Posts Tagged ‘Polska’

Chinese Wave – uderzenie Expo

Za duzo rzeczy sie dzieje. Np. tragiczne trzesienie ziemi w Gansu. Jak zwykle gazeta o ktorej byla mowa w poprzednim poscie zadziwila, dajac na pierwszej stronie zaraz po wstepniaku, zamiast zwyczajowych peanow na czesc panstwa niosacego pomoc ofiarom, artykul pochwalny ku czci…mnichow tyb3tnskich. “Podczas gdy ratownicy uzywali do zlokalizowania zywych sprzetu specjalistycznego, mnisi bez chwili wahania rzucali sie pod gruzy by ratowac ludzi” po czym wezwala czytelnikow do recytowania tbetanskiej Ksiegi Umarlych. No ale trzesienie ziemi przeszlo, a dzis w telewizji w show randkowych podrywa sie na te katastrofe panny. Niemal wypadly mi paleczki z reki, gdy zobaczylam jak chlopak w mundurze opowiada ze lzami w oczach w migajacym swiatelkami studio, jak ratowal ludzi w Yushu, a panny ktore wspolzawodniczyly o jego wzgledy – wycekinione, wymalowane, ze sztucznymi metrowymi rzesami, z torebusiami, plakaly ze wzruszenia i wyznawaly, ze “nie sa godne takiego bohatera”.  A on salutowal.

No a teraz mamy Expo. Najwieksze w historii, najwspanialsze. “Z zacofanego kraju Chiny staly sie potega podziwiana na calym swiecie” – to juz gazety. My w Polsce z ekscytacja sledzimy losy naszego azurowego pawilonu i dociekamy czy podoba sie on Chinczykom. Owszem podoba sie – glownie dlatego, ze, jak zaznaczaja Chinczycy, jego faktura do zludzenia przypomina… chinskie wycinanki, 剪纸,wpasowuje sie w “chinska estetyke”. Polski pawilon odczytywany tu moze byc po prostu jako…uklon w strone Chin (?)

No wlasnie – zachwyca czy nie – trzeba pamietac, ze w tym Expo nie chodzi o zachwyt Chin nad swiatem zewnetrznym. To swiat ma sie zachwycic Chinami, zobaczyc ich potege. Ma to dwie funkcje. Po pierwsze – uzytek wewnetrzny. Wizja swiata stojacego w podziwie to element idei kluczowych dla dzisiejszych Chin – nacjonalizmu/dumy narodowej, opartych nie tylko na 悠久 (youjiu – przymiotnik niemal powszechnie stosowany w odniesieniu do chinskiej kultury i historii – cos jakby “uhonorowany przez czas”) chinskiej kulturze i historii, ale i dumie z dzisiejszych osiagniec, z drogi, jaka przeszly Chiny przez ostatnie 60 lat. Drogi tym bardziej znaczacej, ze kontrastujacej z wczesniejszym okresem, postrzeganym jako pasmo upokorzen i ranienia chinskiej dumy przez Zachod i Japonie. Jak zaznaczal Hu z okazji parady na 60-lecie i jak w ogole czesto sie tu mowi – Chiny “powstaly z kolan”. O tej dumie/nacjonalizmie/patriotyzmie w dzisiejszych Chinach niemal nie da sie pomyslec w oderwaniu od obecnej wladzy, od “socjalizmu z chinska charakterystyka” etc., “rozwoju opartego o naukowe podstawy” etc. Ten pakiet znaczeniowy mozna albo kupic w calosci albo w calosci odrzucic (byle tylko glosno o tym nie mowic). Odrzucic – tylko na rzecz czego?

Niedawno obserwowalam grupke studentow, ktorzy spontanicznie sie spotkali aby puszczac wlasnorecznie wykonane latawce. Na jednym byl namalowany chinski pawilon Expo, na drugim Haibao i napis “Expo wita” i “Expo do przodu! Chiny do przodu!”, a na trzecim napis “niech obecna dynastia rzadzi nam dziesiec tysiecy lat” (“obecna dynastia” to troche zartobliwe, troche uszczypliwe okreslenie wladzy po 1949 r).

W ukazywaniu Expo w telewizji istotne sa obrazki laowajow, ktorzy pieja z zachwytu, ze “kochaja Szanghaj” i ze “Expo jest niesamowite”, “ze zrobiliscie kawal dobrej roboty”. I gratuluja Chinczykom. Ale Chiny juz podczas pierwszych dni Expo daly wyrazny sygnal, ze choc to oni – mieszkancy bogatego Zachodu – sa, jako zachwyceni chinska potega widzowie, najbardziej cennym, jesli chodzi o wspomniany wyzej cel wewnetrzny, lupem, to uwaga Chin nie jest nakierowana na Zachod jako taki. W Shaoguan w prowincji Kanton (gdzie ucieklam od Expo, ale niestety nie od majowego weekendu) w telewizji ogladalismy jak przy salutach kompanii honorowej, na czerwonych dywanach, prezydent Hu juz drugiego dnia Expo wital i przyjmowal tych, ktorzy nie mieli ani chyba nigdy nie beda mieli szans na porownywalne zaszczyty na Zachodzie – prezydentow: Mali, Mongolii, Seszeli, Armenii, przywodce Autonomii Palestynskiej, prezydenta Tadzykistanu. Kanal informacyjny chinskiej telewizji panstwowej szeroko prezentowal i komentowal te pelne pompy spotkania. Poza obiegowymi formulkami o “zaciesnianiu wspolpracy” i przyjazni Hu podkreslal, ze Chiny tak jak nikt potrafia zrozumiec problemy krajow rozwijajacych sie (coz, niewatpliwie chinskim firmom latwiej jest dzialac w warunkach nieoznaczonosci, skomplikowanych ukladow laczacych wladze z biznesem niz “grzecznym” firmom z Zachodu), kiwal glowa, wsluchiwal sie.

Bo klimat zachwytu nad Chinami jest narzedziem w procesie o wadze globalnej. Wprawianie tych mniejszych, zapomnianych, na Zachodzie nieakceptowanych w podziw, polaczone z oferowaniem poczucia dowartosciowania, bycia na rownej stopie (chinska kompania honorowa dla Seszeli!), zrozumienia, wraz z wytwarzaniem poczucia opieki, otwartosci, wspolpracy, (wzajemnej) pomocy, to mieszanka skladajaca sie potezne zjawisko chinskiego soft power. Coz, mowi sie duzo o Chinach w Afryce, ale najciekawsze jest chyba to, jak Chiny buduja wokol siebie bufor skladajacy sie z sasiadow, z Azji Srodkowej (te masy studentow z Kazachstanu tutaj!), Azji Poludniowo-Wschodniej (Hu podkreslajacy w Laosie, ile to Chiny moga sie od Laosu nauczyc…). To budowanie widac bylo wyraznie juz podczas kryzysu azjatyckiego, gdzie np. w Tajlandii sympatie niemal gwaltownie odwrocily sie od – postrzeganej jak opuszczajacej w potrzebie – Ameryki do przejawiajacych przyjazne gesty Chin. Niedawno jeden z profesorow mojej chinskiej uczelni prezentowal wyniki swoich badan – dotyczacych wzajemnego postrzegania sie krajow Azji Wschodniej. Przytlaczajaca wiekszosc mlodych Filipinczykow, Wietnamczykow, Koreanczykow a nawet Japonczykow stwierdzila, ze dzisiejsze Chiny graja pozytywna role w regionie. Zmiane widac tez w Ameryce Poludniowej a na pewno na Karaibach. Znajoma Kostarykanka z duma opowiadajaca o tym, jak to Chinczycy “zbudowali im stadion narodowy” (Kostaryka jeszcze niedawno byla panstwem uznajacym Tajwan), cieszaca sie 5-letnim stypendium, choc nie wiedzaca, kim byl Zhou Enlai, jest dla mnie modelowym efektem chinskiego soft poweru.

Jeden z plakatow Expo wyglada tak: na tle pawilonu chinskiego (przeklete) Haibao (maskotka Expo) prowadzi kolorowy pochod skladajacy sie z dzieci roznych nacji w strojach ludowych. Gdy na niego patrze nie moge nie skojarzyc go z innymi, popularnymi 40 lat temu plakatami, gdzie tez kroczyl podobnie barwny pochod (Afrykanow, Arabow, Latynosow, tez w strojach etnicznych), a na czele podazal Chinczyk z Czerwona Ksiazeczka wzniesiona ku gorze. Barwny pochod kroczacy za nim tez wymachiwal ksiazeczkami. W tle promienisty portret Przewodniczacego Mao. Idea przewodzenia barwnej, ale zaniedbanej (wykorzystywanej!) przez Zachod “reszcie swiata” – blizniacza. Zmienila sie za to zasada, podstawa, sposob mowienia. Kolonializm zmienil sie w “cocacolonializm” (czy tam inne dzwieczne i popularne w swiecie niezachodnim, choc nie tylko, idee). A same idee Mao zastapily kontrakty (a jeszcze czesciej ich obietnice), honory, salwy, towary, lagodny jezyk, unikanie bezposredniej konfrontacji i (choc to chyba jednak wciaz wizja przyszlosci) chinskie wytwory kultury popularnej (byla Japanese wave, byla Korean Wave, czemu nie Chinese Wave?). Swiat sie zmienia. Po cichu i bez rewolucji.

06

05 2010

Polska. Typ idealny (?). Historia (z) jednego tekstu.

Odkad wydarzyla sie polska katastrofa, w swoim przegladaniu chinskiej prasy i sieci czekalam na czwartek – dzien w ktorym ukazuje sie Nanfang Zhoumo (Weekend Poludniowy – od Poludnia jako regionu). Dla Czytelnikow moze nieco mniej zorientowanych w chinskich mediach – Nanfang Zhoumo ma opinie gazety inteligenckiej, wszechstronnej i – przede wszystkim- niecentralnej. I doczekalam sie. Mozna by spokojnie powiedziec, ze to jeden z najwazniejszych tekstow o Polsce, jaki kiedykolwiek ukazal sie w chinskiej prasie. Tyle, ze ten tekst to jest cos wiecej, niz tylko tekst o Polsce. Ponownie – Polska jest tu sposobem mowienia. Ale jakiego!

Tak jak pisalam w poprzednim wpisie - szybko nam tutaj w Chinach urosla minilegenda “dobrego prezydenta, co starym gratem latal, zeby oszczedzac pieniadze ludu” i od razu bylo jasne o czym w rzeczywistosci mowi kariera tej legendy. Ale ten mit, a raczej “micik” powstal do celow doraznych, stal sie jeszcze jedna figura retoryczna pomocna w wyrazeniu pewnych uszczypliwych uwag zwiazanych z bolaczkami tutejszej codziennosci. Wielgasny tekst z Nanfang Zhoumo (Nanfang ma format starych gazet, nie takich, co to mozna w metrze przegladac, ale takich, dla ktorych trzeba sprzatnac stol, tekst zajmuje jedna szesciokolumnowa strone + poczatek na pierwszej stronie)  rozmachem, horyzontem i rodzajem wizji bije wszystko na glowe.

Ale od poczatku. Choc tekstow o katastrofie, o Polsce ukazalo sie od soboty tony, to juz pierwsze zdanie tego gigantycznego tekstu pokazuje, ze jest on pisany innym piorem, ze ma co innego na celu niz - troche sensacyjne - doniesienia z innych gazet czy dorazne uszczypliwosci internautow odnoszace sie do przywilejow wladzy. Tekst rozpoczyna sie cytatem z Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (cytaty z polskich poetow beda otwierac kazdy podrodzial) i zdaniem “Gdy cialo Mari Kaczynskiej, pierwszej Damy Polski  powrocilo do Palacu Prezydenckiego, jej  maz czekal na nia spokojnie od dwoch dni”. Czyli, ze nie bedzie zwykly tekst informacyjny, tylko opowiesc, narracja. A o czym? W jakim celu? A no wlasnie.

Z kazdym zdaniem tekstu mysl przewodnia autorow jest coraz bardziej czytelna. Widac ja w srodtytulach: “poleganie na prawie - nie ma najmniejszych oznak chaosu”,” “przewrot w ktorym nie zbilo sie nawet szklo”, “to czas w ktorym przejawi swa role konstytucja”, “od “szoku” do G20″ oraz “zatwardzialy patriota”. Widac ja w doborze cytatow. O Kaczynskim (zupelnie inaczej niz w innych doniesieniach, gdzie zal Polakow po jego smierci byl wiazany z tym, ze Kaczynski byl np. “ulubionym politykiem biednych”) wypowiadaja sie wylacznie osoby, ktore nigdy go nie poparly politycznie, ale pomimo tego teraz szanuja jego pamiec i obchodza zalobe “niezaleznie od pogladow politycznych”. Mowia: “moje serce jest w kawalkach”. Jak to jest mozliwe? Co za rodzaj wiezi ich wiaze z tym niepopieranym przez nich prezydentem? I co sprawia, ze pomimo katastrofy, warszawska gielda nadal notuje niewielki wzrost a zloty sie umacnia? Nanfang ze zdania na zdanie coraz wyrazniej udziela odpowiedzi.

Najpierw jednak cofnie sie do okresu, ktory zostal przemilczany przez wszystkie inne gazety – do lat 80-tych. Inne gazety traktuja ten okres jak mine, ktora lepiej obchodzic z daleka, pisza co najwyzej, ze “Lech Kaczynski poczawszy od konca lat 70-tych wkracza na scene polityczna”. Od czego inni stronia, do tego Nanfang niemal z luboscia sie zbliza, operujac przy tym jakze odmiennym jezykiem. Padaja slowa, ktore w zadnych innych doniesieniach nie padly - “ostra walka”, “wiezienie”“delegalizacja Solidarnosci”. Walesa zostaje nazwany – uwaga! – “kapitanem statku” i “rewolucjonista”. Kaczynski – ten walczacy z systemem, siedzacy w wiezieniu pozniejszy prezydent -  “zatwardzialym patriota” (nie bede sie tutaj o tym rozpisywac, ale chyba kazdy ma swiadomosc jak bardzo wyjatkowe, w kontekscie tutejszym, jest to stwierdzenie). Na wszystkie gazety, jakie przeczytalam od soboty, zostanie po raz pierwszy powiedziane, ze dopiero co zmarly prezydent otwarcie walczyl z poprzednim ustrojem. I ze jego strona wygrala. Zostanie – jak najbardziej – przywolane miazdzace zwyciestwo Solidarnosci w, to kolejne niezwykle slowo,“wolnych wyborach”, ktore umozliwila “partia rzadzaca”. Jej rola jest chwalona – “pokojowy przewrot”, w ktorym “nie zostala stluczona nawet jedna szyba” byl mozliwy tylko za obopolnym porozumieniem. Inne gazety ten punkt w historii Polski kwitowaly jednym zdaniem: “nastapila pluralizacja”.

Autorzy z nieklamana fascynacja przygladaja sie polskiej drodze po 1989 – roku, ktory widza jako polski “lancuch gorski dzielacy wody” (分水山岭).  Przygladaja sie poroznieniu sie srodowisk Solidarnosci, terapii szokowej, zakonczeniu sie roli Walesy, rozdrobnieniu partyjnemu, sporom, roznicom. Choc przyznaja, ze “drobny chaos” byl w tych czasach stale obecny (小乱不断, 小打小闹), to jednak nie da sie go nijak porownac z czasem sprzed 1989. Czas przed tym rokiem byl, zdaniem Autorow, czasem nieustannych zakretow, rwanych zwrotow (波折隔三差五), protestow, strajkow i zwyczajnego ludzkiego nieszczescia (wodka!). Zaznaczaja jednak, ze w Polsce socjalizm i tak przybral forme lagodniejsza niz w innych krajach regionu, nie przeszedl tak ciezkich, jak gdzie indziej wielkich stalinowskich czystek,  “wielkich mordow” ani powszechnej kolektywizacji. System byl “cieplejszy”.

A po zmianie systemu co? Pojawil sie wspomniany “maly chaos”, ale cale to burzenie sie ludu, niepokoje, a nawet opijanie sie wodka jakby zelzaly. Dlaczego tak sie dzialo? Bo zostalo powolane panstwo prawa, w ktorym obywatele mogli brac udzial. Widzac te przemiany, tu autorzy nie uciekaja sie do cytatu, pisza wlasnymi slowami: “uprzednia wladza tez zrozumiala, ze nie trzeba sie bac demokracji, trzeba tylko szanowac wole ludu, bardziej polegac na sile urn do glosowania niz sile karabinow i palek a serce moze odetchac z ulga”.

To ono, panstwo prawa,  jest prawdziwym bohaterem tego tekstu.  Tekst pelen jest wypowiedzi typu “teraz, zgodnie z konsytucja”, “zgodnie z prawem”, “rzady prawa”, “wiernosc konsytutcji”. Cytowany jest Mazowiecki (“pierwszy wybrany przez lud premier”) mowiacy – a jakze-  o “ustanowieniu demokratycznego panstwa prawa”. Choc – jak zaznaczaja Autorzy – takze i Mazowiecki, podobnie jak inne postacie polskiej sceny politycznej, nie dokonczyl tego dziela, to jednak, dzieki stalym ramom prawnym wlasnie, mozliwa byla kontynuacja.

Dla Autorow prawdziwym zwienczeniem przemian byl rok 1997 – zmieniono konstytucje i zwykli Polacy poczuli jakby “droga sie nagle wyprostowala”, jakby “poruszali sie lekkim wozem po znanej drodze” (驾轻就熟). Choc partie zmienialy sie jak w kalejdoskopie, wskazowka poparcia biegala od lewicy do prawicy i z powrotem i raz po raz powracal “maly chaos”, to ludzie dopiero wtedy poczuli, ze dopiero to jest im znajoma rzeczywistosc, ze ten “maly chaos” nie jest straszny, bo jest ujety w ramy prawne, ktore daja nadrzedna stabilnosc, ujarzmiaja go. Majac te ramy poczuli sie tak spokojni o losy panstwa prawa, ze – uznawszy ze sprawy przyjely wreszcie dobry obrot – przestali chodzic na wybory.

Wedlug Autorow praworzadnosc nie tylko uspokaja nastroje, osadza konflikt w stabilnych warunkach brzegowych i prowadzi do sukcesu ekonomicznego (a za jego przyklad uznaje Polske). Praworzadnosc jest tez kluczem do zrozumienia, dlaczego nawet przeciwnicy polityczni zmarlego prezydenta sa dzis w stanie odczuwac autentyczny zal i ze nikt nie niepokoi sie o dalsze losy Polski, “czekajac ze spokojem na wprowadzenie zapisow konsytucji”. I ta stalosc prawna, przejrzystosc regul i wybor, ktory gwarantuja - a nie przywiazanie do jednego czy drugiego przywodcy (Walesa przedstawiony jako “odprawiony z powrotem do stoczni” gdy spelnil swoja role, Kaczynski ukazany jako ktos, kogo konserwatywne poglady w warunkach integracji z Unia w nieuchronny sposob musialy stracic poparcie spoleczne) jest – wedlug Autorow - recepta na stablilnosc i sukces (Polski). Zeby ten polski sukces zmierzyc, autorzy wychodza od dochodu PKB w 1989 i porownuja z dzisiejszym, chwala “stabliny” poziom bezrobocia i wzrost w dobie kryzysu, ktore sprawiaja “ze Polska wywoluje zazdrosc w Uni Europejskiej”.

Osob zasluzonych w opisywanej ”walce” nie gloryfikuja, nie brazowia. Wrecz przeciwnie, nie uznaja “wyslania Walesy z powrotem do stoczni”, zmierzchu popularnosci Kaczynskiego czy protestow przeciwko jego pochowkowi na Wawelu za niewdziecznosc ludu (Nanfang pisze, ze protestujacy nie chca pochowku na Wawelu, bo to jak “to przyznac, ze Kaczynski byl krolem”, czyli de facto wyrazaja przedstawiany w artykule etos demokratycznej republiki). Wrecz przeciwnie, uznaja takie przemijanie postaci w historii panstwa,  w ktorym rzadzi prawo za rzecz naturalna, potrzebna, malo wazna, a konflikt za rzecz normalna. To nie te – nawet wybitne – jednostki i powszechna zgoda (az by sie tu chcialo wpisac inne slowo, tak tu popularne), ale prawo, wybory, “wiernosc konstytucji” zapewniaja prawdziwa ciaglosc. Autorzy pisza nawet, na koniec artykulu wracajac do poetyckiego stylu z poczatku tekstu: “Kaczynski w wielkiej rzece historii jest tylko malym odcinkiem jej biegu”. Zas wody rzeki nie znaja odpoczynku - 河水不息 . Tekst konczy sie cytatem: “Nikt z Polakow chyba nie zaprzeczy, ze byl on wielkim patriota i ze wywarl wielki wplyw na praworzadna i sprawiedliwa przyszlosc tego kraju”.

Wiem, ze Polakowi ten tekst moze wydac sie bardzo idealistyczny i idealizujacy.  Czasem moze  nawet nieco zabawny, np. gdy uzdrowienczym mocom panstwa prawa autorzy przyznaja spadek spozycia wodki , ktora “znamionowala polska historie sprzed 1989″. Czasem ich cezura jest zupelnie czarno-biala, np., pisza, ze wraz z poprzednim systemem zniknely “protesty i stajki”, czy, ze “choc bogatych jest wiele, to jednak nie slychac o oligarchach”. Czy kraj o ktorym pisza to rzeczywiscie nasz kraj?   Choc niektore z wytlumaczen moga budzic sprzeciw, a w niektorych jest z kolei chyba duzo wiecej sensu niz w naszych polskich, krazacych tu i owdzie, osadach (np. sugerowana przez Nanfang wizja pograzonych w bolu przeciwnikow Kaczynskiego, bo to demokratycznie wybrany prezydent vs. znana skadinad wizja przeciwnikow pograzonych w bolu, bo gryzie ich sumienie, ze nie byli mili), to jednak wazniejsze niz pytanie o adekwatnosc ogolnego obrazu i jego poszczegolnych fragmentow jest co innego.  Maly “micik” o Kaczynskim oszczedzajacym dla dobra ludu byl ciekawa figura retoryczna, wylaniajaca sie spontanicznie, na potrzeby chwili, bez szerszego (chyba) horyzontu. Tutaj mamy do czynienia z ogromna, zlozona narracja, wizja i rozmachem, ktore mowia wiele rzeczy zupelnie unikalnych w kontekscie chinskim – o konflikcie, o zmianie, o chaosie, o wielkich jednostkach, o patriotyzmie. I co ciekawe - zupelnie innym, niz ten dominujacy, jezykiem. To czyjes credo? To “zawor bezpieczenstwa?” To manifest? To test?

P.S. Elektroniczna wersja tekstu http://www.infzm.com/content/43900 Polecam tez komentarze (niestety rzecz jasna wszystko po chinsku, jesli Czytelnicy byliby zainteresowani, moge przetlumaczyc)

P.P.S. Do chwili obecnej opublikowany w czwartek tekst w sieci wystepuje az w 3500 miejscach.

17

04 2010

Lech Kaczynski, stary 图-154 i “zwykli Chinczycy”

Z tego, co mozna sie zorientowac na odleglosc, w Polsce obecnie zachodzi blyskawiczny, przez jednych witany jak deszcz po suszy, przez innych z duza obawa, proces nie tylko odbudowywania starych (lacznie z ich szczegolna postacia, czyli z teoriami spiskowymi, ktore dostaly nieprawdopodobny wiatr w zagle, polecam lekture kilku wywiadow Naszego Dziennika celem niesamowitego doswiadczenia rzeczywistosci rownoleglych) ale i budowania nowych mitow. Najpierw most w Bydgoszczy, potem stadion, teraz Wawel i krypta Pilsudskiego.

Co ciekawe, tworzenie malego, “podrecznego” (ciekawe czy zdolnego posiasc jakas trwalosc), funkcjonalnego mitu na szczatkach naszej tragedii ma miejsce takze i tutaj i jest to mit na uzytek wewnetrzny Chin. Gdy pojawily sie pierwsze wiadomosci o tym, ze “prezydent Kaczynski latal starym samolotem, zeby oszczedzac”, spodziewalam sie, ze bedzie w sieci wysyp typowo “wielkochinskich” komentarzy typu: “a nasza wspaniala ojczyzna ma taki szybki rozwoj, ze nasi przywodcy lataja najlepszymi samolotami”. I ze beda jakies okrutne zarty z naszych lotow starym Tupolewem. I co? Oczywiscie, pojawilo sie troche wpisow “wielkochinskich”. Pojawily sie i wpisy o lekkomyslnosci i nieodpowiedzialnosci wladzy powierzajacej wlasna egzystencje przestarzalemu sprzetowi. Okrutnych zartow raczej niewiele, a jesli juz, to szybko wygaszanych przez innych komentujacych (“cisza, to tragedia”).

Duzo ciekawsza jest inna kategoria opinii – ta robiaca mniej lub bardziej wyrazne nawiazanie do wewnatrzchinskich wyobrazen dotyczacych osob majacych wladze. Dzisj, gdy kupowalam gazete, kioskarz, ktory od niedzieli, kiedy wykryl, ze jego laowajska klientka jest z  tej Polski, przeczytal wszystko co bylo na temat tragedii w prasie w jego kiosku, powital mnie slowami: “wasz prezydent to byl wspanialy czlowiek. Takich przywodcow, zeby tak dbali o pieniadze ludzi, zeby tak sie poswiecali dla ludzi, narazali, to jest bardzo malo, bardzo malo”. Cos chcialam powiedziec, ale mi nie dal, dodal: “z reguly to maja super samoloty, rezydencje, limuzyny i nawet nie patrza na lao baixing (lao baixing – stare 100 nazwisk - synonim, nomen omen, zwyklych Chinczykow)”.

Wpisow, ktore mowia to, co kioskarz , ale w bardziej dosadny, nieraz ironiczny, sposob, pojawia sie sporo. I - jak napisalam w poprzednim wpisie - bywaja obiektem dzialania cenzury wewnetrznej samych serwisow internetowych.  Negatywne wpisy zawierajace uwagi czy opinie o stylu zycia wladzy bywaja wykasowywane, ale jednoczesnie pozostawione bywaja wpisy mowiace o…wykasowaniu niewygodnych wpisow. Slad pozostaje, modyfikuje sie jego znaczenie.

To mowienie o sobie poprzez pokazywanie na – troche zasugerowany przez media i chetnie podjety przez opinie publiczna – obraz “idealnego prezydenta” z dalekiego kraju to zjawisko ciekawe, choc oczywiscie stare jak swiat. Pokazuje tesknoty, potrzeby, moze i pewne nostalgie (ach, wei renmin fuwu!), jest figura retoryczna, sposobem mowienia. Z drugiej strony ukazuje, jak bardzo trudno Chinczykom wyobrazic sobie jak w ogole dziala dem. parlamentarna…choc w tej sytuacji takie wyobrazenia w ogole chyba nie sa potrzebne.

14

04 2010

Polsko…(2) polska katastrofa w chinskich oczach

Obraz pierwszy: Informacja na kazdym z serwisow internetowych jest na pierwszym miejscu, w kilku w specjalnej ramce, duzymi literami. Wszedzie podobny tytul:

S11771T1270895347153

“Katastrofa samolotu z prezydentem Polski”.

Gdy wreszcie udaje mi sie przejechac metrem z drugiego konca miasta (wiadomosc dostaje via Pekin – dziekuje tutaj nadawcy, jesli czyta) i dotrzec do domu, strony polskich serwisow informacyjnych wlasciwie stad nie wchodza. Zupelnie jakbym chciala siegnac po cos stojac zdala od otoczonego blizej stojacymi siegajacymi stolu. Blyskawicznie wchodza za to serwisy chinskie. Ku mojemu zdziwieniu moge sie z nich dowiedziec bardzo szczegolowo o najrozniejszych aspektach wydarzenia. Na Sina jest nawet lista pasazerow z opisem oficjalnych funkcji, jaka pelnili (taka lista jest tez w wersji chinskojezycznej hasla Wikipedii o tragedii- haslo ma obecnie juz 39 wersji jezykowych, chinska powstala o naszej 14:33, czyli prawie natychmiast po katastrofie). Wieczorem z serwisu  internetowego QQ moge dowiedziec sie nawet tego, ze matka Kaczynskiego jest powaznie chora, ze sie nia opiekowal i ze jego brat jedzie do Smolenska. I jeszcze zdjecie z filmu “O dwoch takich, co ukradli ksiezyc” (偷月二人行). W tonach artykulow o Polsce, zebranych teraz na QQ w formie serwisu informacyjnego jest i ten: “Polska. Kraj Szopena i Curie-Sklodowskiej”. Z innego artykulu moge tez dowiedziec sie tego, ze polski rzad, “zeby oszczedzac, mial tylko jeden samolot, wycofany juz z produkcji Tu-154″. Informacja opatrzona zdjeciem, rokiem produkcji, rozpietoscia skrzydel, typem silnikow i wypowiedzia eksperta. Inny ekspert wypowiada sie, ze Polska jest stabilnym krajem o przejrzystym systemie prawnym, wiec katastrofa nie zagrozi stabilnosci panstwa. Jest tez filmik z gaszenia wraku z polska szachownica na ogonie. I filmik falszywka (QQ!), gdzie ludzie w podkoszulkach na ramiaczkach biegna przez zielone pole w kierunku swietlistej kuli a nastepnie slupu dymu krzyczac po rosyjsku: “samolot spadl!”. Tytul: moment katastrofy polskiego rzadowego Tu-154.

Obraz drugi:

Po co wlasciwie samolot lecial do Rosji? Remin Ribao – organ (tzn. gardlo): zeby uczcic 70-ta rocznice sprawy “katynskiej” (Katyn w cudzyslowiu), kiedy to “dokonano egzekucji na pojmanych polskich oficerach” (波兰被俘军官被枪毙)。Kto pojmal, kto dokonal owej egzekucji i czemu, z “Gazety Ludu” juz sie nie dowiemy.

Dowiemy sie za to z anglojezycznego “China Daily”, ktory oferuje klarowna informacje (charakterystyczne, ze jako trzecia co do waznosci, po prezydencie i szefie szatabu generalnego, ofiare katastrofy wymienia prezesa Skrzypka). Informacja ta  zagranicznemu czytelnikowi daje wglad nie tylko w to, co sie przed chwila stalo, ale na to, jak jest to zwiazane z tym, co stalo sie 70 lat wczesniej i w ogole robi dosc zgrabny briefing klimatu politycznego panujacego w ostatnich latach w Polsce. To juz nie “sprawa katynska” ale “massacre of thousands of Polish officers by Soviet secret police”.  Serwis zaznacza: “Russia never has formally apologized for the murders of some 22,000 Polish officers”.

Przypominaja mi sie moi wspolstudiujacy. Ci, ktorzy na dzien dobry stwierdzali:  “a Polska, ogladalem “Katyn” Wajdy” (bez oficjalnej dystrybucji, kupili na ulicy piracka kopie). I ci, ktorzy gdy kilka tygodni temu, gdy wykladowca powiedzial o pakcie Ribbentrop-Molotow zrobili skrajnie zaskoczone miny, kilka dziewczat zrobilo nawet gest podobny do tego, jakim reaguje sie tu z reguly, gdy ktos wymienia nazwe pewnej nielegalnej tutaj, dosc slawnej sekty: wydalo z siebie “och” , wymienilo przerazone spojrzenia i zakrylo reka usta. 

Obraz trzeci:

Komentarze internautow. Doniesieniom o katastrofie uroslo sporo komentarzy (pod wiadomoscia glowna z Siny jest ich do teraz, czyli chinskiego wieczora, prawie 9000). Przewazaja ogolno-wspolczujace: “to straszna tragedia”. I refleksyjne: “Bog jest szalony”, “zycie ludzkie jest tak kruche”. Pojawiaja sie spiskowe: “czy tego nie zrobili Amerykanie?”. Sa i te dotyczace Polski:

“Biedna ta Polska, to jest taka Korea Europy, tak samo ma nieszczesliwy i tragiczny narod a dookola mocarstwa, zawsze w zagrozeniu i nawet chcacy uczcic tragedie katynska prezydent teraz zginal”

albo:

“Polska to kraj o trudnej historii. W swej historii byla trzykrotnie rozdarta na trzy czesci. Podcza drugiej wojny swiatowej po ataku Niemiec zostala wykorzystana przez ZSRR, polskie wojska na Wschodzie zostaly pojmane przez ZSRR a 22 tysiace oficerow zostalo skrycie zamordowanych w lesie Katyn [...] tak tragicznych losow malo jest na swiecie [...] niech ofiary spoczywaja w pokoju”

“To drugi Katyn. Zgineli wszyscy najwyzsi dowodcy wojskowi”

Jest tez i to:

“Rosja to straszny kraj, czemu jeszcze chcecie upamietniac jakies poniesione przez ich ofiary?”

i to: “to zemsta duchow. Tylko dlaczego mszcza sie na zyjacych przywodcach? Przeciez te rzecz osadzi Bog i zmarli”.

Odpowiedz: “Zmarli nie osadza”

I jeszcze moze to: “Polska to taki kraik-clown”.

I to: “dzis przeczytalem dwie wiadomosci – pierwsza, ze Polska jest najbardziej antychinsko nastawionym krajem i druga, ze ich prezydent zginal w katastrofie”.

Na Sina sporo komentarzy przy poscie o oszczednosciach na rzadowych samolotach, czesc podobna do tego:

“U nas to kazda jedna szycha (大佬 – to nie jest pecjalnie pozytywne okreslenie) ma wlasny supernowoczesny odrzutowiec ponaddziekowy!” A dalej o wysylaniu dzieci dygnitarzy do USA na studia.

Jeden z najstarszych widocznych postow pod dyskusja: “o, nieladnie brzmiace slowa zostaly odfiltrowane, rezultat to teraz: <0 postow, 0 osob uczestniczylo w dyskusji>.

Obraz czwarty

Sylwetka prezydanta Kaczynskiego. Oszczednie. Urodzil sie w “prostej robotniczej rodzinie” (Sina, sic!). Byl profesorem prawa. Byl w Solidarnosci (China Daily). Zabronil Parady Rownosci. Sina, zeby uniknac potencjalnych problemow, poza tekstem ze wzmianka o robotniczej rodzinie, posluguje sie juz gotowym, importowanym, anglojezycznym materialem. Tu moze pasc slowo “communist regime”. Ale moze tez sie pojawic “Poland based journalist Ludmila Lvova”. Poland based journalist mowi po rosyjsku, tlumacz na ten rosyjski tlumaczy, a dziennikarka w studio przeprasza publicznosc za opoznienia w rozmowie, bo “rozmawiamy przez tlumacza”.

P.S. Z lektury papierowej wersji 东方早报 nazajutrz (11.04, 东方早报, podobnie jak inne gazety, ze zdjeciami z katastrofy i zdjeciami Kaczynskiego na cala pierwsza strone, w srodku trzy strony tylko o tym): Kaczynski nie tylko byl ze zwyklej robotniczej rodziny, ale tez “poczawszy od roku 1977, wkroczyl na scene polityczna” (nie ma, od ktorej strony – bxy). Dalej juz opisana jego dzialalnosc lat 90-tych i dalej. Np. po wygranych wyborach 2005 roku Kaczynski (wraz ze swa partia) nie tylko wprowadzal “rewolucje moralna”, ale i “walczyl z korupcja” i… no i co? Tak. On rowniez. “Konstruowal harmonie spoleczeczna”.

11

04 2010

Polsko…Polsko…

Tytuł zajęć: “Marksistowsko-leninowski pogląd na media”. Ocena: A (maksymalna).  Poglądy wyrażone w pracy: bynajmniej nie marksistowsko-leninowskie. Napisałam po prostu, co się stało z marksizmem-leninizmem jako rodzajem dyskursu w Polsce po 89′ i jak to sie ma do postrzegania w niej Chin. Profesor: wyjątkowa postać (i na tym poprzestane, oby uczyl jak najdluzej).

Tytuł zajęć: “Globalizacja i kultura transnarodowa”. Ocena: jeszcze nie ma, bo to początek semestru. Profesor: Japończyk, chyba najlepiej mówiący po chińsku cudzoziemiec, jakiego było mi dane spotkać. Mówi o tożsamości narodowej i mediach w Japonii, jedzie (ale nie tak strasznie jak poprzedni zaproszony na gościnny wykład Japończyk, który pouczał, że “bez wolnej prasy nie osiągniecie demokratyzacji” – większego zmasowania faux pas nie mogę sobie wyobrazić) trochę i dośc dyskretnie (ach, to wyczucie jezykowe) po systemie medialnym Chin i tym, z czego on wyplywa.  Gdy zajęcia się kończą, myślami jestem już gdzie indziej (no dobra, w klubie sportowym, zastanawiam się, ile powinnam dziś przebiec i w jakim tempie) po czym słyszę jak zza zasłony: “A pani skąd jest?” Ponieważ na sali, na której jest 60 osób jest tylko jedna osoba, której mozna zadać to pytanie, więc nawet nie musze sie nawet specjalnie rozgladac, czy to do mnie. Odpowiadam. Na to  japoński profesor: “Aaa, z Polski, i co, macie takie media, jak w Chinach?”

Wmurowuje mnie kompletnie (bieżnia na pochyło? jak bardzo pochylo? lekki trucht? potem z maksymalna predkoscia? w sumie 50 minut? Jak w Chinach? Japończycy naprawdę są z innej planety?). I kiedy wmurowuje mnie jako badacza Chin, mój wewnętrzny Polak (a raczej Polka) czuwa. I zanim się spostrzegam, wewnetrzny Polak odpowiada machinalnie: “Nie, już nie mamy”. Po sali szmer. Jakaś dziumdzia kilka krzeseł dalej wyciąga aparacik cyfrowy i mi robi zdjęcie - że tak to egzotycznie mamy na zajęciach. Odwracam się do niej z przyklejonym uśmiechem od ucha do ucha i dwoma palcami “V” (typowy gest chińsko-fotograficzny). Ponieważ diabelski Japończyk ma wyczekującą minę, że coś powiem dalej, przeto formuję jakiś kłąb socjologiczno-bełkotliwej przedzy (ze tozsamosc, ze rekonstrukcja, ze pole i inne motanie), żeby nie bylo, ze nie reaguje. A w srodku cos sie we mnie gotuje. Jestem wsciekla na Japonczyka (za porownanie, za wypowiedzenie go jako pierwszego i jedynego zdania skierowanego do mnie, no i za to, ze wystawil mnie na ustosunkowanie sie do tej absurdalnej i na dodatek drazliwej dla wszystkich, oprocz jego japonskiej osoby, kwestii-nie-kwestii przy 60 Chinczykach, w tym moich znajomych, no i oczywiscie za to, ze zrobil to, kiedy wlasnie myslalam o biezni, no ale to juz nie jego wina). Ale jeszcze bardziej jestem wsciekla na siebie. Ze wylazl ze mnie machinalny, wewnetrzny, podswiadomy Polak. Choc w sumie to powinnam sie cieszyc, ostatnio sie przeciez skarzylam, ze przez te wszystkie krzyki na ulicy - “o , laowaj”, te wszystkie poczatki konwersacji w stylu, “bo, wy, Amerykanie”, moja polska tozsamosc czuje sie stlamszona. A tu nagle taki Polak pelna geba, pelen polskiej dumy i uprzedzenia, operujacy systemem zero-jedynkowym, wylazi. A tak naprawde to jestem zla na siebie, za to, ze wylazl ten mechaniczny Polak zamiast nadbudowanego nad nim badacza. Ktory powinien po pierwsze spytac: “A w jakim sensie podobne? Ze tez po chinsku? Ze mamy i Renmin Ribao i Nanfang Zhoumo? Czy ze takie duze?”. Czyli zmusic diabelskiego Japonczyka, zeby sam wyartykulowal to, co chcial (tzn chcial, sadzac z kontekstu calego jego wykladu) mi w rece wpakowac. Ide do klubu sportowego i przebiegam wiecej i szybciej, ale paskudny humor nie mija.

Gdy wracam do domu, przebiegaja mi dodatkowo, migawkowo te wszystkie mini dialogi, gdy ktos przygodnie poznany dowiaduje sie, ze jednak nie jestem z Ameryki, tylko z Polszczy. Typy idealne ponizej:

Typ 1:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “z Polski”

Osoba, po namysle: “Polska to zdaje sie bardzo maly kraj?” (polskie tlumaczenie nie oddaje uroku chinskiego oryginalu, ktory, przynajmniej w moich uszach, ma spory ladunek komizmu, bo jakos tak sytuuje Polske gdzies razem z malymi dziecmi, malymi kotkami etc.)

Typ 2:

Osoba: “Skad jestes?”

ja: “z Polski”

Osoba, glosem jakby gluchy do gluchego: “Skad?! Z Holandii??” (Holandia - Helan, Polandia - Bolan)

Typ 3:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “O, stosunki naszych krajow sa bardzo dobre! Przeciez byliscie krajem socjalistycznym”

Kiedys, zaraz po wydarzeniach w pewnej zachodniej prowincji Chin (niemal dokladnie sprzed dwoch lat), zrobilam analize tekstow trzech polskich glownych dziennikow - jak, za pomoca jakich srodkow, przy uzyciu jakich slow opisuje sie ten konflikt, jak definiuje sie strony i ich dzialania. Wyszlo (przynajmniej w dwoch dziennikach), ze to nie tyle rzecz o Chinach i pewnej ich prowincji, ile odswiezanie naszych narodowych opowieści, np. tej o stanie wojennym (te wszystkie tytuly: “Czolgi na ulicach” etc.) i opowiadanie ich na powrot tak, aby nie bylo watpliwosci, ze dane medium stoi po stronie swiatla. Czyli odswiezanie wlasnego (przykurzonego jakby) mandatu, masowanie ego wlasnego i czytelniczego. No bo np. mozna na powrot tak latwo zostac obronca (slowo powtorzone 43 razy, i to do tego w gazecie przed duze “G”, staje sie prawda!) czegos np. krzyczac na ulicy.

No wiec tak to jest, m in., byc w przeszlosci krajem socjalistycznym. Tutaj (no chyba, ze, o ironio, na kursie marksizmu-leninizmu) tego nie powiem (choc czasem mnie kusi, zwlaszcza jak ktos opowiada, jak to cały swiat Chiny podziwia za ten caly rozwoj i lubi). W Polsce tez tego nie powiem (dyskusje z zacietrzewionymi obroncami i zwolennikami, czegokolwiek by nie bronili, mnie po prostu nie interesuja). I japonskiemu profesorowi tez nie. Nie przy ludziach.

P.S. W weekend poszlam do parku Zhongshan (czyli Sun Yat-sena). Stoi tam ni mniej ni wiecej tylko pomnik Szopena (dwa tygodnie temu minela 200 rocznica urodzin!). Pomnik ten stoi posrodku tej calej Chinskiej Republiki Parkowej, tych wszystkich latawcow, karaoke z magentofonu, straszych ludzi spotykajacych sie by pospiewac arie z oper pekinskich, pograc na tradycyjnych intrumentach. Tkwi posrodku tych tlumow pochylajacych sie z aparatem nad paczkiem kwiatka, posrod grupy Ujgurek w strojach ludowych i z magnetofonem, ktore przygotowuja sie do parkowego wystepu. Zostal ufundowany przez strone polska, wykonawczynia jest Chinka, ktora studiowala na warszawskiej ASP. Szopen szanghajski robi dosc przygnebiajace wrazenie, on po prostu spadl z nieba, jak meteoryt, utknal posrodku Chnskiej Republiki Parkowej niczym cialo obce. Wbil sie w ziemie przy kepce krzakow, po drodze rozpadl na serie metalowych pretow, na ktorych utkwila glowa biednego Fryderyka. Gdy odslaniano pomnik 3 lata temu, byly szumne zapowiedzi strony polskiej, ze bedzie miejsce spotkan kulturalnych, koncerty na wolnym powietrzu, muzeum. Nie ma po tym sladu. Jest tylko wylysiala trawa dookola.

P.P.S. Tak, to prawda, ze nasz polski pawilon na Expo bardzo sie tu podoba.  I ze w wielu miejscach jego wycinankowe, biale oblicze wisi obok pawilonu-matki (pisalam o nich tutaj) jako wizytowka Expo. Dyskusje o tym, czy to dobrze czy zle, ze jest to przetworzenie ludowej wycinanki sobie daruje, gdzie indziej jest o tym co niemiara. Dla mnie wazniejsze jest pytanie o to, czy w srodku tego pawilonu znajdzie sie, choc prowizoryczna i przygotowana na potrzeby publicznosci, odpowiedz na pytanie z czwartego typu idealnego gadki o “skad”. A wyglada ona tak:

Typ 4

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “A co jest wasza specjalnoscia (techan)?”

P.P.P.S. Piata odslona gadki o “skad”, uslyszalam ja dzis. Nie wiem, na ile jest reprezentatywna, ale za to niezmiernie mi sie podoba. Uczestnicy to moj kumpel, uczacy dzieciaki w jednej z chinskich prowincji oraz owe dzieciaki.

Typ 5

Dzieci: “Bo ty jestesz z Polski, tak?”

Kumpel: “Tak”

Dzieci: ” Ile bomb atomowych ma Polska?”

Kumpel: “Zadnej”

Dzieci: “To co zrobicie, gdy ktos was zaatakuje?” (po chwili refleksji): “zaraz… przeciez to my mozemy was zaatakowac!! I pobic bez problemu, bo my bomb atomowych mamy mnostwo!!” (po nastepnej chwili refleksji): “ale spokojnie, nie zaatakujemy was, bo my kochamy pokoj!”

A na zupelny koniec posta – ani (chyba, chociaz?…) nie orzel, ani (raczej) nie golabek pokoju, ale (chyba jednak) sokol (a moze jednak orzel?…lub raróg…) na tle szanghajskiego Fryderyka:

DSC07652

18

03 2010