Posts Tagged ‘moja dzielnica’

Najpóźniejszy pierwszy snieg

Wstałam (jako, że wreszcie nikt mi nie nakazuje, o której mam wstawać, wstaję o 12-ej w południe a chodzę spać o 5-ej nad ranem, czyli wlasciwie zblizam się do czasu polskiego), zrobiłam sobie kawę i zapusciłam poranne (?) wiadomosci. A tam: “najpóźniejszy pierwszy snieg w Pekinie od 60-ciu lat”. Wyglądam przez okno – a tam, rzeczywiscie! – najpóźniejszy pierwszy snieg w Pekinie od 60-ciu lat a po ulicy biega w klapkach i podkoszulkach kilku koreańskich studentów, naciera się sniegiem oraz udowadnia, że Koreańczycy są jednak z innej planety. To dobrze, że pada snieg, Shandong wyschnięty na wiór (wojsko strzela pociskami wyzwalającymi opady), Hebei ma ziemię popękaną jak w Afryce (Hu w Nowy Rok z wprawą zawodowca lepi tradycyjne pierogi i znad miski z farszykiem nakazuje lokalnym władzom “z całych sił walczyć z problemem suszy i pomagać laobaixing), w Pekinie smog grasuje że hej, więc niech pada. Pierwszy snieg wymaga uczczenia. Tym razem bez zbędnego gadania i mądrzenia się. Pierwszy snieg w tym, co pozostalo z Ogrodu Doskonałego Blasku (圆明园 —— yuanmingyuan). Miałam przerobić zdjęcia (niestety z glupiej pstrykawki, ale lepszy aparat juz niedlugo nadleci z odsiecza) na czarno-białe, ale poniechalam, bo one w zasadzie i bez przerabiania są w sumie czarno-białe.

Ponizej, słynna fontanna (a raczej to, co z niej zostalo) przed już nieistniejącym jednym z pałaców założenia 西洋楼,”budynków zachodnich”. Przed spaleniem i złupieniem Ogrodu przez wojska francusko-brytyjskie w 1860 roku dookoła zbiornika z wodą było ustawionych 12 główek zwięrząt – symboli chińskiego zodiaku – o każdej z godzin (dzień tradycyjnie dzieli się na 12 dwugodzinnych “godzin”, którym patronują poszczególne zwierzęta) z paszczy/dzioba/ryjka odpowiedniego zwierza tryskała woda. O dwóch z główek, w tym o główce patrona obecnego roku było głosno, gdy jakies dwa lata temu anonimowy chiński nabywca wykupił te, pozostajace do tej pory we Francji, a dokładniej w kolekcji Yves St. Laurenta, rzeźby:

Woda cos rozmarza w stawach, chyba to znak od niebios, aby więcej już nie łazić po jeziorze Kunming w Pałacu Letnim a także porzucić plany puszczania na nim latawca:

Labirynt – jedyne odbudowane zalozenie kompleksu “zachodnich budynkow”:

Próbowałam dojsć do stojącego w srodku labiryntu pawilonu, obserwując, jak porusza się ayi z miotła, ale nic mi to nie dało poza ciągnącym się za mną kilkuosobowym, mającym pełne wyczekiwania miny, ogonem

Shishizi – czyli kamienny lew – ma tylko połowę twarzy/gęby/paszczy czy co tam ma lew, a jego drugi lwi towarzysz, wystepuje obecnie w jeszcze zalosniejszej postaci (zadek z ogonem odzielnie, reszta oddzielnie – twarzą/gębą/paszczą do ziemi)

Lew siedzacy patrzy na to:

A pilnuje tego:

Przy jeziorze Fuhai:

Zanim spadł snieg, na jeziorze Fuhai można było wykonywać różne fascynujące czynnosci, takie, jak oglądanie martwych ryb na dnie i puszczanie kaczek na lodzie. Kaczki te powodowały niesamowity, kosmiczny dźwięk (jezioro zamieniało się w gigantyczne pudło rezonansowe). Aby puszczać kaczki, trzeba było brać kamienie z pobliskich ruin (bez komentarza). Tych dwoje jednak, jak dla mnie, po tylu dniach odmarzania ryzykuje szybkie pożegnanie się z aktualnym wcieleniem:

W następnym wpisie zaległa relacja z ciekawej wycieczki pekińskim autobusem miejskim na… głęboką wies.

10

02 2011

Luigi sta cercando un’ appartamento

W agencji, poprzez którą wynajmowałam mieszkanie pracują sympatyczni ludzie. Przez te godziny oczekiwania na decyzje rozpieszczonych warunkami panującymi na mieszkaniowym hulajacym wolnym rynku Pekinu fangdongow (właścicieli mieszkań), podczas oglądania stosów mieszkań (w formie wieżowców wciśniętych pomiędzy trzy wielkie uczelnie, siedzibę Googla, Microsoftu i chińskiego portalu Sougou) zdążyliśmy się zbratać, zjeść razem obiad i milo pogadać. Każdy z nich to przyjezdny – np. Lm jest z Wenzhou, Lxw z dalekiego Gansu. Pracują bez przerwy, pracują w niedziele, każde z nich od świtu do nocy wisi na telefonie, kazde gada przez ten telefon z innym akcentem (Lm gdyby miała powiedzieć łopata, powiedziałaby wopata, Lxw powiedziałby raczej opata i z pewnością udałoby mu się przy tym jakimś cudem zaseplenić). I niestrudzenie podnoszą PKB stolicy. Parę dni temu Lxw zaofiarował się przytargać gigantyczne 5 paczek z moim szanghajskim dobytkiem, które przyszły poczta. Gdy wczoraj zadzwonil z prośbą o pomoc, odłożyłam artykuł o „krzewieniu cywilizowania w internecie”, zwlekłam się z mojego pasiastego hamaka zainstalowanego z powodzeniem na balkonie (z hamaka widać czerwony, krzywy neon i od dziesiątków lat nie używane schody pożarowe zapuszczonego hoteliku ale i górne pietra migocącej siedziby Microsoftu). Przeszłam się do biura uliczkę dalej.

Problem, który wymaga rozwiązania siedzi na środku biura. Nazywa się Luigi i jest z Rzymu. Oni nie rozumieją jego angielskiego, on nie rozumie ich. „Czy możesz się dowiedzieć, jakie ma wymagania w stosunku do mieszkania? Bo pokazaliśmy mu już tyle i nadal się nie podobają”. Va bene, ci stiamo, io posso tradurre, w końcu po włosku zem się w życiu nagadała swoje, zas tlumaczenia chinsko-wloskiego w zyciu nie robilam, chetnie na Was sprobuje. Luigi jest zdenerwowany, obgryzajac paznokcie, ze swoim ciężkim rzymskim akcentem mowi:“no wiec, to co oni mi pokazują, wygląda jak po wybuchu bomby podczas drugiej wojny światowej. Czy tu wszystko musi byc takie brzydkie? Powiedz im, ze ja chce ładne mieszkanie, ze ja mieszkam w Rzymie, w historycznym centrum, ze ja mam pieniądze, ze ja jestem przyzwyczajony do pewnej estetyki!”. Oho! Oczy ma, pomimo żeśmy w środku biura, nieprzeniknione, bo zasłonięte wielkimi raibanami. Wiec z braku kontaktu wzrokowego mój wzrok prześlizguje się na nazelowane włosy z grzywka. Tłumaczę, z pominięciem tego o bombie, o przywiązaniu do estetyki i ustępu o kasie. “Ale my mu pokazujemy najlepsze mieszkania w ramach tej ceny, ktora on chce zaplacic” – to Lm. “Powiedz im, ze mam mnóstwo pieniędzy, tzn mój ojciec ma mnóstwo pieniędzy, mogę zapłacić duzo, jezeli pokazecie mi cos, co mi sie spodoba”. A niech ma. Tłumaczę słowo w słowo. „Z czego się śmiejecie?” pyta Luigi.

Staje na tym, ze pokażą Luigiemu jeszcze jedno mieszkanie, na innym, nowiutkim i ładnym osiedlu. „Spodoba mu się” – mówi Lm. Proszę, pójdź ze mną, prosi Romano. Błagam, pójdź z nami, prosi Lxw, zaproszę Cie na taki gorący kociołek jaki tylko będziesz chciała.

Osiedle jest naprawdę śliczne – ma fontannę i strumyczek (!), ma zadbany ogród pomiędzy nowiusieńkimi wieżowcami. W oczach Lxw i Lm to zapewne najbardziej europejska i zachodnia rzecz jaka można znaleźć w naszej dzielnicy. I rozpieszczony fangdong zgadza się, żeby Luigi mieszkał tam tylko 5 miesięcy. Robie wielkie oczy, gdy widzę standard wykończenia na klatkach. Na osiedlu na którym mieszkam, tylko z zewnątrz budynki wyglądają jak apartamentowce, w środku – no dobra, może Luigi i ma trochę racji, rzecz wygląda jak bunkier. Nie po wybuchu, ale po intensywnym uzytkowaniu. Tutaj posadzka i kinkiety. “E bellissimo qui” – wyrywa mi się. “Dla mnie tutaj wszystko wygląda ohydnie, to nie jest ten standard, no ale skoro tak mówisz” – Luigi krzywi twarz, znowu nie widzę jaki ma wyraz oczu. “Ty pizzozerco” – mowie w myślach. “Co on mówi?” - dopytuje się Lxw. “Ze jest zmęczony” – tłumaczę na chiński.

Mieszkanie jak dla mnie świetne. Luigiemu się nie podoba. Choć nie, wydaje z siebie unikalny wloski dzwiek brzmiacy mniej wiecej: “boh” – oznaczajacy troche nielubienie, troche obojetnosc a troche zniecierpliwienie.“Właściwie to nie wiem, jakoś tak, no jakoś…boh. Mam pewne wymagania, z których nie zrezygnuje…chociaż gdyby było tańsze, to bym wziął…”. “Tak?” - to ja. “Tak”. Lxw dzwoni do właściciela, rozmawiają o obniżce. Staje na tym, ze fangdong mógłby ewentualnie opuścić 200 yuanow, jesli Luigi jeszcze dzis zaplaci. Ja przekazuje to Luigiemu. Uśmiecha się z politowaniem, ze niby my, ludzie Zachodu: „Wiesz, w sumie to nie jest sprawa pieniędzy, to w sumie i tak wszystko są grosze”. I dodaje: „Najwyżej będę mieszkał w hotelu. A tak w ogole, to chyba nie chce jednak mieszkać sam, wolałbym z innymi, ale żeby to nie byli Chińczycy, tylko ludzie z Zachodu. Najlepiej native-speakerzy angielskiego albo francuskiego”.“Ile płacisz za hotel?” – dopytuje się przez mnie Lxw. „500 yuanow na dzień” – to można zrozumieć bez tłumacza, zreszta Luigi doklada staran, zeby bylo to jasne. Lxw otwiera buzie. “A mówiłem Wam, ze mam mnóstwo pieniędzy” – powiada rzymska twarzy z mina, jakby udało mu się wszystkich przechytrzyć.

Wracamy na nasze osiedle – oni szukać dalej, ja po moje buty do joggingu – możne jak trochę pobiegam, przestane wreszcie mieć kłopoty z bezsennością. “A tak w ogóle czy możemy zrobić przerwę w tym oglądaniu, napiłbym się kawy, ja jestem Włochem, my bierzemy życie na luzie, po co tak latać w kolko” – mówi Luigi w miejscu gdzie można kupić kapustę z trójkołówki, żywą kurę, załatać oponę roweru, wszystko, tylko nie dostać małą, białą filiżankę espresso. Lxw znika na chwile w sklepiku, wynurza sie z 3 neskami w puszce. Jedna „te nong” – super mocna – Lxw jak pracował jako barman w knajpie dla laowajow na Chaoyangu, dowiedział się, ze Włosi lubią kawę malutka i skoncentrowana. Biorę jedna. “Nie pijam Nescafe” – dopada mnie glos z boku. Super – biorę druga. “Co on mówi?” – na twarzy Lxw znowu maluje się niepewność i podejrzenie. Mi kończą się pomysły na tłumaczenie. „To jest skandal i organizacja do niczego. Zeby tyle szukac mieszkania. Od rana z nim chodze. Jak ja bym sie za nich wzial… Chociaż w sumie mieszkać z kimś to tez jest problem – skąd mam wiedzieć czy będę się z tymi ludźmi dobrze dogadywać?”… Obawa w oczach Lxw: “Co on powiedzial?”. Luigi: “Co mu powiedzialas?”

„Boje się, ze będzie mi trudno znaleźć, coś, co mu się spodoba” – wzdycha Lxw - „rożnica kulturowa jest jednak ogromna”. Rożnica kulturowa? Czlowieku, z Wlochami jest zwiazany calkiem niemaly kawalek mojego zycia, ale takiego okazu jak żyję nie spotkalam. “Wiesz, chyba chciałbym się nauczyć trochę chińskiego – bo interesuje mnie ta kultura, to wszystko”– rzecze Luigi.

Dochodzimy do bramy, zegnamy się. Moje uczestnictwo w cudzie spotkania z żywym typem idealnym laowaja (dokładnie takim, jak opisywały go niby esencjonalistyczne, niby pełne uproszczeń zajęcia, na ktore tak strasznie sie zzymalam, a które przeszłam w tamtym roku na moim chińskim uniwersytecie) i w procesie kreowania obustronnych stereotypów dobiega końca. Chociaż nie. Ja przez te stereotypy nie raz jeszcze oberwę. Grazie mille.

12

09 2010

O wyborach i o nodze

Wiem, ze mialo byc o Shaanxi, o Yananie. I jeszcze bedzie, bo sie w miejscu zakochalam. Po powrocie do Szanghaju, majac w pamieci yannanskie  domy wydrazone w lessowych gorach, yannanskie hipnotyzujace tance na ulicach, yannanskie daktyle wielkosci piastki dziecka, siegnelam na polke po zakurzony Lonely Planet po Chinach i otworzylam na stronie 436 – by dowiedziec sie, ze “for most foreign travellers Yannan does little more than elicit long yawns and drooping eye-lids”. Ciekawe, mam identyczne symptomy czytajac Lonely Planet. No ale dzisiaj nie o tym. Bo dzisiaj – no tak – o wyborach i nodze (a co?).

To najpierw o tym drugim. No wiec po bieganiu po lessowych wzgorzach i swietych miejscach rewolucji w Yananie (w klapkach japonkach), po wspinaniu sie na kilka 60 metrowych pagod (w klapkach japonkach), po objechaniu xianskiego muru miejskiego rowerem na tempo (13.7 km w klapkach japonkach) boli mnie stopa. Stopa ta boli mnie troche, ale constans, uniemozliwiajac mi dluzsze chodzenie (nie mowiac o joggingu) i w ogole uprzykrza mi zycie. No wiec powloczac owa stopa powloklam sie wczoraj do najblizszego szpitala.

Opisze po prostu wizyte. Jest sobota, wchodze z upalu do klimatyzowanego, czysciutkiego hallu. Szpital jest gigantyczny, jest w nim mnostwo specjalizacji. Na srodku okragla recepcja, w niej pielegniarki. Podchodze i wyznaje, ze…niespodzianka! – boli mnie stopa.  Dostaje druczek z napisem “ortopedia” i ide do jednego z kilkunastu okienek dokonac oplaty z wizyte. Pani w okienku przejezdza moja karta szpitalna przez terminal (karte juz mam, ale o tym za chwile), na ekranie skierowanym w moja strone wyskakuja moje dane. Place, dostaje wydruk z numerkiem i numerem oddzialu na ktory mam sie zglosic. Szpital jest krystalicznie czysty, ma mnostwo zieleni. Na korytarzu kraniki z woda do picia. Kustykajac ide na ortopedie, siadam w jasnej, przestronnej poczekalni. Obserwuje ekran, na ktorym przesuwaja sie numerki i nazwiska pacjentow wraz ze wskazaniem, do ktorego gabinetu maja sie zglosic. Informacje te sa tez czytane na wypadek, gdyby pacjent mial nienajlepszy wzrok.

Pacjentow jest mnostwo, ale lekarzy ortopedow tez. Chyba co najmniej siedmiu. Na drugim z ekranow przewijaja sie ich zdjecia (wszyscy wojskowych mundurach, to oficerowie, szpital jest wojskowy, ale jak widac, korzystac moze kazdy), opis ich specjalizacji, dokonania naukowe (jezdza po swiecie, pisza ksiazki), godziny przyjec. Po 15 minutach jestem juz w gabinecie. Lekarz obmacuje i wygina nieszczesna stope, wypytuje co robilam, jakie buty nosilam. Na moje opowiesci o bieganiu po Shaanxi w 人字拖鞋  (“klapki w ksztalcie znaku czlowiek” , czyli 人, no jak tu nie lubic chinskiego?) ma chyba ochote popukac sie w czolo, ale sie opanowuje. Mowi, ze rzecz wyglada na nadwyrezenie laczenia pomiedzy koscmi srodstopia, przepisuje leki (recepta drukowana! Nie ma zadnego bazgrolenia, jest za to cena leku), kaze isc do domu i noge przez najblizsze dni oszczedzac. I wrocic, jakby jednak nie mijalo.

Z recepta ide znowu do okienka platniczego, place za lek (cena znowu wyswietla sie na ekraniku skierowanym w moja strone), dostaje numerek okienka do wydawania lekow (okienka te znajduja sie tuz obok okienek – kas). Staje przed swoim okieneczkiem, nazwiska pacjentow przewijaja sie na ekranie u gory (XYZ – po odbior lekow, BXY – prosze sie przygotowac do odbioru lekow, ok to sie przygotowuje). Biore leki w garsc, opuszczam szpital. Od momentu wejscia wprost z ulicy do szpitala wizyta u specjalisty wraz z kupieniem leku zajela mi lacznie moze 40 minut.

Tym razem obylo sie bez bardziej zlozonych badan. Ale kiedys juz bylam w tym szpitalu (stad mam karte) i lekarz zlecil badanie USG. Wszystko odbylo sie na indentycznej zasadzie. Po prostu lekarz zamiast recepty napisal skierowanie, poszlam oplacic badanie (niestety nie pamietam juz ile, ale chyba ok 40 kuajow, to, jesli chodzi o sile nabywcza, odpowiednik 40 zlotych), dostalam numerek, usiadlam w poczekalni i patrzylam w ekran, czy juz wyswietla sie moja kolejka. Dostalam do reki wynik, wrocilam do lekarza, ktory na miejscu go zinterpretowal (czyt. uspokoil mnie).

Widzialam szpitale w tzw. starej Europie,  w tym i w jednej z najzasobniejszych czesci Europy, czyli we wloskiej Gornej Adydze, ale czegos takiego jak ten szpital nigdy. No chyba, ze na filmie. Organizacja tego szpitala, ilosc dostepnych serwisow i badan w jednym miejscu, to poczucie bezpieczenstwa wynikajace z pewnosci dostania natychmiastowej pomocy, to wszystko jest dla przecietnego Polaka nie do wyobrazenia.

Wiem, wiem i nie mam zadnych zludzen, ten szpital jest wyjatkowy w skali Chin, w samym Szanghaju tez bynajmniej nie wszedzie jest tak cudnie (wojskowa dyscyplina no ale i wojskowe standardy i wzgledy).  W Chinach widzialam tez i inne szpitale, w dwoch sie nawet znalazlam. Jeden z nich byl w malenkiej wsi, do ktorej jeszcze wtedy (rok 2008) wlasciwie nie bylo normalnego dojazdu, tylko rozmyta blotnista droga z jakiegos zapyzialego miasta (teraz, dwa lata pozniej jest juz zapewne inaczej, wtedy robiono autostrade obok wioski – po miejscu zapewne kraza teraz tlumy turystow z aparatami wielkosci tlustego jamnika).

Pamietam jak wczoraj, gdy w tej malutkiej wioseczce kobiety z wezelkami na plecach (w srodku najczesciej niemowle), otaczajac grupa (w gabinecie z metalowym wiatrakiem na suficie i rozgniecionymi muchami na scianach) biureczko rumianej lekarki mowily jedna przez druga. Mezczyzni spluwali na podloge. Lekarka ze swieta cierpliwoscia (nazwalam ja w myslach Stasia Bozowska) odpowiadala w lokalnym narzeczu, zagladala w podtykane jej dzieciece uszy i nosy, ogladala wybite palce. Obok stal potworny, kilkudziesiecioletni zardzewialy fotel ginekologiczny z rownie pordzewialym kublem pod spodem. Niestety, lekarstwa, ktorego potrzebowalam nie bylo, probowali innych, ale srednio pomagaly. Codziennie przyk(l)uta do 3 kroplowek z rzedu (normalna w Chinach praktyka, nie trzeba byc wcale obloznie chorym, zeby zarobic kroplowke), odganiajac muchy, ogladalam barwny korowod pacjentow i niestrudzona Stasie.

Chiny obecnie tez zmagaja sie z reforma sluzby zdrowia – glownym problemem jest oczywiscie wies i problem ubezpieczen zdrowotnych dla jej mieszkancow. Chinski system opieki zdrowotnej jest – jak wszelkie systemy tutaj – bardzo zlozony i zroznicowany, majacy mnostwo podregul. O ile pracownicy sektora panstwowego moga cieszyc sie darmowa sluzba zdrowia a czlonkowie ich rodzin moga korzystac z opieki za minimalna oplata, o tyle inni moga korzystac np. z ubezpieczenia oferowanego przez pracodawce (jesli maja takie szczescie), spolecznosc, w ktorej mieszkaja, sami je wykupic czy wreszcie, tak jak ja – po prostu wejsc z ulicy i zaplacic (no dobra, mam jakies ubezpieczenie, ale dla 8 kuajow nie chcialo mi sie robic problemu).

Nie chce tutaj prawic o reformach systemu opieki zdrowotnej (na ktore spojrzenie tak wdziecznie i merytorycznie poroznilo ostatnio naszych glownych kandydatow), bo sie na tym zwyczajnie nie znam. Pewnie, ze inaczej rzecz wyglada, gdy wchodzi w gre operacja, powazna, dlugotrwala choroba, lezenie w szpitalu przy braku obowiazkowego ubezpieczenia (zwlaszcza, jesli sie jest ubogim rolnikiem z konca swiata), a inaczej, gdy sie idzie z jakas blahostka. Ale w tych moich dwoch przypadkach wizyt w szanghajskim szpitalu ten pokaz sprawnosci, kompetencji, szybkosci i synergii sprawiaja, ze z wdziecznoscia zostawilam swoje pieniadze w okienku kasy.

No, to bylo o nodze, to bedzie o  wyborach. Dzis powloczac stopa (yy, no dosc o nodze) powloklam sie do punktu wyborczego – polskiego Konsulatu w Szanghaju. Po raz pierwszy (no dobra, po raz drugi, ale pierwszy sie nie liczy, bo wtedy bylam tam jako gosc a nie petent) stojacy w bramie chinscy zolnierze na moje niezmiennie radosne “nimen hao!” nie zahaltowali mnie pokazujac gestem nie znoszacym sprzeciwu lini na chodniku, ktora wlasnie przekroczylam , tylko odwzajemnili powitanie i usmiech i gestem zaprosili do srodka. Ciekawa jestem czy to dlatego, ze wreszcie zaczeli mnie po roku mniej lub bardziej regularnych odwiedzin kojarzyc, czy to jakis inny powod (no dobra, tak naprawde to jestem ciekawa, co i czy w ogole mysla widzac grupki blondynow idacych w niedzielne popoludnie na wybory prezydenta). W kazdym razie o naszej chinskiej 14:30 z ok. 240 osob, ktore zglosily chec glosowania w konsulacie, zaglosowalo ok 25-30%  (musialam zapytac z zawodowej ciekawosci).

Wracajac, w metrze przegladam nowy numer mojego ulubionego Nanfang Zhoumo. Oprocz tekstu o tym, jak badac nierownosci spoleczne w Chinach i dlaczego wyliczenia wspolczynnika Ginniego w Chinach sa zanizone, wpada mi tez w oko krociutki komentarz jednego z publicystow dziennika, zatytulowany “Demokracja to rodzaj regul gry”. Publicysta pisze o swojej niedawnej wizycie w Delhi i odwiedzinach w indyjskim Muzeum Narodowym. Po wejsciu dziennikarza czekalo bezgraniczne dziwienie – ekpozycja jest stara, zarowno sposob prezentacji jak i jej stan zdradzaja, ze nie byla zmieniana od czasow kolonialnych. Pozolkle tabliczki, stary sposob opowiadania. Gdy pyta sie znajomych indyjskich dziennikarzy, jak to mozliwe, zeby ten relikt kolonializmu przechowywac pod nazwa Muzeum Narodowego w niepodleglym kraju, otrzymuje taka oto odpowiedz: prob zmodernizowania muzeum bylo mnostwo, ale to rzecz nielatwa. Za kazdym razem, gdy powstaje jakas propozycja, jednoczesnie podnosi sie wiele roznorodnych glosow i protestow. Co wiecej, dyskusje tocza sie i tocza, az projekt w koncu upada albo sie dezaktualizuje.

Gdy chinski publicysta pyta ponownie, czy tego rodzaju spetujaca nogi i rece demokracja nie budzi aby ich sprzeciwu, dostaje kolejna dziwna odpowiedz (swoja droga ciekawe czy szczera, czy na potrzeby zaprezentowania sie przed “chinskim Innym”?). Owszem, niesie ona pewne niebezpieczenstwa, ale sa one duzo mniejsze niz te wynikajace czyjegos 凌驾 – wywyzszania sie ponad spoleczenstwo i recznego sterowania.

Publicysta przywoluje luxunowskiego (Lu Xun) “pana De” – czyli “Pana Demokracje”(德先生, byl jeszcze 赛先生, “pan Sai”, od science, czyli “pan Nauka”). Pisze, ze w przeciagu tych blisko stu lat od przedstawienia go Chinom, pan De bywal czesto przestawiany w sposob wykrzywiony, wylacznie jako walka, konflikt, spor. Publicysta konczy artykul wlasnym credem: demokracja to reguly gry, ktorych musimy sie nauczyc, tak aby kazdy mial sposobnosc wyrazenia wlasnego glosu, zeby nikt nie  wywyzszal sie ponad spoleczenstwo, zeby nikt nie musial placic rachunkow za czyjes wywyzszanie sie czy reczne sterowanie.  Zdaniem autora, taka sytuacja, choc nie gwarantuje natychmiastowego efektu, pozwala jednak uniknac niezrecznosci (tak, pisze wlasnie “niezrecznosci” – 尴尬)wyniklych z dokonywanych raz po raz gwaltownych zmian.

Ech, chcialabym zyczyc dzis nam, Polakom, zebysmy do takiego idealu choc w malej czastce sie (kiedys) przyblizyli. I zeby drugi z panow przywolanych przez Lu Xuna - pan Sai, czyli pan Nauka, zwlaszcza ten od medycyny, zaczal kiedys choc troche przypominac tego,  ktorego dostrzeglam w odwiedzonym przeze mnie wczoraj szpitalu.

20

06 2010

Chinska Republika Parkowa

Chinska Republika Parkowa (zwana dalej ChRP) ma przyczolki rozlokowane  w obrebie znacznej czesci Chinskiej Republiki Ludowej (ChRL). Podobnie jak ChRL, ChRP jest zroznicowana geograficznie i kulturowo. Piszaca te slowa za kazdym razem, gdy jest w jakims zakatku ChRL odleglym od Udzielnego Ksiestwa Hu (Hu 沪 – Szanghaj) stara sie przeprowadzac obserwacje zachowan populacji ChRP na danym terenie (vide post Kunming-obserwacja uczestniczaca czy – czesciowo  - ten post)

W zasadzie okreslenie “populacja ChRP” jest nieprawidlowe. Ludnosc ChRP to ludnosc w calosci naplywowa. Sredni czas pozostawania na terenie ChRP wynosi okolo kilku godzin. Granice ChRP zazwyczaj przekraczane sa przez ludnosc ChRL masowo w weekendy. Ale nawet wtedy czas oczekiwania na granicy nie jest zbyt dlugi. Ot, dajesz przygotowane 15 czy 10 kuajow, dostajesz, z reguly zielony, bilecik i przekraczasz granice. Nikt nie pyta o wiek, o status spoleczny, ilosc drobnych w kieszeni, co zamierzac w ChRP robic.

Nie masz walizki. No chyba, ze targasz w niej sprzet fotograficzny. Mozesz miec namiot, torbe piknikowa a nawet przygotowane juz szaszlyki i rozen. Mozesz miec tez sprzet do przekraczania powietrznej granicy ChRP - latawiec. Przyczolki ChRP to prawdopodobnie jedyne miejsce na swiecie, w ktorym do lotu wzbijaja sie pingwiny a nawet zlote rybki.

ChRP ma flage podobna do flagi ChRL. Choc moze to zolte to kwiaty?

DSC08564

Poszczegolne przyczolki ChRP cechuja sie bogatym zroznicowaniem geograficznym: obecne sa jeziora, wodospady, rzeczki, gorki a nawet bagna. Na terenie ChRP mozna spotkac powszechnie rosnace maki - Papaver somniferum (nawet w przyczolku ChRP ktory kiedys byl bastionem obrony Chin w wojnach opiumowych – park Paotai Wan nad Jangcy). Maki te rosna sobie jak gdyby nigby nic. Na terenie ChRP mak jest makiem… jest makiem… jest makiem:

DSC08512

Pomimo bogactwa form uksztaltowania terenu, orientacja w  ChRP jest zazwyczaj bardzo prosta – centrum kazdego z przyczolkow ChRP znajduje sie w miejscu, nad ktorym unosza sie latawce.

Transport w ChRP. ChRP posiada zroznicowane srodki transportu. Od roweru wzmacniajacego wiezi rodzinne/partnerskie:

DSC08664

przez rower wzmaniajacy poczucie indywidualizmu:

DSC08542

po meleksy i inne takie tam, az po transport kolejowy (w wybranych osrodkach)

DSC08605

i lodz piratow. Piszaca te slowa wybrala srodek traportu, ktory wydal jej sie najbardziej eksytujacy - wielka wsciekle machajaca lape, na koncu ktorej znajdowal sie jakby wiatrak, na ktorego skrzydlach znajdowaly sie krzeselka. Wiatrak machal rownie wsciekle co lapa i to we wszystkich mozliwych plaszczyznach. Piszaca te slowa leciala bokiem, do gory nogami, twarza do dolu, nad drzewami, w kierunku “pnia” potwornego urzadzenia. Po zakoneczniu podrozy, po oddaleniu sie kilka metrow od miejsca kazni  zaobserwowala, ze ciagle jest w tym samym miejscu, nadal w ChRP, tylko tym razem w pozycji polklecznej, przewieszonej przez barierke. Zaobserwowala tez, ze stan w jakim sie znalazla po tej podrozy wywoluje smiech politowania ludnosci ChRP i chec utrwalenia stanu piszacej za pomoca aparatow fotograficznych.

Ludnosc ChRP reprezentuje wszystkie warstwy spoleczne i przedzialy wiekowe. Podstawowe formy organizacji rodzinnej i spolecznej:

I. Klasyczny model 2+1:

DSC08659

II. 2+2:

DSC08665

III. Model kolektywny (tak, flaga z tylu to flaga Partii):

DSC08598

Typem nadprezentowanym na terenach ChRP jest

IV. Podstawowa komorka spoleczna in statu nascendi:

DSC08626

DSC08630

DSC08632

tzn nie mloda para + fotografowie+ ciagnik+ ogrodnik, tylko mloda para po prostu. Jak w przypadku kazdej komorki in statu nascendi - moze z niej jeszcze wyrosnac wszystko.

Na podstawie obserwacji przeprowadzonej w dniach 5-6.06.2010 na terenie dwoch przyczolkow ChRP (park Paotai Wan na rzeka Jangcy i Park Lesny w dzielnicy Yangpu) na terenie Ksiestwa Udzielnego Hu, mozna zaobserwowac, ze ludnosc populujaca ChRP trudni sie wieloma zajeciami, np.

1. Lowiectwem. Grupy lowieckie sa z reguly male, rodzinne.

DSC08519

Zaobserwowano tez mezczyzn, ktorzy w celu wykazania sie zwinnoscia i zaradnoscia (czyli cechami pozadanymi w organizacji rodzinnej na terenie ChRL), poluja samodzielnie pod okiem wybranej kobiety.

DSC08514

2. Puszczaniem latawcow. Wyniki eksperymentu, jaki przeprowadzila piszaca te slowa,  polegajacego na samodzielnych probach puszczania latawca, wykazaly, ze czynnosc ta moze jednoczesnie stanowic dobra namiastke zarowno zeglowania jak i wyprowadzania (niezbyt grzecznego) psa na spacer.

3. Konstrowaniem prowizorycznych domostw odzwierciedlajacych podstawowe struktury spoleczne ChRL (formy organizacji spolecznej: od komorek dwuosobowych po kolektywy):

DSC08560DSC08541

4. Zbieractwem zdjec (kwiatkow, motylkow etc.)

ChRP - jak niegdysiejsze cesarstwo chinskie, cechuje sie duza zdolnoscia do asymilacji przybyszow z zewnatrz. Np. piszaca te slowa po obserwacjach prowadzonych na terenie ChRP poczula prawdziwie przemozna, wprost nie do zwalczenia chec nabycia i puszczania latawca (czyli przeprowadzenia w/w wspomnianego eksperymentu). Tutaj nalezy zauwazyc, ze proces asymilacji, pomimo zyczliwego nastawienia trudniacej sie wypasem latawcow czesci populacji ChRP, w tym konkretnym przypadku nie przebiegal szczegolnie pomyslnie. Podczas eksperymentu dalo sie zaobserwowac trzy czynniki odrozniajace puszczanie latawca w wykonaniu piszacej te slowa od wykonywania tej czynnosci przez ludnosc regularnie przkerajaczaja granice ChRP:

1. O ile stali przybysze podczas puszczania latawca przyjmowali pozycje statyczna, o tyle piszaca te slowa latala jak glupia po calej lace gubiac buty

2. Latawce stalych bywalcow ChRP  szybowaly wysoko i stabilnie. Latawiec piszacej te slowa nie szybowal, tylko wykonywal ruchy Browna (czyt. latal na wszystkie strony w 3D), czesto w locie korkociagowym w kierunku ziemi, dziobem do dolu.

3. Stali bywalcy nie byli cali oplatani linka, tylko jakims cudem nawijali ja na kolowrotek…

W kazdym z przypadkow ChRP sasiaduje z ChRL. Tutaj np. granica na rzece Jangcy:

DSC08569

Czasami obie Republiki dzieli mur, ktory nie od razu pozwala dostrzec z terenow ChRP republike przylegla.  Jednak srodki przedsiewziete przez piszaca te slowa, w postaci podskokow i ustawiania kamieni jeden na drugim pozwolily mimo wszystko na pobiezna obserwacje terenu po drugiej stronie granicy:

DSC08636

Tak, jednej Republiki nie byloby bez drugiej.

08

06 2010

Z powrotem w Szanghaju. Sceny konsumpcyjne

Po ponad miesiącu jestem znowu w Szanghaju. Wydostanie się z Chengdu nie było takie proste. Ponad połowa wszystkich lotów była opóźniona, w tym i mój nieszczęsny lot. Z przyczyn niejasnych. Nie znam się, ale na mój gust lotnisko w Chengdu (niemałe przecież) jest na granicy wydolności we wszystkich aspektach. Dokładnie o tej samej godzinie i minucie wylatuje po kilka samolotów (wszystkie krajowe), z jednego gate’u w odstępie 10 minutowym dwa loty, brakuje krzesełek dla oczekujących (to są Chiny, obok kuszą więc za to fotele masujące za jedyne 20 kuajów za 15 minut). W Szanghaju jest jeszcze intensywniej (gdy przy wylocie do Yunnanu samolot stał na lotnisku Pudong czekając na okienko, na niebie utworzył się niemalże korek, ledwie jeden samolot dotykał ziemi, już w oczy świeciły intentywne światła do lądowania następnego, i tak przez 25 minut), ale Pudong to lotniskowy megagigant, no i jest jeszcze drugie lotnisko, Hongqiao.

Alternatywy dla samolotów są takie, jakie są (patrz post pt. “Chiny na kołach” ;-) ), ruch wewnetrzny olbrzymi, Chiny mają więc masę przewoźników. Którzy się dosłownie biją o klienta, co przybiera nieraz nieco groteskowe formy i daje efekt odwrotny do zamierzonego. Bo tak: nasz samolot miał wylecieć o 10 wieczorem. Ale o 9:30 pojawiła się informacja, że odleci o pierwszej trzydzieści. Przewoźnik zareagował błyskawicznie…transportując pasażerów na te marne kilka godzin do hotelu. Zanim z powrotem pasażerowie przedarli się (tym razem w drugą stronę) przez bramki i odprawę, zanim upakowano ich w autobusy, zanim dowieziono do hotelu, była 10:30. A o 12-tej obudzono celem wykonania powyższych czynności tylko w odwrotnej kolejności. Część pasażerów w sennym widzie, wybudzona znienacka odmówiła wyjazdu, stwierdzając, że poleci jutro (tłumaczenie na hiszpański: manana!), część, złorzecząc przewoźnikowi (dać spać, a potem obudzić, daje chyba jeszcze gorszy efekt psychologiczny niż uwiezienie w nocy na lotnisku, żadnej wdzięczności, tylko resentyment i uraza) udała się na lotnisko. W tym ja. Dzięki czemu już o czwartej rano mknęłam taksówką (w cenie niewiele ustępującej biletowi lotniczemu) po niekończących się estakadach i w niekończących się tunelach w stronę pogrążonego w śnie mojego kawałka Szanghaju. Dzięki czemu już tego samego dnia mogłam doświadczyć mocy doznania “wiecznego powrotu”. Jak w poprzednim semestrze, plan znowu wisiał na ścianie sekretariatu, panie znowu nie chciały mi go wydrukować, radząc, żebym sobie spisała, “co mi tam pasuje”. I niestety, podobnie jak w poprzednim semestrze znowu zapomniałam o wspaniałej radzie kolegi Campera W. (kochani tajwańscy 同胞! Kto Wam te angielskie imiona nadaje?? Choć przypadku pewnego Livera Zh. nic nie pobije), żeby wziąć aparat i zrobić rzeczy zdjęcie.

Powrót do cywilizacji (a raczej “cywilizowania”) wymógł też dokonanie pewnych czynności z zakresu konsumpcji. Pierwszą z nich było pójście do fryzjera. O, fryzjerzy i zakłady fryzjerskie Szanghaju! Na każdej ulicy jest po kilka takich zakładów. Ich znakiem rozpoznawczym są obrotowe, barwne neony. W środku fosforyzuje, toczy blask i olśniewa jeszcze coś innego - fryzury samych fryzjerów. W poprzednim semestrze, idąc codziennie na uniwersytet, mijałam po drodze lokalne trzyzakłady i z zapartym tchem śledziłam ewolucję tego, co na głowach mają tamtejsi mistrzowie grzebienia (i kubła z farbą). Moją uwagę zwrócił (a jest to trudne, gdy każda z głów zachwyca formą i olśniewa kolorem niczym kwiaty w ogrodzie botanicznym) fryzjer, który w momencie mojego przyjazdu miał na głowie czerwoną lwią grzywę wysokości ludzkiej twarzy. Potem sobie podgolił boczki i miał czerwonego irokeza. Potem irokez stał się blond, bardziej blond niż ja, a fryzjer gdy mijałam jego zakład, wysyłał mi porozumiewawcze spojrzenia, że niby my, blondyni…po czym mu się znudziło i blond irokez, pobywszy chwilę blond kitką na czubku głowy zmienił się na coś kształtem i kolorem przypominające szczotkę do butów. Po tym były już tylko dwie opcje - zgolić na łyso albo dokleić. Zgolił. Taka szkoda…W każdym razie co innego podziwiać dzieła sztuki na fryzjerskiej głowie, co innego oddać głowę własną komuś takiemu w rece…Wybrałam więc zakład, w którym autoekspresja fryzjerów ograniczyła się głównie do nadawania własnym włosom niezwykłych form, z tendencją do zachowania stosunkowo naturalnych kolorów (tzn. bez zielonego, niebieskiego etc.).

No więc strzyże mnie młode chłopie (poza tym, że ma jakby trójkąt z włosów na twarzoczaszce, to w miare normalnie wyglądające). Strzyże chwilę, strzyże trochę, po czym stwierdza, że on tu za wiele już nie wystrzyże, trzeba by trwałą zrobić. Oczywiście się nie godzę (oczami wyobraźni widzę już własną glacę). Zaciska zęby, strzyże dalej, ale widać, że coś kombinuje. W końcu: “jest taki prosty trick, to chwilę potrwa, a efekt będzie olśniewający”. Ja (podejrzliwie): “ale nie trwała?”. Fryzjer z trójkątem na twarzoczaszce: “Nie, nie”. Ja (idiotycznie): “Sposób naturalny?”. Fryzjer (entuzjastycznie)   : “tak, tak!!”. Ani się oglądam, fryzjer coś instaluje mi na głowie (jakby antenę, ale może się nie znam). Siedzę z tą anteną, a ten już niesie jakąś miksturę. I cennik. Otwiera. Mnie skokowo dopada szlag, bo widzę, że oczywiście otwiera na stronie pt.: “trwałe”. Drugi szlag trafia, gdy widzę ceny. Od 700 kuajów do 1300. Patrząc na siłę nabywczą, to jakby u nas 700 i 1300 złotych. Trzeci i czwarty szlag trafia mnie odpowiednio gdy fryzjer rzecze, że “chociaż tu jest napis trwałe, to jednak nie są to trwałe” oraz gdy stwierdza, że on już rozpoczał i nie mogę się już wycofać. Ze względu na dziką konkurencję wśród lwiogrzywich zakładów fryzjerskich ciecie to głupie 20 kuajów. On teraz chce, żebym wydała na coś, czego nie chcę ani nie potrzebuję, kilkudziesięciokrotność tej sumy. Bo tak będę ładniej wyglądać. Gdy mówię, że ja po prostu nie chcę, fryzjer zawiedziony pyta: “a co, po prostu nie masz przy sobie tyle gotówki? Bo można kartą”. Gdy się wściekam (bo się wściekam) i twarz zaczyna mi chodzić z nerwów, fryzjer wystosowuje argumenty, że kto mu tera zapłaci za tą pracę, co już wykonał w celu zrobienia trwałej-nietrwałej. Staje na tym, że dopłacę mu 10 kuajów za dezinstalację anteny. Do końca strzyżenia trzymam twarz w dłoniach. Choć raz prawie już, że dłonie zdejmuję celem przywalenia fryzjerowi (albo odebrania mu nożyczek i wyrządzenia krzywdy), gdy ten, niezrażony, proponuje mi kartę członkowską zakładu, “bardzo tanią”, bo za jedyne 500 kuajów.

Gdy wściekłość mija i wychodzę z zakładu z ewidentną plerezą (ach, te dłonie na twarzy…), zaczynam się zastanawiać, jak to jest (oprócz tego, że zakład każe fryzjerom na siłę szukać zarobku, żeby wyjść w tej dżungli fryzjerskiej na swoje), że ten chłopak, który zarabia maksymalnie 1200 kuajów na miesiąc oczekuje ode mnie kompulsywnego zakupienia usługi za równowartości jego miesięcznej pensji, tak po prostu, bo moje włosy będą po tym lepiej wyglądały. Odpowiedzieć tak jak znaczna częśc jego rodaków: “bo wy, Amerykanie macie mnóstwo pieniędzy” (więc płaćcie), to tylko kawałek odpowiedzi.

Gdy patrzy się na młodych Chińczyków – pokolenia 80 i 90, to oni w dużej mierze tak właśnie kupują. Impulsywnie, bez planowania, “bo będę w tym ładnie wyglądać”, bo tamto “było keai” (słodkie, milusie), “bo to jest cool –  酷 “, bez wyrzutów sumienia, bez myślenia o przyszłości. Nierzadko dziewczyna kupuje i oczekuje od chłopaka spłacania. Karty kredytowej. Można by powiedzieć, że nie mają innych wzorów konsumowania, że nie mogli takich wzorów wynieść z domów, bo konsumpcja dla pokolenia ich rodziców była czymś zupełnie innym (ach, dostać przydział na ten rower!), bo wielu z nich dostarczano wszystko na talerzu (co zaawocowało m in. powstaniem kenlaozu – dosłownie “grupy wysysającej starych”, nawet nie próbują czegokolwiek zarabiać, prace dorywcze, niskopłatne to obciach). Tylko, że np. na Tajwanie to wszystko wygląda jeszcze skrajniej, jeszcze bardziej przypomina szaleńczy karnawał. Z wykorzystaniem kart kredytowych. Do tego stopnia, że władze swego czasu (o ile pamiętam, chyba na krótko przed ostatnim kryzysem) zorganizowały kampanię przeciwko zadłużaniu się młodych i propagującą ostrożne korzystanie z kart kredytowych.

Więc co to jest? Boję się, że w dużej mierze jest to, specyficznie pojmowana, twarz. To zachowanie twarzy daje poczucie kontroli nad własnym losem (a nie spłacanie jakiejś karty). Żeby twarz zachować, pewne rzeczy (okreslane najczęściej przez zmienną modę, choć są elementy, które się nie zmieniają, tak jak nakaz posiadania w pewnym wieku w pewnych kręgach torebki Louis Vuitton na Tajwanie) po prostu trzeba mieć, pokazać, robić. Są osoby, które żeby określony marker statusu zdobyć, będą latami sprawdzać ceny papieru toaletowego i pielgrzymować tam, gdzie jest o 1 mao tańszy. Są też osoby, które rzecz kupią na raz, za pomocą karty, którą jakoś się kiedyś spłaci.

Choć kontynentowi na razie daleko do Tajwanu (nie mówiąc o Stanach), jeśli chodzi o stopień niespłaconego zadłużenia przeciętnego posiadacza karty, to już widać, co się szykuje. Ilość posiadaczy kart rośnie w zawrotnym tempie, a najaktywniejszymi ich użytkownikami są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (za część spłacą rodzice, taka nowa, bankowo zapośredniczona forma kenlao). Jak podaje CNN, w pierwszym półroczu 2009 roku odsetek osób z długiem niespłacanym przez co najmniej 2 miesiące wzrósł o 133%. A na kampusie uniwersyteckim przy ścieżkach banki rozkładają stoliki, rozdają długopisiki i oferują studentom karty. Niektórzy mają ich po kilkanaście. Oczywiście jest też druga strona fenomenu młodych konsumentów. Armie młodych wyszukujące w sieci najtańsze oferty (moje koleżanki najpierw mierzą ubrania w sklepach, potem wyszukują identyczne w sieci, przeważnie na megaserwisie Taobao, w księgarniach książki tylko kartkują, a kupują na Dangdangu o dobrych parenaście procent taniej). Są też młodzi umawiający się za pośrednictwem serwisów społecznościowych na…grupowe zakupy (grupa nieznanych sobie wcześniej osób stawia się, niczym jak na flash-mob przed domem towarowym, udaje do wybranego sklepu, wybiera potrzebne dobra po czym stanowczo żąda zniżki grupowej). Pragmantyczni, potrafiący poskromnić impuls nagłego “chcenia”, planujący (inna sprawa, że w planach lwiej części zarówno tych zorganizowanych, jak i w marzeniach kompuslywnie kupujących dziewczyn to facet ma wykazać się na początku “nowej drogi życia” mieszkaniem – w dużych miastach wręcz niewyobrażalnie drogim - a najlepiej jeszcze i samochodem, po czym natychmiast przepisać to na oboje, a najlepiej to po prostu na nią…)

Tajwanowi marzy się konsumpcja taka jak w Japonii. Która, czy oficjalna wersja pokolonialna tego chciała, czy nie (nie chciała i to bardzo), była postrzegana jako wzór nowoczesności, raj konsumpcyjny, taka nasza Ameryka. Co zaoowocowało m in. powstaniem harizu , “grupy hurra-japońskiej”, szerokim przejęciem japońskiej estetyki (kawaii, manga), zachwytem nad japońskim skryptem (dzieci wstawiają w wypracowaniach japońskie の zamiast chińskiego 的, bo tak było w komiksie). Dla Chin takim ucieleśnieniem konsumpcyjnego raju jest trochę Tajwan (tu się tajwańskie telenowele ogląda jak japońskie na Tajwanie), obecnie w większej chyba mierze Korea (cały fenomen koreańskiej fali, telenowele jak podręczniki dotyczące stylu życia etc.), no i oczywiście mityczna Ameryka. No więc skoro w skromnych chińskich warunkach mozna wydać (za pomocą karty kredytowej) na zachcianki na raz 1000 yuanów, to ja, jako Amerykanka, powinnam pokazać wzór konsumpcji dużego kalibru, rzucić się w amok zakupów i wydatków za grube tysiące. Nie pytając za wiele, bo to zdradza małostkowość. Patrząc na listę tych nieszczęsnych trwałych za setki kuajów powinnam poczuć się jak w domu, wybierać jak z menu restauracyjnego, wodzić palcem, decydować, pytać, w której mi będzie ładniej. Fryzjer by biegał dookoła mnie z jakimiś buteleczkami, doradzał. A nie zrobiłam tego. Zamiast tego ukryłam twarz w dłoniach. W zasadzie to ją w oczach fryzjera straciłam. Ale tysiaka sobie nie dałam wyrwać – wystarczy prawie na miesiąc jedzenia w osiedlowych knajpkach.

07

03 2010

Zimno właściwe

Zimno przyszło. I to jakie (no właśnie nie wiem jakie, bo termometru nie mam, a prognozom jakoś średnio wierzę). Choć podobno jeszcze nie jest to zimno właściwe (na razie para z chuchnięcia sięga tylko ok 20 cm, jak będzie ok 40, to podobno będzie dopiero zimno właściwe).

Nigdy bym nie pomyślała, że się ucieszę, że zimno. Ale to pewnie polska dusza się cieszy – od razu mam lepszą orientację w czasie, zaczynam robić zimowe plany (to skoro i tak zimno i tak, to może pojadę do 东北 na Północny Wschód) i tak dalej. Do tej pory, odkąd przyjechałam, było jakby się czas zatrzymał, wieczne lato – coś jak niekończący się dzień, gdy leci się samolotem na Zachód, tylko w dużej skali.

W mieszkaniach nie ma ogrzewania (w ogóle na południe od Jangcy chyba nigdzie nie ma, resztą na Tajwanie też nie było, podobno w Japonii z wyjątkiem północy też niespecjalnie jest) . Na Tajwanie skończyło się to zapaleniem stawów kolanowych i akupunkturą z prądem na kilka centymetrów w głąb kolan – pomogło. Na szczęście tutaj mój starożytny klimatyzator po kilku zgrzytach ruszył i dał się nastawić na opcję „dogrzewanie”. We framudze okna była dziura grubości kciuka, zatkałam szmatą. Ale i tak siedzę w rękawiczkach i śpię w dwóch parach spodni od dresu i dwóch parach skarpet, pod dwiema kołdrami, co około 5 nad ranem i tak przestaje wystarczać.

Tu ludzie są dużo bardziej przyzwyczajeni i nic sobie z zimna nie robią. Dalej wychodzą po zakupy na osiedlowy targ w piżamach (tylko ostatnio zmienili na pikowane). Na stojących pod targiem automatach dla dzieci (takie jak za moich dziecięcych lat – sadza się młodego na plastikowe zwierzę, bądź do samochodziku, wrzuca monetę, rozlega się radosna pieśń, pojazd się kołysze, dziecię jedzie) nadal jeżdżą maluchy (mają przy tym tak zamyślone miny, że nie wiedziałabym jak do takiego dziecka zagadać, może coś z historii albo literatury?). Przy chodnikowych straganach nadal ruch – do asortymentu włączyli najbardziej pluszowe kapcie świata i podszyte misiem ochraniacze na ręce i nogi – do jazdy motorem. Chyba sobie kupię i będę siedzieć tak w mieszkaniu.

Choć ja nie mogę narzekać. Moi biedni znajomi z akademika (chińskiego, bo laowaje, co płacą 90 RMB za dobę, oczywiście wszystko mają), nie mają w mieszkaniach żadnej opcji ogrzewania (wszyscy kupują masowo piecyki, które się masowo psują i najtańsze koce elektryczne z Walmartu po 59 RMB sztuka). Nie mają też ciepłej wody. To ostatnie podobnież „dla ich bezpieczeństwa” (uwielbiam ten zwrot, odkąd w tamtym roku w Hunanie pewien pijany przeor klasztoru buddyjskiego chciał mi się wpakować wieczorem do pokoju, żeby zobaczyć, „czy jest tam bezpiecznie”). To kolejna niepodzianka (tzn. nie przeor, tylko ten brak ogrzewania i ciepłej wody), bo akademiki, a raczej całe wielgaśne osiedle studenckie wielkości warszawskiego Gocławia, są naprawdę ładne, i na zewnątrz, i wewnątrz, mieszkania (kilka pokoi, wspólny kuchnio-salon i łazienka) są jasne, odnowione w nietandetny sposób (porządne kafle, estetyczna wykładzina), mają ładne wyposażenie (chyba pierwsze ładne wyposażenie, jakie widziałam w jakimkolwiek akademiku) . Nieszczęśni muszą jednakowoż pielgrzymować z tych miłych mieszkań do umywalni, po czym, świeżo po kąpieli, z mokrymi włosami (niedobór suszarek i gniazdek) i z mydłem w dłoni, lecą z powrotem do siebie. A tam np. - jak ostatnio – 7 stopni.

W sumie to jeszcze „zimno właściwe”nie nadeszło, ale jakoś szanghajska (a przynajmniej nasza tutaj, peryferyjnie szanghajska) przestrzeń publiczna wydaje mi się przyjaźniejsza niż polska, jeśli chodzi o wspomaganie tych, co się w niej poruszają w czas zimna. Tzw. cha diany (sklepy z herbatą – straganiki oferujące kubek herbaty z dowolną domieszką – mleka, kuleczek z taro, a nawet kawy – bardzo dobre, naprawdę, to zupełnie coś innego niż to, co się dostaje w starym automacie do napojów, gdy chce się herbatę, a ktoś chwilę przedtem brał kawę), które latem pozwalają wytrzymać upał serwując napoje z lodem, teraz sprzedają gorące napoje. Z takim czymś w ręku jest od razu dużo raźniej.

15

11 2009

Mój klub sportowy…

…mieści się w podcieniach dzielnicowego stadionu (większego niż nowy stadion Legii, wystrój wielkochiński – trójnogie wazy ding wielkości samochodu, nazwa stadionu pismem pieczęciowym, ale oprócz inności ornamentyki, patos i rozmach jakby znajome – coś jak nasze MDM i Muzeum Narodowe w W-wie, nie mówiąc już o wzorach sztuki stadionowej przynależnych do innych wielkich -izmów). Klub jest piękny, luksusowy, designerski i w Polsce o karcie wstępu do takiego miejsca mogłabym tylko pomarzyć.

Na tutejsze warunki też jest chyba dość drogi. Jak bardzo, to nie wiem, bo oprócz lounge baru,  odważnego designu czy nowoczesnych żyrandoli klub charakteryzuje się też brakiem stałych cen.  Gdy przymierzałam się do niego po raz pierwszy, podano mi cenę inną niż za drugim razem. Potem gdy już zapłaciłam i dostałam kartę, rzuciłam okiem na zapisane na marginesie leżącego na kontuarze wykazu zajęć koślawe notatki: “one year price” i “half year price” wynosiły 60% więcej niż cena, którą zapłaciłam ja. Ktoś z obsługi pisałał ceny niechińskojęzycznemu gościowi. 价格  (jiage, cena) i price najczęściej nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jak domknąć taką księgowość (płaci się kartą, dostaje rachunek) nie mam pojęcia.

Oprócz tego klub ma gigantyczną ilość pracowników, co do których trudno jednoznacznie stwierdzić, czym się zajmują. Przechadzają się korytarzami, pytają się, jak się dziś ćwiczyło, przesiadują godzinami przed wejściem, flirtują na QQ na firmowych komputerach. Są też trenerzy. Ostatnio mnie pomierzyli, poważyli (straciłam 5 kilo w 3 miesiące i to bez zbytnich wyrzeczeń, po prostu chińska dieta chyba lepiej służy współczesnemu trybowi życia, tu np. jest dużo mniej cukrzycy niż u nas), zmierzyli obwód bicepsa (haha), łydki lewej, łydki prawej, zrobili test wydolnościowy i zalecili więcej bieżni. Chętnie.

Jak na razie chodzę głównie na siłownię. Większość ćwiczących na niej osób to kobiety. Przeważnie w wieku 25-35 lat (choć zdarzają się i starsze o wyglądzie statecznych pań domu, jedna przychodzi z nastoletnim synem i ćwiczą razem). Zadbane fryzury, firmowe ciuchy, twarze wyrażające pewność siebie i siłę, profesjonalistki, białe kołnierzyki.  Z głośników (nie gorszych niż w klubie muzycznym) leci hipnotyzująca muzyka. Od indyjskiej bhangry, przez dance-przeróbki popularnych utworów w rodzaju 青藏高原  (to pieśń o Tybecie, jak śpiewa ją Li Na, to nawet kamień się wzruszy i utwierdzi w przekonaniu, że “Tybet jest nieodłączną częścią Chin”),  do koreańskich i japońskich hiciorów i Rihanny – specjalna selekcja, żeby nadać tempo, zahipnotyzować ćwiczących dudniącym basem. Tłum młodych kobiet biegnie na bieżniach wpatrzony w ekrany wiszace przed każdym ze stanowisk. Te biegi to nie żadne tam truchtanie po kilka minut – tylko poważny bieg po kilka ładnych kilometrów w dobrym tempie. Po drugiej stronie szklanej ściany spacerujący po parczku przed stadionem starsi ludzie w strojach wieczorowych – piżamach. Z wnukami na rękach, z pieskami na smyczach, rzucają okiem na spocony tłumek, który – jakby spojrzeć na to z innej perspektywy – choć daje z siebie wszystko, to jednak i tak nigdzie nie dobiegnie. Z pewnością nie myślą już o biegających tak, jak dwóch chińskich kompradorów ze starego Szanghaju z anegdotki (widząc angielskich dżentelmenów wyczerpanych grą w tenisa jeden z Chińczyków powiada: “Mają tyle pieniędzy, czy nie mogą zapłacić komuś, żeby robił to za nich?”). Ale ci po drugiej stronie szklanej ściany wyglądają raczej na zwolenników praktykowanych rano w parkach w ciszy i skupieniu łagodnych ruchów taijiquan (zwanego w Polsce taichi), a nie zaciskania z wysiłku szczęk przy basowym dudnieniu z głośników i jarzeniowym świetle. Albo na użytkowników rozsianych po dzielnicy (i nie tylko, to powszechny element miejskiego krajobrazu) skwerków z przyrządami do ćwiczeń (rowerki stacjonarne, drążki, stepery,  jakoś nikt nie niszczy, wszystkim służy latami).

Wśród ćwiczących są też oczywiście mężczyźni. I oni także przeważnie mają wygląd pracowników umysłowych, profesjonalistów, biznesmenów. Grupy, której obecność na polskich siłowniach skutecznie mnie dotych miejsc zniechęcała – różnych karków lub mięśniaków, w ogóle nie ma. Owszem, od czasu do czasu można spotkać kogoś, kto ma bary jak średniej wielkości łódka i z namaszczeniem i wyrazem troski i miłości własnej na twarzy rzeźbi je przez lustrzaną ścianą, ale z tych wielkich barów wyrasta  głowa z twarzą bladą bladością biurową, w grzecznych okularach, “garniturowa”  i delikatna.

Jest też trochę młodych chłopaków o twarzach i umięśnieniu typowo studenckim. Przychodzą najczęściej we dwóch i wzajemnie się dopingują, zachęcają, jeden asystuje drugiemu, bokiem pomaga podnosić za duży na wątłe studenckie rączęta ciężar.

Jest też cała masa laowajów, a szczególnie laowajów – dziewczyn. I jak na nie – i na siebie – patrzę, to dobrze rozumiem, co mają na myśli Chińczycy, gdy z rozbrajającą szczerością mówią, że my laowaje wszyscy wyglądamy tak samo. Jasne włosy w kucyk, spocone gęby, długie nosy, dresy, rzeczywiście podobieństwo jest uderzające (o samym przerzucaniu się Chińczyków i laowajów epokowym odkryciem “wy wszyscy wyglądacie tak samo” jeszcze na blogu tym napiszę).

Gdy wczoraj wychodzę z klubu, przy szklanej ścianie przy innej sali widzę tłumek młodych mężczyzn z twarzami dosłownie przyklejonymi do szkła, wpatrzonych w to, co się dzieje w środku. Tam już nie ma spoconych kobiet o wyglądzie groźnych menedżerek, ale oszczędnie ubrana grupka pań w różnym wieku z arabskimi dzwoniącymi chustami na biodrach, ćwiczą taniec brzucha. Wśród nich pofarbowany na blond dryblas wyższy od reszty ćwiczących o dobre 30 centymetrów – ze skupieniem na twarzy kręci kościstymi biodrami i macha rękoma. “To japoński student waszego uniwersytetu” – mówi jeden z chłopaków o nieokreślonym bliżej stanowsku z obsługi klubu, który też wyszedł i z zewnątrz obserwuje barwną grupkę. “Zawsze przychodzi tylko na zajęcia dla dziewczyn. I wogóle ma chyba raczej kobiecą osobowość. Taki już jest” a jego kolega kiwa z powagą głową. Nikt z otaczających nas osób się nie śmieje, nikt nie drwi z “dziwadła”. Jest wenming - i po jednej i po drugiej stronie szklanej ściany.

16

10 2009