Luigi sta cercando un’ appartamento
W agencji, poprzez którą wynajmowałam mieszkanie pracują sympatyczni ludzie. Przez te godziny oczekiwania na decyzje rozpieszczonych warunkami panującymi na mieszkaniowym hulajacym wolnym rynku Pekinu fangdongow (właścicieli mieszkań), podczas oglądania stosów mieszkań (w formie wieżowców wciśniętych pomiędzy trzy wielkie uczelnie, siedzibę Googla, Microsoftu i chińskiego portalu Sougou) zdążyliśmy się zbratać, zjeść razem obiad i milo pogadać. Każdy z nich to przyjezdny – np. Lm jest z Wenzhou, Lxw z dalekiego Gansu. Pracują bez przerwy, pracują w niedziele, każde z nich od świtu do nocy wisi na telefonie, kazde gada przez ten telefon z innym akcentem (Lm gdyby miała powiedzieć łopata, powiedziałaby wopata, Lxw powiedziałby raczej opata i z pewnością udałoby mu się przy tym jakimś cudem zaseplenić). I niestrudzenie podnoszą PKB stolicy. Parę dni temu Lxw zaofiarował się przytargać gigantyczne 5 paczek z moim szanghajskim dobytkiem, które przyszły poczta. Gdy wczoraj zadzwonil z prośbą o pomoc, odłożyłam artykuł o „krzewieniu cywilizowania w internecie”, zwlekłam się z mojego pasiastego hamaka zainstalowanego z powodzeniem na balkonie (z hamaka widać czerwony, krzywy neon i od dziesiątków lat nie używane schody pożarowe zapuszczonego hoteliku ale i górne pietra migocącej siedziby Microsoftu). Przeszłam się do biura uliczkę dalej.
Problem, który wymaga rozwiązania siedzi na środku biura. Nazywa się Luigi i jest z Rzymu. Oni nie rozumieją jego angielskiego, on nie rozumie ich. „Czy możesz się dowiedzieć, jakie ma wymagania w stosunku do mieszkania? Bo pokazaliśmy mu już tyle i nadal się nie podobają”. Va bene, ci stiamo, io posso tradurre, w końcu po włosku zem się w życiu nagadała swoje, zas tlumaczenia chinsko-wloskiego w zyciu nie robilam, chetnie na Was sprobuje. Luigi jest zdenerwowany, obgryzajac paznokcie, ze swoim ciężkim rzymskim akcentem mowi:“no wiec, to co oni mi pokazują, wygląda jak po wybuchu bomby podczas drugiej wojny światowej. Czy tu wszystko musi byc takie brzydkie? Powiedz im, ze ja chce ładne mieszkanie, ze ja mieszkam w Rzymie, w historycznym centrum, ze ja mam pieniądze, ze ja jestem przyzwyczajony do pewnej estetyki!”. Oho! Oczy ma, pomimo żeśmy w środku biura, nieprzeniknione, bo zasłonięte wielkimi raibanami. Wiec z braku kontaktu wzrokowego mój wzrok prześlizguje się na nazelowane włosy z grzywka. Tłumaczę, z pominięciem tego o bombie, o przywiązaniu do estetyki i ustępu o kasie. “Ale my mu pokazujemy najlepsze mieszkania w ramach tej ceny, ktora on chce zaplacic” – to Lm. “Powiedz im, ze mam mnóstwo pieniędzy, tzn mój ojciec ma mnóstwo pieniędzy, mogę zapłacić duzo, jezeli pokazecie mi cos, co mi sie spodoba”. A niech ma. Tłumaczę słowo w słowo. „Z czego się śmiejecie?” pyta Luigi.
Staje na tym, ze pokażą Luigiemu jeszcze jedno mieszkanie, na innym, nowiutkim i ładnym osiedlu. „Spodoba mu się” – mówi Lm. Proszę, pójdź ze mną, prosi Romano. Błagam, pójdź z nami, prosi Lxw, zaproszę Cie na taki gorący kociołek jaki tylko będziesz chciała.
Osiedle jest naprawdę śliczne – ma fontannę i strumyczek (!), ma zadbany ogród pomiędzy nowiusieńkimi wieżowcami. W oczach Lxw i Lm to zapewne najbardziej europejska i zachodnia rzecz jaka można znaleźć w naszej dzielnicy. I rozpieszczony fangdong zgadza się, żeby Luigi mieszkał tam tylko 5 miesięcy. Robie wielkie oczy, gdy widzę standard wykończenia na klatkach. Na osiedlu na którym mieszkam, tylko z zewnątrz budynki wyglądają jak apartamentowce, w środku – no dobra, może Luigi i ma trochę racji, rzecz wygląda jak bunkier. Nie po wybuchu, ale po intensywnym uzytkowaniu. Tutaj posadzka i kinkiety. “E bellissimo qui” – wyrywa mi się. “Dla mnie tutaj wszystko wygląda ohydnie, to nie jest ten standard, no ale skoro tak mówisz” – Luigi krzywi twarz, znowu nie widzę jaki ma wyraz oczu. “Ty pizzozerco” – mowie w myślach. “Co on mówi?” - dopytuje się Lxw. “Ze jest zmęczony” – tłumaczę na chiński.
Mieszkanie jak dla mnie świetne. Luigiemu się nie podoba. Choć nie, wydaje z siebie unikalny wloski dzwiek brzmiacy mniej wiecej: “boh” – oznaczajacy troche nielubienie, troche obojetnosc a troche zniecierpliwienie.“Właściwie to nie wiem, jakoś tak, no jakoś…boh. Mam pewne wymagania, z których nie zrezygnuje…chociaż gdyby było tańsze, to bym wziął…”. “Tak?” - to ja. “Tak”. Lxw dzwoni do właściciela, rozmawiają o obniżce. Staje na tym, ze fangdong mógłby ewentualnie opuścić 200 yuanow, jesli Luigi jeszcze dzis zaplaci. Ja przekazuje to Luigiemu. Uśmiecha się z politowaniem, ze niby my, ludzie Zachodu: „Wiesz, w sumie to nie jest sprawa pieniędzy, to w sumie i tak wszystko są grosze”. I dodaje: „Najwyżej będę mieszkał w hotelu. A tak w ogole, to chyba nie chce jednak mieszkać sam, wolałbym z innymi, ale żeby to nie byli Chińczycy, tylko ludzie z Zachodu. Najlepiej native-speakerzy angielskiego albo francuskiego”.“Ile płacisz za hotel?” – dopytuje się przez mnie Lxw. „500 yuanow na dzień” – to można zrozumieć bez tłumacza, zreszta Luigi doklada staran, zeby bylo to jasne. Lxw otwiera buzie. “A mówiłem Wam, ze mam mnóstwo pieniędzy” – powiada rzymska twarzy z mina, jakby udało mu się wszystkich przechytrzyć.
Wracamy na nasze osiedle – oni szukać dalej, ja po moje buty do joggingu – możne jak trochę pobiegam, przestane wreszcie mieć kłopoty z bezsennością. “A tak w ogóle czy możemy zrobić przerwę w tym oglądaniu, napiłbym się kawy, ja jestem Włochem, my bierzemy życie na luzie, po co tak latać w kolko” – mówi Luigi w miejscu gdzie można kupić kapustę z trójkołówki, żywą kurę, załatać oponę roweru, wszystko, tylko nie dostać małą, białą filiżankę espresso. Lxw znika na chwile w sklepiku, wynurza sie z 3 neskami w puszce. Jedna „te nong” – super mocna – Lxw jak pracował jako barman w knajpie dla laowajow na Chaoyangu, dowiedział się, ze Włosi lubią kawę malutka i skoncentrowana. Biorę jedna. “Nie pijam Nescafe” – dopada mnie glos z boku. Super – biorę druga. “Co on mówi?” – na twarzy Lxw znowu maluje się niepewność i podejrzenie. Mi kończą się pomysły na tłumaczenie. „To jest skandal i organizacja do niczego. Zeby tyle szukac mieszkania. Od rana z nim chodze. Jak ja bym sie za nich wzial… Chociaż w sumie mieszkać z kimś to tez jest problem – skąd mam wiedzieć czy będę się z tymi ludźmi dobrze dogadywać?”… Obawa w oczach Lxw: “Co on powiedzial?”. Luigi: “Co mu powiedzialas?”
„Boje się, ze będzie mi trudno znaleźć, coś, co mu się spodoba” – wzdycha Lxw - „rożnica kulturowa jest jednak ogromna”. Rożnica kulturowa? Czlowieku, z Wlochami jest zwiazany calkiem niemaly kawalek mojego zycia, ale takiego okazu jak żyję nie spotkalam. “Wiesz, chyba chciałbym się nauczyć trochę chińskiego – bo interesuje mnie ta kultura, to wszystko”– rzecze Luigi.
Dochodzimy do bramy, zegnamy się. Moje uczestnictwo w cudzie spotkania z żywym typem idealnym laowaja (dokładnie takim, jak opisywały go niby esencjonalistyczne, niby pełne uproszczeń zajęcia, na ktore tak strasznie sie zzymalam, a które przeszłam w tamtym roku na moim chińskim uniwersytecie) i w procesie kreowania obustronnych stereotypów dobiega końca. Chociaż nie. Ja przez te stereotypy nie raz jeszcze oberwę. Grazie mille.

