Posts Tagged ‘Pekin’

Z historii jednego pożaru

Wchodzę na krajowej Gazety stronę i rzuca mi się w oczy tytuł: “Tragiczny pożar w nielegalnej szwalni w Pekinie – 17 ofiar”. Treść artykułu wygląda tak:

Jak podaje [nazwa źródła], w pożarze ranne zostały także 24 osoby. Ogień zauważono nad ranem. Według relacji świadków, płomienie szybko objęły czterokondygnacyjny budynek, położony w południowej części Pekinu.

Na zapleczu nielegalnej szwalni znajdowało się miejsce do spania dla robotników sezonowych. Większość ofiar śmiertelnych to osoby, które zmarły w wyniku uduszenia się dymem.

W dzielnicy Daxing, gdzie doszło do tragedii, znajduje się wiele tego typu małych zakładów produkcyjnych. Część z nich działa bez odpowiednich zezwoleń.

Nocą pomieszczenia wykorzystywane są jako tanie miejsca do spania dla robotników sezonowych. W małych pokojach na kilkupiętrowych pryczach często śpi nawet kilkanaście osób. Jak podaje Xinhua, większość ofiar śmiertelnych pożaru to właśnie robotnicy sezonowi.

Wchodzę na pewien wielki chiński portal informacyjny. Jest artykuł, “Poważny pożar w pekińskim Daxing – 17 ofiar śmiertelnych i 24 rannych”:

O godzinie 1:13 nad ranem, na ogólny numer alarmowy 119 napłynęło zgłoszenie o pożarze w budynku mieszkalnym w dzielnicy Daxing. Po odebraniu informacji policja natychmiast zebrała 7 zastępów straży pożarnej, 27 wozów strażackich i blisko 200 policjantów i ratowników, którzy zostali wysłani na miejsce by ugasić ogień i ratować życie. O godzinie 2 nad ranem ogień został ugaszony. Wedle wstępnych szacunków ogień spowodował śmierć 17 osób i obrażenia u 24, 30 osób wypuszczono po badaniach. Obecnie ranni przebywają w szpitalu, gdzie otrzymują pomoc lekarską.

Wydarzenie zostało potraktowane z powagą przez Miejski Komitet Partii i Urząd Miejski. Członek Centralnego Biura Politycznego KPCh, Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii Liu Qi i Wice-Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii, Prezydent Miasta Guo Jinlong udali się na miejsce, żądając, aby z całych sił ratować poszkodowanych i wykonać odpowiednią prace, aby naświetlić przyczyny tragedii. Wiceskretarz Miejskiego Komitetu Partii, przewodniczący Miejskiej Rady Politycznej, sekretarz Rady Polityczno-Prawnej Miejskiego Komitetu Partii Wang Anshun, członek Miejskiego Komitetu Partii, sekretarz… [i jeszcze 4 określenia] udali się na miejsce aby organizować akcję ratunkową. Wang Anshun, otrzymawszy pełnomocnictwo Ding Xiangyanga i Guo Jinlonga udał się do szpitala, aby koordynować akcję pomocy poszkodowanym.

Zarząd Miasta zadecydował, że inspekcja bezpieczeństwa, policja i tym podobne służby uformują specjalną jednostkę do badania przyczyn tragedii, naświetlenia ich i surowego pociągnięcia do odpowiedzialności winnych zgodnie z prawem, zarząd dzielnicy utworzył zaś jednostkę likwidującą skutki tragedii. Obecnie trwają prace dochodzeniowe.

I ta sama historia z innego wielkiego chińskiego portalu informacyjnego: “Budynek w pekińskim Jiugongzhen, w którym powstał pożar zaliczał się do budowli nielegalnych”

25 w nocy w pekińskiej dzielnicy Daxing miał miejsce poważny pożar, wstępnie mówi się o 17 ofiarach śmiertelnych i 24 rannych. Jak poinformował reportera zastępca straży pożarnej dzielnicy Daxing, Chang Hongyan, wedle wstępnych szacunków, wszystkie ofiary i ranni pochodzili spoza Pekinu.

Jak powiedział Chang Hongyan, budynek w którym doszło do pożaru, należał do kobiety o nazwisku Zhang i zaliczał się do budowli nielegalnych. Parter budynku wynajmowany był przez parę z Chongqingu, która prowadziła tam szwalnię o nazwie „Szwalnia Yuyun”, pracowało w niej kilkanaście robotników, wedle wstępnych ustaleń zakład nie miał zezwolenia na pracę, zaliczał się do zakładów nielegalnych. Na kolejnych piętrach budynku znajdowały się dormitoria dla przyjezdnych spoza Pekinu.

[dalej następuje opis wyglądu budynku po pożarze]

Chang Hongyan ujawnił, że za szwalnią znajdowały się niewielkie drzwi prowadzące do dormitorium, gdzie mieszkało kilkanaście osób. Wedle wstępnych osądów, źródło ognia znajdowało się na parterze, ofiary również znajdowały się na parterze.

“dziś ustaliliśmy, że idziemy na tę samą zmianę, wczoraj wieczorem jeszcze byliśmy razem” – mówi pan Li z Anhui, który przyjechał do Pekinu pracować dorywczo. Dwie osoby z jego miasteczka mieszkały w budynku, który uległ pożarowi, obecnie nie można się z nimi skontaktować.

Według Chang Hongyan, większość ofiar śmiertelnych uległa uduszeniu. Szef szwalni został poparzony i obecnie znajduje się w szpitalu. Właściciel budynku nie mieszkał w nim.

Obecnie trwają prace na miejscu i nad ustaleniem przyczyn wypadku.

 

Pomijam w tym wpisie stronę GW (na której, jak wiadomo, Chiny pojawiają się przeważnie w kontekście jakichś tragedii, krzywd i prześladowań – np. wczoraj zatrzymanie w mojej dzielnicy kilkuset zwolenników pewnego nielegalnego tutaj niewielkiego odłamu chrześcijaństwa) – czym się różnią od siebie pozostałe dwa źródła i ich sposób pisania? Podpowiem – jedno medium to agencja Xinhua – państwowe, podlegające bezpośrednio Radzie Państwa i Departamentowi Propagandy KPCh (ostatnio zmieniono tej jednostce jej angielską nazwę na “Publicity Department”, bo raz, że na Zachodzie propaganda źle się kojarzy, a dwa, że chińskie 宣传 jednak ma trochę inne zabarwienie). Drugie z mediów to dziesiąta najpopularniejsza witryna świata – QQ – medium prywatne (jak to się ładnie tu mówi, żeby nie nadużywać słowa “prywatny” – 草根企业 grassroot company, czyli, że “inicjatywa oddolna”), notowane na giełdzie, dużą część udziałów ma Naspers. Xinhua najczęściej nie dopuszcza w ogóle opcji komentowania pod artykułami, QQ to przede wszystkim wielki portal społecznościowy i komunikator, mieści też w sobie rozległe fora. Która informacja pojawiła się na którym z portali?

Tak, oczywiście, że ten artykuł skrojony wedle nieśmiertelnego modelu, że “owszem wydarzyła się tragedia, ale wszystkie służby i oficjele własnymi rękoma przez ustne polecenia i osobistą troskę przywróciły już porządek” pojawił się w medium prywatnym, czyli na QQ. I tak, informacja o nielegalnym zakładzie, który nie miał zezwoleń, gdzie za dnia pracowano a w nocy spano w tłoku na zapleczu, pojawiła się na portalu agencji Xinhua, podlegającej bezpośrednio Partii.

Panuje – także i wśród niektórych kręgów tutaj – opinia, że media niecentralne czy niepaństwowe (najlepiej z “nanfang” – czyli “Południe” w tytule, żeby pokazać, że nie północne, czyli nie-pekińskie) lepiej informują. Oczywiście tego typu opinie nie imają się starszego pokolenia, które nadal jest absolutnie przekonane, że jedyna prawda daje się wyczytać z Renmin Ribao (opowiadano mi, że przy najmniejszej próbie podważania, pewien teść, laoganbu – stara gwardia – nieomal dostaje zawału, tudzież chce bić kapciem, więc od paru lat cała rodzina po prostu mówi “ale tak, tak, oczywiście”).

No więc co się dzieje? Media prywatne przy publikowaniu wiadomości muszą czerpać wzór z mediów centralnych i agencji Xinhua, albo po prostu pisać za nią, portale internetowe nie mają prawa przeprowadzać niezależnych śledztw dziennikarskich. Pożar wydarzył się w nocy, żeby przyciągnąć czymś z samego rana czytelnika i zwiększyć ilość kliknięć, która przecież decyduje o dochodach, trzeba by informację o pożarze w stolicy, i to ze sporą ilością ofiar, podać. Tylko jak tu podać, kiedy Xinhua jeszcze nic nie napisała (bo ogólnie Xinhua, jak nietrudno się domyśleć, reaguje dość wolno)? Wówczas włącza się, jak w Windowsie po złym zamknięciu, 安全模式, tryb bezpieczeństwa. Taki, jaki rządził przez lata i – owszem – nadal rządzi (co jest widoczne szczególnie podczas raportowania o każdym trzęsieniu ziemi, powodzi etc.) w mediach centralnych – tragedia wykorzystywana do pokazania ładotwórczej, normalizującej, ramotwórczej funkcji władzy i jej mocy. Artykuł z portalu QQ pochodzi z godziny 07:07 rano. Artykuł z Xinhua z 12:23 w południe. Po tej godzinie w mediach “oddolnych”, w tym i na QQ, pojawiają się dopiero informacje, że ofiarami byli przyjezdni nielegalni robotnicy. Ale w tonie łagodniejszym i mniej dobitnym niż w przypadku Xinhua, cóż, wiadomo, autokontrola to najlepszy rodzaj kontroli. I cele nie te.

Wiadomo, warto czytać Renmin Ribao i to, co pisze Xinhua, aby widzieć, jak kształtują się oficjalne poglądy, na jakie zmiany się zanosi. Tylko, że np. Renmin Ribao nie sposób dostać w kiosku, na uwolnionym i bogatym rynku prasy. Co najwyżej w bibliotece, w jakiejś instytucji publicznej czy przez prenumeratę. Ale już sama agencja Renmin Ribao trzyma się bardzo dobrze, ma co najmniej kilkanaście tytułów najróżniejszych tygodników. W jednym z nim – “Tygodniku Pekińskim” parę tygodni temu przeczytałam artykuł o – prawdopodobnie liczonych w dziesiątkach jeśli nie setkach tysięcy -  nielegalnych przyjezdnych, którzy z racji zawrotnych cen mieszkań w Pekinie, nie mogą sobie już nawet pozwolić na tłumne zamieszkiwanie malutkich mieszkań gdzieś na obrzeżach i schodzą do podziemia, gnieżdżąc się w piwnicach, kotłowniach, bez wody, toalety, za jedyną własną przestrzeń mając pryczę. Artykuł uznaje istnienie problemu, zapowiada zmiany i zaprowadzenie porządku (problem na razie doczekuje się rozwiązań typu plombowanie i przymurowywanie wejść). W innym z tygodników Renmin Ribao – “Materiałach kulturowo-historycznych” przeczytałam np. bardzo ciekawe artykuły o zepsuciu elit byłego obozu socjalistycznego (mam nadzieję, że uda mi się w najbliższym czasie napisać coś o tych tekstach). No więc media centralne, “propagadowe” mają pewne mocne karty w ręku i sporo robią, aby zatrzymać czytelnika na trochę w tej medialnej kakofonii, różne ciekawostki można w nich odnaleźć. Artykuły czasem zapowiadają zmiany, poprzedzają wprowadzanie jakichś programów i decyzji. Tylko czy ta wiedza wystarczy, żeby dobrze zabalansować i przewidzieć, co napisze Xinhua o pożarze w nielegalnej szwalni Yuyun?

P.S. Artykuły w oryginale:

http://news.qq.com/a/20110425/000190.htm

http://news.xinhuanet.com/society/2011-04/25/c_121344827.htm

25

04 2011

Najpóźniejszy pierwszy snieg

Wstałam (jako, że wreszcie nikt mi nie nakazuje, o której mam wstawać, wstaję o 12-ej w południe a chodzę spać o 5-ej nad ranem, czyli wlasciwie zblizam się do czasu polskiego), zrobiłam sobie kawę i zapusciłam poranne (?) wiadomosci. A tam: “najpóźniejszy pierwszy snieg w Pekinie od 60-ciu lat”. Wyglądam przez okno – a tam, rzeczywiscie! – najpóźniejszy pierwszy snieg w Pekinie od 60-ciu lat a po ulicy biega w klapkach i podkoszulkach kilku koreańskich studentów, naciera się sniegiem oraz udowadnia, że Koreańczycy są jednak z innej planety. To dobrze, że pada snieg, Shandong wyschnięty na wiór (wojsko strzela pociskami wyzwalającymi opady), Hebei ma ziemię popękaną jak w Afryce (Hu w Nowy Rok z wprawą zawodowca lepi tradycyjne pierogi i znad miski z farszykiem nakazuje lokalnym władzom “z całych sił walczyć z problemem suszy i pomagać laobaixing), w Pekinie smog grasuje że hej, więc niech pada. Pierwszy snieg wymaga uczczenia. Tym razem bez zbędnego gadania i mądrzenia się. Pierwszy snieg w tym, co pozostalo z Ogrodu Doskonałego Blasku (圆明园 —— yuanmingyuan). Miałam przerobić zdjęcia (niestety z glupiej pstrykawki, ale lepszy aparat juz niedlugo nadleci z odsiecza) na czarno-białe, ale poniechalam, bo one w zasadzie i bez przerabiania są w sumie czarno-białe.

Ponizej, słynna fontanna (a raczej to, co z niej zostalo) przed już nieistniejącym jednym z pałaców założenia 西洋楼,”budynków zachodnich”. Przed spaleniem i złupieniem Ogrodu przez wojska francusko-brytyjskie w 1860 roku dookoła zbiornika z wodą było ustawionych 12 główek zwięrząt – symboli chińskiego zodiaku – o każdej z godzin (dzień tradycyjnie dzieli się na 12 dwugodzinnych “godzin”, którym patronują poszczególne zwierzęta) z paszczy/dzioba/ryjka odpowiedniego zwierza tryskała woda. O dwóch z główek, w tym o główce patrona obecnego roku było głosno, gdy jakies dwa lata temu anonimowy chiński nabywca wykupił te, pozostajace do tej pory we Francji, a dokładniej w kolekcji Yves St. Laurenta, rzeźby:

Woda cos rozmarza w stawach, chyba to znak od niebios, aby więcej już nie łazić po jeziorze Kunming w Pałacu Letnim a także porzucić plany puszczania na nim latawca:

Labirynt – jedyne odbudowane zalozenie kompleksu “zachodnich budynkow”:

Próbowałam dojsć do stojącego w srodku labiryntu pawilonu, obserwując, jak porusza się ayi z miotła, ale nic mi to nie dało poza ciągnącym się za mną kilkuosobowym, mającym pełne wyczekiwania miny, ogonem

Shishizi – czyli kamienny lew – ma tylko połowę twarzy/gęby/paszczy czy co tam ma lew, a jego drugi lwi towarzysz, wystepuje obecnie w jeszcze zalosniejszej postaci (zadek z ogonem odzielnie, reszta oddzielnie – twarzą/gębą/paszczą do ziemi)

Lew siedzacy patrzy na to:

A pilnuje tego:

Przy jeziorze Fuhai:

Zanim spadł snieg, na jeziorze Fuhai można było wykonywać różne fascynujące czynnosci, takie, jak oglądanie martwych ryb na dnie i puszczanie kaczek na lodzie. Kaczki te powodowały niesamowity, kosmiczny dźwięk (jezioro zamieniało się w gigantyczne pudło rezonansowe). Aby puszczać kaczki, trzeba było brać kamienie z pobliskich ruin (bez komentarza). Tych dwoje jednak, jak dla mnie, po tylu dniach odmarzania ryzykuje szybkie pożegnanie się z aktualnym wcieleniem:

W następnym wpisie zaległa relacja z ciekawej wycieczki pekińskim autobusem miejskim na… głęboką wies.

10

02 2011

W i poza tlumem. “China is a …”

Wsiadam do metra. Drzwi sie zamykaja, rozlega sie glos: “Drodzy pasazerowie, witamy. To pociag lini nr 2 jadacy w kierunku Xizhimen, nastepny przystanek to…” Te komunikaty tak wchodza do glowy, ze czy chce czy nie, powtarzam je z glosem za kazdym razem, gdy jade metrem. Ale ten tutaj brzmi jakos dziwnie, niby podobny, ale dzwiek troche inny, no i przede wszystkim nie dochodzi z glosnikow nad glowami, tylko spod drzwi, gdzies na wysokosci kolan i  tobolow rozlozonych na podlodze przez 农民工 - nongmin gong. Nongmin gong to robotnicy (w ogromnej liczbie) migrujacy ze wsi do miast. Teraz, tym popoludniowym kursem linii numer 2 jedzie ich kilku – w wyswieconych granatowych marynarkach i wytartych, znoszonych tworzywowych butach z czubem. Zmarszczki dookola oczu na ogorzalych twarzach. I ten szczegolny jakby zawieszony wyraz twarzy, gdy widzi sie cos nowego, wielkiego i oniesmielajacego za razem.

Kieruje wzrok w kierunku, skad dochodzi glos. To chlopak na wozku, ma podreczny mikrofonik i glosnik na podporce na stopy (stopy w sandalach, zdeformowane, powykrecane). Troche sie dziwie, ale tylko troszke. W moim budynku, dosc zwyczajnym czternastopietrowcu z pierwszej polowy lat 90-tych, sa panie windzarki. Mlode dziewczyny, codziennie podczas osmiogodzinnej zmiany jezdza w gore i w dol, maja uniformy (uniform jest przeciez dowodem przydatnosci dla spoleczenstwa) i naciskaja te zwyczajne, najzwyczajniejsze przyciski, takie jak w kazdej windzie. No wiec moze ten chlopak jest tutaj w ramach jakiegos nowego planu bedacego elementem polityki powszechnego zatrudnienia? “Nastepny przystanek to Fuxingmen, a teraz zapraszam do wysluchania piosenki”. Palcami z wykreconymi stawami wybiera z fioletowej mp3 podklad muzyczny, mp3 tez jest podlaczone do glosnika. Spiewa piosenke o milosci, wszyscy maja miny takie jak zawsze sie ma w metrze, ale jak przyjrzec sie blizej, sa zasluchani. I panie na obcasach (rzucaja 5 i 10 kuajowki do tekturowego pudelka u stop wozka) i rozlozeni w przejsciu w otoczeniu workow z dobytkiem ogorzali nongmin gong.

Przypomina mi sie zakonczony w niedziele pierwszy sezon chinskiego “Mam talent” (中国达人 , Zhongguo Daren, chinski daren , czyli ktos biegly, majacy rozeznanie, profesjonalista, mistrz). Zadziwil mnie duzy odsetek niepelnosprawnych uczestnikow. W chinskim Mam Talent biora udzial: para gimnastykow – on bez nogi, ona bez reki, 25 letnia dziewczyna o wzroscie 6 latki, wreszcie chlopak bez rak, ktory gra na fortepianie stopami i spiewa. Jury zachwycalo sie kazdym z nich, malenka dziewczyne okreslilo “czystym aniolem”, gimnastykom rzeklo, ze “nie byliby piekniejsi i lepsi nawet z ta reka i czy noga, zreszta maja skrzydla”, chlopakowi bez ramion oznajmili: “masz wnetrze piekniejsze od kazdego z nas”. Wystepuje tez czlowiek-paw (zwany w programie starszym bratem pawiem), ktory, zeby dostarczyc rozrywki swojej chorej, poruszajacej sie na wozku zonie, domowym sposobem zmontowal migoczacy, barwny i ogolnie nieziemski stroj pawia . Zaklada go, tanczy – najpierw dla zony, zeby ja rozweselic, a teraz pokazuje  sie Chinom – zeby tez sie posmialy, ale i zeby pokazac, jak kocha niepelnosprawna zone. Starszy brat paw odpada, ale dostaje specjalne wyroznienie za bycie wzorem milosci. Zhongguo daren zostaje  chlopak bez rak. Pokonuje chinska Susan Boyle, tlusciutkiego chlopaka spiewajacego falsetem, niepelnosprawnych gimnastykow, imitacje Jaya Chou (pop z udawaniem rapowania pod smyczki) i 6 letnia dziewczynke – cudowne dziecko, kabareciarke. Para niepelnosprawnych gimnastykow obejmuje zwyciezce (ktory nie podniesie przeciez rak w gescie tryumfu ani nie odwzajemni uscisku). Blyszczace kurtyny, brawa i owacje, wzruszenia, a on stoi stoi posrodku w bialej wykwintnej marynarce i modnych okularach. Cos tak bardzo odwrotnego od kontekstow w jakich mozna zobaczyc niepelnosprawnego na co dzien w przestrzeni publicznej. Jesli w ogole mozna go zobaczyc – niepelnosprawnych nie widac w niej wlasciwie w ogole, jesli juz, to sa to osoby wykluczone – np. zebrzacy niewidomi starzy ludzie w metrze, stopy w materialowych butach niepewnie stapaja po podlodze wagonika, za pergaminowa reke prowadzi dziecko – moze wnuk?. Chinski niepelnosprawny jako chinski daren i nie taki zwykly daren, ale jako naj naj daren, w jakis sposob reprezentant wspolczesnego ChRL, to cos zupelnie nowego. To nie ofiara, ale czlowiek z pasja, o silnej woli i artysta. A teraz ten chlopak w metrze. Usmiechniety, ladnie ubrany, dobrze spiewa i przede wszystkim ma fajny pomysl. Dojezdzamy do stacji przesiadkowej, glos z glosnika w stopach wozka: “zblizamy sie do stacji przesiadkowej Xizhimen, prosze pamietac o swoich rzeczach” – i dodaje od siebie: “请慢走“ – dosl. “prosze wolno isc” – to zyczenie gosciowi spokojnego powrotu. Tak jakby metro nalezalo do niego.

Wysiadaja takze i rolnicy-robotnicy. Z pradem plyna worki po ryzu, tlumoki z przescieradel, bokiem wystaje z nich jakis koc, jakis garnek. Ramiona w granatowych, wytartych marynarkowych rekawach, w roboczych sweterkach potrzymuja pakunki. Tanie plastikowe mokasyny z czubami podazaja w strone ruchomych schodow. Worki i tlumoki plyna w tym bezkresie glow ufryzowanych i ufarbowanych na kolor kafei (czyli kawowy), w morzu paznokci lakierowanych, rzes podkrecanych, bialych sluchawek od iPhoneow. Wlosy nongmin gongow sa jakby czarniejsze (nieliczne glowy niepofarbowane?). Odwrotnosc wodospadu – ruchome schody dwiema struzkami wynosza ludzi na gore, do kolejki naziemnej. Pakunki i tobolki – jak jakies klaczki bawelny czy liscie – unosza sie ponad te blyskajaca, pnaca sie do gory tafle. Wyciagam kieszonkowy aparat, pstrykam zdjecie. Ze strumyka obok dochodzi mnie glos: “China is a rich country”. Dyskretnie zerkam. Dziewczyna z ufryzowanymi “na koreansko” wlosami, z rozowymi ustami, tipsy, trzyma telefon z brylancikami, jedzie z kolezankami, jednak oczywiscie nie do nich mowi. “Don’t take pictures”. Robotnicy rozkladaja pakunki w wagonie naziemnej kolejki.

14

10 2010

Banka hutongowa, Przewodniczacy i piekne dziewczeta z Qinghai

Zaczyna sie tak, ze ide szukac tego:

hutongpaopao2

Hutong Bubble__MG_9981_by ShuHeRzecz nazywa sie 胡同泡泡32号 - hutong paopao 32 hao, czyli hutongowa banka numer 32 i jest pomyslem rozwijajacej sie w atomowym tempie pekinskiej pracowni architektonicznej MAD – tej od dosc znanego chyba takze i w Polsce projektu Sztucznych Gor , autorow pomyslu wiezowca Miejski Las (z dorobionym dosc ciekawym manifestem, polecam klikniecie w link)  czy wreszcie pomyslodawcow  zamienienia placu Tian4nmen na gesto zadrzewiony park (rowniez polecam klikniecie w link). Hutong paopao jest pomyslem na rewitalizacje i tym samym moze i uratowanie kwartalu tradycyjnej zabudowy i ukladu przestrzennego starego Pekinu – czyli wlasnie hutongow.

I jak to zwykle bywa w tutejszej sieci – kopiowanych wzajemnie od siebie z roznych portali opisow “baniek” jest na peczki, powielanych 4 zdjec na krzyz rowniez na peczki, a realnego, niewirtualnego adresu, pod ktorym banki mozna znalezc, nie ma. Na stronie MAD lakoniczna informacja, ze hutong paopao znajduje sie – niespodzianka, cos takiego – w Pekinie! W koncu na jednej ze stron udaje mi sie znalezc jakis adres. Wyglada wiarygodnie – strona jako miejsce lokacji baniek wskazuje jeden z hutongow 西城 - xi cheng - zachodniej czesci starego Pekinu. No to jade.

Tak sie zaczyna. Placze sie po hutongu, zagladam. Ludzie siedza przed hutongami na malych stoleczkach, przez okna niskich, szarych domow widze stare szafy, pierzyny na lozkach. Jak to hutong – troche jak wies w srodku miasta, troche jak labirynt. Zaczyna chodzic za mna smieszny niski i dlugi pies z za duzymi uszami i za dlugim ogonem. Lasi sie, przymila, zacheca do zabawy. W ktora odnoge labiryntu nie skrece, stwor za mna. Ja w prawo – pies w prawo, ja do tylu i w nogi – zwierz pedzi wywijajac pozyczonym od jakiegos wiekszego stworzenia ogonem. Mowie do niego – “wybacz, nie zabiore Cie, nie moge”. Pies marszczy czolo. Obok przejezdza czlowiek – na oko szescdziesieciokilkuletni – na rowerze.  “On nie ma pana, moze jednak wezmiesz?” Patrze na psa: cieszy sie, skubany, na sama mysl. Placze sie znow po hutongu, baniek ani sladu. Obchodzimy z psiskiem ponownie caly kwartal i trafiamy ponownie do miejsca, w ktorym ruszyl za mna. Kiedy wyglaszam zwierzowi mowe, w ktorej podkreslam wage jego pozostania na miejscu (czyli na obgryzionym chodniczku pod sciana), wraca ten sam czlowiek na rowerze. Przystaje i zaczynamy rozmawiac. Najpierw o psie. A potem, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – o Polsce. Schodzi na rok 1968. A potem na ten sam rok w Chinach. I wtedy czlowiek na rowerze zaczyna opowiadac tragiczne losy swojej rodziny w czasie Rew Kult. Obok zatrzymuje sie mezczyzna w czerwonej kurtce. Slucha. “No, co tam, nie masz nic do roboty?” – mowi pan Sun, czyli czlowiek z ktorym rozmawiam, do tamtego, widac, ze sie znaja. Czerwonokurtkowy odjezdza. To, co pan Sun mowi, nadaloby sie na powiesc, ale nie o losach pana Sun i jego rodziny w czasie Rewolucji bede tutaj opowiadac. Mysle, ze pan Sun chcialby bardziej, zebym opowiedziala o nim jako o malarzu, artyscie. Nie jako np. o synu ofiary.

Pan Sun mieszka w hutongu obok. Miejsce, w ktorym mieszka to dawny siheyuan. Wchodzimy przez czerwone, metalowe drzwi. Pies zostaje na zewnatrz. Idziemy waskim przejsciem wzdluz muru. Dawna rezydencja podzielona zostala na niewielkie mieszkania, na dziedzincu dobudowano niskie pomieszczenia, w tym wspolna toalete. Pan Sun zajmuje dwa pomieszczenia – jedno w oryginalnym budynku, jedno w dobudowce. Do mieszkania prowadza odrapane zielone drzwi, przez wielkie okno widac lozko a na nim ksiazki, obok krzeslo, stolik. Na scianie tez zielono:

Mao Lin
Zielony mundur Mao i zielony mundur Lin Piao. Lin unosi w reku czerwona ksiazeczke, a Mao mu klaszcze. Obraz jest ogromny, zajmuje niemal cala przestrzen nad lozkiem.

Obrazy stoja wszedzie. Nieraz warstwami po kilka. Zaludniaja je rumiane Tyb3tanki i wsciekli hongwejbini. Powykrzywiane twarze proletariatu i posagowe twarze strzegacego go wojska – bedacego czyms pomiedzy Armia Terakotowa cesarza Qin Shi (armia strzegla grobowca Qin Shi) i Armia Ludowo-Wyzwolencza. Od czasu do czasu jakis (ja mam wrazenie, ze bardzo konkretny, choc nie widac twarzy) duch (?) przeszlosci (?) maszeruje samotnie bojowym, zdecydowanym krokiem w strone – no wlasnie czego? Raz wychodzi z hutongow w strone nowych budynkow, raz przejdzie przez brame w strone Mauzoleum Przewodniczacego Mao.

jy7ooiIMG0775A

Wsciekle twarze hongwejbinow (czasami zdarza sie im byc bez spodni, juz nawet nie w tych tutejszych dzieciecych gatkach z peknieciem na pupie, ale wlasnie bez spodni), brzydkie twarze, brzydkie ciala ludu.

rvrvrvgngngnRumiane, zywe twarze, zielone mundury i puste oczy terakotowych wojakow.

dmdmdmd
tbtbtb

A bohater ludowy nagle ma cukierkowo, slodko pomalowane usteczka i takiz jezyczek:

mmmmmm

“To juz Reformy i Otwarcie” – tlumaczy pan Sun. Jeszcze w robociarskiej czapce, ale usta juz pomalowane, slodsze jakby. I jezyk tez juz inny.

Sierp i mlot podtrzymuja dwie rece – meska odziana w tradycyjny stroj przynalezny do “starych”, feudalnych Chin. I zenska, z jadeitowa bransoleta, z czerwonymi paznokietkami, jak z tych plakatow z lat 30-tych, z 老上海,starego Szanghaju (synonimu zepsucia, rozpusty i wielkich fortun),  gdzie takie raczki z paznokietkami w zalotnym gescie trzymaly papieroski. A tu trzymaja sierp. Cyk. A obok hutongi. Zima, jesienia. Pekinczycy mowia o tych swoich domostwach, ze nosza w sobie melancholie i smutek wsi. Na obrazach pana Sun ten smutek jest niemal namacalny, fizyczny. Hutongi na obrazach sie nie zmieniaja, zastygly, osiadly, zwarly sie w sobie (w rzeczywistosci tocza walke o przetrwanie, czsami tez w blizej niesprecyzowanym hutongu architekci z MAD stawiaja smieszne banki). Ale obrazy nasaczone sa staloscia, spokojem i specyficznym, tkankowo-kamiennym trwaniem hutongow przez setki lat. Na obrazach pana Sun nic sie zmienia, no moze tylko w pewnym momencie znikaja latarnie mieszczacych sie tam domow publicznych (” o tu dwie jeszcze sa, to bylo tutaj blisko”):

P1010983

ksssssKiedys zamieszkane przez gorne warstwy spoleczenstwa siheyuany dzis sa podzielone na male chaotyczne czastki, z masa dobudowek i zaulkow na dziedzincach, na ktorych niegdys rosly granaty (“obys mial tylu synow, co granat nasion”). I oczywiscie prozno szukac tam potomkow dawnych mieszkancow tych rezydencji. To co elitarne, zamkniete za czerwonymi drzwami ze zlotymi guzami stalo sie otwarte, wspolnotowe, powszednie, szeregowe. Pan Sun pokazuje mi jeszcze jeden obraz:

vbnjhg
To cesarskie zloto, cesarska zolc dachowki (zolty – byl kolorem cesarza, siheyuany choc nieraz mialy wymyslne i zdobne dachy, to jednak przeciez zawsze w szarosciach). “To jest bycie w sprzecznosci, plyniecie pod prad, smialosc i bezczelnosc w jednorodnej masie” – mowi pan Sun.

Pan Sun teraz juz malo kiedy maluje takie obrazy. Raz do roku bierze aparat i jedzie pociagniem do prowincji Qinghai, zamieszkalej w duzej czesci przez ludy tyb3tanskie. Wloczy sie po wioskach, po od namiotu do namiotu pasterskiego rozbitego gdzies na wyzynie, robi zdjecia, szkicuje, zapamietuje. Gdy wraca do hutongu, siedzi jesienia i zima w pracowni oswietlanej mdla zarowka, z wielkim oknem z odlazaca zielona farba, w tej plataninie domkow, domow, komorek, dobudowek, daszkow i maluje co widzial.

P1060645

P1070390

W kacie po kilkoma obrazami pieknych, barwnych jak ptaki Tyb3tanek stoi ten obraz:

rrrrrr

Ze co? Twarz Jiang Zemina i “Pilnie studiowac mysl o trzech reprezentacjach” charakterystyczna nerwowa kaligrafia z podpisem Mao? Jiang, jak wiadomo, przedstawil swoja “Wazna Mysl o Trzech Reprezentacjach” w 25 lat po smierci Mao. Trzy reprezentacje nazwano Wazna Mysla, w nawiazaniu do dorobku wielkich poprzednikow (“Mysl Mao”, “Teoria Denga”) zeby pokazac,  ze jest sa one filarem tego samego rozmiaru i zeby ukazac, ze tworza one kontynuacje, ciaglosc, etapy tej samej opowiesci. Pan Sun patrzy na wielkie, czerwone plotno. “Postmodernizm to taki stan, gdy fragmenty z roznych calosci, z roznych porzadkow skleja sie w jakas nowa calosc, gdzie jednoczesnie wszystko jest w jakis sposob kopia”.

Gdy wchodzilam z panem Sun przez metalowe drzwi siheyuanu slonce swiecilo jeszcze wysoko, gdy wychodze, jest noc. Pies z za dlugim ogonem zrezygnowal, poszedl, pewnie na swoj wytarty chodniczek pod murem. Pan Sun odprowadza mnie po ciemnej plataninie uliczek oswietlanych zasniedzialym, zielonkawym swietlowkowym swiatlem bijacym przez okienka i cmiacym przez pouchylane gdzieniegdzie drzwi. Przypominam sobie o hutongowych bankach. Czy one tu sa gdzies w poblizu? Widzial je pan? Slyszal pan o nich? Pan Sun kreci glowa – banki? Srebrzyste? Nic takiego tutaj nie ma. Musieli sie pomylic z tym adresem. Wychodze na “normalna” ulice. Rzeka samochodow, sklepy, restauracje.

Pan Sun Yirong zgodzil sie, abym zamiescila na blogu zdjecia kilku obrazow i opowiedziala o nich. Zazwyczaj rzadko sprzedaje. “Kiedys wyslalam jeden obraz do Stanow. Obraz wyslalem, pieniadze nigdy nie nadeszly” – usmiecha sie i rozklada rece. Ale gdy pytam sie, czy jakby komus z Czytelnikow jakis obraz sie spodobal, bylby zainteresowany kupnem, czy by sie zgodzil sprzedac, pan Sun usmiecha sie niesmialo. “No, nie wiem, moze?”

P.S. Dochodza do mnie glosy Czytelnikow, ktorzy stanowczo zadaja wiecej pieknych dziewczat z Qinghai(…ale ze nikt jakos nie zada wiecej mas rewolucyjnych…). Prosze:

P10701190

P1030078P1070863

05

10 2010

Szescdziesiata pierwsza

Przepraszam, ze dopiero dzis, trzy dni po fakcie, ale dzis dopiero mam chwilke. I przepraszam, ze badziewnym aparatem.

Wielki ekran na placu Ti4nanmen, a na nim wytyczne:

blogDSC00509

“紧持科学发展观” – scisle trzymac sie koncepcji rozwoju naukowego:

blogDSC00517

…i wspomnienia z szescdziesiatej:

blogDSC00492

blogDSC00463

…i piekne widoki z poszczegolnych (nieodlacznych) czesci Chin:


blog1DSC00532

毛主席纪念堂 – Maozoleum. Dzis zamkniete. Polecam powiekszenie:

blogDSC00397

blogDSC00369

blogDSC00421

blogDSC00628

Portret Mao zmienia sie na nowy raz na trzy lata. W tym roku zmieniono tuz przed rocznica

blogDSC00636

blogDSC00553

2 logo:

blogDSC00625

Cesarze:

blogDSC00565

Cesarze:

blogDSC00549

blogDSC00620

Czapka!

blogDSC00571

blogDSC00563

Doktor Sun i dziewczyna (dr Sun jest dokladnie naprzeciwko portretu Mao)

blogDSC00470

blogDSC00579

W stylu feudalno-imperialno-kawaii-popularnym (z chinska charakterystyka):

blogDSC00603

blogDSC00608

blogDSC00656

blogDSC00676

“Wszystko” to za malo:

blogDSC00697

blogDSC00706

blogDSC00712

blogDSC00650

Dwoch cesarzy powitac – czyz to nie radosc?

blogDSC00756

Koronacje:

blogDSC00773

blogDSC00786

blogDSC00779

blogDSC00790

blogDSC00859

blogDSC00722

Byc widzem i uczestnikiem:

blogDSC00734

blogDSC00525

Byc widzem i uczestnikiem:

blogDSC00407

Sun Yat-sen, pomnik bohaterow ludowych, Maozoleum, pare samochodow wyprodukowanych pod Szanghajem i “nieustraszone wprowadzanie 中国特色社会主义” – socjalizmu z chinska charakterystyka

blogDSC00616

03

10 2010

Karaluch a sprawa pekinska

Budzi mnie dzwonek domofonu. A scislej mowiac, jego sielankowa melodyjka, ktora, jakby sprobowac przelozyc ja na slowa, brzmialaby: “och, juz teraz wszystko dobrze, przyszla ta osoba, dotarla szczesliwie po burzach i naporach swiata zewnetrznego, do przystani zawinela, witamy w domu, bedziecie sobie siedziec, pic herbatke z rozowych kubeczkow etc….” Wypelzam z loza, biore sluchawke. “Pani LL przyslala mnie tu do sprzatania” - mowi damski glos. Dobrze, zgadza sie mniej wiecej, LL, wlascicielka mieszkania, mieszkanie ma potrzebe bycia wysprzatanym, wejdzze, dobra kobieto.

Na korytarzu jest ciemno, na korytarzu jest ponuro jak w wiezieniu, na korytarzu na srodku psychodelicznie dynda opajeczona zarowka na kabelku. Pani od sprzatania weszla juz przez drwi wejsciowe, na ktorych wisi kartka z tekstem (tlum. bxy):

“Szanowny mieszkancze, gdy mieszkaniec szanowny bedzie wyprowadzal swego psa na spacer, niechaj baczy, aby pies ow nie siusial na opony, karoserie zaparkowanych na osiedlu samochodow, gdyz to je uszkadza”.

Ja szamocze sie z drzwiami wejsciowymi do mieszkania. Pani od sprzatania nacisnela juz guzik windy (przy guziku: “Szanowny mieszkancze, niechaj mieszkaniec usilnie stara sie nie wyrzucac niedopalkow przez okno, gdyz, spadajac na dachy zaparkowanych pod blokiem samochodow, niszcza one tychze samochodow karoserie, mieszkaniec wyrzucajacy bedzie pociagniety do opowiedzialnosci”. przyp. bxy: “tratatata”). Ja wciaz szamocze sie z drzwiami. Ona wysiadla juz z obskornej windy z…windziarka (polityka pelnego zatrudnienia, pani windziarka ma tam krzeselko, wentylatorek-wiatraczek i naciska takie normalne guziki jak to w windach i ladnie sie usmiecha), stoi pod drzwiami, z ktorymi ja sie mocuje. Wyobrazam sobie ja, jak stoi tam w egipskich ciemnosciach z kublem, szczotkami, szmatami i plynami do szorowania. Moze ma chustke na glowie? A ja glupi laowai, klasa prozniacza, do poludnia spiaca,  kilka dni wczesniej prozniaczo z Europy samolotem lecaca (jetlag), nie umiem nawet drzwi otworzyc. A czlowiek pracy stoi. Drzwi puszczaja. A mnie zatyka. Przede mna stoi pani w srednim wieku w bluzce z cekinami, spodniach w kancik, w sandalkach na obcasie. Ma pelny makijaz, koczek ze spineczkami i …lakier na paznokciach. Czego nie ma? Kubla, szmaty i w ogole niczego czym by mozna bylo sprzatnac cokolwiek.

Wchodzi do kuchni. Znajduje pod zlewem jakis martwy recznik, moczy w wodzie i wyciera leniwie stol, stannie omijajac zdechle pol ziemniaka lezace na blacie. Przecieram oczy. Na ustach pociagnietych czerwona szminka, w wytuszowanych oczach wyraz jakby to bylo…no jakby to bylo wszystko normalne.

Mieszkanie to znalazlam trzy dni temu. Zanim na nie trafilam, spedzilam poltora dnia chodzac po osiedlu wysokosciowcow, ktore z zewnatrz wygladaja jak apartamentowce, a w srodku maja rzeczone dydnajace lyse zarowki rzucajace cienie na obdrapane sciany i betonowe podlogi korytarzy. Naogladalam sie pokoikow wielkosci szafy, pokoikow ciemnych, pokoikow drogich, pokoikow tak brzydkich, tak przygnebiajacych, ze bezwiednie zaczynalam szukac zapadni w podlodze.  By obejrzec dwa z pokoi, wykurzylam z lozek lacznie trzy osoby. Jesli chodzi o te dwie ostatnie, chyba beda niestety mialy traume. Pod koniec dnia, gdy porzucilam juz wszelkie nadzieje, zaczelo sie przejasniac. Najpierw jasne, ladne mieszkanie nr 1. Zamieszkane jednakowoz przez 4 chlopa. Z Anglii, Niemiec, Szwajcarii i Austrii. “Uciesza sie, jak Cie zobacza” – powiada wlasciciel. Nie wiem czemu, ale zaczyna mi sie rysowac przed oczami obraz 4 blondynow w zielonych filcowych kapelusikach z piorkiem. Tak, juz, na pewno, poczekajcie tylko chwilke, chlopaki.

W mieszkaniu nr 2 wlasnie siedze.  Wielki, jasny pokoj, balkon (na hakach od stelaza na pranie zamontuje wkrotce TO:  no sami powiedzcie, ile osob w Pekinie moze miec TO na balkonie? He? Dzis zamawiam). W mieszkaniu nr 2 mieszka tajska Huaqiao (czyli Chinka urodzona tamze) i Koreanka. W mieszkaniu nr 2 mieszkaja tez karaluchy. “Ja nie moge zabijac, jestem buddystka” - powiada Tajka. “Ja tez nie moge, buddystka jestem” – mowi niewinnym glosikiem Koreanka. I wreczaja mi zabijacz, zebym ja sobie na odplate zarobila. O juz, na pewno. Drogie dziewczeta, co jest osia buddyzmu? Zrozumiec, ze kazdy skutek ma swoja przyczyne. Skutek to karaluchy w mieszkaniu. Przyczyna? Bo macie syf w kuchni. Idziemy we trzy do pobliskiego supermarketu, kupujemy plyny do mycia, chlory, rekawice i inne. Dziewczeta dziwia sie, ale nic nie mowia. To bylo wczoraj. W nocy, gdy bezsennie szwendam sie po mieszkaniu, widze jedna z buddystek w pizamce w misie z kubeczkiem z mydlinami w reku, chlapiaca na lezacego lapkami do gory i ruszajacego juz tylko jednym wasem karalucha. “Starsza siostra CLY (druga buddystka z pokoju obok) mnie nauczyla” - mowi niewinnym glosikiem. Gdy o 11:30 zwlekam sie z potwornym bolem glowy (jetlag!) i ide do kuchni, moj wzrok pada na druga z buddystek. “Dzis kupimy 硼酸 (kwas borowy) – oznajmia jeszcze bardziej niewinnym glosikiem, jakby masazystka prosila o rozluznienie, bo bedzie kark masowac – to taki proszek, posypiemy o tutaj przy rurze, za zlewem, przy kuchence i wszystkie beda – o tak” – buddystka robi gest lezenia na plecach z lapkami do gory. Dzis sprzatam living room. W przeciwienstwie do umalowanej sprzatajacej ayi z wczoraj, zamiast jezdzic szmata dookola stojacych tam figurynek Mile fo (Budda Maitreya) , podniose je i zetre kurz takze i spod nich. Pozdrowienia z Pekinu (tego zlego rekinu – jak dodawal Baranczak).

P.S. Moi drodzy stali Czytelnicy, wybaczcie, prosze. Po prostu. I dziekuje.

02

09 2010