienia” byl w “wiosce” czyli parku tematycznym kierowca meleksa wozacego turystow. Naprawde nie wiadomo, co w takiej sytuacji powiedziec. Tak czy inaczej nie zdziwie sie, jesli w niedalekiej przyszlosci bedzie tak, ze zarowno ludowe ubrania tajwanskich Atayal jak i blekitno-granatowe stroje Qiangow szyte beda w tej samej fabryce gdzies w Jiangsu. Choc moze juz nie w Jiangsu, bo tutaj, na wybrzezu coraz mniej ludzi godzi sie na prace w fabrykach, rosna koszty. Fabryki trzeba przeniesc gdzies wglab Chin.

Zdjecia. Jakos dlugo nie moglam sie zdobyc, zeby pokazac zdjecia tych przenicowanych gor. To gory w dolinie rzeki Min, w drodze do Wenchuan (z autobusu, wiec kiepskiej jakosci). Szczyty maja ok 3 do 4 tysiecy metrow.

Po tej stronie doliny byla droga, w momencie, gdy nastapilo trzesienie, budowano tez autostrade:

DSC07373Nie wiem, jaka wysokosc moze miec to rumowsko:

DSC07386DSC07414Powyzej – teraz resztki mostu wystaja prosto z gory. Obok ruiny szkoly. Zdjecie ponizej – trzeba powiekszyc, zeby zobaczyc resztki trakcji elektrycznej powyzej rumowiska:

DSC07420DSC07427Powyzej: resztki mostu przez rzeke Min pozostawione jako pamiatka. Ponizej: tam byla droga i wioski:

DSC07443DSC07512Powyzej – Tybetanczycy i Qiang tworza razem prawie polowe mieszkancow prefektury. Jezyk Qiang jest jezykiem mowionym. Skrypt tybetanski mozna spotkac czesto, tak, jak na tej tablicy powyzej.

Ponizej: sklep ze strojami Qiang w Wenchuan:

DSC07526Ulica w Wenchuan. Kobiety Qiang przygladaja sie pracy ulicznego 拔牙 – wyrywacza zebow. Naturalnie na stoliku, jako reklama, leza juz wyrwane zeby:

DSC07470Kobieta z ludu Qiang:

DSC07549

02

07 2010

Chiny na kolach – czyli podroz Znikad do Leshan

! Ponizszy wpis jest opisem podrozy w najtanszej klasie chinskiego pociagu w Chinski Nowy Rok. Kto delikatny na zoladku, niech po prostu nie czyta.

Po 10 godzinach podrozy zepsutym Zlotym Smokiem (najpowszechniejsza marka autobusow w Chinach), po kilku dokonanych przez kierowce i pasazerow-mechanikow naprawach, ktore pozwolily na jazde, ale  z maksymalna predkoscia 20 kilometrow na godzine (czesc z napraw dokonywala sie w spektakularnym kanionie gornego biegu Jangcy na wysokosciach raczej lotniczych, polecam powiekszenie zdjec celem zobaczenia tarasow na zboczu):

DSC06707

DSC06708

po przejechaniu ostatnich 50 kilometrow po drodze, ktorej nawierzchnia przypominala polamany w wyniku jakiegos naglego zdarzenia lod (przy drodze tablice: “panstwo robi drogi dla ludu, lud powinien dbac i chronic drogi”), a otoczenie jakas inna planete (gigantyczne fabryki z ogniami buchajacymi z kominow na tle martwych czerwonych gor), dojechalam do Nikad. Miejsce to sklada sie z dworca i okalajacych go hoteli, jest w odleglosci godziny od miasta, choc stacja nosi jego nazwe. Rzecz okalaja jedynie te rdzawe, martwe gory. Wlasnie na dworcu w Nigdzie dopada mnie z cala moca druga strona chinskiego Nowego Roku. Jedyny bilet, jaki udaje mi sie dostac, jest na pociag odjezdzajacy nastepnego dnia, za piec dwunasta w nocy. Oczywiscie o zadnej miejscowce nie ma co nawet marzyc. Jedyne, co jest dostepne to 无坐 – wuzuo, czyli miejsce stojace. W nocy, na trasie 600 km, ktora pociag ma pokonac w 10.5 godziny. Przed dworcem w Nigdzie koczuja oczekujace na swoj pociag tlumy.  Siedza na kartonach, spia, skubia pestki slonecznika i pluja dookola, jedza niedlaczne od dalekich podrozy zupki-zalewajki. Bagaze – w postaci jutowych workow po nawozach, tanich walizeczek etc. rozlokowane dookola kazdej z grupek niczym waly przeciwodziowe. Ja biore pokoj w jedym z hoteli rozlokowanych dookola dworca w Nigdzie i zmuszam sie do ladowania baterii (spania, kapania sie kilka razy na zapas) wiedzac, ze nie bedzie lekko. W miedzyczasie przechadzam sie jedyna ulica Nigdzie. Na ziemi na kawalku szmaty leza na (wysoce nielegalna – tylko co w takim razie robia w samym srodku Niczego?) sprzedaz tygrysie lapy i kosci – na talizmano-lekarstwa. Ech, rok Tygrysa.

Choc stawiam sie na dworcu 40 minut wczesniej i tak jest to za pozno. Tlum, tak jak ja posiadajacy jedynie bilety wuzuo, ktory teraz oprocz workow, wiader i tanich walizek trzyma takze skladane mini-krzeselka, juz czeka przy wejsciu na peron.  Gdy w koncu podjezdza pociag, gdy probuje sie do niego dostac, jest juz tak pelen, ze ledwie zyje juz po samej probie wcisniecia sie do srodka. Pierwsze, co rzuca sie o oczy, to calkowicie mokra, jakby ublocona, podloga. Na poczatku mysle, ze to awaria kranu w toalecie, ale pozniej przypominam sobie, ze to Chiny. Mokra podloga jest - eee, slowo srednio pasuje – esencja tego, co od Chin nieodlaczne – czyli plucia tam, gdzie sie stoi. Ograniczona powierzchnia pociagu relacji Kunming-Xian (to wlasnie on przejezdza bowiem przez Nigdzie) sprawia, ze rzecz – znowu zle slowo – koncentruje sie i przybiera forme blota. Na nim postawie – jak wreszcie dopcham sie do przedzialu (choc to wuzuo, to jednak na bilecie jest wyszczegolnione, w ktorym wagonie ma miec miejsce moje stanie) -  moja torbe podrozna i plecak. Tlum jak woda – wypelnia kazda mozliwa szczeline wagonu, rozlewa sie po nim. Jest wlasnie jak woda po wlaniu do szklanki, faluje, ale w koncu wyrownuje sie poziom. W efekcie moge sobie nawet usiasc na mojej torbie podroznej. W pewnej chwili nawet klade obok plecak i w pozycji godnej adepta jogi – pollezac na torbie i kladac glowe na plecaku, udaje mi sie przysnac (z twarza 30 cm nad plwocina).

Budzi mnie tumult i krzyki – pociag zatrzymuje sie gdzies w srodku ciemnosci i do przepelnionego juz wagonu wlewa sie nastepna fala ludzi. Choc wydawalo sie, ze juz wiecej nie da sie upchnac, to jednak do wagonu wpada conajmniej drugie tyle osob. I targa, taranujac obecna juz w srodku reszte, drugie tyle pakunkow. W efekcie jedyna pozycja, na ktora moge teraz sobie pozwolic, to stanie na jednej nodze w przechyle. Torba i plecak zostaja zadeptane (oczywiscie na mokro). Wsrod nowej ludzkiej fali rzucaja mi sie w oczy dwie grupki osob. Pierwsza z nich to rodzina (matka, ojciec i 5 dzieci, w tym niemowle na plecach matki) o kompletnie niechinskim wygladzie (pozniej sie dowiem, ze to przedstawiciele ludu Yi, tego samego, ktory spotkalam w tarasowej dolinie, ale jak rozni!). Gdy wchodza, moje pierwsze doznanie jest jednak zapachowe. Pachna wedzonym dymem, palonym chrustem, sa cali na wskros przesiaknieci tym dymem. Dopiero drugie doznanie jest wzrokowe. Dzieci sa skrajnie umorusane – na raczkach zastygly w formie skorupki czarny brud, na buziach czarne smugi, ubrania oblepione wieloletnim, przechodnim z dziecka na dziecko,  jak same te ubrania, brudem, na glowach wlasnie tworza sie im rasowe koltuny. Maja drucikiem poprzekluwane uszy – zamiast kolczykow, przewleczone kolorowe sznureczki. A to tego sa nieprawdopodobnie piekne – podobnie jak dzwigajaca na plecach rownie co reszta brudne niemowle – matka. Wszyscy maja wielkie, jasnobrazowe oczy, bardzo regularne rysy umorusanych, a w przypadku matki, choc mlodej, to juz pooranej glebokimi zmarszczkami, twarzy. O ile ubrania przedstawicielek ludu Yi z tarasowej doliny to byl pokaz kunsztu hafciarskiego i feria barw, ta kobieta ma na sobie brudny znoszony sweter, spodnie i adidasy. Na glowie hongwejbinska czapke (potem w przedziale dojrze jeszcze dwie inne kobiety Yi, i one tez beda mialy te kulturalno-rewolucyjne czapki na glowach, jedna kombinacje hongwejbinska czapka+ welniana chusta omotana dookola - taki nowy znak identyfikacyjny etnicznosci). Natomiast ojciec rodziny nie odbiega wygladem od przedstawicieli ludu Yi z tarasowej doliny. Ma fircykowate dzinsy (tyle, ze w przeciwienstwie do wioskowych elegantow z doliny, brudne), marynare w tandenty hafcik, kolczyk w uchu i zloty zab. Matka, przykucnawszy na nieprawdopodobnie malym, dostepnym skrawku zaplutej podlogi juz niedlugo zajmie sie karmieniem niemowlaka piersia, a ojciec rodziny graniem w gry na komorke.

Druga konstelacja osob to czteroosobowa rodzina. Gdy wchodza, przodem przedziera sie, niczym na wojnie w zastepy wroga, ojciec. Wrzeszcac dookola “bu hao yisi” (przepraszam) , gestem nieznoszacym sprzeciwu rozgarnia stojacych, a nastepnie siedzacych. Ustawia ich, przeklada jak marionetki, po czym, ani sie spostrzegaja, na ich z takim trudem zdobytych miejscach siedzacych zasiada corka, syn i zona faceta (ktorego w miedzyczasie nazywam Lysym Li, od bohatera powiesci Yu Hua “Bracia”, gdzie Lysy Li to uosobienie tupetu, ale i odwagi chinskich nowobogackich) oraz sam facet. Doslownie przeklada trzech jadacych razem kolegow – robotnikow, do tej pory spiacych spokojnie w dziwnych pozach na swoich z takim trudem zdobytych miejscach. Uklada ich w stertke objetosci dwoch miejsc, po czym sam zasiada na w ten sposob zdobytej miejscowce, po czym sam mowi do siebie “还不错吧”, calkiem niezle, ze niby podrozowanie z wuzuo nie jest takie tragiczne.  Po czym, w akcie podziekowan, wrecza kazdemu z wysiedlonych po papierosie. Czesc przyjmuje a czesc nie, ale nikt nie robi tego, co ja bym zrobila na ich miejscu – czyli dzikiej burdy. Zlozeni na kupke robotnicy (rece czarne i twarde tak, ze mozna bez mlotka wbijac gwozdzie, ta czern i twardosc sa permanentne bardziej niz tatuaz, nie zeszly nic a nic nawet podczas dwoch tygodni Nowego Roku) wkrotce na powrot zasypiaja – tyle ze ksztaltem przypominaja teraz zlozone na kupke ubrania.

Rodzina Yi zajmuje miejsce tuz obok mnie (nadal wisze na jednej nodze). Oblepione glina kurteczki laduja na mojej torbie, skoltunione glowki dzieci tona w ludzkim tlumie. Pasazerowie Hanowie ostentacyjnie pogardzaja rodzina Yi – wydymaja usta, wznosza oczy do nieba. Lysy Li ( z ktorym po tym, jak uciesnil robotnikow, postanawiam nie rozmawiac) mruga porozumiewawczo do mnie, po czym plujac na podloge i – napotkawszy moje potepiajace spojrzenie – wsmarowawszy rzecz butem w podlogowy laminat, rzecze o rodzinie Yi: “zadnej kultury nie maja, co?”

Ja z dwojga zlego jako towarzyszy podrozy o niebo wole juz dowolna liczbe umorusanych dzieciakow niz setke plujacych i rozsmaroujacych rzecz w podloge przedstawicieli “cywilizowania”. Nie wiem, jak wyglada wioska, z ktorej pochodzi ta rodzina, ale rozne wioski widzialam. Na poludniu Yunnanu brak biezacej wody, drogi dojazdowej, ubikacji etc. to absolutny standard. W takiej sytuacji utrzymanie czytstosci to niesamowity wysilek (inna sprawa, ze yunnanskie wioski jak i ich mieszkancy byli naprawde czysci) i w pewnym stopniu rozumiem te kobiete – ze czasem jedynym wyjsciem jest po prostu nie zwazanie na higiene.  Ale plucie na podloge, na ktorej siedzi, pol-wisi, kuca, koczuje czlowiek przy czlowieku to inna kwestia. Tu jest wybor i to latwy – jak juz sie musi, mozna kupic sobie za jednego juana rolke papieru toaletowego – i pluc sobie do woli.

Ludzka fala ponownie sie rozlewa rownomiernie po wagonie, zostaje osiagnieta relatywna rownowaga. Udaje mi sie zajac miejsce cwierc-siedzace; dwoch chopakow po mojej stronie wagonu sciesnia sie i moge przycupnac (co prawda musze nieustannie balansowac, zeby utrzymac rownowage). Co sekunde, chociaz wydaje sie, ze juz szpilki nie da sie wcisnac, ktos przechodzi (albo jak sprawniejszy, to opiera sie na siedzeniach i przelatuje gora nad tlumem – ladujac mokrymi podeszwami butow na przyklad na mojej torbie). Osoby te dzierzac papierowe miski zupek-zalewajek najpierw przeprawiaja sie na koniec wagonu po wode. Pozniej wracaja. Za 20 minut te same osoby przeprawiaja sie oczywiscie do toalety. Za kazdym razem trzeba sie podnosic walczac z oporem tlumu, ktory jak ruchome piaski, sciaga w dol. Ja w obawie przed utrata z trudem wypracowanego miejsca nie ide po wode do mojego kubeczka z herbata z kulkami z proszku. Jakbym poszla miejsce wypelnilaby ludzka fala. Jakbym nawet odzyskala jakims cudem, na pewno by przepadlo gdybym w ramach nieuniknionych kolei losu chciala nastepnie pojsc do toalety.

20 wagonowy pociag jedzie przez kompletne ciemnosci (moge sobie tylko wyobrazac te gory dookola). W srodku odwrotnie – oslepiajace jarzeniowki. Kilka osob wyjelo komorki i puszcza z nich na glos muzyke – niestety moj kawalek wagonu jest strefa oddzialywania kilku epicentrow muzycznych. Gdy leca hity – te najnowsze – spiewa mlodziez. Gdy leca te ogolnonarodowe – typu Qingzang Gaoyuan (o tym jak piekny jest Tybet i Qinghai, i jak wazne miejsce w chinskim sercu te cudne miejsca zajmuja)- spiewaja, albo przynajmniej poruszaja ustami wszyscy, ja tez, po prostu samo tak wychodzi. Czesc osob gra w karty, wiekszosc pali, wszedzie walaja sie puste papierowe miseczki po zupkach-zalewajkach i puste butelki po wodzie. Co pewien czas w to wszystko wjezdza….(kij mu w szprychy) wozek z napojami i przekaskami. Choc wydaje sie, ze jego przejazd jest calkowicie niemozliwy, to jednak ludzka fala – unoszac (doslownie i w przenosni) po drodze worki, pakunki i tanie walizeczki, przelewa sie tak, ze rzecz jednak sie przeciska przez srodek. W pewnym momencie nocy pojawia sie wielki jak wieza xi’anski konduktor. Przeklada siedzacych trzech kolesi i siada obok. “Lei si le” – (smiertelnie zmeczony) ciezko i basowo wzdycha z tym jakze milym dla mego ucha xianskim akcentem. Otacza ramieniem kolesia obok - “Gdzie jedziesz, bracie?” – pyta. Koles tez jedzie do Xi’anu. “No to masz ciezko”. Konduktor patrzy na kilku nieszczesnikow, ktorym nie udalo sie znalezc nawet niejsca na-w-pol-przycupnietego. “Jak tam? Dajecie jakos rade?“. Jeden ze stojacych – chlopak z Xi’anu z fancy fryzura (karbowana, farbowana), modnymi ciuchami i gitara elektryczna wzdycha: “hen fuza” (ciezko, dosl. skomplikowanie).

W miedzyczasie jednakowoz zaczynam rozmawiac z Lysym Li, ktorego sila oddzialywania jest tak przemozna, ze nie mam wyboru, po prostu zaczynam odpowiadac i tak rozmawiamy. Lysy Li & spolka mieszka 140 km obok Wenchuan, epicentrum wielkiego trzesienia z 2008 roku. Budynek w ktorym mieszkaja bujal sie strasznie, bujal, ale przetrwal. Taki sam budynek obok sie zawalil. Zostaje tez przymuszona do ogladania w aparacie zdjec Lysego Li i jego rodziny w strojach ludowych roznych grup etnicznych – Lysy Li i jego rodzina jako Tybetanczycy, jako Ujgurzy  (w miedzyczasie jego zone zdazylam ochrzcic mianem Sofii Loren, to piekna, bujnej urody kobieta, troszczy sie o Lysego Li, a w akcie troski czysci za pomoca dlugiego paznokcia jego uszy. A dzieci…dzieci niestety odziedziczyly urode po ojcu, ot, taki los).  Kiedy zbliza sie rano, robie sie w koncu glodna i wyciagam zakupione w Nigdzie pistacje (Lysy Li i spolka zdazyli w tym czasie zjesc cala torbe kurzych lapek – tzn. czesci pazurzastej i wypluc resztki na podloge pod siebie). Gdy biore porzadna garsc orzechow, gestem pokazuje umorusanym i wyraznie glodnym dzieciakom Yi (niezaradna matka nie wziela dla nich nawet butelki na wode, podniosla wiec pusta butelke po wodzie z podlogi i na migi – jako, ze nie mowi po chinsku – poprosila przechodzacego z miska zalewajki kolesia o przyniesienie troche wody), zeby nadstawily raczki i sypie im po porzadnej garsci, Lysy Li patrzy sie na mnie z podziwem, jakbym conajmniej w stroju Supermana nadleciala nad zagrozona kataklizmem wioske i uratowala jej mieszkancow. Czuje sie zazenowana. Bardzo.

Nad razem jestem tak zmeczona, ze udaje mi sie, mimo mojej akrobatycznej pozycji, zasnac. Obok na stojaco spi mlody chlopak, ten ktory jedzie do Xi’anu. Nad ranem kobiecie przucypnietej obok mnie udaje sie wreszcie polaczyc z koczujaca w innym wagonie rodzina – mezem i na oko 6 letnim jedynakiem. Jedynak od razu zabiera sie do wsadzania palca w nos i oko usmiechajacemu sie do niego w rozanieleniu pasazera z siedzenia obok i mowienia matce, ze smierdzi. Matka mowi jedynakowi “nie wsadzaj palca w nos wujkowi, bo wujek cie zbije”, ale tak naprawde jest rozanielona zachowaniem swego skarbu. Jedynak udaje, ze strzela do “wujka” i wszyscy lacznie z ostrzelanym, znowu sa zachwyceni, wymieniaja zachwycone spojrzenia. Tak slodko. Potem jedynak trzepie matke po twarzy a ona przybierajac wymuszenie sroga mine mowi, ze tak nie wolno, ale i tak wszyscy sa ponownie zachwyceni. Taki malutki a taki zly – milusio. Gdy pociag wreszcie wjezdza na moja stacje, wyjscie jest jeszcze trudniejsze niz wejscie. Gdy w koncu po przepychaniu sie wytaczam sie jak zbite jablko na peron, ociekam potem z wysilku.

Ten pociag to Chiny w pigulce. Wracajacy Znikad i innych tego typu miejsc po spedzeniu Nowego Roku do czesto nielegalnych prac w miastach  robotnicy (w moim wagonie rece bez odciskow, rece nieczarne, rece niezgrubiale, to byla wsrod rak absolutna mniejszosc), rozpychajacy sie na prawo i lewo Lysy Li i jego rodzina, “Reguly budowania socjalizmu” nade mna (w postaci naklejki na scianie wagonu: “zaszczytem jest dzialac na rzecz mas, wstydem szkodzic masom” ) i plwocina pode mna, dobytek w workach po nawozie, ale wypasione (czesto iluzorycznie) komorki, slodziutki jedynaczek, traktowana z wyniosloscia niezaradna rodzina Yi. ”Wysiedleni” robotnicy i Lysy Li spiewajacy unisono narodowe hity.

24

02 2010

重新启动 -restart i brzydka córka cesarza

Podniosłam się po uniwersyteckiej zniewadze (wcześniejszy post). Powiedzieć, że się cieszę, że nastąpiła, to może za dużo, ale już widzę, co mi, m. in. dała:

…应该先头弄清楚什么是人民,什么是敌人  (Trzeba najpierw się zorientować, kto jest lud, a kto wróg) .

Nie wiem, czy słyszeliście kiedykolwiek o Mao Zedongu (proszę się nie denerwować za to pytanie, bo nie trzeba się denerwować, tym, że nie słyszeliście, bo pouczycie się u nas trochę, to usłyszycie. Nie mogłam się powstrzymać, upupianie jest jak fala w wojsku :) ). To uniwersalne zdanie pochodzi z “Czerwonej książeczki” będącej – pewnie nie wiedzieliście, bo niby skąd – zbiorem cytatów Wielkiego Sternika i po raz kolejny pasuje mi jak ulał.

Sytuację, którą opisałam w poprzednim poście oprócz tego, że zabiegałam na bieżni w moim ulubionym klubie sportowym (któremu zresztą należy się następny post), to jeszcze zaczęłam opowiadać, wyrzucać z siebie. I efekt jest taki, że teraz mam znacznie lepszy pogląd, kto z otaczających mnie osób jest lud. Moja nauczycielka chińskiego-koreańskiego (pochodzi z maleńkiej wioski w Heilongjiangu, czyli północnego Wschodu) jak mnie zobaczyła (musiałam mieć chyba wyjątkowo skwaszoną minę), to zmusiła niemalże do powiedzenia, co się stało, potrafiła wysłuchać, doradzić. I nawet moi przebywający zazwyczaj na innych orbitach młodzi, zakapturzeni i zajęci grą w bejsbola na konsolach koreańscy koledzy z klasy zdobyli się na współczujące pomruki i zgodny komentarz: “ci ludzie do niczego się nie nadająoąoąoą. (To na końcu to marna podróbka arcybogatego w nieistniejące w chińszczyźnie głoski i modulacje akcentu koreańskiego, który ułatwia zrozumienie w podobnym stopniu jak akcent francuski w angielskim). Pozostałe osoby (oprócz cudzoziemców i tajwańskich tongbao), które nie udawały, że nic nie widzą, albo nie raczyły mnie psychologicnzymi rewelacjami w rodzaju “nie powinnaś sie złościć, bo oni chcieli dla Ciebie dobrze”, pochodzą – podobnie jak Xu Wei, owa nauczycielka – również z z miejsc możliwie dalekich od Szanghaju np. Mongolii Wewnętrznej i Jilin. Albo należą do mniejszości etnicznych – np. Hui – chińskich Muzułmanów. Ja wiem, że oni wszyscy po prostu do pewnego stopnia dzielą mój los obcego w Szanghaju, ale  przy okazji nabieram ponurych podejrzeń.

Szanghaj w Chinach jest nielubiany jeszcze chyba bardziej niż Warszawa w Polsce. Od ludzi np. z Guangxi, prowincji dość ubogiej, ale z której mam wyjątkowe dobre wspomnienia, jeśli chodzi o spotkane osoby, nasłuchałam się, jak to Szanghajczycy udają, że nie rozumieją ich puntonghua. Tylko, że ja, laowai, rozumiem ich bez problemu, a tych bardziej wiejskich i starszych po lekkim treningu, ale akurat takich osób nie podejrzewam o jazdy do Szanghaju. Sąsiedzi z prowincji Anhui wypominają Szanghajczykom skrajny materializm i skąpstwo. Ci z Anhui, którzy tu są (migracja z tej prowincji do Szanghaju jest masowa) na pytanie o Szanghaj najczęściej machali tylko ręką, trzyma ich tu tylko praca i brak perspektyw w ich rodzinnych stronach.

Jak patrzę na widniejące wszędzie hasło Expo: “Miłość do Szanghaju zaczyna się ode mnie” (tutaj na samym dole, pod brzydactwem, na górze kolejna ze złotych myśli publicznych: “Uśmiechnięte miasto, szczęśliwy Ty”)….

milosc do Szanghaju

…to myślę, że może być trudno. I nie chodzi mi tyle o mój udział (ja przecież też mam tu miejsca, czy rzeczy które łatwo mi było polubić, będę o nich jeszcze pisać). Chodzi np. o to, że przybysze, którzy stanowią ogromną część mieszkańców miasta (jaką, to nie wie nikt, jako, że nawet kilka milionów osób może przebywać tu nielegalnie), mają poczucie wykorzenienia, tymczasowości, pogłębiane jeszcze przez efemeryczny charakter większości stosunków pracy. Nie czują z miastem związku, poza czysto ekonomicznym, nie mówiąc o miłości. Zresztą historia miasta jest tak porwana, a zmiany tak radykalne, że sprecyzowanie, z czym tu konkretnie czuć identyfikację, co tu kochać, może być trudne także dla kogoś, kto tu się urodził.

Ten brak identyfikacji, ale i wspólnoty, przejawiany np. pod postacią tratowania przez młodych starszego pana, aby dorwać się do wolnego miejsca w metrze, czy wysadzaniem dziecka na kupę na środku chodnika historycznej ulicy Fuzhou, sprawia, że miasto robi sie jeszcze trudniejsze do pokochania.

I jak patrzę na ten plakat poniżej:

DSC01457“Zwracajmy uwagę na maniery, bądźmy cywilizowanymi Szanghajczykami”, to mam wrażenie (oprócz tego, że znowu jest tam to wstrętne Haibao), że problem “bycia cywilizowanymi Szanghajczykami” to także problem ”bycia Szanghajczykami” i tego, co miałoby to dziś oznaczać.

P.S. Wracając jeszcze do przyjezdnych – ich rotacja jest zawrotna. Jak bardzo, uświadomiła mi m. in. taka sytuacja: gdy tylko tu przyjechałam (koniec lipca, a więc wakacje), gdy szłam ulicą przy uniwersytecie, co chwilę słyszałam nieszczęsne “aaa laowai” (nie chcę już o tym pisać, kto ciekaw, niechaj czyta wpis poprzedni). Tymczasem początek roku akademickiego uświadomił mi, jak wielką część studiujących stanowią tutaj ludzie z Zachodu – poza wakacjami na laowaja można natrafić średnio co kilka minut. Wraz z nastaniem roku akademickiego nieszczęsne “aaa laowai!” tu w rejonie uniwersytetu skończyło się jak nożem uciął. Słychać je co najwyżej w wykonaniu dzieci. Krótko mówiąc, ci którzy w wakacje na mój widok wydawali okrzyk zdumienia, nigdy jeszcze tutaj nie spędzili roku akademickiego. I sądząc po częstotliwości tych zawołań, stanowią niezłą armię.

P.P.S. “Brzydka córka cesarza” to oczywiście określenie Szanghaju.  Historyczne, ale dziś pasuje chyba jak ulał. Paskuda, ale i tak każdy chciałby być wybrany.

P.P.S. Jadąc metrem można rzucać okiem na ekrany, na których wyświetlają się różne ciekawostki, informacje i reklamy. Tym razem po informacji o hodowli aksolotla meksykańskiego (六角恐龙 – “sześciorogi dinozaur”, chińskie nazwy różnych stworzeń sugerują prostą i uroczą wizję świata fauny – “mysz sosnowa” to wiewiórka, “mysz kieszeniowa” to kangur etc.) pojawiła się najpierw ośnieżona droga, później ośnieżony drewniany, spiczasty fronton, który już nasunął mi niejakie skojarzenia, a potem to już po prostu pojawiła zielona tabliczka z napisem Zakopane spowita w wielką czapę śniegu. Tak dowiedziałam się o wielkiej śnieżycy.

16

10 2009