Posts Tagged ‘(neo)konfucjanizm’

Opowiesć wigilijna

17 marca 2010 roku rano 17-letnia Tian Yu weszła na czwarte piętro dormitorium i skoczyła z okna. To był drugi z dwunastu przypadków skoku z budynku, które wydarzyły się tamtą wiosną w należącej do tajwańskiego Foxconnu (Fushikang) największej fabryce swiata (w chwili gdy Tian Yu skakała, fabryka w Kantonie miała blisko pól miliona pracowników). Srednia wieku skaczących 21 lat. Tian Yu jako jedna z dwóch osób, które skoczyły, przeżyła. W najnowszym, noworocznym, poswięconym w całosci opowiesciom dziennikarzy, pisarzy ale i “zwykłych ludzi” o ich ojcach, numerze Nanfang Zhoumo, Tian Yu opowiada o swoim ojcu. Kika dni wczesniej opowiedziała o swojej pracy w Fushikang i o swoim obecnym życiu dziennikarzowi 第一财经日报 – diyi caijing ribao – “Pierwszego dziennika finansowego”. Spróbuję odtworzyć z tych dwóch tekstów tę historię. Żeby nie było tylko o ojcu, ale i o córce.
Choć w szkole nie była dobrą uczennicą, ojciec nigdy jej nie karał. Ukarał tylko raz, gdy użyła jako dziecko brzydkiego wyrazu. Dostała po buzi tak, że aż poleciała krew. Młodszy brat Tian Yu jest głuchoniemy, jest jeszcze młodsza siostra. Rodzina mieszka na henańskiej wsi, ma trochę zwierząt (po tym, jak Tian Yu skoczyła z okna, czesć zwięrząt wyprzedali, żeby mieć na opłatę za szpital), zimą ojciec najmuje się do pomocy jako pracownik sezonowy. Tian Yu skończyła gimnazjum i nie ma co ze sobą robić. Marzy, że będzie miała sklep z butami w miasteczku. Ale póki co nie może siedziec w nieskończonosć w domu, postanawia jechać do Kantonu pracować. W artykule dla Nanfang (Tian Yu mówi, dziennikarz spisuje) opowiada o tym, jak ojciec bał się, że jako młoda, niedoswiadczona, będzie doswiadczać krzywdy i upokorzeń. Dla Caijing Ribao relacjonuje, jak przed wyjazdem rodzice uczyli ją, jak radzić sobie z ewentualnymi zniewagami – “wytrzymuj, znos w ciszy”. Pomimo nakazu tradycji, który mówi o tym, że dziecko powinno spędzać chiński Nowy Rok z rodziną, rodzicami, dwa dni przed Nowym Rokiem Tian Yu wsiada w pociąg i jedzie ze srodka kraju na wybrzeże – w kierunku przeciwnym niż wszyscy inni, wracający do domów na swięta robotnicy.

Pierwszego dnia (“miałam szczęscie, przyjęli mnie już po dniu stania w kolejce, bo to było tuż przed Nowym Rokiem i potrzebowali ludzi”) wytrzymuje, choć płyna jej do oczu łzy. Gdy podczas przeszkolenia pyta się, czy dobrze wykonała zadanie, nadzorczyni potwierdza, a potem, podczas kontroli, ta sama nadzorczyni publicznie ja wysmiewa i krytykuje za…źle wykonane zadanie. Najpierw nie musi zostawać dłużej przy tasmie, bo jest niepełnoletnia, ale wkrótce zostaje jak wszyscy. Kilkanascie godzin codziennie na stojąco przy tasmie, wykonując tę samą czynnosć. Wtedy po raz pierwszy wydaje jej się, że straciła czucie w rękach i nogach. Zanim nieopatrznie utopi kupioną przez ojca komórkę w wodzie, powie mu jeszcze i to.
W dormitorium mieszka ich 8 w pokoju, ale, ponieważ każda z dziewczyn pracuje w innym dziale (Tian Yu sprawdza zmontowane ekrany do Apple’ów) i na różne zmiany, zna imię tylko jednej z nich. Atmosfera jest zimna, nie ma z kim porozmawiać – nie to, co w domu, na wsi. Tian Yu ma tylko jedną koleżankę, z którą zapoznała się podczas stania w kolejce. Żeby 500 kuajów, które dał ojciec na dworcu, na dłużej wystarczyło, w ramach rozrywki przechadzają się po ulicach handlowych i do supermarketu. W tym ostatnim wkładają towary do koszyka, objeżdżają sklep, a później odkładaja rzeczy z powrotem na półkę.
16 marca zostaje już tylko 10 kuajów (czy 5, jak wspomina druga z gazet, nieważne, mało). Minął już miesiąc, a wypłaty jeszcze nie ma. Tian Yu pyta koleżanki z dormitorium, gdzie odebrać kartę z pensją. Nie wiedzą, kierują do kierownika działu. Ten odsyła do filii fabryki na drugim końcu miasta. Za większosc pozostałych pieniędzy Tian Yu kupuje bilet i jedzie godzinę autobusem. Zaczyna się kolejna porcja odsyłania. Z jednego budynku do drugiego, z drugiego do trzeciego i tak dalej w nieskonczonosć. “Nie wiem ile godzin tak chodziłam, szukałam i szukałam i szukałam, a miejsca, gdzie mam odebrać kartę nie było i nie było” – płacze Tian Yu reporterowi Jingji Ribao.

Do dormitorium wraca na piechotę, bo nie ma już pieniędzy na bilet. Idzie przez całe gigantyczne miasto. Kładzie się na łóżko, ale nie może spać, bo jest tak wsciekła. Płacze. Nikt się nie pyta, co się stało. Rano gdy sobie przypomina zdarzenia dnia poprzedniego, zalewa ją wsciekłosć. W tej wsciekłosci biegnie ledwie piętro wyżej i w 35-tym dniu pracy skacze.
Budzi się po 12 dniach i nie poznaje własnego ojca, który siedzi przy łóżku – 40-latek ma całkiem białe włosy. W swojej opowiesci o ojcu mówi, że ten ukradkiem gotuje w elektrycznym garnku kleik, bo Tian Yu, z wieloktornie złamanym kręgosłupem, sparaliżowana od pasa w dół, z połamanymi kończynami, uszkodzonymi narządami wewnętrznymi, ma problemy z trawieniem. Caijing Ribao przedstawia inny jeszcze powód – jedzenie w szpitalu jest zbyt drogie dla rodziny, pichcąc ukradkiem kleik, zaoszczędzają trochę pieniędzy. Ojciec podpisuje porozumienie z Fushikangiem. Rodzina dostanie 180 tysiecy yuanów, wypłacone w oparciu o “humanitarną postawę” (tak ujmuje to porozumienie) fabryki. Ojciec ani Tian Yu nie rozumieją, co znaczy to wyrażenie.

Za dalsze opercje Tian Yu trzeba płacić. W opowiesci dla Nanfang Tian Yu mówi, że to ona sama poprosiła ojca, aby nie jeździła już więcej na drogą rehabilitację, w drugiej z opowiesci to rodzice sami, widząc topniejące fundusze 5 osobowej rodziny, w której dwoje dzieci jest niepełnosprawne, a trzecie, młodsza siostra Tian Yu, rzuca szkołę, by pomagać w domu, decydują o zaprzestaniu kosztownych zabiegów. W opowiesci o ojcu ten kupuje córce komputer, żeby jej się nie nudziło i piecyk na zimę, “bo sparaliżowanemu zimno”, nigdy nie pyta o powodu skoku, nic nie wypomina, znosi to, co się stało cierpliwie. W opowiesci dla Caijing Ribao pan Tian Jiandang (można przetumaczyc jako “Budujący-Partię Tian”) stwierdza krótko: “dzieciak, to i nie rozumie”. Nie rozumie, że upokorzenia trzeba znosić, pochylać głowę i nic nie mówić. Że brak pensji to nie koniec swiata.

Nanfang Zhoumo pierwszy numer tego roku – Roku Królika – poswięca opowiesciom o ojcach. Pisze we wstępniaku, że znak “ojciec” zapisany tak, jak na najstarszych kosciach wrózebnych, wyobraża tego, który trzymając rodzaj drąga wychowuje dzieci. “Ojciec jest Niebem dla dziecka” – w tym sensie, ze to on nadaje prawa, karze, ustanawia porządek. Jest początkiem – tak jak początkiem jest chiński Nowy Rok (inaczej Swięto Wiosny). Czyli nie tylko w sensie chronologicznym, biologicznym, ale i moralnym. Co ciekawe, dla autora wstępniaka to typu stwierdzenie jest nie tyle okazją do przypomnienia synowskich powinnosci i cnót (孝 xiao), o których to tradycyjnych cnotach coraz większa grupa młodych przypomina sobie dopiero własnie na Nowy Rok (choć refleksja na temat, chociażby po przeczytaniu wypowiedzi Tian Yu, która przecież zrobiła cos, co najradykalniej zaprzecza 孝, jest nieunikniona), ale punktem wyjscia do podkreslenia… fundamentalnej równosci ojców. Każdy z nich dla dziecka znaczy – powinien znaczyć – to samo. “Ten, co ma w dłoniach motykę, ten z młotkiem, z nożem chirurgicznym i za kierownicą od dobrego samochodu” – pisze Nanfang – “urzędnik i nonmingong”. Ten, którego latorosl w zabawie “a mój tata…” zawsze wygrywa i ten, którego dziecko zawsze przegrywa. Li Gang (hasło “Li Gang” nie pojawia się w żadnym z tekstów wprost, ale i tak wiadomo, o co chodzi) i Budujący-Partię Tian. Ech, idealistyczny Nanfang Zhoumo.

No, już koniec wigilijnego smucenia –

żeby ten rok – Rok Królika – był faktycznie początkiem, ale tylko dobrych rzeczy!

P.S. Po serii samobójstw wsród młodych robotników (ale oczywiscie nie tylko to było powodem), Foxconn przeniósł czesć produkcji do srodka kraju. Rosnące koszty produkcji, kryzys, duże koszty społeczne (do dostrzeżenia czego te 12 skoków bardzo się przyczyniło) takiego systemu produkcji oraz plany rządu, aby rozwijać zachód kraju sprawiają, że robi tak nie tylko on.

P.P.S. Artykuły:

http://news.hexun.com/2011-01-24/126968840.html

http://www.infzm.com/content/55157

03

02 2011

Coca-cola i chrześcijanie jak dzieci

Profesorów, z którymi tu się zetknęłam, można podług przyjętych przez nich założeń wstępnie podzielić na dwie kategorie. Pierwsza z nich to ci, którzy przyjmują aparat opracowany przez tzw. zachodnich badaczy i podług tego analizują Chiny. Pojawia się więc Delida (Derrida), Geerci (Geertz), Fouke (Foucault), Bate (Barthes) i inni. Tego rodzaju profesorowie, z którymi tu się zetknęłam, robią swe badania, jak dla mnie, w sposób całkiem twórczy. Tak jak pani profesor, która w świetny sposób mówiła o szanghajskiej tożsamości jako (wielokrotnie) konstruowanej i o Szanghaju jako wspólnocie wyobrażonej. Jest narzędzie, które jakoś działa, są dość ciekawe rezultaty. Druga kategoria to ci, którzy wszystko , co dzieje się we współczesnej kulturze Chin widzą jako “naśladowanie Zachodu” i widzą antidotum w studiowaniu/przywracaniu “tradycyjnej” kultury Chin, albo chociażby “demaskowaniu” wszędzie czającego się “Zachodu”, a zwłaszcza Ameryki. Zdaje się, sławy tutejszego wydziału (dość zgodnie uznawanego za najlepszy w swej dziedzinie w Chinach), należą w większości do tej właśnie kategorii. Choć wiadomo, że ten prąd istnieje – np. w postaci neokonfucjanizmu (konfucjanizm jako lek na całe zło współczesności) i pełni ważną rolę polityczną, to nie myślałam, że jest tak bardzo dominujący w życiu uniwersyteckim.

Argumenty “z coca-coli” (typu: “współczesny świat cały jest jak Ameryka, wystarczy popatrzeć, wszyscy noszą jeansy i piją coca-colę”) aż mnie wykręcają.

Na jednych zajęciach prowadzący ex cathedra robi porównanie poszczególnych religi świata do etapów rozwoju człowieka. No więc chrześcijaństwo i islam jako okres dziecięcy – karzący ojciec, zero moralności, tylko system kar i nagród. Potem jest trochę lepiej, bo wiek średni i buddzm – czyli rodzące się współczucie, a więc i moralność. Oczywiście najwyższy etap rozwoju to starość i odpowiadający jej taoizm i ogólnie wszelkie chińszczyzny, jako utożsamienie człowieka z naturą. Pomijając fakt, że takie porównania to część historii nauk społecznych znienawidzonego przez prelegenta Zachodu i że generalnie to mogą robić za przedmiot badań, a nie za ich podstawę, to nie wiem po prostu, jaki jest cel, oczywiście poza budowaniem chińskiej dumy (na schematach dotyczących obcych, choć i rodzimych reprezentantów pierwszego etapu rozwoju jest niemało).

A taki obcy – umniejszony, dziecinny – doświadczam tego na własnej skórze, kiedy współstudenci pytają mnie, czy wiem, kim był Mao Zedong (czy oni sami wiedzą?) i czy dlatego zaintresowałam się Chinami, że oglądałam dużo filmów kungfu.

22

09 2009