Posts Tagged ‘rodzina’

Skrawek sztandaru… cz. 2.

“Jesteśmy gotowi na komunizm!…” - deklamuje bojowo córka ZFY przygotowując się do lekcji. “Jeśli jesteś gotowa na komunizm, to musisz i być gotowa do pracy i nauki – to oznacza, że kiedy powiem Ci, że masz się uczyć, to, jako, że jesteś gotowa, to musisz natychmiast zacząć się wtedy uczyć!” – ZFY jak zwykle kuje żelazo, póki gorące. Dziecko przejrzało już matczyne sposoby: “Mamo, ja wiem, Ty znowu cytujesz Przewodniczącego Mao albo Konfucjusza….”

“Wybijemy do czysta naszych wrogów!…” - nuci dziarsko dziecko pod nosem. Tej piosenki o wybijaniu wrogów uczy ich Pani w szkole, odkąd cała klasa przystąpiła do pionierów, odkąd noszą czerwone chusteczki. “A kim są Twoi wrogowie?” – ciekawi się ZFY. Z buzi dziecka znika bojowy wyraz, pojawia się niepewność. “No nie wiem… thieves?” - dziewczynce wkrada się nowo wyuczone angielskie słówko i to w całkiem porządnej formie gramatycznej- “….jacyś przestępcy?”. ZFY jest wrażliwa na język, zwraca uwagę dziecku, żeby nie wtrącać angielskich słówek gdy mówi się po chińsku. Uśmiecha się: “Masz tylko jednego wroga i jest on w Tobie samej. Np. kiedy się uczysz i chce Ci się spać, to Twoja chęć spania jest Twoim wrogiem, gdy go zwalczysz, to właśnie jest wybicie wroga do czysta!”. Mała kiwa głową, ten wewnętrzny wróg ewidentnie jest jakiś konkretniejszy.

Ja: “To cała klasa przystąpiła do pionierów? A nie było żadnych rodziców, którzy się nie zgodzili?” ZFY uśmiecha się tym szczególnym uśmiechem, gdy wspomina dawniejsze czasy, jakby widziała oczami wyobraźni coś miłego, ale już pożółkłego, czego barwy już nie wrócą, jak jakiś kwiatek znaleziony w starym zielniku: “Za moich czasów być pionierem to był zaszczyt. Tylko najlepszy uczeń w klasie mógł zostać pionierem, dostać czerwonę chustę. Ale potem stwierdzono, że taka selekcja, ta elitarność, ma zły wpływ na dzieci, pozostałe czują się gorsze i teraz każdy już w drugim semestrze pierwszej klasy zostaje pionierem. Ale fakt, było w klasie troje rodziców, którzy złożyli oświadczenie, że nie godzą się, aby ich dzieci przystąpiły do pionierów. Ale teraz są już wszyscy”. Ja: “A jak to się stało?”. ZFY mruży oczy z rozbawienia, przygotowuje się do opowiedzenia perełki: “O to samo zapytałam moją córkę, gdy doniosła mi, że już wszyscy są w pionierach. A dziecko na to co? Dziecko podbiera się pod boki i tryumfalnie wykrzykuje: ‘jak to, od kiedy to nauczyciel nie znajdzie sposobu, żeby zwalczyć -斗争 douzheng – jakichś rodziców?’” . ZFY śmieje się, wciąż mruży oczy zza okrągłych okularów bez oprawek, rozkłada ręce (rękaw brązowej bluzki na kołeczki odsuwa się, na przegubie ręki nieodłączna buddyjska bransoletka): “sama nie wiem, ona normalnie wyraża się tak prosto, jak to dziecko, a tu nagle taki sposób mówienia, zupełnie do niej nie pasuje…ale fakt, ci ich nauczyciele są naprawdę 厉害”.  厉害 lihai – znaczy mniej więcej “twardy”, “ostry” dziś w odniesieniu do osoby oznacza, że jest mocna, “niezła” etc.  斗争 douzheng – to walka, zwalczanie. Jak 阶级斗争 jieji douzheng, walka klas. Jak “zwalczanie”,które miało miejsce podczas 批斗会 pidou hui – “wieców krytyki i walki” za Rewolucji Kulturalnej.

Elitarność czerwonej chusty nadal istnieje – przynajmniej w oczach dziecka.  ZFY bierze córkę na piknik do parku, dziecko przed wyjściem wiąże czerwoną chustę. W parku rozgląda się bacznie, by na koniec z dumą stwierdzić: “phi, nikt nie ma chusty, tylko ja jedna mam coś takiego!”

ZFY w domu uczy dziecka treści Analektów konfucjańskich, w szkolnym podręczniku do chińskiego jest i czytanka o “Przewodniczącym Mao, który wykopał studnię…” i o “wujku Dengu, który posadził drzewo w parku przy Światyni Nieba”. “Babciu, babcia była właśnie w parku Światyni Nieba ćwiczyć z koleżankami, czy widziała drzewo Xiaoping?” .”Drzewo co…?” - babcia niewiele z tego rozumie.

“Moje dziecko niewiele rozumie. Przecież wychowała się w Japonii i o wielu rzeczach nie ma pojęcia, nie wie nawet kim był Deng Xiaoping czy Zhou Enlai” - śmieje się ZFY. Mała prawie cztery lata ze swojego siedmioletniego życia spędziła w Japonii. Wciąż tęskni za japońskimi koleżankami, za paniami w przedszkolu. Tak bardzo się bała, że jej ukochanej pani z tokijskiego przedszkola coś się stało podczas trzesięsienia ziemi – zadzwoniły wtedy do pani, obdzwoniły japońskie koleżanki, upewniły się, że sa bezpieczne, że mają się dobrze. Ale ostatnio córka ZFY przyszła ze szkoły zamyślona. Na lekcji chińskiego był tekst o chłopczyku, który zginał z rąk japońskich imperialistów w wieku zaledwie 13 lat. Niby było, że to właśnie jacyś imperialiści (nie wiadomo w sumie kto to), a nie normalni Japończycy, ale na ilustracji wściekli żołnierze powiewali japońską flagą. Dzieci, które do tej pory zazdrościły jej tej Japonii, zaczęły rzucać w jej stronę krzywe spojrzenia. Ona pomyślała o Japonii jej przedszkolnych przyjaciół i miłych pań i powiedziała na głos w klasie: “ci, których znałam w Japonii tego nie zrobili, nie są winni, tamci winni już dawno nie żyją”. A potem sama do siebie: “dobrze, że jednak urodziłam się w Pekinie, mam świadectwo urodzenia, jak będą chcieli, to mama im pokaże”.

ZFY: “jak słyszę słowo ‘walka klas’ i miałabym coś na ten temat napisać, to odbywa się to bez udziału mojego myślenia, po prostu ręka sama dopisuje ‘…jako podstawa’”. I jeszcze: “za moich młodych czasów jak zrobiono ranking częstotliwości występowania słów w języku chińskim, to 的 de (w dużym przybliżeniu słówko wprowadzające stosunek zależności – bxy) było na pierwszym miejscu, a na dziesiątym słowo 敌人 diren – wróg. Rozumiesz? Wróg!” – ZFY znowu rozkłada ręce.

Jak podaje internetowa baza wyrazów języka chińskiego www.cncorpus.org (obejmuje lata 1919-2000, nie udało mi się znaleźć bazy z np. ostatnich 10 lat) 的 de, jeśli chodzi o częstotliwośc występowania, oczywiście jest na miejscu pierwszym. Trudno sobie bez niego wyobrazić współczesny chiński. Diren - 敌人, wróg, na miejscu 574-tym. Na miejscu dziesiątym jest 我  wo -  ja.

30

05 2011

Opowiesć wigilijna

17 marca 2010 roku rano 17-letnia Tian Yu weszła na czwarte piętro dormitorium i skoczyła z okna. To był drugi z dwunastu przypadków skoku z budynku, które wydarzyły się tamtą wiosną w należącej do tajwańskiego Foxconnu (Fushikang) największej fabryce swiata (w chwili gdy Tian Yu skakała, fabryka w Kantonie miała blisko pól miliona pracowników). Srednia wieku skaczących 21 lat. Tian Yu jako jedna z dwóch osób, które skoczyły, przeżyła. W najnowszym, noworocznym, poswięconym w całosci opowiesciom dziennikarzy, pisarzy ale i “zwykłych ludzi” o ich ojcach, numerze Nanfang Zhoumo, Tian Yu opowiada o swoim ojcu. Kika dni wczesniej opowiedziała o swojej pracy w Fushikang i o swoim obecnym życiu dziennikarzowi 第一财经日报 – diyi caijing ribao – “Pierwszego dziennika finansowego”. Spróbuję odtworzyć z tych dwóch tekstów tę historię. Żeby nie było tylko o ojcu, ale i o córce.
Choć w szkole nie była dobrą uczennicą, ojciec nigdy jej nie karał. Ukarał tylko raz, gdy użyła jako dziecko brzydkiego wyrazu. Dostała po buzi tak, że aż poleciała krew. Młodszy brat Tian Yu jest głuchoniemy, jest jeszcze młodsza siostra. Rodzina mieszka na henańskiej wsi, ma trochę zwierząt (po tym, jak Tian Yu skoczyła z okna, czesć zwięrząt wyprzedali, żeby mieć na opłatę za szpital), zimą ojciec najmuje się do pomocy jako pracownik sezonowy. Tian Yu skończyła gimnazjum i nie ma co ze sobą robić. Marzy, że będzie miała sklep z butami w miasteczku. Ale póki co nie może siedziec w nieskończonosć w domu, postanawia jechać do Kantonu pracować. W artykule dla Nanfang (Tian Yu mówi, dziennikarz spisuje) opowiada o tym, jak ojciec bał się, że jako młoda, niedoswiadczona, będzie doswiadczać krzywdy i upokorzeń. Dla Caijing Ribao relacjonuje, jak przed wyjazdem rodzice uczyli ją, jak radzić sobie z ewentualnymi zniewagami – “wytrzymuj, znos w ciszy”. Pomimo nakazu tradycji, który mówi o tym, że dziecko powinno spędzać chiński Nowy Rok z rodziną, rodzicami, dwa dni przed Nowym Rokiem Tian Yu wsiada w pociąg i jedzie ze srodka kraju na wybrzeże – w kierunku przeciwnym niż wszyscy inni, wracający do domów na swięta robotnicy.

Pierwszego dnia (“miałam szczęscie, przyjęli mnie już po dniu stania w kolejce, bo to było tuż przed Nowym Rokiem i potrzebowali ludzi”) wytrzymuje, choć płyna jej do oczu łzy. Gdy podczas przeszkolenia pyta się, czy dobrze wykonała zadanie, nadzorczyni potwierdza, a potem, podczas kontroli, ta sama nadzorczyni publicznie ja wysmiewa i krytykuje za…źle wykonane zadanie. Najpierw nie musi zostawać dłużej przy tasmie, bo jest niepełnoletnia, ale wkrótce zostaje jak wszyscy. Kilkanascie godzin codziennie na stojąco przy tasmie, wykonując tę samą czynnosć. Wtedy po raz pierwszy wydaje jej się, że straciła czucie w rękach i nogach. Zanim nieopatrznie utopi kupioną przez ojca komórkę w wodzie, powie mu jeszcze i to.
W dormitorium mieszka ich 8 w pokoju, ale, ponieważ każda z dziewczyn pracuje w innym dziale (Tian Yu sprawdza zmontowane ekrany do Apple’ów) i na różne zmiany, zna imię tylko jednej z nich. Atmosfera jest zimna, nie ma z kim porozmawiać – nie to, co w domu, na wsi. Tian Yu ma tylko jedną koleżankę, z którą zapoznała się podczas stania w kolejce. Żeby 500 kuajów, które dał ojciec na dworcu, na dłużej wystarczyło, w ramach rozrywki przechadzają się po ulicach handlowych i do supermarketu. W tym ostatnim wkładają towary do koszyka, objeżdżają sklep, a później odkładaja rzeczy z powrotem na półkę.
16 marca zostaje już tylko 10 kuajów (czy 5, jak wspomina druga z gazet, nieważne, mało). Minął już miesiąc, a wypłaty jeszcze nie ma. Tian Yu pyta koleżanki z dormitorium, gdzie odebrać kartę z pensją. Nie wiedzą, kierują do kierownika działu. Ten odsyła do filii fabryki na drugim końcu miasta. Za większosc pozostałych pieniędzy Tian Yu kupuje bilet i jedzie godzinę autobusem. Zaczyna się kolejna porcja odsyłania. Z jednego budynku do drugiego, z drugiego do trzeciego i tak dalej w nieskonczonosć. “Nie wiem ile godzin tak chodziłam, szukałam i szukałam i szukałam, a miejsca, gdzie mam odebrać kartę nie było i nie było” – płacze Tian Yu reporterowi Jingji Ribao.

Do dormitorium wraca na piechotę, bo nie ma już pieniędzy na bilet. Idzie przez całe gigantyczne miasto. Kładzie się na łóżko, ale nie może spać, bo jest tak wsciekła. Płacze. Nikt się nie pyta, co się stało. Rano gdy sobie przypomina zdarzenia dnia poprzedniego, zalewa ją wsciekłosć. W tej wsciekłosci biegnie ledwie piętro wyżej i w 35-tym dniu pracy skacze.
Budzi się po 12 dniach i nie poznaje własnego ojca, który siedzi przy łóżku – 40-latek ma całkiem białe włosy. W swojej opowiesci o ojcu mówi, że ten ukradkiem gotuje w elektrycznym garnku kleik, bo Tian Yu, z wieloktornie złamanym kręgosłupem, sparaliżowana od pasa w dół, z połamanymi kończynami, uszkodzonymi narządami wewnętrznymi, ma problemy z trawieniem. Caijing Ribao przedstawia inny jeszcze powód – jedzenie w szpitalu jest zbyt drogie dla rodziny, pichcąc ukradkiem kleik, zaoszczędzają trochę pieniędzy. Ojciec podpisuje porozumienie z Fushikangiem. Rodzina dostanie 180 tysiecy yuanów, wypłacone w oparciu o “humanitarną postawę” (tak ujmuje to porozumienie) fabryki. Ojciec ani Tian Yu nie rozumieją, co znaczy to wyrażenie.

Za dalsze opercje Tian Yu trzeba płacić. W opowiesci dla Nanfang Tian Yu mówi, że to ona sama poprosiła ojca, aby nie jeździła już więcej na drogą rehabilitację, w drugiej z opowiesci to rodzice sami, widząc topniejące fundusze 5 osobowej rodziny, w której dwoje dzieci jest niepełnosprawne, a trzecie, młodsza siostra Tian Yu, rzuca szkołę, by pomagać w domu, decydują o zaprzestaniu kosztownych zabiegów. W opowiesci o ojcu ten kupuje córce komputer, żeby jej się nie nudziło i piecyk na zimę, “bo sparaliżowanemu zimno”, nigdy nie pyta o powodu skoku, nic nie wypomina, znosi to, co się stało cierpliwie. W opowiesci dla Caijing Ribao pan Tian Jiandang (można przetumaczyc jako “Budujący-Partię Tian”) stwierdza krótko: “dzieciak, to i nie rozumie”. Nie rozumie, że upokorzenia trzeba znosić, pochylać głowę i nic nie mówić. Że brak pensji to nie koniec swiata.

Nanfang Zhoumo pierwszy numer tego roku – Roku Królika – poswięca opowiesciom o ojcach. Pisze we wstępniaku, że znak “ojciec” zapisany tak, jak na najstarszych kosciach wrózebnych, wyobraża tego, który trzymając rodzaj drąga wychowuje dzieci. “Ojciec jest Niebem dla dziecka” – w tym sensie, ze to on nadaje prawa, karze, ustanawia porządek. Jest początkiem – tak jak początkiem jest chiński Nowy Rok (inaczej Swięto Wiosny). Czyli nie tylko w sensie chronologicznym, biologicznym, ale i moralnym. Co ciekawe, dla autora wstępniaka to typu stwierdzenie jest nie tyle okazją do przypomnienia synowskich powinnosci i cnót (孝 xiao), o których to tradycyjnych cnotach coraz większa grupa młodych przypomina sobie dopiero własnie na Nowy Rok (choć refleksja na temat, chociażby po przeczytaniu wypowiedzi Tian Yu, która przecież zrobiła cos, co najradykalniej zaprzecza 孝, jest nieunikniona), ale punktem wyjscia do podkreslenia… fundamentalnej równosci ojców. Każdy z nich dla dziecka znaczy – powinien znaczyć – to samo. “Ten, co ma w dłoniach motykę, ten z młotkiem, z nożem chirurgicznym i za kierownicą od dobrego samochodu” – pisze Nanfang – “urzędnik i nonmingong”. Ten, którego latorosl w zabawie “a mój tata…” zawsze wygrywa i ten, którego dziecko zawsze przegrywa. Li Gang (hasło “Li Gang” nie pojawia się w żadnym z tekstów wprost, ale i tak wiadomo, o co chodzi) i Budujący-Partię Tian. Ech, idealistyczny Nanfang Zhoumo.

No, już koniec wigilijnego smucenia –

żeby ten rok – Rok Królika – był faktycznie początkiem, ale tylko dobrych rzeczy!

P.S. Po serii samobójstw wsród młodych robotników (ale oczywiscie nie tylko to było powodem), Foxconn przeniósł czesć produkcji do srodka kraju. Rosnące koszty produkcji, kryzys, duże koszty społeczne (do dostrzeżenia czego te 12 skoków bardzo się przyczyniło) takiego systemu produkcji oraz plany rządu, aby rozwijać zachód kraju sprawiają, że robi tak nie tylko on.

P.P.S. Artykuły:

http://news.hexun.com/2011-01-24/126968840.html

http://www.infzm.com/content/55157

03

02 2011

O seksie i naukowosci

Przez ostatnie tygodnie jedynie kupowałam co ciekawiej wyglądające gazety i składałam je na stosik. Od wczoraj powoli przeglądam. Na wierzchu stertki tygodnik Kan tianxia – “patrzeć na to, co pod niebem” – czyli na swiat. O wprowadzaniu reform na Kubie (tygodnik wypisuje szczególowo, ku pokrzepieniu zmordowanych inflacją chińskich serc, z czego składa się kubańska racja żywnosciowa na osobomiesiąc), o “moim ojcem jest Li Gang” (jak zaznacza tygodnik, z “pewnych przyczyn” nie ogłaszano tego swiatu wczesniej, ale Li Gang i rodzice zabitej dziewczyny zawarli ugodę). I o edukacji seksualnej w szkołach.

Artykuł w sumie nic szczególnego (a tytuł posta dałam, rzecz jasna, w celu zwiększenia czytelnictwa bloga :-D ). Nasuwa natomiast jedno ważne pytanie. Ale po kolei. Chiny, jak i Polska borykają się z problemem edukacji seksualnej w szkołach, niby trzeba, ale nie wiadomo, jak się zabrać. Tygodnik przedstawia pewną pekińską podstawówkę i szkołę srednią, w których – w ramach eksperymentu, zdecydowano się wdrożyć lekcje wychowania seksualnego. Patronem i inicjatorem programu jest seksuolog Fang Gang, postać wielce tu kontrowersyjna. Parę lat temu swoje badania do pracy doktorskiej prowadził w klubie nocnym, co oburzyło wówczas media i czytającą artykuły w rodzaju “doktor z Uniwersytetu Ludowego szpiegując w shenzheńskim nocnym klubie pisze rozprawę” publikę. Gdy parę lat później pisał o związkach homoseksualnych, społeczeństwo “oskarżyło go” o bycie homoseksualistą. Teraz gorszy dzieci w szkole. Artykuł opisuje, jak grupa nauczycieli kierowana przez dr Fanga uczy, jak otwarcie mówi rodzicom i nauczycielom, że negacja, potępianie, ucinanie rozmów, nauczanie o “strzeżeniu ciała niczym jadeitu” i nakłanianie młodzieży do złożenia przysięgi dochowania czystosci do nocy poslubnej (a i takie pomysly na edukację seksualną pojawiały się w innych szkołach) nie mają już racji bytu. Nie mają np. wobec faktu, że 8% dziewcząt w wieku 15-19 lat przyznało się do przejscia inicjacji seksualnej, a 21.3% (!!) z tych 8% ma za sobą doswiadczenie zajscia w ciążę (zas 4.9 % zachodziło w ciążę już kilkakrotnie), a pekińskie prywatne szpitale (tylko w prywatnych placówkach ciążę może usunąć osoba niezamężna) po wakacjach zanotowały 50% wzrost liczby nieletnich chcących dokonać aborcji. Bo, chociaż młodzież oburza się, gdy zaproponować im edukację seksualną (“czy chcecie zasugerować, że jestesmy niemoralni?” – trudno w sumie, by inaczej reagowali w szkole, która szpieguje uczniów, by o tym, że np. tworzą związki, donosić do rodziców) i choć wydawnictwa pornograficzne czy strony o takich tresciach są nielegalne (strony są blokowane, rozpowszechnianie pornografii karalne), to jednak młodzież i tak zdobywa w drugim obiegu tego typu wydawnictwa czy płyty i z nich czerpie wiedzę. Albo poszukuje tzw. wiedzy podwórkowej.

Rodzice uczniów poddanych “eksperymentowi”, to w większosci osoby urodzone w latach 60-tych i 70-tych. Ich dzieciństwo i młodosc upłynęły w atmosferze negacji, całkowitego usunięcia sfery płciowosci z oficjalnego dyskursu (zstąpiła oczywiscie do podziemia, a może raczej “podławcza”, pod pulpitami ławek z wypiekami na twarzach przeglądano odpisywaną nieskończoną ilosć razy w szarych zeszycikach anonimową “powiesc erotyczną” pt.: “Serce dziewczyny”, za jej posiadanie były surowe kary, organa wychowawcze uważały, że kto przeczyta, ten własciwie niejako od razu skazany jest na popełnianie przestępstw na tle seksualnym). Milosć, uczucie, seks, były klasowo podejrzane, piesni miłosne spiewane do Mao zhuxi a nie do pięknych dziewcząt, czy przystojnych chłopaków, a związki niesformalizowane najscislej ukrywane. Odkryte, karane i piętnowane. Przez wszystkich. Od najmłodszych, rzucających w osoby z takiej relacji czymkolwiek, co pod ręką i wrzeszczących w kierunku takich “dzikich gołębi” “klasowe” hasła, poprzez rodziców robiących wszystko, żeby taki, mogący zagrozić całej rodzinie związek, przerwać, aż po organizacje i aktywy, które zmuszały do samokrytyki i urządzały takim osobom “wiece krytyki i walki”. Z obrzucaniem starymi butami (po xie – stary, znoszony but to okreslenie kobiety utrzymującej pozamałżeńskie relacje erotyczne) włacznie.

Dzis, patrząc na te czasy, starsi czują nostalgię, młodsi tęsknotę za romantyczną miłoscią, która pokonuje wszystkie przeszkody, a artysci natchnienie. Skończony cynik, nieodżałowany Wang Xiaobo, nieco nostalgiczną historią (ale jak opisaną! Dosc powiedzieć, że musiał ją wydać na Tajwanie, tu nie szło) takiego “nielegalnego” związku otwiera swoją zjadliwą “Złotą erę”. A ostatni film Zhang Yimou, “Shanzha shu zhi lian” (cos mniej więcej jak “Milosc drzewa głogu”) opowiadający historię ukrywanego młodzieńczego związku z tamtych lat zarobił z powodzeniem pieniądze 20-latków jak i ich rodziców. Główna bohaterka w wieku lat 17-tu w pamiętniczku, broniąc się przed uczuciem, zapisuje: “niegdy nie ulegać drobnomieszczańskim, kapitalistycznym pokusom!” Czyli miłosci i pociągowi fizycznemu własnie. I zamartwia się, czy mogła zajsc w ciążę poprzez przytulenie jej przez chłopaka. Dziedzictwem na dzis jest nie tylko nostalgia, ale i ten cały pokoleniowy brak wiedzy, wstyd, poczucie, że erotycznosc to cos złego, co może zniszczyć przyszlosć. Zjawiska te przełożyły się oczywiscie na relację tej generacji z własnymi dziećmi – sfera seksualnosci traktowana jest do dzis jako zupełne tabu a rodzice mają tylko cichą nadzieję, że pomijana w rozmowach, przynajmniej do czasu studiów, erotyka nie będzie dla dzieci istnieć. Powszechny jest strach, że raz przez młodą osobę odkryta, przesłoni jej cel, jakim jest dostanie się na studia i nauka. I co? Jesli wierzyć “Kan tianxia”, to własnie rodzice przeżywający swoje młode lata w takich czasach w przytłaczającej większosci (90%) zgodzili się, aby, ich uczeszczające do objętej eksperymentem szkoły dzieci chodziły na lekcje “edukacji seksualnej i genderowej” opracowane przez dr Fanga. Czemu?

Bohaterowie “Miłosci drzewa głogu” – nawet koszula założona na głowę w celu utrudnienia identyfikacji nie pomogła – w chwilę po jeździe para została złapana przez matkę dziewczyny, po czym wymuszono zerwanie

Jesli dalej wierzyć tygodnikowi, dr Fang i jego wspólpracownicy zdołali przekonać rodziców do tych nauk, chociaż metody i poglądy stosowane w raczkującej chińskiej edukacji seksualnej mogą uchodzić za kontrowersyjne w konserwatywnym obyczajowo społeczeństwie. Dr Fang postulował m in., aby w szkolnym gabinecie lekarskim znalazły się i prezerwatywy. Film, który dano do obejrzenia nastolatkom pokazywał nagie ciała, zas sam Fang przekonywał dzieci, że orientacja homoseksualna jest czyms całkowicie zwyczajnym i naturalnym. Niektóre z podejsc chińskiej seksuologii mogą wydać się kontrowersyjne w mniej konserwatywnych kręgach. Jedna z nielicznych na chińskim rynku książeczek dla młodszych uczniów dotycząca płciowosci definiuje dziewczynki jako nie mające xiao jiji i ukazuje chłopca, w którego oczach czyni je to w jakis sposób wybrakowanymi (o, Freudzie!). Wydawnictwo to ponadto chłopców prezentuje jako lubiących rywalizację i grę w piłkę brudaski, a dziewczynki jako preferujące zabawy w dom, lubiące warkoczyki i płacze przy byle okazji czyscioszki. Jesli dalej wierzyć tygodnikowi (można jednak przypuszczać, że ten celowo do pewnego stopnia pominął aspekt protestów rodziców, żeby nie dodawać kontrowersji, nie podkreslać tak tu nielubianego konfliktu), jedyne obawy rodziców dotyczyły wieku, w którym ich pociechy otrzymają edukację seksualną (dr Fang twierdzi, że im wczesniej, tym lepiej). Tak czy inaczej, edukacja seksualna w tej szkole jest. Jak więc to zrobili?
Cóż, dr Fang naprzmiennie szafował hasłami o naukowosci takich lekcji i cytatami z …. Zhou Enlaia.

“czemu ja lubię szmaciane lalki, a on strzelanie z karabinu?” “czemu ja mam krótkie włosy a ona dwa warkoczyki?” Czy to dziecko, czy dorosły, nie jestesmy tacy sami. Zobaczmy więc w czym się różnimy…

“mają krótkie włosy, mają dużo siły i czasami są troche brudni…”

“chłopcy siusiają na stojąco, a dziewczynki na siedząco? Czemu tak się dzieje?…”

Cytaty z Zhou Enlaia (oczywiscie to nie te powyższe, powyższe ze wspomnianych ksiązeczek są) i ich rolę w przekonywaniu kogokolwiek do czegokolwiek zostawmy może na inna okazje. A naukowosc? W oczach kogos, dla którego wiara w “naukowosć” już dawno została zdemaskowana jako jeszcze jeden mit nowoczesnosci, jako iluzja stałosci i oparcia, tam, gdzie ich w rzeczywistosci nie ma, ta chińska wiara w naukę, naukowosć wlasnie, wiara, że sama nauka może stać się swiatopoglądem (naukowym!), że możliwa jest wiedza obiektywna, takze ta humanistyczna, dotycząca ludzkiego życia i ludzkich wyborów i że przyczyniac się moze ona do szczęscia (jak mówi dr Fang, celem jego edukacji jest zdrowie i szczęscie dzieci), musi zadziwiac.

Pamiętam, jak w zeszłym roku na jednych z zajęć na moim szanghajskim uniwersytecie wywiązała się dyskusja o tym, czym jest naukowosc. Nauczyciel i studiujący przescigali się w mówieniu czym ona jest – rugowaniem mixin - przesądu (tutaj “przesąd” jest drugim biegunem naukowosci), postępem, rozwojem, wprowadzaniem nowoczesnosci etc. W końcu nauczyciel wpadł na pomysł, żeby zapytać jedynego laowaja na sali. Gdy zaczęłam mówić, że o naukowosci czegos przesądza zastosowana metoda, a nie wynik, że kluczem jest falsyfikowalnosc i możliwosc kontrolowania warunków eksperymentu, na sali zapanowało zdumienie, zas nauczający podsumował: “patrzcie, jak inaczej, jak osobliwie myslą ludzie Zachodu”.

W naszych oczach ta chińska wiara, ze nauka i “naukowosc” naprawi społeczeństwo, przyczyni się do jego szczęscia, że to, co uznane za “naukowe” nalezy po prostu przyjąć, bo takie są “prawa postępu”, to wysokie zaufanie do szkoły jako pasa transmisyjnego “postępu” i “naukowosci” moze jawić sie jako niezły mixin. Pewnie tak samo jak tutaj jawiłyby się nasze różne widniejące na sztandarach “wartosci”, kłótnie o podręczniki, o “wychowania do życia w rodzinie” vs “wychowania seksualne”, walki o szkolne krzyże etc. No więc pewnie to wszystko jawiłoby się jako straszny mixin. Pod warunkiem, że w ogóle udałoby się wytłumaczyć Chińczykom, o co w tym wszystkim mniej więcej chodzi.

Na zakończenie kilka fantastycznych odpowiedzi chińskich rodziców na pytanie: “mamo, tato, skąd się wziąłem”, jakie usłyszeli w przeszłosci obecni czytelnicy Kan tiaxia, a którymi podzielili się w sondzie (dzięki nim ma się wrażenie, że lekcje wspólpracowników dr Fanga w sumie to przydałyby się nie tylko dzieciakom). No więc: “mamo, tato, skąd się wziąłem?”

“Wyciągnęlismy cie ze smietnika…”

“Znaleźli mnie za górą. Gdy uciekali ze mną, gonił ich wilk, tata z tyłu go bił, a mam uciekała przodem ze mną na rekach…”

“Pani w warzywniaku nie dawała rady dłużej mnie utrzymywać, więc mam wróciła z zakupów i z warzywami i ze mną…”

“Ukradli mnie innym ludziom. A jak to mówili, to jeszcze pokazywali mi zdjęcie, jak mama trzymając mnie gdzies biegnie, mówiac, że to robione w momencie, gdy mnie kradła…”

“Kupili mnie w sklepie…”

“Zabrali od złomiarza, bo zawsze jak szli do wujka, mijali tego złomiarza, mama mówi, że ten złomiarz i jego żona to moi prawdziwi rodzice”

“Mówi, że wymieniła mnie za porcje kiszonych warzyw…”

“Z ZOO, zabrali mnie z pobliża klatki z niedzwiedziami”

“Mikołaj wrzucił mnie przez komin…”

19

01 2011

Mężczyzna powinien… (czesć druga)

Na szybach gęste kwiatki wymalowane mrozem, w drzwiach spłowiała zasłonka ze smokiem i feniksem. Mdła żarówka u sufitu. Na ścianie portret Mao i Zhou, na szafie plastikowe kwiatki. Gospodarz napalił nam w kangu. Leżymy na nim w kurtkach i czapkach pod kilkoma kołdrami, para bucha nam z ust i popijamy herbatę z…whisky i zastanawiamy się, czym byłaby pólnoc Chin bez kangu. Z iPhone’a SHL (SHL ma na sobie dwie czapki) lecą różne – sylwestrowe – hity. W tej drugiej, kuchennej izbie, pod ścianą sąsiadującą z kangiem, stos kapusty – żeby nie przemarzła. I niski piec na drzewo. Wody bieżącej nie ma. Zamarzła. Góry z czterech stron. Na nich ruiny Wielkiego Muru. Gwiazdy takie, że wydaje się, jakby to było jakies inne niebo. Za 10 dwunasta w całej wiosce gaśnie światło. Sylwester. Doswietlamy iPhone’m.

Jak nietrudno się domyślać, przeziębiłam się nieco, więc nagle znalazł się czas na kolejny wpis. Co powinien mężczyzna? Kto stawia mu te wymogi, kto ustala powinności? I czym to skutkuje?

W chińskich miastach coraz wyraźniejszy jest trend, który nigdy dotąd chyba się jeszcze w Chinach nie uwidocznił. Młodzi rodzice zaczynają preferować płeć żeńską potomka. Yanger fanglao – „chować syna aby pomagał na stare lata” zmienia się w “chować córkę aby pomagała na stare lata”. Dawniej córka przechodziła do rodziny męża i jej pomaganie na stare lata ograniczało się znacząco do pomagania teściom. To syn dziedziczył i odwdzięczał się rodzicom opieką na starość. Dziś narodziny syna nie tylko nie oznaczają zapewnienia opieki na starość, ale – przeciwnie – oznaczają ogromny wydatek, który na starość będzie trzeba ponieść. Coraz częściej rodzice zakładają fundusz już w momencie narodzin syna. Posag. W dzisiejszych Chinach mężczyzna, aby liczyć się na rynku matrymonialnym (przypomnijmy konkurencja jest duza, jako, że i dysproporcja pomiędzy liczbą kobiet a męzczyzn w Chinach jest poważna) musi mieć posag. I to nie byle jaki. Moja nauczycielka, ze stołecznej, profesorskiej rodziny : “co zrobić, muszę, inaczej nie mogłabym spojrzeć w oczy synowi, przeze mnie nie miałby żony”. Mężczyzna powinien wnieść do małżeństwa mieszkanie. Dla przytłaczającej większości młodych Chinek i ich rodziców wniesienie do wspólnego stadła (mieszkanie oczywiscie natychmiast musi stać się wspólne) przez przyszłego pana młodego mieszkania jest najbardziej podstawowym warunkiem zamążpójścia. Powstało nawet nowe pojęcie ekonomiczne – 丈母娘需求 zhangmuniang xuqiu - “potrzeby teściowych”, w tym ta jedna, fundamentalna. Chcący zdobyć żonę młodzi powinni uwzględniać także i ten rodzaj potrzeb.

xin_2811060515187341939545“Kochani, pobieramy się” – osoby niosące mieszkanie to oczywiscie rodzice pana młodego.

33df5c5b71f34b37800344bf7fbfded8

W020090908496020101793

Na mankiecie ręki z biczem napis “tesciowa”, Chłopak niesie na plecach mieszkanie w kształcie strzałki z napisem “ceny mieszkań”. Popularne jest tłumaczenie wysokich cen mieszkań nadmiernymi “potrzebami tesciowych”

20100920114708_41595

Jak mawial Makesi, byt kształtuje świadomość. Ceny mieszkań, dzięki działaniu ręka w rękę władz lokalnych i deweloperów, dzięki spekulacjom na rynku budowlanym, no i wreszcie dzięki ograniczeniom przestrzennym (jak chcieliby niektórzy, także i dzięki nadmiernie rozbuchanym “potrzebom tesciowych”), szybują do niebotycznych rozmiarów, stawiając kupno mieszkania zupełnie poza możliwościami młodych ludzi i czyniąc z niego prawdziwy fetysz. Rząd centralny ustami swoich najbardziej prominentnych przedstawicieli wielokrotnie zapewniał, że teraz już, za chwilę, ceny mieszkań spadną. Po tych deklaracjach działo się dokładnie odwrotnie, co tylko pokazało, w czyich rękach tak naprawdę leży władza, jeśli chodzi o rynek mieszkaniowy. Na moim osiedlu – ani dobrym ani złym, znosnym, w dobrym punkcie, ale bez luksusów, cena 60 metrowego mieszkania waha się w granicach 3 milionów yuanów (ok 1.4 mln złotych) i – jak wszystko przy obecnej inflacji – rośnie. Średnia pekińska pensja to niecałe 5 tysięcy yuanów, ale w mieście takich kontrastów nietrudno się domyślić, ile osób musi zarabiać grubo poniżej średniej, aby była ona właśnie taka.

Mieszkanie traktowane jest schizofrenicznie – jako dobro absolutnie poza zasięgiem, a jednocześnie i najzupełniej podstawowe.”Mieszkanie daje poczucie bezpieczeństwa”, “małżeństwo bez mieszkania to nie jest żadne małżeństwo” – powiadają zgodnie moje młodsze chińskie koleżanki. “No dobra, a mieszkanie na morderczy kredyt, które sprawia, że on staje się fangnu – niewolnikiem mieszkania, lub yinghang xiaolinggong – drobnym robotnikiem pracującym dla banku, też daje takie poczucie? Co w tym innego niż wynajmowanie, skoro dopóki kredyt nie jest spłacony, mieszkanie stanowi własnosć banku?” – pytam się WLY, która przyjechała do Pekinu na studia z pewnej południowej prowincji. “Daje. Tylko bardzo nowoczesne osoby są w stanie nie myśleć o mieszkaniu przy zamążpójściu”. I tyle.

fangnuSlimak i krab pustelnik – zamieszkujący opuszczone muszle- symbole dwóch rodzajów podejscia do mieszkania. Slimak – niesie ze sobą cieżar jakim jest dom i spłata kredytu, krab wynajmuje mieszkania. Slimak: “zestarzałem się a wciąz jestem niewolnikiem mieszkania”. Krab: “kupno mieszkania nie dorównuje wynajmowi!”

WLY nie kryje, że wcale nie jest i nie chce być super nowoczesną osobą, bo wie, czym to grozi. Studiuje na znakomitym uniwersytecie, ale nie będzie szukać pracy na świeczniku. Ideałem jest szeregowa praca w jednostce państwowej, z dużą ilością dodatkowych świadczeń, niekoniecznie w zawodzie. “Rodzice zawsze mi powtarzali, że dziewczyna nie może być zbyt ambitna, bo nie znajdzie męża” – mówi. Jak mówi, jej studia są po to, aby „dać rodzicom twarz”w niewielkim mieście skąd pochodzą i ewentualnie znaleźć przyszłego męża. Ale i tutaj dużo się zmienia. Na studiach niekoniecznie występują odpowiedni kandydaci. Bo idealny mąż powinien być starszy, z doświadczeniem, dobrze by było, żeby to mieszkanie, które wnosi w posagu, było dowodem jego faktycznej pozycji, a nie tylko “wyżyłowaniem” starych rodziców (ken lao – dosł. wyssanie starych, to dziś niestety dla większości jedyny sposób na sprostanie “potrzebom teściowych” i ich córek). No, chyba, że to nie żyłowanie biednych staruszków, ale gest dobrze postawionego taty. Wtedy to mieszkanie to tylko wstęp, gwarancja, że jako żona fuerdai - przedstawiciela drugiego pokolenia bogaczy, dziewczyna będzie mogła korzystać z przywilejów należnych takiej rodzinie.

58a6d4eat79e11141fa52&690“Drugie pokolenie bogaczy wybiera konkubinę”. Mezczyzna jest ubrany w cesarskie szaty, siedzi na ceraskim tronie

fuerdai2“Mozna zaoszczedzic sobie tyle lat zmagan!” – mowia kandydatki do ozenku z fuerdai.

Jesli nie jest fuerdai, chłopak powinien mieć, oprócz mieszkania, chociażby plan życiowy. “No bo jakie ty tam masz wlasciwie stanowisko…pracownik działu kultury. Jaki masz plan życiowy?” – pyta sceptycznie jedna z uczestniczek Feicheng wurao, części, której już nie przedstawiłam, bo mi sił zbrakło. “Moim planem jest po prostu dobrze wykonywać moją pracę” – niepewnie broni się chłopak. “No nie, czyli nie masz planu” – różowe usteczka krzywią się. “Plan, czyli – wylicza na palcach z różowymi paznokietkami – za dwa lata zostaję wiceszefem działu, za cztery szefem, za sześć — dyrektorem departamentu”. Że też mu musi tłumaczyć takie podstawowe rzeczy.

Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że dla pewnej części młodych Chinek, jak dla mojej znajomej z Pekinu, MJ, chłopak nie musi mieć mieszkania (dla jej dobrze postawionej, inteligenckiej rodziny mieszkanie nie jest żadnym złotym cielcem), wystarczy, że jest ambitny, ma perspektywy, no i własnie plan życiowy. Dla zupełnej sprawiedliwosci trzeba dodac, ze są tu dziewczyny, które to wszystko przeraża, które pytane o to, co mężczyzna powinien, mówią: “powinien być kims takim, z kim będę dobrze się rozumieć”. Tak mówi SXY. SXY ma rodziców artystów chodzących w wyciągniętych swetrach i rozkochanych w literaturze. Sama jedździ po przedszkolach i robi dzieciom zajęcia plastyczne mające rozwijać ich wyobraźnię.

Jeszcze słowo o szukaniu męża na studiach i szukaniu w ogóle. Problem jest nie tylko z brakiem odpowiednich kandydatów na uczelni, ale z samymi studiami jako czasem na poszukiwanie męża. Bo łatwo powiedzieć – znajdź sobie na studiach męża. Za flirtowanie, tworzenie par w szkole średniej czekał donos do rodziców i kary od szkoły (miłość przeszkodziłaby w nauce), skąd nagle wiedzieć, co robić, jak się poznawać, jak być razem? “To jak znajdziesz tego męża?” – pytam się WLY. Zbliża się chiński Nowy Rok. Moje młodsze koleżanki wracają na święta do domów. Ona też. W rodzinnym miescie czeka kilka umówionych przez rodziców spotkań. “Rodzice mają znajomych, a oni synów, rodzice wiedzą, kto ma jaką pozycję, kto by się nadawał, wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej”. Kandydaci wpadną na niezobowiązujący obiad do “cioci i wujka”, przy okazji poznają ich córkę. “A jeśli polecany przez rodziców facet nie będzie Ci się podobał?” – dopytuję się. “Nie szkodzi – jeden znajomy więcej” – odpowiada WLY.

WLY, podobnie jak inne dziewczyny, również na pierwszym miejscu jako kryterium przydatności faceta na męża stawia mieszkanie i pozycję, ale, jak zaznacza, nie rozumie tych dziewczyn, które lecą na pierwszego lepszego, który ma odrobinę pieniędzy. “To sprawa wychowania, moja mama powtarza, że synów należy chować biednie, a córki bogato. Tak chowany syn będzie chciał się dorabiać, a tak wychowana córka nie poleci na pierwszego lepszego, kto jej coś zaofiaruje”.

W ubiegłym roku w telewizji rekordy bił serial pt. 蜗居 – woju, ślimaczy dom. W powszechnej opinii niezwykle adekwatnie pokazywał problemy życia współczesnych młodych ludzi, ich wybory, ich losy, nierozerwalne złączenie tychże z problemami mieszkaniowymi, a problemy mieszkaniowe z korupcją we władzach lokalnych. Tak adekwatnie, że został zdjęty z anteny, a dziś oglądany jest – wciąż tłumnie – w internecie bądź z pirackich płyt. Starsza siostra – Haiping, ma trzydzieści kilka lat, wyszła za mąż na studiach, z miłości. Zakochani nie patrzyli wtedy na to, że nie mają mieszkania, ważna była romantyczna miłość. Dziś, po 10 latach małżeństwa, nadal nie mają mieszkania, gnieżdżą się w mikroskopijnym pokoiku w którymś z szanghajskich nongtangów, ich córkę Rangrang od lat wychowuje babcia, bo, jak zaznacza Haiping “nie mamy warunków, a ja chciałabym dać jej wszystko co najlepsze – basen, zajęcia pozaszkolne, jasną, ładną przestrzeń”. Przez trzydziesci pięć odcinków serialu obserwujemy obumieranie romantycznej miłości Haiping i jej męża, ich miotanie się po klaustrofobicznym pokoiku, zatykamy uszy w obronie przed wrzaskiem Haiping: “co osiągnąłeś w życiu!? Po co się żeniłeś!? Nie masz zdolności, nie masz pieniędzy, nie masz pozycji, nie masz niczego!!” Haiping przychylniejszym okiem spogląda na męża jedynie wtedy, gdy ten rzuca przed nią (tak, on własnie nimi rzuca) koperty z zarobionymi po godzinach na dodatkowych zleceniach pieniędzmi. Liczy łakomie banknoty. Przekaz jest jasny – bez mieszkania, bez pieniędzy, bez pozycji męża, obumrze nawet najpiękniejsza miłość. Młodsza siostra Haiping, już z pokolenia 80, Haizao, obserwuje miotanie się siostry, słucha jej przestróg przed poslubieniem qiong guangdan – “biednego łysego jaja”, co zamiast konkretów będzie mamił romantyzmem. Choć chłopak Haizao – Xiaobei – jest ucieleśnieniem ideału współczesnej chińskiej romantycznej miłości – tej opiewanej w piosenkach idoli popkultury, tej wyzierającej z każdego piksela grafiki portalu społecznosciowego na QQ – masuje jej stopy, wysyła komunikatorem misie i królisie, nazywa “mała świnką”, chce z nią pielęgnować kwiatki na balkonie, czyści jej uszy i znosi każde jej humory, to jednak przegrywa z żonatym i dzieciatym sekretarzem rady miasta. Sekretarz sypie gotówką, robi prezenty, zaprasza do restauracji bez szyldu, „gdzie pieniądze już nie wystarczą, trzeba mieć odpowiednią pozycję”, za pomocą znajomości jak za dotknięciem różdżki rozwiązuje problemy nie tylko Haizao, ale i jej siostry. Haizao zostaje ernai („drugą babcią” – w starych Chinach okreslenie drugiej żony), a internauci w dyskusji pod serialem na chińskim odpowiedniku Youtube wpisują pochwały na jej temat: „dobrze zrobiłaś, co będziesz żałować tego Xiaobei!” Czasem trochę smutno, bo rodziny z tego nie będzie, ale, jak wyraziła się wiosną ubiegłego roku jedna ze sławniejszych uczestniczek Feicheng wurao, niejaka Ma Nuo: “lepiej płakać w BMW niż śmiać się na rowerze”. Haizao i Ma Nuo mają odwagę mówić na głos to, co myśli tyle dziewczyn z tego nowego pokolenia.

12176949_11n

Inna sprawa, gdy potencjalny kandydat nie zamierza wcale się BMW i innymi dobrami łatwo dzielić – jak przedstawiany dwa wpisy wczesniej uczestnik Feicheng wurao. Miał wszelkie dane, by wygrać (żonę) w tym, tak akuratnie oddającym transakcyjny charakter dzisiejszych związków, programie. Wnosił pozycję i pieniądze. Cóż z tego, jeśli nie chciał wykonać tego gestu ważniejszego niż najromantyczniejsze deklaracje – rzucić pieniądze do jej stóp bezwarunkowo. Jak sekretarz zakochany w Haizao – gdy ona mówi, że potrzebuje pieniędzy, on natychmiast wyciąga grubą kopertę i prosi z poważnym, pełnym uwagi wzrokiem: “jesli będziesz potrzebowała więcej, powiedz”, nie pytając się po co, na co. Bo w dzisiejszym chińskim społeczeństwie facet oprócz posagu powinien dać też dowód miłości. I coraz rzadziej jest to zainteresowanie, wspólna pielęgnacja kwiatów czy spacery. To dobre w piosenkach i jako temat graficzny w portalu QQ. Ale mężczyzna nie powinien narzekać.

Jesli narzeka publicznie, staje się sławny, tak jak internauta Dorian1007, który na jednym z forów “zlozyl przysiegę”, że nie poslubi dziewczyny, która “jest niewolniczką mieszkania” – jest skupiona wyłącznie na mieszkaniu, która wychodzi za mąż za mieszkanie, a nie za niego, która kocha mieszkanie, a nie jego, która jest skrajną materialistką, jest samolubna. Zyskał poparcie wielu rówiesników, równiez rozczarowanych perspektywą potwornych wydatków w imię celu, który ich nie satysfakcjonuje.

U4958P1032DT20101209143214Przysięga chłopaków z pokolenia 80 – nie poslubić dziewczyny, która jest niewolniczką mieszkania.

Na jednym z wieczorów spędzonych z innymi mieszkającymi w Pekinie cudzoziemcami słucham ploteczek. Facet, z pewnego europejskiego kraju, był tam, u siebie, z dziewczyną, mieszkali w wynajętym, odkładali na mieszkanie. I wtedy on wyjechał do Chin. Poznał Chinkę, zakochał się, chciał się żenić, został mu przedstawiony wymóg mieszkania i on je kupił. Pytany, czemu to zrobił, stwierdził: „ona nie ma wyboru, to jest taka kultura, ja to rozumiem”.


08

01 2011

Mężczyzna powinien…(część 1 – dramat)

非诚勿扰 - Feicheng wurao (mniej więcej „jeśli nieszczerze, to nie zawracaj głowy”) to program telewizji prowincji Jiangsu. Telewizje poszczególnych prowincji, w dużo większym stopniu niż programy telewizji centralnej, rządzą się zasadami rynkowymi, a dzięki możliwościom technologicznym są dostępne niemal wszędzie i zawsze. Większość (bardzo licznych) wielbicieli Feicheng wurao ogląda program w sieci. Ja nie wielbię, mnie on….ja…., ja go czasem oglądam do śniadania w niedzielę. Postanowiłam dziś przybliżyć program miłemu Czytelnikowi bez dodatków, pseudosocjologicznych gadek i ciętych podsumowań. Po prostu wiernie odtworzę treść pierwszej części i kawałeczek drugiej części programu z 14 grudnia, czyli najnowszego. Dla większej przejrzystości treść owych części programu przedstawię w formie dramatu. Wypowiedzi Dramatis Personae są tłumaczone niemal dosłownie, 90% wypowiedzi osób uczestniczących w programie zostało przytoczonych, jeśli czego nie przytoczyłam, to streszczam w didaskaliach. Wpis pomyslany jest jako pierwszy z dwóch (ten wpis to raczej preludium i dostarczyciel kontekstu) na temat tego, co…no własnie…co powinien mężczyzna. Drugi wpis, o ile chińskie bóstwa pozwolą, niedługo.

DRAMATIS PERSONAE:


PROWADZĄCY                łysy, na oko 40-letni facet

KOMENTUJĄCY               łysy na oko 35-letni facet

KOMENTUJĄCA              na oko 35-letnia kobieta podobna do byłej żony Michała Wiśniewskiego (której dokładnie żony, nie ma akurat większego znaczenia, sama nie wiem, dlaczego mi się tak napisało)

UCZESTNICZKI przez PROWADZĄCEGO i KOMENTUJĄCYCH nazywane „numerami”, dlatego tak też będziemy je określać. Wśród nich:

NUMER 2                       bluzka połyskliwa z jednym ramieniem odsłoniętym, z Nankinu.

NUMER 9                       bluzka różowa, udrapowana

NUMER 11                     bluzka w serdusia, kantoński seplen

NUMER 14                     tiara na głowie, spojrzenie pełne sztucznych rzęs

NUMER 16                     bluzka czarna, naszyjnik

MĘŻCZYZNA                  łysy, lat 28, inżynier, z Chengdu

MĘŻCZYZNA 2               bujne włosy, lat 26, zarządza ruchem statków w porcie, prowincja Hunan

PUBLICZNOSC               jak publicznosć

CEL                                unosi się nad całą sceną, a jest nim dobranie MĘŻCZYZNY z którymś z NUMERÓW a jeśli wystąpi splot korzystnych zdarzeń, wysłanie ich na egzotyczne wakacje.

Rzecz dzieje się w studiu telewizji prowincji Jiangsu. W studiu ustawione są w formie łuku 24 stanowiska z zapalonymi lampami, przy każdym z nich stanie jeden NUMER. Na środku sceny świetlista winda, nią wjedzie na scenę MĘŻCZYZNA (a potem MĘŻCZYZNA 2, a nawet 3 i 4, ale tego już w dramacie nie przedstawimy, bo nie ma sensu. Przez środek studia przechodzi wybieg podswietlany, przy którym ustawiona jest czerwona kanapa dla KOMENTATORÓW.

AKT 1

SCENA PIERWSZA (i ostatnia w tym Akcie)

Przy dźwiękach muzyki popularnej wjeżdża na scenę windą wspomnianą MĘŻCZYZNA. Najpierw widać jego ugarniturzone nogi i rozlega się na sali pisk, potem marynarę, pisk nie ustaje, a na końcu łysą głowę. Pisk milknie. Podczas pojawiania się głowy kilka NUMERÓW zasłania rękoma usta.

PROWADZĄCY (do KOMENTUJĄCYCH): Chyba już mieliśmy gości tego rodzaju?

KOMENTUJĄCY: Tak, chyba ze czterech.

PROWADZĄCY (do MĘŻCZYZNY): Ładnie się dziś uczesałeś.

(MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Jak na ciebie patrzę, to mam wrażenie, że patrzę w lustro.

(MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY (do MĘŻCZYZNY): no dobra, która wpadła ci w oko?

(daje MĘŻCZYŹNIE do ręki aparat z ekranikiem, aparat przypomina kształtem barchanowe gacie, mężczyzna wystukuje na nim numer NUMERU: 14, rzecz nie zostaje wyjawiona DRAMATIS PERSONAM, chyba ten przypadek, nie? Przepraszam, zapomniałam te wszystkie odmiany. No więc rzecz zostaje wyjawiona jedynie nam, zgromadzonym przed ekranami)

PROWADZĄCY (DO NUMERÓW): Dziewczęta, zastanówcie się, jakie na was wywarł wrażenie.

(W odpowiedzi 6 lamp gaśnie, oznacza to brak zainteresowania tych NUMERÓW MĘŻCZYZNĄ)

PROWADZĄCY: Numer 9, dlaczego?

NUMER 9: Po prawdziwosci to sadzę, że ta zgolona głowa ani trochę nie jest ładna, ponieważ twoja głowa ani trochę nie jest wystarczająco okrągła, jak patrzę na łyse przecież głowy PROWADZĄCEGO i KOMENTUJĄCEGO to jest to tym bardziej wyraźne, że przypomina ona piłkę do rugby, więc mi się nie podoba.

(Brawa i śmiech na sali, MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Łatwo powiedzieć, jak się ma głowę pełną włosów (po czym wdaje się z KOMENTUJĄCYM w pogawędkę dotyczącą łysosci, po czym zwraca się do PUBLICZNOSCI) : Ale wiecie co? Stojąc tutaj obok niego przeprowadziłem oględziny i odkryłem, że na jego głowie jest dziurka.

(Histeryczny śmiech na sali, MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Wy tego nie widzicie, tylko ja to widzę. (do MĘŻCZYZNY:) Skąd ta dziurka?

MĘŻCZYZNA: Sam golę głowę…

PROWADZĄCY: Umiejętności nie dość dobre, trzeba ćwiczyć. Ale jeżeli uda ci się stąd wyprowadzić jakąś dziewczynę, to powierz jej to zadanie.

(histeryczny śmiech na sali)

PROWADZĄCY: Zobaczmy zatem filmik opowiadający o jego życiu.

(pokazują filmik, gdzie MĘŻCZYZNA w żółtym kasku na czaszce chadza po budowie, opowiada o tym, że z powodu pracy, jaką wykonuje był już w 187 miastach, dwa razy samolot, którym leciał miał awarię, a ostatnim razem to wyjął nawet kartkę i ołówek i zaczął pisać testament, smiechy Komentujących, gadki o tym, że nawet jak się go statkiem wysle na wycieczkę i tak go cos trafi)

PROWADZĄCY: numer 16, jakies pytania?

NUMER 16: Czy uważasz się za człowieka inteligentnego?

MĘŻCZYNA: Chciałbym być, cały czas się uczę.

NUMER 16: No, a czy nienawidzisz głupich ludzi?

MĘŻCZYZNA: Nie, nie nienawidzę, na przykład lubię głupie dziewczyny.

KOMENTUJĄCY: Gratuluję. Pytająca jest najgłupsza z nas wszystkich.

(histeryczny śmiech na sali, NUMER 16 też się śmieje. Jakby trochę głupio…puszczony zostaje kolejny filmik, pt.: „Pogląd na pieniądze”)

MĘŻCZYZNA (tym razem z ekranu): Większość mojej pensji składam na koncie. Jeśli chodzi o finanse mojej przyszłej rodziny, to mam pewną myśl – dopóki nie urodzi się dziecko każdy rozporządza swoimi pieniędzmi (większość lamp gaśnie), dopiero jak urodzi się dziecko, powierzam jej moje pieniądze. Chcę tak zrobić, bo mam swój powód – jeśli ona zabierze moje pieniądze i ucieknie z innym, bardzo mnie to zrani.

PROWADZĄCY i KOMENTUJĄCY (chórem): A co jeżeli ona po urodzeniu dziecka zwieje z Twoimi pieniędzmi i innym facetem?

MĘŻCZYZNA (kategorycznie): To niemożliwe.

KOMENTUJĄCY: A czemuż to? (kategorycznie) Całkowicie możliwe.

MĘŻCZYZNA: Wierzę, że nie.

PROWADZĄCY: Cóż za niepoparta niczym wiara.

MĘŻCZYZNA: Niezręcznie mi wam wyjawić powód.

KOMENTUJĄCA: Ale czemuż to, co w tym nieręcznego?

MEŻCZYZNA: Wierzę, że małżeństwo jest jedno na całe życie, inaczej to niepoważne.

PROWADZĄCY: Znam tylu ludzi, co tak mówili, a teraz już się rozwiedli, drugi raz pożenili. Czy zgadzasz się, że nie powinno się mówić tak kategorycznych słów?

MĘŻCZYZNA: Zgadzam się, ale mam swoje zasady.

(teraz to PROWADZĄCY wznosi oczy do góry, prosi NUMER 2 o zadanie pytania)

NUMER 2 – Jako kobieta łącząca w sobie piękno i inteligencję mam pytanie, czy zgodziłbyś się, aby być ze mną, przeprowadzić się z Chengdu do Nankinu, gdzie mieszkam?

MĘŻCZYZNA (kategorycznie): A to przepraszam, ale moim planem jest zabranie dziewczyny do Chengdu, nie zgodzę się na żadne przeprowadzki.

Numer 2 (kategorycznie): A to przepraszam, ja planuje zostać w Nankinie. (NUMER 2 gasi lampę, po niej gasi lampy jeszcze kilka NUMERÓW, zostaje już tylko 1 lampa, jakimś zrządzeniem losu NUMERU 14, tego, który wybrał MĘŻCZYZNA na początku)

PROWADZĄCY: Numer 14, czy masz jakieś pytania?

NUMER 14 (słodkim, zalotnym głosem): Chciałabym jeszcze posłuchać więcej o kandydacie.

(w odpowiedzi na ekranie zostaje puszczony filmik)

MĘŻCZYZNA (z ekranu) Mój ideał kobiety to: wzrost od 162 do 170 cm, waga do 52 kilo. Jeżeli zamierzasz przytyć, to 52 kilo to górna granica, która mogę zaakceptować. Chcę, żeby była dla mnie podporą w pracy i w domu a nie, żeby była nu qiangren – strongwoman (gaśnie ostatnia lampa – NUMERU 14, tego przecie, co wpadł MEŻCZYŹNIE na początku w oko! Tymczasem z ekranu nieprzerwanie płynie głos) Jeśli będzie zarabiała więcej ode mnie, miałbym wielkie poczucie klęski. Chciałbym, żeby była słodka i głupiutka, gdy czegoś nie rozumie, żeby przybiegała z tym do mnie. Gdyby było odwrotnie, miałbym wielkie poczucie klęski, twarz bym tak stracił, że nie dałoby się z powrotem przywiesić.

(Filmik kończy się, w studio leci podniosły motyw z Carmina Burana Carla Orffa, oznacza to klęskę MĘŻCZYZNY, żadne NUMER się na niego nie połasił)

PROWADZĄCY (do NUMERU 14): Czemu zgasiłaś lampę?

NUMER 14: Bo ja mam swoje zdanie, nie jestem małą słabą kobietką, w przyszłosci oznaczać to będzie różne spory. I jeszcze jedna, mała, malutka rzecz (pokazuje różowymi paznokciami, jak mała jest ta rzecz)- moje wymiary nie mieszczą się w Twoich wymaganiach.

(MĘŻCZYZNA opuszcza scenę przy dźwiękach melancholijnej muzyki pop, po wybiegu lata reklama sieci komórkowej, na banerze przy wyjściu do którego się udaje MĘŻCZYZNA lata reklama sieci komórkowej)

MĘŻCZYZNA (już zza sceny) : Przyczyną mojej dzisiejszej porażki było to, że moje poglądy na rodzinę i finanse były nieco inne niż poglądy uczestniczek. Ale jeśli w przyszłości będę szukał dziewczyny, to nie zrezygnuję ze swoich zasad i ideałów, bo bardzo je szanuję.

PROWADZĄCY (wciąż na scenie) Podczas programu odkryłem, że tak naprawdę to miał na czaszce trzy dziurki. Co za budzący strach koles.

(histeryczny śmiech na sali)

koniec aktu pierwszego

KURTYNA

PRZERWA NA REKLAMY

AKT DRUGI

(Te same uczestniczki. Znowu opuszcza się winda, na niej wjeżdża MĘŻCZYZNA 2. Wita się, przedstawia, mówi skąd jest, a jest z Hunanu, z Changsha. Wybiera na ekraniku w kształcie barchanowych gaci numer NUMERU, który wpadł mu w oko, następnie NUMERY proszone są o ocenę MĘŻCZYZNY. W odpowiedzi gasną 2 lampy – NUMERÓW 16 i 11)

NUMER 11: Przepraszam, ale ja lubię wyższych facetów, a jeśli są niżsi, ale by byli nieco przypakowani, to też ok, tak więc…(rozkłada ręce)

NUMER 16 (z kantońskim seplenieniem): Bo nie lubię Hunańczyków.

AKT DRUGI toczy się dalej, ale jakoś zapada

KURTYNA

20

12 2010

Hukou. Z reguły…

Nie lubię wymądrzać się na tematy, na których się nie znam. Na chińskim prawie, regulacjach nie znam się. Chińskie prawo i regulacje przerażają mnie. Każda reguła ma bowiem mnóstwo pod-reguł (i mówię tylko o tych oficjalnych, na-biurkowych a nie pod-biurkowych). Do tego, w myśl zasady zdecentralizowanego centralizmu, coraz więcej władzy w materii wyznaczania i egzekwowania regulacji przekazywane jest na coraz niższe szczeble – do władz lokalnych. To wszystko sprawia, że system prawa jest bizantyjski (chiński?) w swoim rozmiarze, zdefragmentowany, często niespójny, lub też zwyczajnie wewnętrznie sprzeczny. Jak bardzo, ukazują chyba najbardziej dobitnie konkretne historie prosto z życia – gdy to ostatnie próbuje się, znosząc niezliczoną ilość trudności, nagiąć, przetrwać w nieczytelnych regułach. Ale o tym za chwilę.

Tak więc nie znam się na prawie i na jego regulacjach. Ale zdaję sobie sprawę, że trudno opowiedzieć cokolwiek (chociaż kawałkami) dotyczącego dzisiejszych Chin bez wspomnienia o kilku regulacjach, które w wyjątkowo wysokim stopniu kształtują losy (obywateli) współczesnego ChRL. Jedną z nich jest system hukou. Hukou to system rejestracji ludności, ma bogatą tradycję sięgającą zamierzchłych czasów cesarstwa, systemy o identycznej nazwie działają i w Japonii i na Tajwanie, system hukou działał do niedawna w Korei. Jednak systemy te pozbawione są implikacji – o których za chwilę – charakterystycznych dla systemu hukou stosowanego w ChRL.

Gdy system hukou był wprowadzany w jego obecnej postaci (a liczy sobie już 50 lat) jasne było, że “darmową” opieką zdrowotną, dostawami, talonami, tym całym 福利 fuli, socjalem, który powinien być, bądź, co bądź wyznacznikiem “socjalistycznosci”, nie da objąć się wszystkich. Lepiej objąć tych, którzy przez życie w większej koncentracji, lepsze doinformowanie, wykształcenie etc. mogą stanowić ewentualne zagrożenie dla stabilności (jakkolwiek była ona rożnie definiowana) systemu, którzy mogą podnieść krzyk. Miejski, tzw nie-rolniczy hukou. Wies uznano za, bardziej niż miasto, zajęte głównie cięzką produkcją przemysłową, zdolną do samoutrzymania. No a jej mieszkańców za zbyt licznych, aby można było ich wyposażyć w przywileje. Rzecz jasna – i najważniejsza – rozproszoną, nieskomunikowaną, gadającą milionem dialektów wieś uznano za mniej zagrażającą porządkowi. Oczywiście o ile nadal.. pozostanie na wsi. Należało ograniczyć mobilność mieszkańców wsi, których przybycie do miast mogłoby zagrozić stabilności politycznej i stabilności centralnie planowanej gospodarki, dystrybucji dóbr i pracy. Hukou rolniczy, wiejski. System hukou – możesz pojechać na krótko do innego miejsca, ale za Twoje kartki na jedzenie (te akurat dostawali tylko mieszkańcy miast, ale ich przemieszczanie także należało ograniczyć) nic tam nie dostaniesz, służba zdrowia nie będzie cię leczyć, szkoła odmówi przyjęcia dziecka, oczywiscie nie możesz tam pracować – chyba, że zostałes przeniesiony z polecenia swojego danwei – jednostki pracy.

Tak było – mniej więcej do reform Denga. Później sytuacja stopniowo zaczęła się poluźniać, wraz z radykalną przemianą gospodarki i związanym z nią urynkowieniem wielu sfer, problemy z kartkami, całkowitym brakiem pomocy medycznej (dzis jest inny problem – zapłacisz – leczą), edukacją odeszły (choć te z edukacją nie do końca, o tym za chwilę) wraz z epoką, której były czescią. Możliwosć pracy w miejscu innym, niż to podane w hukou spowodowała, że przez Chiny, głównie w kierunku wielkich miast przy morzu, płynie gigantyczna ludzka fala. Wstępne oficjalne szacunki związane z realizowanym obecnie spisem powszechnych mówią o około 200 milionach osób, ale… Kto przemieszcza się na jakis czas do innego miasta, musi starać się o pozwolenie na pobyt czasowy. Kto nie ma, żyje w gigantycznej strefie cienia.
Możliwosć pracy jest, co nie oznacza całkowitego uwolnienia rynku pracy od hukou – wciąż działają regulacje, które w niektórych rodzajach danwei faworyzują bądź wręcz nakazują przyjmowanie do pracy osób z lokalnym hukou. To, oraz preferencje pozostałych pracodawców, którzy, nawet jesli nie związani regułami, nie chcą problemów z jakimis czasowymi pozwoleniami, no i wreszcie charakter migracji (w ogromnej czesci ze wsi do miast) sprawiają, że przybywający najczesciej mogą się imać jedynie prac niskopłatnych, fizycznych, których nie podejmie się ludnosć z lokalnym, miejskim hukou.

No własnie. Lokalny hukou, hukou rolniczy…. Zmieniło się dużo, ale są rzeczy, które po dzis dzień nie uległy zmianie. W obrębie systemu hukou każdemu z obywateli przypisywane są dwie wartości z dwóch różnych kategorii: pierwszą kategorią jest zatrudnienie (może być rolnicze albo nie-rolnicze) a drugą jest lokalność (hukou lokalny i nie). Krzyżując kategorie ze sobą otrzymujemy 4 możliwe sytuacje (klasy…)- hukou nierolniczy lokalny, nierolniczy zamiejscowy, rolniczy lokalny, rolniczy zamiejscowy. Kolejność nieprzypadkowa. Każda kolejna kategoria oznacza mniej praw. Zmienić hukou – bardzo trudno. Układając plany życiowe, marząc, szukając pracy, partnera, trzeba uwzględniać kwestię hukou (czyli, zmieniając język, kwestię swojego urodzenia…), patrzeć realistycznie.

Partner życiowy z pekińskim hukou to marzenie milionów. Dostęp do niespotykanych nawet dla osób z nierolniczym hukou z innych miast przywilejów (bo przywilejami z reguły obejmowane są całe rodziny np. zatrudnionego w odpowiedniej jednostce, a kogo w niej zatrudniać, jak nie osoby z pekińskim hukou?). Ale gdzie ktoś z pekińskim nierolniczym hukou spojrzałby na kogoś z jakaś inną kategorią hukou ? No, ewentualnie może być hukou nierolniczy zamiejscowy, którym mogą się wykazać np. osoby przeniesione z polecenia państwowej jednostki pracy – danwei,, czy ogólnie osoby przenoszące się do Pekinu z bardziej nobliwych niż chęć zarobku, powodów (albo potrafiące nadać swym powodom taki nimb). “Zdobędę żonę z pekińskim hukou!” – odgraża się po pijaku Zhou Ziwu, przyjezdny do Pekinu handlarz fałszywymi pozwoleniami i dyplomami (ma licencjat z lokalnej szkoły wyższej ze swojego miasta, no ale kto weźmie do normalnej roboty przyjezdnego z takim hukou?), jeden z bohaterów powieści Pod niebem, pomiędzy ludźmi (czyli po prostu Ludzki świat) autorstwa Xu Zechena. Starszy o kilka lat kuzyn słucha pijanego z pijacką i braterską wyrozumiałością, ale i zdziwieniem: “ja w jego wieku nie byłem aż tak szalony, to chyba jednak rożnica pokoleń…”.

No więc trzeba patrzeć realistycznie. Także na swoją pracę, karierę. Jesteś z dajmy na to, Shaanxi, jedziesz do Kantonu. Pracujesz tam 10 lat. Przez cały ten czas masz obcy hukou, więc nie przysługują ci prawa, które przysługują Kantończykom. Ale obowiązki “przysługują”, jak każdemu pracującemu. Tak jak Kantończycy np. płacisz składkę ubezpieczenia społecznego. Po 10 latach wracasz do domu, gdzie hukou twój i rodzina twa. Składka jest nietransferowalna. Zostaje w kasie kantońskiej. Ty masz 10 lat mniej składki (ale w sumie i tak się ciesz, że w ogóle masz jakaś, ludzie z rolniczym hukou z reguły nie mają żadnej). Dzieje się tak na skutek wspomnianej już wyżej wysoce posuniętej decentralizacji centralizmu. Obie prowincje mają nieprzystający system ubezpieczeń. Obie prowincje muszą wykazać się generacją dochodu – bo to ich źródło legitymizacji w oczach Pekinu.

Trzeba patrzeć realistycznie i na chorobę. Kto ma wiejski hukou, ten za leczenie płaci krocie, no bo nie ma ubezpieczenia. Gdy zachoruje na przewlekłą, wymagającą leczenia szpitalnego chorobę, jako, że na wsi brakuje odpowiedniej opieki, może się właściwie tylko udać do miasta i poddać leczeniu na własne pieniądze. Że jest to właściwie niemożliwe, o tym chyba nie trzeb nikogo przekonywać. I kiedys już pisałam o moim spotkaniu z taką sytuacją.

Trzeba patrzeć realistycznie i na starość. Kto ma rolniczy hukou, ten z reguły nie jest objęty ubezpieczeniem emerytalnym. Druga z wielkich regulacji, które jak żadne inne, wpływają na ludzkie losy, czyli tzw. jihua shengyu, znana u nas pod nie do końca trafną nazwą polityki jednego dziecka, dla nich, dla ludzi z rolniczym hukou, czyni jeden z, bardzo licznych zresztą, wyjątków: rolnik może mieć więcej dzieci. To one są jego polisą ubezpieczeniową na starość w myśl odwiecznej zasady 养儿防老 – yanger fanglao: chować dzieci by mieć opiekę na stare lata.

Dzieci. Też trzeba patrzeć realistycznie. Masz rolniczy, nielokalny hukou, pracujesz w obcym mieście. Twoim dzieciom, jeśli zabrałeś/zabrałaś je ze sobą, z reguły nie przysługuje edukacja. Z reguły – bo rzecz jest zasadniczo w gestii danego miasta – w Pekinie edukacja przysługuje – jak podkreślają z dumą Pekińczycy. Jednak mali obywatele na wstępie są segregowani – dzieci osób pozamiejscowych z rolniczym hukou, krótko mówiąc dzieci nongmin gongów uczęszczać mogą jedynie, o ile się bardzo słono nie zapłaci (a że się nie zapłaci, to też chyba jasne) do specjalnych, wydzielonych, często położonych w niedogodnych miejscach szkół, które oczywiście mają poziom daleko gorszy od “zwyczajnych” stolicznych szkół. Można też zostawić dziecko u krewnych, tam gdzie jego hukou i przyjeżdżać do niego w święta.

Trzeba patrzeć realistycznie i na śmierć. W wypadku samochodowym na ulicy Pekinu giną dwie młode kobiety, kasjerki z supermarketu. Rodzina jednej z nich dostaje mniej niż połowę odszkodowania, które dostaje rodzina tej drugiej. Powód: dziewczyna miała rolniczy hukou. Mieszkała w Pekinie od 7 lat, tutaj pracowała. Jedna z regulacji dotyczących odszkodowań stwierdza, że to hukou różnicuje wysokość odszkodowania. W telewizji siostra “wiejskiej” ofiary wypadku mówi zdecydowanym głosem: “wszyscy są równi w obliczu prawa!” i wymachuje Konstytucją, żeby to ona za nią przemówiła. Sąd drugiej instancji odrzucił odwołanie. Szansa na pójście do trzeciej, na wskóranie cokolwiek w takiej sytuacji, jest właściwie już tylko teoretyczna. Sędzia jednego z pekińskich sądów, który rozstrzygał podobną sprawę: “w tamtej sytuacji zarządziłem odszkodowanie jak po osobie z miejskim hukou, ponieważ ofiara od wielu lat żyła w mieście i prowadziła typowo miejski tryb życia”. Ale to nie jest regułą.

No więc życie gnie się, nagina i ugina w konfrontacji z regułą. Z reguły nie krzyczy przy tym, nie protestuje. To znaczy może i cos tam mówi, może i trochę protestuje, ale kanały którymi niesie się po kraju głos, tych słów z reguły nie niosą (albo sami krzyczący nie wiedzą jak dobrać się do głośnika – patrz zjawisko 信息鸿沟 – digital divide). No, chyba, że, coś się dzieje i potrzebny jest element przyciągający w programie publicystycznym – jak ta siostra z Konsytucją. Albo, ostatnio – gdy pożar wieżowca w Szanghaju wygasł, po kilku dniach przypomniano sobie, ze oprócz tego, ze przyniósł śmierć kilkudziesięciu Szanghajczykom, przyniósł smierć i pracującym przy feralnej konserwacji nongmin gongom, obojętnie, czy przestrzegali czy nie przepisów bhp . I to była historia medialna na parę dni. Artykuły krzyczały: “nongmin gongowie to ofiary takie same jak wszyscy inni!”

No ale dlaczego o tym wszystkim piszę? Narzekać, żeby narzekać? A nie. W ostatnim Nanfang Zhoumo, na pierwszej stronie, wpadł mi w oczy wielki tytuł: “Reforma hukou w Chengdu”. Chengdu jest obecnie w trakcie procesu, który zakończy się zniesieniem dualnosci jaką pociąga za sobą system rolniczego i nierolniczego hukou. Niby w Chinach w ostatnich latach kilka miast i obszarów podjęło starania na rzecz zniesienia tego podziału, ale, sądząc po tym, co przedstawił czwartkowy Nanfang, nikt jeszcze nie poszedł tak daleko. Bo – jak zaznacza tygodnik – słowa w dokumentach obywateli zmienić łatwo, ale dobrać się do tego, co jest esencją hukou – czyli do dramatycznej różnicy pomiędzy wsią a miastem – trudno. Chengu poszło o wiele dalej, niż tylko zaoferowanie przyjeżdżającym do Chengdu-miasta z jego wiejskich rejonów opieki zdrowotnej i społecznej, niż danie im prawa do kupna mieszkań i do prowadzenia innych działań, które mają na celu stałe, pełnoprawne zadomowienie się w mieście. Chengdu zajęło się wyrównywaniem poziomu życia na wsi i w mieście – nie tylko poprzez regulacje prawne znoszące przeszkody w leczeniu, edukacji, pracy, ale i poprzez inwestycje na wsi – budowę wiejskich przychodni, szpitali, odnawianie szkół, dofinansowywanie uprawy ziemi, które dla rolnika stanowić ma jednocześnie fundusz emerytalny. Żeby ludzie, bez strachu o starosć, o chorobę, mogli wybrać, co i gdzie chcą robić (co oczywiscie jest rodzajem inwestycji, jako że Chiny obecnie np. rozpaczliwie potrzebują, żeby obywatele przestali sciubić na czarną godzinę i zaczęli konsumować).

Oczywiście, jako, że mówimy o Chinach – poszerzenie obszaru wolności wcale nie kłoci się z rożnymi formami centralizmu. Tygodnik kilkakrotnie podkreśla, że tak dogłębna i dobrze zaplanowana reforma mogła być wprowadzona w dużej mierze dlatego, że od początku do końca był za nią odpowiedzialny jeden człowiek, Sekretarz Li Chuncheng. To on mówi urzędnikom: “Jeśli nie widzisz, co mógłbyś zrobić dla unifikacji systemu hukou, to znaczy, że nie nadajesz się na urzędnika”. To on odwiedza wioski i na wyrywki pyta tamtejszych urzędników: “Jakby pan w 8 słowach określił, czym jest dla pana idea unifikacji systemu hukou“. Gdy wiejski urzędnik stoi z otwartą buzią, bo nie wie, jak odpowiedzieć wielkiemu Sekretarzowi z miasta, ten bez słowa odwraca się na pięcie i odchodzi. Jak podkresla – idealistyczny jak zawsze – Nanfang, jeden z tak zapytanych wiejskich urzędników, najpierw ze strachu, że Komisarz spowoduje jego zwolnienie, a potem z autentycznego przejęcia, studiuje idee i pomysły reformy i powoli odkrywa nie tylko korzyści dla wioski i jej mieszkańców, ale także odkrywa w sobie wyższą, urzędniczą świadomość. “Do tej pory byłem zwykłym chłopem ze wsi, od tamtego momentu zacząłem się przemieniać w prawdziwego, świadomego urzędnika” – podkresla. Wkrótce sam wysunie pomysły, jak udoskonalić reformę wdrażaną w jego wiosce.

Dlaczego Chengdu? Nie jest ani najbogatsze, ani problemy wynikające z dualizmu hukou nie są tam najbardziej palące. Dlaczego? Bo centralizm jest zdecentralizowany. Parę lat temu rząd centralny zaczyna rozważać reformę. China Daily daje tytuł: “Mieszkańcom wsi zostaną przyznane takie same prawa jak mieszkańcom miast”. Zachód podchwytuje i pisze, że Pekin już niebawem zniesie w Chinach system hukou. Tak jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy, jakie koszta w skali kraju niesie za sobą to, co stanowi o istocie zniesienia: ubezpieczenia społeczne, zdrowotne, emerytalne, budowa szpitali etc. I ile i jakiej władzy leży w gestii władz lokalnych.
Kiedy i w jakim zakresie dualizm zostanie zniwelowany w skali kraju, nie wiadomo. Jedno jest pewne – Pekin niewątpliwie chce poznać lepiej korzyści i zagrożenia wynikające z ewentualnej reformy, zrobić (kontrolowaną a nie chaotyczną) burzę mózgów. Wyznaczył więc kilka “ważnych terytoriów i kluczowych obszarów”, które mają opracować szczegóły i zacząć wdrażać reformę, pośród nich właśnie Chengdu. Od tej chwili staranne przygotowywanie, aktywność, pomysły, kreatywność, staną się częścią legitymizacji władz Chengdu w oczach Pekinu. Na terytorium Chengdu wytypowane zostaje kilka wiosek, które mają zacząć wprowadzać nowy system opieki zdrowotnej, emerytalnej, dopłat do uprawianej ziemi etc. Postępy sledzą media, w tym i Nanfang.

Patrząc na to, nie sposób nie mieć skojarzeń z innym wielkim eksperymentem, sprzed trzech dekad. Reformy ekonomiczne Denga, które wprowadziły elementy gospodarki rynkowej (dzięki którym możemy dziś obserwować m in. właśnie zderzenie systemu hukou i olbrzymich ruchów migracyjnych w obrębie kraju), choć u nas kojarzą się głownie ze specjalnymi strefami ekonomicznymi i fabrykami, też zaczęły się tak naprawdę na wsi. Wybrano wówczas w tajemnicy jedną wieś, Xiaogang w prowincji Anhui, rolnikom, zobowiązanym do dotrzymania tajemnicy, pozwolono za zawieranie kontraktów na dostawy produktów rolnych, z których dochód miał iść bezpośrednio do domów (tzw. 家庭联产承包责任制). Wprowadzenie pewnego obszaru wolnosci ekonomicznej, gigantyczne zwiększenie plonów, wzbogacenie się rolników objętych sekretnym planem w końcu wyszły na jaw i stały się pierwszym przykładem nowej ery wielkich zmian. Dziś, przy uwadze mediów, na oczach wszystkich, odbywa się eksperyment w Chengdu. Jak mówi (używając 8 słów, tak jak chciał Sekretarz Li) w podsumowaniu artykułu jeden z ekspertów, spytany przez Nanfang o prawdziwe znaczenie reformy: “还权赋能, 农民自主” – zwrócenie praw, powierzenie możliwości, samodecydowanie rolników.

P.S. i koniec i bomba a kto czytał…temu bardzo dziękuję, bo to chyba jak dotąd najdłuższy artykuł na tym blogu.

04

12 2010

Przejechać policjanta. Próba analizy językowej

Granice mego języka są, jak wiadomo, granicami mojego świata. Przy czym chodzi nie tylko o granice zewnętrzne, ale także i wewnętrzne. O kategoryzacje, klasyfikacje, stereotypizacje. To jest dziecko, to dorosły. To lud a to wróg. Albo współczesniej – kto lud a kto bogacz. Ostatnio towarzyszyłam delegacji z Polski. Zdziwili sie, gdy im powiedzialam, ze lao baixing – dosl. “100 starych nazwisk“, bynajmniej nie oznacza  żadnej szlachty, elity, ale zwykłych obywateli, chińskich Kowalskich. Chiny od czasu do czasu omiata oburzenie (wywoływane, nagłaśniane i skupiane w internecie tak, że osiąga nową jakość) na weiqu – niesprawiedliwość, krzywdę, jaką doznaje ktoś z laobaixing od przedstawicieli “wyższych warstw” społeczeństwa. Żona oficjela tratuje beemką niewielki motoro-traktor, jakich pełno na wsiach, jadące na nim małżeństwo rolników ginie. Luksusowy samochód bogacza zabija na przejściu dla pieszych ubogiego studenta ze wsi i nie zatrzymując się, odjeżdża. I co szczególnie wywołuje oburzenie – po wypadku, czy też lepiej, po złapaniu, sprawcy uderzają w ton: “nie wiesz, kim jest mój ojciec/mąż…” etc. W pazdzierniku tego roku te przypadki doczekały się wspólnego, hasłowego określenia. Zwane są teraz zbiorczo: “moim ojcem jest Li Gang”. Ów Li Gang to wiceszef jednej z jednostek policji w jednym z miast Hebei. Jego syn, autor tych słów, wjeżdzając z wielką predkością na uczelniany kampus potracił w bramie dwie studentki. Siła potrącenia jest tak wielka, że wyrzuca ofiary w powietrze, jedna ginie, druga jest ciężko ranna. Sprawca nie zatrzymuje się, jedzie  po swoją dziewczynę, potem idą się bawić. Gdy w końcu znajduje go policja, padają słynne już słowa: “Popatrzcie na mój samochód, jest uszkodzony. Moim ojcem jest Li Gang. Mogę was oskarżyć. “. Dziś, zaledwie 2 tygodnie po tym zdarzeniu, Baidu, główna wyszukiwarka Chin, wyrzuca 429,000 rekordów związanych z hasłem “moim ojcem jest Li Gang”. Oprócz oburzenia, te słowa wywołują i śmiech – z głupoty i buty “官二代”- guan er dai rozpieszczonych jedynaków drugiego pokolenia rodzin oficjeli. Śmieją się w Hebei, śmieją się w innych prowincjach, gdzie jakiś wiceszef jakiejś komórki policyjnej w jakimś mieście dalekiej prowincji, jest nikim. “Moim ojcem jest Wiesław Brzęczyszczykiewicz”. No i?

Fala w internecie każdorazowo rośnie, czasem trochę wody z tej fali gdzieś znika w jakimś zbiorniku retencyjnym, pojawiają się wtedy nowe wpisy: “och, mój wpis chyba przez pomyłkę zniknął, dam jeszcze raz”.

Gdy tym razem w Changchun na północy kraju kierująca samochodem terenowym młoda kobieta potrąca policjanta, historia ma trochę inny odcień. I nie chodzi o to, że policjant - nawet zwykły z drogówki – nie jest zwykłym laobaixing, ktoś za nim stoi. Chodzi o te słowa: “O, jak żyje to ok, będzie łatwiej to załatwić”. Słowa przedostają się do mediów i wywołują burzę. Słowa te wypowiada nie sama sprawczyni, ale jej ojciec, który szybko zjawia się na miejscu zdarzenia. Czyli butę prezentuje nie tyle “富二代” (fu er dai - drugie pokolenie bogaczy), tylko ci, którzy je wyhodowali. Ale na mnie osobiście mocniej działają inne słowa, a właściwie to cała masa słów - wypowiadanych następnie w mediach przez rodziców sprawczyni wypadku, ale i stosowanych przez same media. Ale po kolei.

Jednokierunkową ulicą pod prąd jedzie terenówka. Policjant zatrzymuje pojazd. Za kierownicą młoda kobieta. Zaraz po zatrzymaniu kierująca pojazdem chwyta za telefon, gdzieś dzwoni. W tym czasie noga ześlizguje jej się z hamulca na…gaz. Terenówka rusza skokiem do przodu. O tym, że stojący przed pojazdem policjant znalazł się pod kołami, kierująca dowiaduje się od krzyczących przechodniów. Na miejscu zdarzenia stawia się niemal natychmiast ojciec kierującej (widocznie to do niego dzwoniła). Policjant leży na drodze i nie daje znaku życia. Ktoś z tłumu dzwoni po karetkę. Policjant odzyskuje przytomność. I wtedy padają słowa, które oburzyły Chiny. ‘没撞死就好办’-dosł. “nie potrącony na śmierć to będzie lepiej załatwiać”. Powiada ojciec i zabiera się do pocieszania jedynaczki.

Słowa. Mnie osobiście bardziej poraża sposób, w jaki się sprawę relacjonuje, jak buduje się medialnie wewnętrzne granice, w których umieszcza się to zdarzenie. “Według jednego ze świadków, dziewczyna nie potrąciła policjanta umyślnie,[...] dziewczyna widocznie była świeżo upieczonym kierowcą i nie była obeznana z regułami ruchu jednokierunkowego”. To jeden z portali. Pomijając przerażenie, jakie może wywołać przypuszczenie, że świeżo upieczony kierowca może być nie obeznany z zasadami ruchu jednokierunkowego (to co w przypadku ruchu dwukierunkowego??), cóż po moim tłumaczeniu, jak tego słowa, o które mi chodzi, nie da się dobrze przetłumaczyć na polski. 女孩 – nuhai- to nie jest dokładnie dziewczyna. 女 to kobieta, 孩 to dziecko. “女孩” w języku chińskim oznaczało do niedawna po prostu dziecko płci żeńskiej. Bambina. Osoby dorosłe zaczęto określać tym mianem najpierw na Tajwanie. Jeszcze kilka lat temu tutaj, na kontynencie, nazwanie młodej osoby, ale już nie dziecka, 女孩 nuhai czy 男孩 nanhai (chłopcem) wywoływało uśmieszki, posądzenia o uleganie zmiękczonej, wydelikaconej, ulukrowanej kulturze z Tajwanu. Dla mnie to wyrażenie do tej pory brzmi tak miękko (choć na Tajwanie spędziłam sporo czasu), że widzę się od razu nieśmiałą, delikatną buzię dziecka. Matka sprawczyni wypadku tłumaczy: “ona jest jeszcze dzieckiem, jest jeszcze mała i do tego jeszcze się uczy”. Media, choć nie kryją swojego oburzenia na postępowanie ojca, choć przestrzegają przed lekceważeniem zjawiska “moim ojcem jest Li Gang” , choć lamentują nad rozpieszczonymi jedynakami i ich moralnością,  to jednak wtórują rodzicom w udziecinnianiu sprawczyni: “nuhai cofała”, “ojciec nuhai natychmiast pojawił się na miejscu”. Za pomocą języka budują wrażenie, że mamy do czynienia z istotką małą, wątłą, nie dość jeszcze świadomą (która jakimś nieszczęśliwym zrządzeniem losu znalazła się jednak w potężnym aucie?…). A teraz pytanie – no, ile lat ma to niemowle, to dzieciątko, mała bambina? Odpowiedź: 22 lata. Pytanie kolejne: ile lat ma potrącony policjant? Odpowiedź: 25. Jest starszy o 3 lata. Ale nikt go nie nazywa 男孩 nanhai, tylko “potrąconym policjantem drogówki”.

Granica językowa pomiędzy 22-letnim dzieckiem, które ma prawo jazdy, jeździ terenówką, ale nie jest obeznane z zasadami ruchu drogowego, a 25-letnim”potrąconym policjantem drogówki” dobrze oddaje charakter bardzo istotnej granicy społecznej. To nie tak, że np. w wieku 23 czy 24 lat ona przestanie być 女孩 a stanie się młodą kobietą, czy po prostu kobietą. Że wystarczy tylko dać czasowi wykonać robotę i już. Nie jest też tak, że on 3 lata temu był 男孩.  Oni nie idą w tym samym kierunku.

Jeżdżąca terenówka, nieobeznana z zasadami ruchu jednokierunkowego nuhai, (ale za to, jak dowiedzieli się reporterzy - dobra studentka), której tata zamiast zająć się leżacym na ulicy policjantem, kalkuluje, jakby tu uniknąć kary dla swojej jedynaczki, to przedstawicielka “富二代”czy“官二代” - odpowiednio “drugiego pokolenia bogaczy” czy “drugiego pokolenia oficjeli” (nie wiemy jeszcze kim są rodzice). Tak dobrze się uczy… No bo jej jedynym obowiazkiem jest się dobrze uczyć! Nie ważne czy ma 5 lat czy 22. Jeśli to robi, jeśli chłonie te wszystkie korepetycje, te kursy, te testy, ten angielski, to jest “dobrym dzieckiem, dobrą 女孩 ”, dzieciństwo jej się przedłuża. I okres rozgrzeszania też się przedłuża. Jeśli uczy się źle, albo w ogóle jeśli coś źle zrobi, to “ponieważ jest jeszcze bardzo mała” trzeba ją chronić, kryć, tak jak chciał to zrobić tata. Dorosła stanie się później, jak już się nauczy, czego trzeba. Jak dokładnie to będzie wygladać, ta dorosłość, nikt jeszcze nie wie, bo wchodzenie w dorosłość “pierwszego pokolenia” wyglądało zupełnie, zupełnie inaczej. Póki co, za bycie dobrym dzieckiem, nuihai dostaje nagrody. Komórki, laptopy, kosmetyki, torebki, buty, terenówkę do jazdy po mieście. Egzamin z angielskiego: 第一名. Pierwsze miejsce w klasie/grupie. A co dostanę w nagrodę? No co, no co? Może torebkę Gucci? Albo atrybut przedłużonego dzieciństwa – samochodzik właśnie. A 25-letni policjant? On chyba przestał być dzieckiem kiedy…przestał być dzieckiem.

P.S. Jest jeszcze druga, bardziej hardcore’owa wersja tej historii. Podobnie jak w przypadku pierwszej wersji, także i ta ma kilku świadków. Policjant zatrzymuje jadącą pod prąd Toyotę Rav4, zgodnie z prawem zatrzymuje prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Próbuje udzielić pouczenia. “Dziecko” nie chce jednak słuchać – mówi: “skoro już zabrałeś dokumenty, to na co jeszcze gadasz?” Po czym rusza. Policjant upada. Dziecko wysiada. “No co leżysz? Przecież cię nie potrąciłam. Policja ludowa, a oszukuje. Nie zimno ci tak leżeć na ziemi? Może chcesz materac?” Policjant sięga po komórkę, wybiera jakiś numer. Dziecko chwyta komórkę i zaczyna do niej wrzeszczeć. Gdy odkrywa, że numer nie został jeszcze wybrany, ciska komórką w leżącego policjanta. Wreszczy dalej.

Czy tak było? Czy nie? Tatuś od terenówek, troskliwa matka-Chinka (“Ona w tym roku kończy studia i będzie szukać pracy, to zdarzenie z pewnością wywrze na nią wielki wpływ”), “łatwiejsze załatwianie”, świadkowie (z nimi pewnie teraz też gorączkowo się załatwia, co trzeba), 22-letnie bambiny dryfujące w dyskursie medialnym, internauci (czyli kto? Bardziej jak ona czy bardziej jak on?) i policjant (jemu też należy sie obróbka słowna – a po obróbce słownej to przecież młody człowiek, który naraża się w imię prawa i dla dobra kraju i ludu!). Innymi słowy zapowiada się więc ciekawe widowsko medialne z aktywnym udziałem i ważną rolą graną przez nowe media - internet. Ale czy także i coś innego?  Socjolog dla portalu 163.com: “Musimy dbać, żeby <moim ojcem jest Li Gang> nie wywoływało śmiechu, ale refleksję. Co sprawia, że takie słowa są możliwe?”

31

10 2010

Chinska Republika Parkowa

Chinska Republika Parkowa (zwana dalej ChRP) ma przyczolki rozlokowane  w obrebie znacznej czesci Chinskiej Republiki Ludowej (ChRL). Podobnie jak ChRL, ChRP jest zroznicowana geograficznie i kulturowo. Piszaca te slowa za kazdym razem, gdy jest w jakims zakatku ChRL odleglym od Udzielnego Ksiestwa Hu (Hu 沪 – Szanghaj) stara sie przeprowadzac obserwacje zachowan populacji ChRP na danym terenie (vide post Kunming-obserwacja uczestniczaca czy – czesciowo  - ten post)

W zasadzie okreslenie “populacja ChRP” jest nieprawidlowe. Ludnosc ChRP to ludnosc w calosci naplywowa. Sredni czas pozostawania na terenie ChRP wynosi okolo kilku godzin. Granice ChRP zazwyczaj przekraczane sa przez ludnosc ChRL masowo w weekendy. Ale nawet wtedy czas oczekiwania na granicy nie jest zbyt dlugi. Ot, dajesz przygotowane 15 czy 10 kuajow, dostajesz, z reguly zielony, bilecik i przekraczasz granice. Nikt nie pyta o wiek, o status spoleczny, ilosc drobnych w kieszeni, co zamierzac w ChRP robic.

Nie masz walizki. No chyba, ze targasz w niej sprzet fotograficzny. Mozesz miec namiot, torbe piknikowa a nawet przygotowane juz szaszlyki i rozen. Mozesz miec tez sprzet do przekraczania powietrznej granicy ChRP - latawiec. Przyczolki ChRP to prawdopodobnie jedyne miejsce na swiecie, w ktorym do lotu wzbijaja sie pingwiny a nawet zlote rybki.

ChRP ma flage podobna do flagi ChRL. Choc moze to zolte to kwiaty?

DSC08564

Poszczegolne przyczolki ChRP cechuja sie bogatym zroznicowaniem geograficznym: obecne sa jeziora, wodospady, rzeczki, gorki a nawet bagna. Na terenie ChRP mozna spotkac powszechnie rosnace maki - Papaver somniferum (nawet w przyczolku ChRP ktory kiedys byl bastionem obrony Chin w wojnach opiumowych – park Paotai Wan nad Jangcy). Maki te rosna sobie jak gdyby nigby nic. Na terenie ChRP mak jest makiem… jest makiem… jest makiem:

DSC08512

Pomimo bogactwa form uksztaltowania terenu, orientacja w  ChRP jest zazwyczaj bardzo prosta – centrum kazdego z przyczolkow ChRP znajduje sie w miejscu, nad ktorym unosza sie latawce.

Transport w ChRP. ChRP posiada zroznicowane srodki transportu. Od roweru wzmacniajacego wiezi rodzinne/partnerskie:

DSC08664

przez rower wzmaniajacy poczucie indywidualizmu:

DSC08542

po meleksy i inne takie tam, az po transport kolejowy (w wybranych osrodkach)

DSC08605

i lodz piratow. Piszaca te slowa wybrala srodek traportu, ktory wydal jej sie najbardziej eksytujacy - wielka wsciekle machajaca lape, na koncu ktorej znajdowal sie jakby wiatrak, na ktorego skrzydlach znajdowaly sie krzeselka. Wiatrak machal rownie wsciekle co lapa i to we wszystkich mozliwych plaszczyznach. Piszaca te slowa leciala bokiem, do gory nogami, twarza do dolu, nad drzewami, w kierunku “pnia” potwornego urzadzenia. Po zakoneczniu podrozy, po oddaleniu sie kilka metrow od miejsca kazni  zaobserwowala, ze ciagle jest w tym samym miejscu, nadal w ChRP, tylko tym razem w pozycji polklecznej, przewieszonej przez barierke. Zaobserwowala tez, ze stan w jakim sie znalazla po tej podrozy wywoluje smiech politowania ludnosci ChRP i chec utrwalenia stanu piszacej za pomoca aparatow fotograficznych.

Ludnosc ChRP reprezentuje wszystkie warstwy spoleczne i przedzialy wiekowe. Podstawowe formy organizacji rodzinnej i spolecznej:

I. Klasyczny model 2+1:

DSC08659

II. 2+2:

DSC08665

III. Model kolektywny (tak, flaga z tylu to flaga Partii):

DSC08598

Typem nadprezentowanym na terenach ChRP jest

IV. Podstawowa komorka spoleczna in statu nascendi:

DSC08626

DSC08630

DSC08632

tzn nie mloda para + fotografowie+ ciagnik+ ogrodnik, tylko mloda para po prostu. Jak w przypadku kazdej komorki in statu nascendi - moze z niej jeszcze wyrosnac wszystko.

Na podstawie obserwacji przeprowadzonej w dniach 5-6.06.2010 na terenie dwoch przyczolkow ChRP (park Paotai Wan na rzeka Jangcy i Park Lesny w dzielnicy Yangpu) na terenie Ksiestwa Udzielnego Hu, mozna zaobserwowac, ze ludnosc populujaca ChRP trudni sie wieloma zajeciami, np.

1. Lowiectwem. Grupy lowieckie sa z reguly male, rodzinne.

DSC08519

Zaobserwowano tez mezczyzn, ktorzy w celu wykazania sie zwinnoscia i zaradnoscia (czyli cechami pozadanymi w organizacji rodzinnej na terenie ChRL), poluja samodzielnie pod okiem wybranej kobiety.

DSC08514

2. Puszczaniem latawcow. Wyniki eksperymentu, jaki przeprowadzila piszaca te slowa,  polegajacego na samodzielnych probach puszczania latawca, wykazaly, ze czynnosc ta moze jednoczesnie stanowic dobra namiastke zarowno zeglowania jak i wyprowadzania (niezbyt grzecznego) psa na spacer.

3. Konstrowaniem prowizorycznych domostw odzwierciedlajacych podstawowe struktury spoleczne ChRL (formy organizacji spolecznej: od komorek dwuosobowych po kolektywy):

DSC08560DSC08541

4. Zbieractwem zdjec (kwiatkow, motylkow etc.)

ChRP - jak niegdysiejsze cesarstwo chinskie, cechuje sie duza zdolnoscia do asymilacji przybyszow z zewnatrz. Np. piszaca te slowa po obserwacjach prowadzonych na terenie ChRP poczula prawdziwie przemozna, wprost nie do zwalczenia chec nabycia i puszczania latawca (czyli przeprowadzenia w/w wspomnianego eksperymentu). Tutaj nalezy zauwazyc, ze proces asymilacji, pomimo zyczliwego nastawienia trudniacej sie wypasem latawcow czesci populacji ChRP, w tym konkretnym przypadku nie przebiegal szczegolnie pomyslnie. Podczas eksperymentu dalo sie zaobserwowac trzy czynniki odrozniajace puszczanie latawca w wykonaniu piszacej te slowa od wykonywania tej czynnosci przez ludnosc regularnie przkerajaczaja granice ChRP:

1. O ile stali przybysze podczas puszczania latawca przyjmowali pozycje statyczna, o tyle piszaca te slowa latala jak glupia po calej lace gubiac buty

2. Latawce stalych bywalcow ChRP  szybowaly wysoko i stabilnie. Latawiec piszacej te slowa nie szybowal, tylko wykonywal ruchy Browna (czyt. latal na wszystkie strony w 3D), czesto w locie korkociagowym w kierunku ziemi, dziobem do dolu.

3. Stali bywalcy nie byli cali oplatani linka, tylko jakims cudem nawijali ja na kolowrotek…

W kazdym z przypadkow ChRP sasiaduje z ChRL. Tutaj np. granica na rzece Jangcy:

DSC08569

Czasami obie Republiki dzieli mur, ktory nie od razu pozwala dostrzec z terenow ChRP republike przylegla.  Jednak srodki przedsiewziete przez piszaca te slowa, w postaci podskokow i ustawiania kamieni jeden na drugim pozwolily mimo wszystko na pobiezna obserwacje terenu po drugiej stronie granicy:

DSC08636

Tak, jednej Republiki nie byloby bez drugiej.

08

06 2010

Szczekająca miłość?

Sytuacja 1:

Rodzice, dziadek + dwójka dzieci siedzą w knajpie, której rodzice są właścicielami. Dziadek bierze pałeczkami kawałek jedzenia i zbliża do buzi chłopca (góra trzyletniego). Chłopiec odwraca buzię. Dziadek  ni to wrzeszczy, ni to warczy: “jedz!”. Chłopiec nie przejawia żadnej reakcji, dziadek wyszczekuje jeszcze głośniej: “jedz” i przytyka żarcie do buzi dziecka. Dołacza matka, z takim samym, pełnym agresji wojskowym szczekiem. Włacza się ojciec, odgarnia ręką stojące na stole talerze i butelki i zbliża rękę do buzi dziecka. Przez chwilę myślę, że odsunie pałeczki z wycelowanym jedzeniem i powie coś w rodzaju: “dajcie mu spokój, jak nie chce, to nie”. Ale nie, facet chwyta ręką za ucho dziecka i tak wlecze syna w kierunku kąska na pałeczkach. Gdy dzieciak nie chce, “wychowawcy” tracą zainteresowanie, dziadek sam zjada kąsek, a rodzice znudzeni odwracają głowę.

Sytuacja 2:

Idzie kobieta z dzieckiem w wózku - najwyżej 8 miesięcznym. Dziecko płacze. Kobieta pochyla się nad wózkiem, wyciąga dłoń i kilkakrotnie bije dziecko po główce.

Sytuacja 3:

Matka i jej dwójka dzieci wraca z zakupów. Na oko 4 letnia dziewczynka pomaga, niosąc paczkę jogurtów. Niestety, paczka wypada z rąk dziecka i spada na ziemię. Matka wściekła jakby chodziło o życie, policzkuje, nastepnie potrąca i szarpie dziecko, ochryple szczeka i ujada, po czym chwyta cenne jogurty.

Mogłabym tak jeszcze długo, bo świadkiem takich sytuacji jestem właściwie codziennie. Żeby nie było, że się czepiam Chin Ludowych - jedna z powyższych sytuacji jest z Tajwanu. No a co na to dzieci? Bity niemowlak natychmiast przestał płakać, na pozostałych dzieciach nie było widać śladu emocji, nie mówiąc o tym, co by zrobiło w takiej sytuacji np. polskie dziecko, czyli o płaczu. Po kilku latach tresury (chociaż i to jest złe słowo, bo podstawą tresury jest konsekwencja) reagują i to z oporem tylko na takie – najsilniejsze – bodźce, z którymi spotykają się od niemowlęctwa. Mają apatyczne spojrzenie, zwykłe bodźce są za słabe, żeby zwrócić ich uwagę.

Oczywiście widzę też inne sytuacje, gdzie rodzice (ale chyba częściej jednak dziadkowie, może na starość się człowiekowi jednak przejaśnia?) miło z dziećmi rozmawiają, objaśniają im świat, pokażą samolot, wytłumaczą dlaczego dźwig może przenosić przedmioty. Te dzieciaki mają bystre spojrzenie, szybciej reagują na babcine/matczyne: “nie stawiaj butów na siedzeniu bo ktoś się ubrudzi” niż dzieci szczekającyh rodziców na nawet najgłośniejsze i najbardziej pełne wściekłości ujadanie.

Z tekstu z egzaminu HSK: “Chińscy rodzice bardzo kochają swe dzieci, ale nie wiedzą, jak dobrze tę miłość okazać” .

P.S. Dalsza regularna obserwacja rodziny przedstawionej w Sytuacji 1 wykazała, że opisany ojciec traktuje ucho dziecka dokładnie tak, jak większośc ludzi traktuje dziecka rączkę – tj. jako coś, za co dziecko się prowadzi, podprowadza, co się trzyma kierując dziecko dokądś/na coś. Ucho dziecka jest pełnoprawnym subsytutem jego rączki nawet wtedy, gdy dziecko akurat nie popełnia żadnej straszliwej zbrodni.

Tags:

12

12 2009