Posts Tagged ‘moje osiedle’

Luigi sta cercando un’ appartamento

W agencji, poprzez którą wynajmowałam mieszkanie pracują sympatyczni ludzie. Przez te godziny oczekiwania na decyzje rozpieszczonych warunkami panującymi na mieszkaniowym hulajacym wolnym rynku Pekinu fangdongow (właścicieli mieszkań), podczas oglądania stosów mieszkań (w formie wieżowców wciśniętych pomiędzy trzy wielkie uczelnie, siedzibę Googla, Microsoftu i chińskiego portalu Sougou) zdążyliśmy się zbratać, zjeść razem obiad i milo pogadać. Każdy z nich to przyjezdny – np. Lm jest z Wenzhou, Lxw z dalekiego Gansu. Pracują bez przerwy, pracują w niedziele, każde z nich od świtu do nocy wisi na telefonie, kazde gada przez ten telefon z innym akcentem (Lm gdyby miała powiedzieć łopata, powiedziałaby wopata, Lxw powiedziałby raczej opata i z pewnością udałoby mu się przy tym jakimś cudem zaseplenić). I niestrudzenie podnoszą PKB stolicy. Parę dni temu Lxw zaofiarował się przytargać gigantyczne 5 paczek z moim szanghajskim dobytkiem, które przyszły poczta. Gdy wczoraj zadzwonil z prośbą o pomoc, odłożyłam artykuł o „krzewieniu cywilizowania w internecie”, zwlekłam się z mojego pasiastego hamaka zainstalowanego z powodzeniem na balkonie (z hamaka widać czerwony, krzywy neon i od dziesiątków lat nie używane schody pożarowe zapuszczonego hoteliku ale i górne pietra migocącej siedziby Microsoftu). Przeszłam się do biura uliczkę dalej.

Problem, który wymaga rozwiązania siedzi na środku biura. Nazywa się Luigi i jest z Rzymu. Oni nie rozumieją jego angielskiego, on nie rozumie ich. „Czy możesz się dowiedzieć, jakie ma wymagania w stosunku do mieszkania? Bo pokazaliśmy mu już tyle i nadal się nie podobają”. Va bene, ci stiamo, io posso tradurre, w końcu po włosku zem się w życiu nagadała swoje, zas tlumaczenia chinsko-wloskiego w zyciu nie robilam, chetnie na Was sprobuje. Luigi jest zdenerwowany, obgryzajac paznokcie, ze swoim ciężkim rzymskim akcentem mowi:“no wiec, to co oni mi pokazują, wygląda jak po wybuchu bomby podczas drugiej wojny światowej. Czy tu wszystko musi byc takie brzydkie? Powiedz im, ze ja chce ładne mieszkanie, ze ja mieszkam w Rzymie, w historycznym centrum, ze ja mam pieniądze, ze ja jestem przyzwyczajony do pewnej estetyki!”. Oho! Oczy ma, pomimo żeśmy w środku biura, nieprzeniknione, bo zasłonięte wielkimi raibanami. Wiec z braku kontaktu wzrokowego mój wzrok prześlizguje się na nazelowane włosy z grzywka. Tłumaczę, z pominięciem tego o bombie, o przywiązaniu do estetyki i ustępu o kasie. “Ale my mu pokazujemy najlepsze mieszkania w ramach tej ceny, ktora on chce zaplacic” – to Lm. “Powiedz im, ze mam mnóstwo pieniędzy, tzn mój ojciec ma mnóstwo pieniędzy, mogę zapłacić duzo, jezeli pokazecie mi cos, co mi sie spodoba”. A niech ma. Tłumaczę słowo w słowo. „Z czego się śmiejecie?” pyta Luigi.

Staje na tym, ze pokażą Luigiemu jeszcze jedno mieszkanie, na innym, nowiutkim i ładnym osiedlu. „Spodoba mu się” – mówi Lm. Proszę, pójdź ze mną, prosi Romano. Błagam, pójdź z nami, prosi Lxw, zaproszę Cie na taki gorący kociołek jaki tylko będziesz chciała.

Osiedle jest naprawdę śliczne – ma fontannę i strumyczek (!), ma zadbany ogród pomiędzy nowiusieńkimi wieżowcami. W oczach Lxw i Lm to zapewne najbardziej europejska i zachodnia rzecz jaka można znaleźć w naszej dzielnicy. I rozpieszczony fangdong zgadza się, żeby Luigi mieszkał tam tylko 5 miesięcy. Robie wielkie oczy, gdy widzę standard wykończenia na klatkach. Na osiedlu na którym mieszkam, tylko z zewnątrz budynki wyglądają jak apartamentowce, w środku – no dobra, może Luigi i ma trochę racji, rzecz wygląda jak bunkier. Nie po wybuchu, ale po intensywnym uzytkowaniu. Tutaj posadzka i kinkiety. “E bellissimo qui” – wyrywa mi się. “Dla mnie tutaj wszystko wygląda ohydnie, to nie jest ten standard, no ale skoro tak mówisz” – Luigi krzywi twarz, znowu nie widzę jaki ma wyraz oczu. “Ty pizzozerco” – mowie w myślach. “Co on mówi?” - dopytuje się Lxw. “Ze jest zmęczony” – tłumaczę na chiński.

Mieszkanie jak dla mnie świetne. Luigiemu się nie podoba. Choć nie, wydaje z siebie unikalny wloski dzwiek brzmiacy mniej wiecej: “boh” – oznaczajacy troche nielubienie, troche obojetnosc a troche zniecierpliwienie.“Właściwie to nie wiem, jakoś tak, no jakoś…boh. Mam pewne wymagania, z których nie zrezygnuje…chociaż gdyby było tańsze, to bym wziął…”. “Tak?” - to ja. “Tak”. Lxw dzwoni do właściciela, rozmawiają o obniżce. Staje na tym, ze fangdong mógłby ewentualnie opuścić 200 yuanow, jesli Luigi jeszcze dzis zaplaci. Ja przekazuje to Luigiemu. Uśmiecha się z politowaniem, ze niby my, ludzie Zachodu: „Wiesz, w sumie to nie jest sprawa pieniędzy, to w sumie i tak wszystko są grosze”. I dodaje: „Najwyżej będę mieszkał w hotelu. A tak w ogole, to chyba nie chce jednak mieszkać sam, wolałbym z innymi, ale żeby to nie byli Chińczycy, tylko ludzie z Zachodu. Najlepiej native-speakerzy angielskiego albo francuskiego”.“Ile płacisz za hotel?” – dopytuje się przez mnie Lxw. „500 yuanow na dzień” – to można zrozumieć bez tłumacza, zreszta Luigi doklada staran, zeby bylo to jasne. Lxw otwiera buzie. “A mówiłem Wam, ze mam mnóstwo pieniędzy” – powiada rzymska twarzy z mina, jakby udało mu się wszystkich przechytrzyć.

Wracamy na nasze osiedle – oni szukać dalej, ja po moje buty do joggingu – możne jak trochę pobiegam, przestane wreszcie mieć kłopoty z bezsennością. “A tak w ogóle czy możemy zrobić przerwę w tym oglądaniu, napiłbym się kawy, ja jestem Włochem, my bierzemy życie na luzie, po co tak latać w kolko” – mówi Luigi w miejscu gdzie można kupić kapustę z trójkołówki, żywą kurę, załatać oponę roweru, wszystko, tylko nie dostać małą, białą filiżankę espresso. Lxw znika na chwile w sklepiku, wynurza sie z 3 neskami w puszce. Jedna „te nong” – super mocna – Lxw jak pracował jako barman w knajpie dla laowajow na Chaoyangu, dowiedział się, ze Włosi lubią kawę malutka i skoncentrowana. Biorę jedna. “Nie pijam Nescafe” – dopada mnie glos z boku. Super – biorę druga. “Co on mówi?” – na twarzy Lxw znowu maluje się niepewność i podejrzenie. Mi kończą się pomysły na tłumaczenie. „To jest skandal i organizacja do niczego. Zeby tyle szukac mieszkania. Od rana z nim chodze. Jak ja bym sie za nich wzial… Chociaż w sumie mieszkać z kimś to tez jest problem – skąd mam wiedzieć czy będę się z tymi ludźmi dobrze dogadywać?”… Obawa w oczach Lxw: “Co on powiedzial?”. Luigi: “Co mu powiedzialas?”

„Boje się, ze będzie mi trudno znaleźć, coś, co mu się spodoba” – wzdycha Lxw - „rożnica kulturowa jest jednak ogromna”. Rożnica kulturowa? Czlowieku, z Wlochami jest zwiazany calkiem niemaly kawalek mojego zycia, ale takiego okazu jak żyję nie spotkalam. “Wiesz, chyba chciałbym się nauczyć trochę chińskiego – bo interesuje mnie ta kultura, to wszystko”– rzecze Luigi.

Dochodzimy do bramy, zegnamy się. Moje uczestnictwo w cudzie spotkania z żywym typem idealnym laowaja (dokładnie takim, jak opisywały go niby esencjonalistyczne, niby pełne uproszczeń zajęcia, na ktore tak strasznie sie zzymalam, a które przeszłam w tamtym roku na moim chińskim uniwersytecie) i w procesie kreowania obustronnych stereotypów dobiega końca. Chociaż nie. Ja przez te stereotypy nie raz jeszcze oberwę. Grazie mille.

12

09 2010

Karaluch a sprawa pekinska

Budzi mnie dzwonek domofonu. A scislej mowiac, jego sielankowa melodyjka, ktora, jakby sprobowac przelozyc ja na slowa, brzmialaby: “och, juz teraz wszystko dobrze, przyszla ta osoba, dotarla szczesliwie po burzach i naporach swiata zewnetrznego, do przystani zawinela, witamy w domu, bedziecie sobie siedziec, pic herbatke z rozowych kubeczkow etc….” Wypelzam z loza, biore sluchawke. “Pani LL przyslala mnie tu do sprzatania” - mowi damski glos. Dobrze, zgadza sie mniej wiecej, LL, wlascicielka mieszkania, mieszkanie ma potrzebe bycia wysprzatanym, wejdzze, dobra kobieto.

Na korytarzu jest ciemno, na korytarzu jest ponuro jak w wiezieniu, na korytarzu na srodku psychodelicznie dynda opajeczona zarowka na kabelku. Pani od sprzatania weszla juz przez drwi wejsciowe, na ktorych wisi kartka z tekstem (tlum. bxy):

“Szanowny mieszkancze, gdy mieszkaniec szanowny bedzie wyprowadzal swego psa na spacer, niechaj baczy, aby pies ow nie siusial na opony, karoserie zaparkowanych na osiedlu samochodow, gdyz to je uszkadza”.

Ja szamocze sie z drzwiami wejsciowymi do mieszkania. Pani od sprzatania nacisnela juz guzik windy (przy guziku: “Szanowny mieszkancze, niechaj mieszkaniec usilnie stara sie nie wyrzucac niedopalkow przez okno, gdyz, spadajac na dachy zaparkowanych pod blokiem samochodow, niszcza one tychze samochodow karoserie, mieszkaniec wyrzucajacy bedzie pociagniety do opowiedzialnosci”. przyp. bxy: “tratatata”). Ja wciaz szamocze sie z drzwiami. Ona wysiadla juz z obskornej windy z…windziarka (polityka pelnego zatrudnienia, pani windziarka ma tam krzeselko, wentylatorek-wiatraczek i naciska takie normalne guziki jak to w windach i ladnie sie usmiecha), stoi pod drzwiami, z ktorymi ja sie mocuje. Wyobrazam sobie ja, jak stoi tam w egipskich ciemnosciach z kublem, szczotkami, szmatami i plynami do szorowania. Moze ma chustke na glowie? A ja glupi laowai, klasa prozniacza, do poludnia spiaca,  kilka dni wczesniej prozniaczo z Europy samolotem lecaca (jetlag), nie umiem nawet drzwi otworzyc. A czlowiek pracy stoi. Drzwi puszczaja. A mnie zatyka. Przede mna stoi pani w srednim wieku w bluzce z cekinami, spodniach w kancik, w sandalkach na obcasie. Ma pelny makijaz, koczek ze spineczkami i …lakier na paznokciach. Czego nie ma? Kubla, szmaty i w ogole niczego czym by mozna bylo sprzatnac cokolwiek.

Wchodzi do kuchni. Znajduje pod zlewem jakis martwy recznik, moczy w wodzie i wyciera leniwie stol, stannie omijajac zdechle pol ziemniaka lezace na blacie. Przecieram oczy. Na ustach pociagnietych czerwona szminka, w wytuszowanych oczach wyraz jakby to bylo…no jakby to bylo wszystko normalne.

Mieszkanie to znalazlam trzy dni temu. Zanim na nie trafilam, spedzilam poltora dnia chodzac po osiedlu wysokosciowcow, ktore z zewnatrz wygladaja jak apartamentowce, a w srodku maja rzeczone dydnajace lyse zarowki rzucajace cienie na obdrapane sciany i betonowe podlogi korytarzy. Naogladalam sie pokoikow wielkosci szafy, pokoikow ciemnych, pokoikow drogich, pokoikow tak brzydkich, tak przygnebiajacych, ze bezwiednie zaczynalam szukac zapadni w podlodze.  By obejrzec dwa z pokoi, wykurzylam z lozek lacznie trzy osoby. Jesli chodzi o te dwie ostatnie, chyba beda niestety mialy traume. Pod koniec dnia, gdy porzucilam juz wszelkie nadzieje, zaczelo sie przejasniac. Najpierw jasne, ladne mieszkanie nr 1. Zamieszkane jednakowoz przez 4 chlopa. Z Anglii, Niemiec, Szwajcarii i Austrii. “Uciesza sie, jak Cie zobacza” – powiada wlasciciel. Nie wiem czemu, ale zaczyna mi sie rysowac przed oczami obraz 4 blondynow w zielonych filcowych kapelusikach z piorkiem. Tak, juz, na pewno, poczekajcie tylko chwilke, chlopaki.

W mieszkaniu nr 2 wlasnie siedze.  Wielki, jasny pokoj, balkon (na hakach od stelaza na pranie zamontuje wkrotce TO:  no sami powiedzcie, ile osob w Pekinie moze miec TO na balkonie? He? Dzis zamawiam). W mieszkaniu nr 2 mieszka tajska Huaqiao (czyli Chinka urodzona tamze) i Koreanka. W mieszkaniu nr 2 mieszkaja tez karaluchy. “Ja nie moge zabijac, jestem buddystka” - powiada Tajka. “Ja tez nie moge, buddystka jestem” – mowi niewinnym glosikiem Koreanka. I wreczaja mi zabijacz, zebym ja sobie na odplate zarobila. O juz, na pewno. Drogie dziewczeta, co jest osia buddyzmu? Zrozumiec, ze kazdy skutek ma swoja przyczyne. Skutek to karaluchy w mieszkaniu. Przyczyna? Bo macie syf w kuchni. Idziemy we trzy do pobliskiego supermarketu, kupujemy plyny do mycia, chlory, rekawice i inne. Dziewczeta dziwia sie, ale nic nie mowia. To bylo wczoraj. W nocy, gdy bezsennie szwendam sie po mieszkaniu, widze jedna z buddystek w pizamce w misie z kubeczkiem z mydlinami w reku, chlapiaca na lezacego lapkami do gory i ruszajacego juz tylko jednym wasem karalucha. “Starsza siostra CLY (druga buddystka z pokoju obok) mnie nauczyla” - mowi niewinnym glosikiem. Gdy o 11:30 zwlekam sie z potwornym bolem glowy (jetlag!) i ide do kuchni, moj wzrok pada na druga z buddystek. “Dzis kupimy 硼酸 (kwas borowy) – oznajmia jeszcze bardziej niewinnym glosikiem, jakby masazystka prosila o rozluznienie, bo bedzie kark masowac – to taki proszek, posypiemy o tutaj przy rurze, za zlewem, przy kuchence i wszystkie beda – o tak” – buddystka robi gest lezenia na plecach z lapkami do gory. Dzis sprzatam living room. W przeciwienstwie do umalowanej sprzatajacej ayi z wczoraj, zamiast jezdzic szmata dookola stojacych tam figurynek Mile fo (Budda Maitreya) , podniose je i zetre kurz takze i spod nich. Pozdrowienia z Pekinu (tego zlego rekinu – jak dodawal Baranczak).

P.S. Moi drodzy stali Czytelnicy, wybaczcie, prosze. Po prostu. I dziekuje.

02

09 2010

Daktyle i trud wiecznego powrotu

Nie będzie chronologicznie, w kolejnych postach będe po prostu próbować odtworzyć moje spotkania z Chinami z ostatniego miesiąca. Zresztą chronologia nie ma już żadnego znaczenia. Jestem tutaj, w Polsce, dostają mi się jakieś kawałki mojego polskiego życia, z różnych jego etapów. Jestem w domu rodziców – mój w wynajmie. Patrze na obrazy i obrazki, które malowalam jako nastolatka, kiedy wszyscy wierzyli, że bedę artystką. Wiszą, stoją, leżą zrolowane zakurzone w moim starym pokoju. I tam już zostaną.

Podróż jest jak seria błysków. Błysk: przychodzi pan śmieciarz, zabiera resztę moich rzeczy i z wrażenia zaczyna nazywać mnie “cioteczką”. Błysk (dziwny, w moich oczach). Przechodzi mu na szczęście i znowu nazywa mnie xiao guniang. Błysk. Znosi moją walizkę. Błysk (jak by to piórko było). Sąsiadka z dołu, typowa szanghajska aiyi, czuje potrzebę pokazania mi, jak odnowiła mieszkanie. Kasetony jak u Ludwika XIV. Do nich tęczowe światło. Błysk. Sąsiad toczy moją walizkę. Kilka “do widzenia”, kilka uśmiechów, kilka “kiedy wrócisz”. Ostatni naleśnik szantuński, ostatnie mleko sojowe są za darmo. Sasiedzi i sprzedawcy machają na pożegnanie. Błysk. Dociera do mnie, że jednak, choć było to czasem tak trudne, to żołtowłosa laowajka wychodząca co czwartek po gazetę w piżamie i gadająca do wszystkich psów w okolicy w jakimś dziwnym narzeczu, była w jakiś sposob cześcią tego małego światka składającego się mniej więcej z:

a) kilkunastu obdrapanych blokow z milionem ohydnych dobudówek + mieszkańcy

b) targu, gdzie można, oprócz warzyw, przypraw, tofu, kupić żywą kurę, żywego gołębia, można też poprosić o zabicie ich na miejscu

c) pana sprzedającego żywe żaby w worku z żyłki (rano skaczące dynamicznie, później mniej dynamicznie)

d) pana sprzedającego nie-wiadomo-co, bądź świadczącego nie-wiadomo-jakie usługi (zawsze jak przechodziłam, w pojemniku obok niego nic już nie było, ulica przed nim spływała krwią, a on trzymał w ręku krwawe ostrze)

e)  Rady Ulicy i Hutongu (tak ich nazwałam, wymiennie z Radą Gerontów – siedzą na głównym skrzyżowaniu alejek i czuwają – siwe włosy, piżamy, karty do gry, “a tamten to od niej rano wyszedł, choć ślubu nie mają”)

f) pasiastej kotki (która podobno jak sasiad, pod którego drzwiami miauczała 2 dni, w końcu wpuścił do środka, natychmiast urodziła tam 6 kociąt). Błysk.

Lotnisko Pudong. Błysk – tym razem zwłowrogi – ważą i podręczny. Włożone na wagę wszystko razem waży o 10 kilo za dużo. Życzy sobie pani 1200 yuanów dopłaty? Czy wyrzucanie rzeczy? Wyciagam pudło darowanych daktyli (wielkości futerału na karabin), które wlokłam pociagiem z Hebei, czyli przez kilka prowincji. I tajwańskie czekoladki z galaretką. Mama by lubiła. Minus 3 kilo. Gdy wyciagam pierwszą książkę – traf chce, że o języku szanghajskim i kulturze z nim zwiazaną – i pytam, czy będą czytać, czy mam dać do kosza, obsługa się poddaje. Przechodzę z 7 kilo nadbagażu. Pesymista powie: no i na darmo żeś wlokła to straszne pudło daktyli i tak kto inny zje. Optymista: dobrze, żeś je miała, inaczej musialabyś zacząć od razu od ksiażek.

Błysk. Tym razem geniuszu różnorakiego: “proszę państwa tu kapitan Walerij X…… Wyruszymy z około godzinnym opóźnieniem. Niestety podczas naszego oczekiwania samoliot nie budet mial klimatyzacji, bo…, no bo…yy, on tak ma”. Chiny. Mongolia, Rosja, rudy dym nad Moskwą. Błysk. Błysk.

Dokładnie siedem lat temu wyjechałam po raz pierwszy do Azji. Też Aeroflotem, dużą, wesołą grupą (cześć z tych osób podobnie jak mnie wtedy, połknęła Azja, jedna z nich prawie dwa lata temu w Azji zginęła). Gdy tym razem Airbus (już nie Ił-86) Aeroflotu spóżnił się o tę nieszczęsną godzinę, przez co nie zdążyłam na mój samolot do Polski, usiadłam w tym samym miejscu na lotnisku, co wówczas, podczas naszego 11-to godzinnego oczekiwania na Iła do Hanoi. I co? Przez te 7 lat na Szeremietiewie nic się nie zmieniło. Tak jak wtedy – łatwiej było kupić wódkę i perfumy niż wodę. Tak jak wtedy, nie było wózków do bagażu podręcznego, które przy takim nadbagażu jak mój są koniecznością. I tak jak wtedy, były tylko 4 krzesła przy gate transferowym. Nowością była awaria klimatyzacji. Ot, witamy w Jewropie. Przed zemdleniem z wrażenia ratuje mnie butelka wody bez ceny (kto pyta po angielsku, ile w końcu kosztuje woda i czy mozna zapłacić w euro, płaci w nich słono) i wachlarz, z wypisanym ręcznie klasycznym wierszem pasującym do sytuacji (tzn. nie do siedzenia bez klimy, ale do pożegnania), który dostałam od koleżanek – Chinek wieczorem dnia poprzedniego (wtedy pomyślałam – rany, gdzie ja to wetknę?). Siedzę na moskiewskiej podłodze, rysuję z nudów innych siedzących przy ścianie ludzi. Chińczyków, Rosjan, Polaków. Czyli, że na coś sztuki plastyczne się nieoczekiwanie w życiu przydają. Mniej więcej jak daktyle.

04

08 2010

Zimno właściwe

Zimno przyszło. I to jakie (no właśnie nie wiem jakie, bo termometru nie mam, a prognozom jakoś średnio wierzę). Choć podobno jeszcze nie jest to zimno właściwe (na razie para z chuchnięcia sięga tylko ok 20 cm, jak będzie ok 40, to podobno będzie dopiero zimno właściwe).

Nigdy bym nie pomyślała, że się ucieszę, że zimno. Ale to pewnie polska dusza się cieszy – od razu mam lepszą orientację w czasie, zaczynam robić zimowe plany (to skoro i tak zimno i tak, to może pojadę do 东北 na Północny Wschód) i tak dalej. Do tej pory, odkąd przyjechałam, było jakby się czas zatrzymał, wieczne lato – coś jak niekończący się dzień, gdy leci się samolotem na Zachód, tylko w dużej skali.

W mieszkaniach nie ma ogrzewania (w ogóle na południe od Jangcy chyba nigdzie nie ma, resztą na Tajwanie też nie było, podobno w Japonii z wyjątkiem północy też niespecjalnie jest) . Na Tajwanie skończyło się to zapaleniem stawów kolanowych i akupunkturą z prądem na kilka centymetrów w głąb kolan – pomogło. Na szczęście tutaj mój starożytny klimatyzator po kilku zgrzytach ruszył i dał się nastawić na opcję „dogrzewanie”. We framudze okna była dziura grubości kciuka, zatkałam szmatą. Ale i tak siedzę w rękawiczkach i śpię w dwóch parach spodni od dresu i dwóch parach skarpet, pod dwiema kołdrami, co około 5 nad ranem i tak przestaje wystarczać.

Tu ludzie są dużo bardziej przyzwyczajeni i nic sobie z zimna nie robią. Dalej wychodzą po zakupy na osiedlowy targ w piżamach (tylko ostatnio zmienili na pikowane). Na stojących pod targiem automatach dla dzieci (takie jak za moich dziecięcych lat – sadza się młodego na plastikowe zwierzę, bądź do samochodziku, wrzuca monetę, rozlega się radosna pieśń, pojazd się kołysze, dziecię jedzie) nadal jeżdżą maluchy (mają przy tym tak zamyślone miny, że nie wiedziałabym jak do takiego dziecka zagadać, może coś z historii albo literatury?). Przy chodnikowych straganach nadal ruch – do asortymentu włączyli najbardziej pluszowe kapcie świata i podszyte misiem ochraniacze na ręce i nogi – do jazdy motorem. Chyba sobie kupię i będę siedzieć tak w mieszkaniu.

Choć ja nie mogę narzekać. Moi biedni znajomi z akademika (chińskiego, bo laowaje, co płacą 90 RMB za dobę, oczywiście wszystko mają), nie mają w mieszkaniach żadnej opcji ogrzewania (wszyscy kupują masowo piecyki, które się masowo psują i najtańsze koce elektryczne z Walmartu po 59 RMB sztuka). Nie mają też ciepłej wody. To ostatnie podobnież „dla ich bezpieczeństwa” (uwielbiam ten zwrot, odkąd w tamtym roku w Hunanie pewien pijany przeor klasztoru buddyjskiego chciał mi się wpakować wieczorem do pokoju, żeby zobaczyć, „czy jest tam bezpiecznie”). To kolejna niepodzianka (tzn. nie przeor, tylko ten brak ogrzewania i ciepłej wody), bo akademiki, a raczej całe wielgaśne osiedle studenckie wielkości warszawskiego Gocławia, są naprawdę ładne, i na zewnątrz, i wewnątrz, mieszkania (kilka pokoi, wspólny kuchnio-salon i łazienka) są jasne, odnowione w nietandetny sposób (porządne kafle, estetyczna wykładzina), mają ładne wyposażenie (chyba pierwsze ładne wyposażenie, jakie widziałam w jakimkolwiek akademiku) . Nieszczęśni muszą jednakowoż pielgrzymować z tych miłych mieszkań do umywalni, po czym, świeżo po kąpieli, z mokrymi włosami (niedobór suszarek i gniazdek) i z mydłem w dłoni, lecą z powrotem do siebie. A tam np. - jak ostatnio – 7 stopni.

W sumie to jeszcze „zimno właściwe”nie nadeszło, ale jakoś szanghajska (a przynajmniej nasza tutaj, peryferyjnie szanghajska) przestrzeń publiczna wydaje mi się przyjaźniejsza niż polska, jeśli chodzi o wspomaganie tych, co się w niej poruszają w czas zimna. Tzw. cha diany (sklepy z herbatą – straganiki oferujące kubek herbaty z dowolną domieszką – mleka, kuleczek z taro, a nawet kawy – bardzo dobre, naprawdę, to zupełnie coś innego niż to, co się dostaje w starym automacie do napojów, gdy chce się herbatę, a ktoś chwilę przedtem brał kawę), które latem pozwalają wytrzymać upał serwując napoje z lodem, teraz sprzedają gorące napoje. Z takim czymś w ręku jest od razu dużo raźniej.

15

11 2009

starszy/straszny budynek

Gdy szukałam mieszkania do wynajęcia i mówiłam w agencjach, jaki przedział cenowy mnie interesuje, to proponowano mi  mieszkania w “starszych blokach”. “Starszych to znaczy jak starych?”. “Około 25-letnich”. Przyzwyczajona do mieszkania z jednym z pierwszych okazów budownicta socrealistycznego w Warszawie, solidnego, muranowskiego ponad 60-letniego kolosa o ścianach tak mocnych, że się wiertła tytanowe gną, myślałam, że to to śmieszne, żeby nazywać 25-letni budynek starszym i w ogóle nie zrozumiałam problemu (albo nie chciałam zrozumieć, każdy kto kiedyś wylądował bardzo daleko z perspektywą dłuższego pozostania wie, w jakich warunkach podejmuje się decyzję o wyborze mieszkania). Ludzie mi oględnie mówili, że “jakość nie jest najwyższa”. Ale jak ja myślałam o jakości, to miałam na myśli rzeczy typu brak windy, albo atrakcje typowe dla polskiej wielkiej płyty – złą izolację akustyczną, stare okna, czy krzywe ściany. I mówiłam, że nie szkodzi, bo w moim 60-letnim (przerażenie w oczach rozmówcy – teraz wiem, że oni po prostu sobie wyobrażali te kłopoty, te całą zmurszałość x 3) też jakość nie jest nadmierna. I jak to zwykle bywa, myślałam, że te różne rzeczy, które mogą przytrafiać się z okazji mieszkania w budynku “o niezbyt wysokiej jakości” nie przytrafią się mi. Albo przybiorą postać jakiś małych bliżej niesprecyzowanych napraw, które w porównaniu z wrażeniem, jakie ma ktoś, kto znalazł się w 25-milionowym mieście tylko z małą walizką, będą jakąś zupełną pestką. Zresztą jest dach nad głową, prąd, gaz (z niemal zachwytem przyjełam wiadomość, że tutaj wszędzie jest instalacja gazowa, nie trzeba taszczyć butli, jak często się to działo na Tajwanie), woda, to czego więcej potrzebuję?

Tym bardziej, że znalazłam mieszkanie (to, w którym właśnie siedzę i piszę, może jednak nie wyleci dziś w powietrze) ładne, czyste, jasne i sympatyczne. Oczywiście na klatce jest wszystko. Stare kubły, połamane meble, klatka kanarka bez kanarka i Momo, bobtail sąsiadów – ledwie poznałam, że to bobtail, bo ogolony, żeby mu było chłodniej. Śpi na klatce, bo w kawalerce się nie mieści (o sensie trzymania ogolonego bobtaila w kawalerce w klimacie subtropikalnym chyba nie napiszę, bo jakoś nie wiem, jak to ująć). Na zewnątrz, dzięki milionom dobudówek z różnych materiałów, prętów do suszenia bielizny, pordzewiałych klimatyzatorów, starych doniczek i innych podolepianych do betonowego, omszałego budynku gratów, rzecz też nie jest może najpiękniejsza.

Tylko że to nie o estetykę chodzi. Te budynki od “nowszych” dzieli całą epoka, a nade wszystko system, w jakim je wykonano – i tego nie da się przeskoczyć, to nie jest coś, co może przytrafić się innym mieszkającym, w formie konieczności drobnej naprawy. Mój budynek to jeden z ostatnich przykładów konstrukcji powstałych w warunkach nieobecności rynku budowlanego. Innymi słowy, to owoc wspólnotowego budowania, ideału, gdzie każdemu się należało, gdzie mieszkanie było prawem (a nie wyborem, bo to chyba w tej sytuacji właściwa opozycja). Można było w nim otrzymać miejsce na zasadzie przydziału, a nie kupić.  Jaki ma wpływ taki ideał na jakość produktu (szczególnie w kraju, gdzie trzeba było w ten sposób zapewnić dach nad głową niebotycznej liczbie ludzi), nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Chyba tylko mi.

Mój socrealistyczny muranowski kolos zapowiadał nową epokę (mój obecny budynek zaś znaczy schyłek pewnej epoki), ale jednocześnie był jednym z ostatnich wyrazów kunsztu znakomitych przedwojennych architektów, więc nie mógł tak po prostu od razu się rozlecieć. No i co tu dużo mówić - został zbudowany z bloków z miału z cegieł wypalonych w płomieniach Getta.

A tutaj – najpierw, po większych deszczach w ciągu dwóch dni zapleśniała dosłownie calutka ściana - na równo, na zielono, jak trawa, tylko w pionie. Fakt, że była wilgotność tak straszna, że czułam, że oddychając dosłownie się topię. Ale ta ściana – tak jakby to była latami nasiąkana gąbka. Potem jeszcze kilka małych oznak rozkładu. A teraz właśnie czekam na pogotowie gazownicze. No bo dziś przychodzę i coś upiornie śmierdzi gazem, aż głowa boli. Poluzowało się dosłownie chyba w ciągu kilku godzin. Kazali otworzyć drzwi, nie używać gazu i czekać, że będą za godzinę. No to czekam. Co będzie następne.

P.S. Rura. Nie da się zakręcić, bo to przed zaworem. Pan z pogotowia gazowego kazał otworzyć wszystkie okna, zamknąć drzwi do pokoju, gdzie śpię i czekać do jutra rana, aż przyjdą z nową rurą. Kurcze, nie mam ochoty, ale może pójdę przetańczyć do świtu?

06

10 2009