Posts Tagged ‘powiedz hello’

6 scen syczuanskich

Scena 1 – Leshan

Ide zobaczyc Wielkiego Budde (wykuty w zboczu gory schodzacej do rzeki, 71 metrow wysokosci w pozycji siedzacej, strach pomyslec, ile by mial, jakby wstal). Srednio co minute ktos z (tlumnie zwiedzajacych) odwraca glowe od Buddy, rozdziawia gebe, gapi sie jak ciele w namalowane wrota i wola  niesmiertelne: “O, laowaj!”. Matki sztorcuja dzieci: “patrz, cudzoziemiec, powiedz hello!” . Dzieci wrzeszcza “hello!” Przylepiam wymeczony usmiech na twarz i odpowiadam. Dla dzieci to fajna zabawa – cos jak pociaganie pajacyka za sznurek (kiedys takie byly). Zabiegaja mi droge (ide do swiatyni na gorce obok Buddy) i co sekunda wrzeszcza: “hello!”. Okolo 20 razy. Rodzice zachwyceni – wychowuja dzieci na obywateli swiata.

Dziewczynka pokazuje mnie palcem rodzicom, powtarzajac kilkakrotnie: “mamo patrz, waiguoren”. Rodzice sie gapia z rozdziawionymi gebami, dziecko trzyma wyciagniety palec.

Mloda kobieta mowi do mnie “hello”.  To 16-ta osoba tego dnia, wliczajac w to te wrzeszczace dzieciaki i piszczacych falsecikiem podrostkow (to jakas ogolnonarodowa moda – to samo jest w Szanghaju. Widzac laowaja najpierw poszturchuja sie z rozbawieniem, potem zmieniaja glos na falset i strojac miny “na stara paniusie”, piszcza to cholerne “hello” – ze niby to jest odpowiedni ton w jakim mowi sie do obcokrajowca). Gdy – umordowana – nie odpowiadam, dziewczyna mowi urazonym, obrazonym glosem do znajomych: 她不礼我啦!- ona mnie nie uszanowala!

Scena 2 – Jaskinie Tysiaca Buddow (30 km na zachod od Leshan)

W przeciwienstwie do tych dzikich tlumow przy leshanskim Buddzie, tu nie ma zadnych turystow. Miejsce wyjatkowe – tonie w porannej przyrzecznej mgle, kazdy ze skalnych obrazow z – podobnie jak leshanski Budda -  dynastii Tang, opowiada inna historie. Te z nich, ktore sa w zasiegu ludzkiej reki opowiadaja jeszcze inna historie: wszystkim plaskorzezbom brakuje glow. Zostaly skute przez szabrownikow, zanim Chiny sie zorientowaly, ze to jest cos, co warto otoczyc opieka (swoja droga duzo bym dala, zeby sie dowiedziec, gdzie obecnie sa te wszystkie glowy, gdzie sa ci wszyscy milosnicy sztuki). Na drodze stoi straznik, gdy mnie dostrzega, trzy razy glosniej niz do normalnego czlowieka rzecze: “O keeeej???”  Po czym do stojacego obok niego drugiego faceta: “ona tu byla rok temu”. Ja na to, ze jestem tu pierwszy raz w zyciu. Nastepuje rytualna przepytywanka  (odbywam ja codziennie od kilku do kilkunastu razy, bez wzgledu na miejsce w ktorym jestem, w Szanghaju tez) : skad jestem? Ile juz jestem w Chinach? Potem nieuchronnie nastepuje stwierdzenie, ze moj chinski jest bardzo dobry (na to trzeba sie machinalnie usmiechnac i powiedziec “alez skad”) i czy – to juz opcjonalnie – 中国好玩儿 (cos w stylu czy dobrze bawie sie w Chinach). Po przepytywance straznik rzecze: “no to w takim razie byl tu ktos kompletnie identyczny, jak ty. A wlasciwie to byla ich nawet piatka, kobiet i mezczyzn”

Scena 3 – Sanxingdui (muzeum z przedmiotami z krolestwa Shu – ok 1300 lat p.n.e)

Na wejsciu do muzeum info, ze studenci placa polowe (ceny biletow wstepu w Chinach sa zawrotne, ten kosztuje 80 kuajow, to tak, jakby u nas bilet wstepu do muzeum kosztowal 80 zlotych). Pokazuje legitymacje mojej szanghajskiej uczelni – identyczna jak kazda inna legitymacja w tym kraju. Pani na to sie krzywi, i mowi, ze zagraniczni studenci chinskich uczelni musza kupic caly bilet. Pytam sie, na jakiej podstawie odroznia cudzoziemca. Pani sie smieje, ze takie idiotyczne pytanie, przeciez wiadomo. No wiec sie pytam, jak odrozni Koreanczyka – wygladem zblizony, w legitymacji imiona i nazwiska Koreanczykow zapisywane sa znakami. Sa tez tak samo “skonstruowane” jak chinskie:  najpierw jednoznakowe nazwisko, potem dwuznakowe imie, nazwiska tez te same – koreanski Kim to chinski Jin etc.. Prosze o rozmowe z szefem. Szef jest bardzo grzeczny. Ostroznie sugeruje, ze ”wielu cudzoziemcow w Chinach pracuje i w weekendy sobie chodzi na jakies kursy” . Pyta sie tez, czy moze zobaczyc moja wize. Osoby z obslugi tez zerkaja i robia uwagi, ze w takim wieku 还没毕业 – jeszcze nie ukonczyla studiow (wiekszosci osob nie miejsci sie w glowach, ze mozna studiowac cokolwiek dalej niz licencjat, nie mowiac oczywiscie o doktoracie).   Po godzinie od przyjazdu pod muzeum wchodze do srodka. Mam dosyc i wlasciwie nie chce juz ogladac zadnego muzeum, wydaje mi sie to w tej chwili smieszne a krolestwo Shu jeszcze odleglejsze. Z biletem za pol ceny, lykajac lzy upokorzenia i zmeczenia. W srodku sa rzeczy nieprawdopodobne – czterometrowe “kosmiczne drzewo” z brazu, setki niepokajacyh masek z brazu i zlota. W innych warunkach pewnie piszczalabym z zachwytu. Na zewnatrz – tablice pamiatkowe – kto z wielkich zwiedzal muzeum. Najwieksza na Towarzysza Hu Jintao: “Towarzysz Hu Jintao z uwaga zwiedzil ekspozycje, po czym na koniec, poruszony, powiedzial z uczuciem: Ta wystawa jest naprawde niezla. Konstrukcja budynku (hala wystawowa w formie wiezy, po ktorej sie wspina zwiedzajacy – K.P.) ukazuje postep i rozwoj narodu chinskiego” .

Scena 4 – Chengdu 

Po upokorzeniach Sanxingdui wracam do Chengdu. Chce kupic jablko. Dziewczyna bierze, wazy i mowi cene: 5 yuanow. Jablka w Chinach sa drogie, ale jedno to maksymalnie 2.5 kuaja. Mowie jej to. Zdziwienie: “przeciez wy Amerykanie macie mnostwo pieniedzy”.

Jalbka oczywiscie nie kupie, wracam do hotelu. A tam przy lozku koszyk – a w srodku 2 banany i pomarancza. Z tabliczka: “darmowe owoce od hostelu”.

Scena 6 – tez Chengdu

Jade do centrum hodowli pandy wielkiej – w nadziei, ze chociaz moze zwierzeta beda sie inaczej zachowywac. Wysiadam na gigantycznej petli przesiadkowej, brak oznaczen przystankow. Mam dosc i lapie taksowke.

Taksowkarz, autorytatywnie: Chengdu jest najfajniejszym miastem Chin.

Ja: taaak? (真的吗?)

Taksowkarz: A nasz mandarynski jest najpoprawniejszy w calych Chinach. Mowi to kaleczac wszystkie koncowki wyrazow – np. Meiguo, Ameryka ( taksowkarz bowiem jest przekonany, ze z niej wlasnie pochodze) to w jego ustach “meigui” – “roza”

Ja: Ale cudzoziemcow to u was chyba nieduzo?

Taksowkarz: Nie, przeciwnie, bardzo duzo.

Ja: Ale co chwile ktos wola:”o , laowaj” wiec chyba sa nieprzyzwyczajeni

Taksowkarz, smieje sie: nie, nie, sa przyzwyczajeni, tu jest bardzo duzo obcokrajowcow.

Ja: Jak tak wolaja, to czuje sie jak mapla w zoo, a nie czlowiek

Taksowkarz, zasmiewa sie: to niby co maja wolac?? 

Gdy dojezdzam, ogarnia mnie jeszcze wieksze przygnebienie. W naturze zostalo mniej niz 1000 pand – za malo, zeby przetrwaly – szczegolnie, ze nie moga poruszac sie swobodnie pomiedzy poszczegolnymi, poodzielanymi ludzkimi konstrukcjami, siedliskami. W centrum jest ich okolo 50-ciu, reintrodukcja pandy wychowanej w niewoli do srodowiska naturalnego jeszcze nigdy sie nie powiodla. Po centrum chodza grupki ”laowajow” i seplenia do pand: “jestem taaaki slicny, taki slodziutki, oj, oj, jak siobie lezie i jem, ciu, ciu” . Ogladam tez film dokumentalny o pandach w centrum. Na filmie pandy uspione badane na okolicznosc najbardziej rozniacego sie materialu genetycznego przyszlych rodzicow,  pandy sztucznie zapladniane, panda-matka rodzaca przy 4 kamerach swoje pierwsze dziecko. Zupelnie zdezorientowana patrzy w oslupieniu na malenkie, nowonarodzone zwierzatko, bije raz po raz pazurzasta lapa piszczace rozowe stworzenie wielkosci myszy. Jedna z badaczek wpada do klatki i nie zwazajac na rozwscieczona matke-pande, chwyta “niemowle”, tuli jak dziecko i wybiega z klatki.   

Scena 6 – tez Chengdu

Ide do…klasztoru (jakkolwiek ladnie by to nie brzmialo). Mam nadzieje, ze tam znajde cisze i swiety spokoj, mam nadzieje tez zjesc cos w przyklasztornej jadlodajni i poczytac ksiazke w herbaciarni. Gdy czekam na posilek, pojawia sie 85 letni (sam mowi), ubrany w stary plaszcz Armi Ludowo-Wyzwolenczej mezczyzna, ktory zagaduje do mnie po angielsku, po czym sie przysiada. Prawie nic nie rozumiem, ale ewidentnie opowiada historie swojego zycia. Co chwila zapomina, co juz powiedzial, a czego jeszcze nie, mowi od poczatku to samo, jedzenie tryska na wszystkie strony. Chce temu 大爷 okazac szacunek, odpowiadam kilkakrotnie na te same pytania, slucham, kiwam glowa. Tak naprawde chcialabym sie gdzies ukryc w kacie, tak, zeby nikt mnie nie widzial, zebym mogla w spokoju sobie posiedziec. Gdy posilek dobiega konca, wstaje, zycze wszystkiego dobrego i wymykam sie – do herbaciarni na drugim koncu klasztorengo kompleksu. Siorbie herbate, czytam ksiazke. Ech, szkoda tylko, ze nie wzielam zadnych 瓜子 (pestek) do skubania. No, ale nie mozna miec wszystkiego. Zaglebiam sie w ksiazke, po czym znowu slysze nad soba glos 大爷: “Miss, Miss!”. Podnosze glowe. Dziadek stoi nade mna, a w reku trzyma torebke pestek slonecznika: “przynioslem Ci troche pestek. Pasuje do herbaty”. Kladzie paczke na stole i oddala sie, kustykajac i postukujac laseczka. 

Za dwa dni wracam do Szanghaju.

27

02 2010

Powiedz “hello”

Angielski azjatycki bywa traktowany jako kuriozum i jako taki podlega np. kolekcjonowaniu (największa kolekcja to http://www.engrish.com, jak dla mnie jeśli chodzi o ładunek poezji niezrównany jest ten ). Status ten owa angielszczyzna zawdzięcza nie tylko specyfice błędów robionych przez Azjatów (a te płyną głównie ze specyfiki nauczania), ale także chyba popularności automatycznych translatorów, w oparciu o które powstaje duża część tablic informacyjnych i ulotek. Np. takich jak te (na dolnym zdjęciu polecam rozwadze zwłaszcza punkt 7 i 8, choć wizja “randomly feeds the animal” też nasuwa wyobraźni różne niepokojące obrazy):fancysoup

civilized pledge

Pewnie niejedna osoba widząc w nowoczesnym supermarkecie zawalonym miliardem dóbr ładnie wykonaną i podświetloną tablice z napisem “one time sex thing” (słowo w słowo przetłumaczone znaki wyrażenia “produkty jednorazowego użytku”), albo powyższą tablicę przy wejściu do cudu architektury z listy UNESCO – wioski Xidi w południowym Anhui, zastanawia się, dlaczego nie zainwestowano jeszcze odrobinę więcej w weryfikację albo tłumacza.

Myślę, że wynika to głównie ze specyficznej roli, jaką pełni yingyu tutaj, w Chinach. Mam bowiem coraz silniejsze wrażenie, że yingyu to już nie tyle odpowiednik słowa “angielski”, ale cały złożony system, którego motywy i cele zamykają się niemal w całości w chińskiej rzeczywistości. No bo:

Dzieciaki uczą się yingyu, żeby dostać się na dobrą uczelnię i mieć szansę na znalezienie dobrej pracy w którymś z dużych miast Chin. I to jest zasadniczy horyzont czasowy i geograficzny motywów jednostki.

Państwo z kolei chce aby yingyu był nauczany, bo wpisuje się to idealnie w wizję otwartego, “cywilizowanego” (nieśmiertelne słówko klucz – 文明  wenming), nowoczesnego kraju. Słowem projektu wielkich wspanianiałych Chin (kolejne słówko klucz - 中华 zhonghua), który jest obecnie konstruowany głównie na użytek wewnętrzny.

Dla pracodawcy yingyu delikwenta stanowi informację, że odpowiednią ilość czasu i pieniędzy w taką osobę zainwestowano, że jest ona zdolna do opanowania dużego zasobu informacji, że ma pojemną kartę pamięci, że jest pilna.

W takiej sytuacji zarówno od strony systemu, jak i pojedycznego ucznia, nauczyciela czy rodziców czytanie literatury, oglądanie filmów, szukanie kontaktu z żywym językiem, zagranicą, laowajami i ich kulturą to dość dalekie (i wcale nie specjalnie funkcjonalne, by nie powiedzieć, że to strata czasu) dodatki do uporządkowanego systemu yingyu. Owszem, można syknąć dziecku do ucha “patrz, cudzoziemiec, powiedz hello“. Matka będzie zadowolona, że zachowała się wenming i kaifang (otwarcie) i że można znajomym powiedzieć, że dziecko ”rozmawiało z cudzoziemcem”. Więcej nie trzeba – reszta yingyu dokona się na testach i egzaminach.

“Angielski” napis w supermarkecie, podobnie jak takie hello pokazuje Chińczykom (co prawda tym, którzy nie rozumieją yingyu, ale to wciąż przytłaczająca większość jego klientów), że sklep ów jest już wenming. Że jest już taki, jak sklepy 发达国家 – fada guojia - krajów rozwiniętych. I to w przypadku np. wielkiego hipermarketu na obrzeżach Szanghaju wystarcza.

Jeśli tak spojrzeć, system nauczania yingyu tutaj (z reguły od 40 do 60 uczniów w klasie, wszystko niemal w całości oparte na pisaniu ćwiczeń do testów) jest względem wyżej wymienionych celów jak najbardziej funkcjonalny.

Oczywiście krytyków tego systemu (wśród nich np. mój profesor od neo-konfucjańskich narzekań, który słusznie zresztą widzi w tym systemie marnotrawstwo możliwości, czasu i zdolności młodzieży) nie brakuje. Wśród nich są też i sami uczniowie, którzy niemal płaczą, jak słyszą, że uczyłam się chińskiego połowę krócej niż oni yingyu. Wśród tych, dla których angielski jest czymś innym niż system yingyu są też ci wszyscy odważni i zdolni młodzi ludzie, którzy proszą – czy to w restautacji czy w autobusie, o pogadanie z nimi po angielsku. Przynam, że bardzo mi sie podoba taka śmiałość (bo wiem, że to tędy droga) i że ich znajomość słówek czy gramatyki jest zdumiewająca (niestety, często jednak nie wiedzą jak wymówić trudne słówka, których się nauczyli). I co tu dużo mówić - cieszę się, bo w takiej sytuacji paradoksalnie mniej jestem dodatkiem do - zresztą nieswojego – języka. Jak dla mnie jest wtedy całkiem wenming i zupełnie kaifang.

No, ale  z punktu widzenia (zwłaszcza nie mówiącego po chińsku) cudzoziemca w Chinach – nie ma co narzekać. Nawet takie pisane “engrishem” informacje są lepsze niż  niemal całkowity brak informacji po angielsku w Polsce (np. brak napisu na Dworcu Cetralnym to skandal). Może gdyby nie nasze szlachetne milczenie, okazałoby się, że polski Engrish jest po stokroć śmieszniejszy?

22

09 2009