Posts Tagged ‘socjologia’

Mężczyzna powinien… (czesć druga)

Na szybach gęste kwiatki wymalowane mrozem, w drzwiach spłowiała zasłonka ze smokiem i feniksem. Mdła żarówka u sufitu. Na ścianie portret Mao i Zhou, na szafie plastikowe kwiatki. Gospodarz napalił nam w kangu. Leżymy na nim w kurtkach i czapkach pod kilkoma kołdrami, para bucha nam z ust i popijamy herbatę z…whisky i zastanawiamy się, czym byłaby pólnoc Chin bez kangu. Z iPhone’a SHL (SHL ma na sobie dwie czapki) lecą różne – sylwestrowe – hity. W tej drugiej, kuchennej izbie, pod ścianą sąsiadującą z kangiem, stos kapusty – żeby nie przemarzła. I niski piec na drzewo. Wody bieżącej nie ma. Zamarzła. Góry z czterech stron. Na nich ruiny Wielkiego Muru. Gwiazdy takie, że wydaje się, jakby to było jakies inne niebo. Za 10 dwunasta w całej wiosce gaśnie światło. Sylwester. Doswietlamy iPhone’m.

Jak nietrudno się domyślać, przeziębiłam się nieco, więc nagle znalazł się czas na kolejny wpis. Co powinien mężczyzna? Kto stawia mu te wymogi, kto ustala powinności? I czym to skutkuje?

W chińskich miastach coraz wyraźniejszy jest trend, który nigdy dotąd chyba się jeszcze w Chinach nie uwidocznił. Młodzi rodzice zaczynają preferować płeć żeńską potomka. Yanger fanglao – „chować syna aby pomagał na stare lata” zmienia się w “chować córkę aby pomagała na stare lata”. Dawniej córka przechodziła do rodziny męża i jej pomaganie na stare lata ograniczało się znacząco do pomagania teściom. To syn dziedziczył i odwdzięczał się rodzicom opieką na starość. Dziś narodziny syna nie tylko nie oznaczają zapewnienia opieki na starość, ale – przeciwnie – oznaczają ogromny wydatek, który na starość będzie trzeba ponieść. Coraz częściej rodzice zakładają fundusz już w momencie narodzin syna. Posag. W dzisiejszych Chinach mężczyzna, aby liczyć się na rynku matrymonialnym (przypomnijmy konkurencja jest duza, jako, że i dysproporcja pomiędzy liczbą kobiet a męzczyzn w Chinach jest poważna) musi mieć posag. I to nie byle jaki. Moja nauczycielka, ze stołecznej, profesorskiej rodziny : “co zrobić, muszę, inaczej nie mogłabym spojrzeć w oczy synowi, przeze mnie nie miałby żony”. Mężczyzna powinien wnieść do małżeństwa mieszkanie. Dla przytłaczającej większości młodych Chinek i ich rodziców wniesienie do wspólnego stadła (mieszkanie oczywiscie natychmiast musi stać się wspólne) przez przyszłego pana młodego mieszkania jest najbardziej podstawowym warunkiem zamążpójścia. Powstało nawet nowe pojęcie ekonomiczne – 丈母娘需求 zhangmuniang xuqiu - “potrzeby teściowych”, w tym ta jedna, fundamentalna. Chcący zdobyć żonę młodzi powinni uwzględniać także i ten rodzaj potrzeb.

xin_2811060515187341939545“Kochani, pobieramy się” – osoby niosące mieszkanie to oczywiscie rodzice pana młodego.

33df5c5b71f34b37800344bf7fbfded8

W020090908496020101793

Na mankiecie ręki z biczem napis “tesciowa”, Chłopak niesie na plecach mieszkanie w kształcie strzałki z napisem “ceny mieszkań”. Popularne jest tłumaczenie wysokich cen mieszkań nadmiernymi “potrzebami tesciowych”

20100920114708_41595

Jak mawial Makesi, byt kształtuje świadomość. Ceny mieszkań, dzięki działaniu ręka w rękę władz lokalnych i deweloperów, dzięki spekulacjom na rynku budowlanym, no i wreszcie dzięki ograniczeniom przestrzennym (jak chcieliby niektórzy, także i dzięki nadmiernie rozbuchanym “potrzebom tesciowych”), szybują do niebotycznych rozmiarów, stawiając kupno mieszkania zupełnie poza możliwościami młodych ludzi i czyniąc z niego prawdziwy fetysz. Rząd centralny ustami swoich najbardziej prominentnych przedstawicieli wielokrotnie zapewniał, że teraz już, za chwilę, ceny mieszkań spadną. Po tych deklaracjach działo się dokładnie odwrotnie, co tylko pokazało, w czyich rękach tak naprawdę leży władza, jeśli chodzi o rynek mieszkaniowy. Na moim osiedlu – ani dobrym ani złym, znosnym, w dobrym punkcie, ale bez luksusów, cena 60 metrowego mieszkania waha się w granicach 3 milionów yuanów (ok 1.4 mln złotych) i – jak wszystko przy obecnej inflacji – rośnie. Średnia pekińska pensja to niecałe 5 tysięcy yuanów, ale w mieście takich kontrastów nietrudno się domyślić, ile osób musi zarabiać grubo poniżej średniej, aby była ona właśnie taka.

Mieszkanie traktowane jest schizofrenicznie – jako dobro absolutnie poza zasięgiem, a jednocześnie i najzupełniej podstawowe.”Mieszkanie daje poczucie bezpieczeństwa”, “małżeństwo bez mieszkania to nie jest żadne małżeństwo” – powiadają zgodnie moje młodsze chińskie koleżanki. “No dobra, a mieszkanie na morderczy kredyt, które sprawia, że on staje się fangnu – niewolnikiem mieszkania, lub yinghang xiaolinggong – drobnym robotnikiem pracującym dla banku, też daje takie poczucie? Co w tym innego niż wynajmowanie, skoro dopóki kredyt nie jest spłacony, mieszkanie stanowi własnosć banku?” – pytam się WLY, która przyjechała do Pekinu na studia z pewnej południowej prowincji. “Daje. Tylko bardzo nowoczesne osoby są w stanie nie myśleć o mieszkaniu przy zamążpójściu”. I tyle.

fangnuSlimak i krab pustelnik – zamieszkujący opuszczone muszle- symbole dwóch rodzajów podejscia do mieszkania. Slimak – niesie ze sobą cieżar jakim jest dom i spłata kredytu, krab wynajmuje mieszkania. Slimak: “zestarzałem się a wciąz jestem niewolnikiem mieszkania”. Krab: “kupno mieszkania nie dorównuje wynajmowi!”

WLY nie kryje, że wcale nie jest i nie chce być super nowoczesną osobą, bo wie, czym to grozi. Studiuje na znakomitym uniwersytecie, ale nie będzie szukać pracy na świeczniku. Ideałem jest szeregowa praca w jednostce państwowej, z dużą ilością dodatkowych świadczeń, niekoniecznie w zawodzie. “Rodzice zawsze mi powtarzali, że dziewczyna nie może być zbyt ambitna, bo nie znajdzie męża” – mówi. Jak mówi, jej studia są po to, aby „dać rodzicom twarz”w niewielkim mieście skąd pochodzą i ewentualnie znaleźć przyszłego męża. Ale i tutaj dużo się zmienia. Na studiach niekoniecznie występują odpowiedni kandydaci. Bo idealny mąż powinien być starszy, z doświadczeniem, dobrze by było, żeby to mieszkanie, które wnosi w posagu, było dowodem jego faktycznej pozycji, a nie tylko “wyżyłowaniem” starych rodziców (ken lao – dosł. wyssanie starych, to dziś niestety dla większości jedyny sposób na sprostanie “potrzebom teściowych” i ich córek). No, chyba, że to nie żyłowanie biednych staruszków, ale gest dobrze postawionego taty. Wtedy to mieszkanie to tylko wstęp, gwarancja, że jako żona fuerdai - przedstawiciela drugiego pokolenia bogaczy, dziewczyna będzie mogła korzystać z przywilejów należnych takiej rodzinie.

58a6d4eat79e11141fa52&690“Drugie pokolenie bogaczy wybiera konkubinę”. Mezczyzna jest ubrany w cesarskie szaty, siedzi na ceraskim tronie

fuerdai2“Mozna zaoszczedzic sobie tyle lat zmagan!” – mowia kandydatki do ozenku z fuerdai.

Jesli nie jest fuerdai, chłopak powinien mieć, oprócz mieszkania, chociażby plan życiowy. “No bo jakie ty tam masz wlasciwie stanowisko…pracownik działu kultury. Jaki masz plan życiowy?” – pyta sceptycznie jedna z uczestniczek Feicheng wurao, części, której już nie przedstawiłam, bo mi sił zbrakło. “Moim planem jest po prostu dobrze wykonywać moją pracę” – niepewnie broni się chłopak. “No nie, czyli nie masz planu” – różowe usteczka krzywią się. “Plan, czyli – wylicza na palcach z różowymi paznokietkami – za dwa lata zostaję wiceszefem działu, za cztery szefem, za sześć — dyrektorem departamentu”. Że też mu musi tłumaczyć takie podstawowe rzeczy.

Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że dla pewnej części młodych Chinek, jak dla mojej znajomej z Pekinu, MJ, chłopak nie musi mieć mieszkania (dla jej dobrze postawionej, inteligenckiej rodziny mieszkanie nie jest żadnym złotym cielcem), wystarczy, że jest ambitny, ma perspektywy, no i własnie plan życiowy. Dla zupełnej sprawiedliwosci trzeba dodac, ze są tu dziewczyny, które to wszystko przeraża, które pytane o to, co mężczyzna powinien, mówią: “powinien być kims takim, z kim będę dobrze się rozumieć”. Tak mówi SXY. SXY ma rodziców artystów chodzących w wyciągniętych swetrach i rozkochanych w literaturze. Sama jedździ po przedszkolach i robi dzieciom zajęcia plastyczne mające rozwijać ich wyobraźnię.

Jeszcze słowo o szukaniu męża na studiach i szukaniu w ogóle. Problem jest nie tylko z brakiem odpowiednich kandydatów na uczelni, ale z samymi studiami jako czasem na poszukiwanie męża. Bo łatwo powiedzieć – znajdź sobie na studiach męża. Za flirtowanie, tworzenie par w szkole średniej czekał donos do rodziców i kary od szkoły (miłość przeszkodziłaby w nauce), skąd nagle wiedzieć, co robić, jak się poznawać, jak być razem? “To jak znajdziesz tego męża?” – pytam się WLY. Zbliża się chiński Nowy Rok. Moje młodsze koleżanki wracają na święta do domów. Ona też. W rodzinnym miescie czeka kilka umówionych przez rodziców spotkań. “Rodzice mają znajomych, a oni synów, rodzice wiedzą, kto ma jaką pozycję, kto by się nadawał, wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej”. Kandydaci wpadną na niezobowiązujący obiad do “cioci i wujka”, przy okazji poznają ich córkę. “A jeśli polecany przez rodziców facet nie będzie Ci się podobał?” – dopytuję się. “Nie szkodzi – jeden znajomy więcej” – odpowiada WLY.

WLY, podobnie jak inne dziewczyny, również na pierwszym miejscu jako kryterium przydatności faceta na męża stawia mieszkanie i pozycję, ale, jak zaznacza, nie rozumie tych dziewczyn, które lecą na pierwszego lepszego, który ma odrobinę pieniędzy. “To sprawa wychowania, moja mama powtarza, że synów należy chować biednie, a córki bogato. Tak chowany syn będzie chciał się dorabiać, a tak wychowana córka nie poleci na pierwszego lepszego, kto jej coś zaofiaruje”.

W ubiegłym roku w telewizji rekordy bił serial pt. 蜗居 – woju, ślimaczy dom. W powszechnej opinii niezwykle adekwatnie pokazywał problemy życia współczesnych młodych ludzi, ich wybory, ich losy, nierozerwalne złączenie tychże z problemami mieszkaniowymi, a problemy mieszkaniowe z korupcją we władzach lokalnych. Tak adekwatnie, że został zdjęty z anteny, a dziś oglądany jest – wciąż tłumnie – w internecie bądź z pirackich płyt. Starsza siostra – Haiping, ma trzydzieści kilka lat, wyszła za mąż na studiach, z miłości. Zakochani nie patrzyli wtedy na to, że nie mają mieszkania, ważna była romantyczna miłość. Dziś, po 10 latach małżeństwa, nadal nie mają mieszkania, gnieżdżą się w mikroskopijnym pokoiku w którymś z szanghajskich nongtangów, ich córkę Rangrang od lat wychowuje babcia, bo, jak zaznacza Haiping “nie mamy warunków, a ja chciałabym dać jej wszystko co najlepsze – basen, zajęcia pozaszkolne, jasną, ładną przestrzeń”. Przez trzydziesci pięć odcinków serialu obserwujemy obumieranie romantycznej miłości Haiping i jej męża, ich miotanie się po klaustrofobicznym pokoiku, zatykamy uszy w obronie przed wrzaskiem Haiping: “co osiągnąłeś w życiu!? Po co się żeniłeś!? Nie masz zdolności, nie masz pieniędzy, nie masz pozycji, nie masz niczego!!” Haiping przychylniejszym okiem spogląda na męża jedynie wtedy, gdy ten rzuca przed nią (tak, on własnie nimi rzuca) koperty z zarobionymi po godzinach na dodatkowych zleceniach pieniędzmi. Liczy łakomie banknoty. Przekaz jest jasny – bez mieszkania, bez pieniędzy, bez pozycji męża, obumrze nawet najpiękniejsza miłość. Młodsza siostra Haiping, już z pokolenia 80, Haizao, obserwuje miotanie się siostry, słucha jej przestróg przed poslubieniem qiong guangdan – “biednego łysego jaja”, co zamiast konkretów będzie mamił romantyzmem. Choć chłopak Haizao – Xiaobei – jest ucieleśnieniem ideału współczesnej chińskiej romantycznej miłości – tej opiewanej w piosenkach idoli popkultury, tej wyzierającej z każdego piksela grafiki portalu społecznosciowego na QQ – masuje jej stopy, wysyła komunikatorem misie i królisie, nazywa “mała świnką”, chce z nią pielęgnować kwiatki na balkonie, czyści jej uszy i znosi każde jej humory, to jednak przegrywa z żonatym i dzieciatym sekretarzem rady miasta. Sekretarz sypie gotówką, robi prezenty, zaprasza do restauracji bez szyldu, „gdzie pieniądze już nie wystarczą, trzeba mieć odpowiednią pozycję”, za pomocą znajomości jak za dotknięciem różdżki rozwiązuje problemy nie tylko Haizao, ale i jej siostry. Haizao zostaje ernai („drugą babcią” – w starych Chinach okreslenie drugiej żony), a internauci w dyskusji pod serialem na chińskim odpowiedniku Youtube wpisują pochwały na jej temat: „dobrze zrobiłaś, co będziesz żałować tego Xiaobei!” Czasem trochę smutno, bo rodziny z tego nie będzie, ale, jak wyraziła się wiosną ubiegłego roku jedna ze sławniejszych uczestniczek Feicheng wurao, niejaka Ma Nuo: “lepiej płakać w BMW niż śmiać się na rowerze”. Haizao i Ma Nuo mają odwagę mówić na głos to, co myśli tyle dziewczyn z tego nowego pokolenia.

12176949_11n

Inna sprawa, gdy potencjalny kandydat nie zamierza wcale się BMW i innymi dobrami łatwo dzielić – jak przedstawiany dwa wpisy wczesniej uczestnik Feicheng wurao. Miał wszelkie dane, by wygrać (żonę) w tym, tak akuratnie oddającym transakcyjny charakter dzisiejszych związków, programie. Wnosił pozycję i pieniądze. Cóż z tego, jeśli nie chciał wykonać tego gestu ważniejszego niż najromantyczniejsze deklaracje – rzucić pieniądze do jej stóp bezwarunkowo. Jak sekretarz zakochany w Haizao – gdy ona mówi, że potrzebuje pieniędzy, on natychmiast wyciąga grubą kopertę i prosi z poważnym, pełnym uwagi wzrokiem: “jesli będziesz potrzebowała więcej, powiedz”, nie pytając się po co, na co. Bo w dzisiejszym chińskim społeczeństwie facet oprócz posagu powinien dać też dowód miłości. I coraz rzadziej jest to zainteresowanie, wspólna pielęgnacja kwiatów czy spacery. To dobre w piosenkach i jako temat graficzny w portalu QQ. Ale mężczyzna nie powinien narzekać.

Jesli narzeka publicznie, staje się sławny, tak jak internauta Dorian1007, który na jednym z forów “zlozyl przysiegę”, że nie poslubi dziewczyny, która “jest niewolniczką mieszkania” – jest skupiona wyłącznie na mieszkaniu, która wychodzi za mąż za mieszkanie, a nie za niego, która kocha mieszkanie, a nie jego, która jest skrajną materialistką, jest samolubna. Zyskał poparcie wielu rówiesników, równiez rozczarowanych perspektywą potwornych wydatków w imię celu, który ich nie satysfakcjonuje.

U4958P1032DT20101209143214Przysięga chłopaków z pokolenia 80 – nie poslubić dziewczyny, która jest niewolniczką mieszkania.

Na jednym z wieczorów spędzonych z innymi mieszkającymi w Pekinie cudzoziemcami słucham ploteczek. Facet, z pewnego europejskiego kraju, był tam, u siebie, z dziewczyną, mieszkali w wynajętym, odkładali na mieszkanie. I wtedy on wyjechał do Chin. Poznał Chinkę, zakochał się, chciał się żenić, został mu przedstawiony wymóg mieszkania i on je kupił. Pytany, czemu to zrobił, stwierdził: „ona nie ma wyboru, to jest taka kultura, ja to rozumiem”.


08

01 2011

Chinska Republika Parkowa

Chinska Republika Parkowa (zwana dalej ChRP) ma przyczolki rozlokowane  w obrebie znacznej czesci Chinskiej Republiki Ludowej (ChRL). Podobnie jak ChRL, ChRP jest zroznicowana geograficznie i kulturowo. Piszaca te slowa za kazdym razem, gdy jest w jakims zakatku ChRL odleglym od Udzielnego Ksiestwa Hu (Hu 沪 – Szanghaj) stara sie przeprowadzac obserwacje zachowan populacji ChRP na danym terenie (vide post Kunming-obserwacja uczestniczaca czy – czesciowo  - ten post)

W zasadzie okreslenie “populacja ChRP” jest nieprawidlowe. Ludnosc ChRP to ludnosc w calosci naplywowa. Sredni czas pozostawania na terenie ChRP wynosi okolo kilku godzin. Granice ChRP zazwyczaj przekraczane sa przez ludnosc ChRL masowo w weekendy. Ale nawet wtedy czas oczekiwania na granicy nie jest zbyt dlugi. Ot, dajesz przygotowane 15 czy 10 kuajow, dostajesz, z reguly zielony, bilecik i przekraczasz granice. Nikt nie pyta o wiek, o status spoleczny, ilosc drobnych w kieszeni, co zamierzac w ChRP robic.

Nie masz walizki. No chyba, ze targasz w niej sprzet fotograficzny. Mozesz miec namiot, torbe piknikowa a nawet przygotowane juz szaszlyki i rozen. Mozesz miec tez sprzet do przekraczania powietrznej granicy ChRP - latawiec. Przyczolki ChRP to prawdopodobnie jedyne miejsce na swiecie, w ktorym do lotu wzbijaja sie pingwiny a nawet zlote rybki.

ChRP ma flage podobna do flagi ChRL. Choc moze to zolte to kwiaty?

DSC08564

Poszczegolne przyczolki ChRP cechuja sie bogatym zroznicowaniem geograficznym: obecne sa jeziora, wodospady, rzeczki, gorki a nawet bagna. Na terenie ChRP mozna spotkac powszechnie rosnace maki - Papaver somniferum (nawet w przyczolku ChRP ktory kiedys byl bastionem obrony Chin w wojnach opiumowych – park Paotai Wan nad Jangcy). Maki te rosna sobie jak gdyby nigby nic. Na terenie ChRP mak jest makiem… jest makiem… jest makiem:

DSC08512

Pomimo bogactwa form uksztaltowania terenu, orientacja w  ChRP jest zazwyczaj bardzo prosta – centrum kazdego z przyczolkow ChRP znajduje sie w miejscu, nad ktorym unosza sie latawce.

Transport w ChRP. ChRP posiada zroznicowane srodki transportu. Od roweru wzmacniajacego wiezi rodzinne/partnerskie:

DSC08664

przez rower wzmaniajacy poczucie indywidualizmu:

DSC08542

po meleksy i inne takie tam, az po transport kolejowy (w wybranych osrodkach)

DSC08605

i lodz piratow. Piszaca te slowa wybrala srodek traportu, ktory wydal jej sie najbardziej eksytujacy - wielka wsciekle machajaca lape, na koncu ktorej znajdowal sie jakby wiatrak, na ktorego skrzydlach znajdowaly sie krzeselka. Wiatrak machal rownie wsciekle co lapa i to we wszystkich mozliwych plaszczyznach. Piszaca te slowa leciala bokiem, do gory nogami, twarza do dolu, nad drzewami, w kierunku “pnia” potwornego urzadzenia. Po zakoneczniu podrozy, po oddaleniu sie kilka metrow od miejsca kazni  zaobserwowala, ze ciagle jest w tym samym miejscu, nadal w ChRP, tylko tym razem w pozycji polklecznej, przewieszonej przez barierke. Zaobserwowala tez, ze stan w jakim sie znalazla po tej podrozy wywoluje smiech politowania ludnosci ChRP i chec utrwalenia stanu piszacej za pomoca aparatow fotograficznych.

Ludnosc ChRP reprezentuje wszystkie warstwy spoleczne i przedzialy wiekowe. Podstawowe formy organizacji rodzinnej i spolecznej:

I. Klasyczny model 2+1:

DSC08659

II. 2+2:

DSC08665

III. Model kolektywny (tak, flaga z tylu to flaga Partii):

DSC08598

Typem nadprezentowanym na terenach ChRP jest

IV. Podstawowa komorka spoleczna in statu nascendi:

DSC08626

DSC08630

DSC08632

tzn nie mloda para + fotografowie+ ciagnik+ ogrodnik, tylko mloda para po prostu. Jak w przypadku kazdej komorki in statu nascendi - moze z niej jeszcze wyrosnac wszystko.

Na podstawie obserwacji przeprowadzonej w dniach 5-6.06.2010 na terenie dwoch przyczolkow ChRP (park Paotai Wan na rzeka Jangcy i Park Lesny w dzielnicy Yangpu) na terenie Ksiestwa Udzielnego Hu, mozna zaobserwowac, ze ludnosc populujaca ChRP trudni sie wieloma zajeciami, np.

1. Lowiectwem. Grupy lowieckie sa z reguly male, rodzinne.

DSC08519

Zaobserwowano tez mezczyzn, ktorzy w celu wykazania sie zwinnoscia i zaradnoscia (czyli cechami pozadanymi w organizacji rodzinnej na terenie ChRL), poluja samodzielnie pod okiem wybranej kobiety.

DSC08514

2. Puszczaniem latawcow. Wyniki eksperymentu, jaki przeprowadzila piszaca te slowa,  polegajacego na samodzielnych probach puszczania latawca, wykazaly, ze czynnosc ta moze jednoczesnie stanowic dobra namiastke zarowno zeglowania jak i wyprowadzania (niezbyt grzecznego) psa na spacer.

3. Konstrowaniem prowizorycznych domostw odzwierciedlajacych podstawowe struktury spoleczne ChRL (formy organizacji spolecznej: od komorek dwuosobowych po kolektywy):

DSC08560DSC08541

4. Zbieractwem zdjec (kwiatkow, motylkow etc.)

ChRP - jak niegdysiejsze cesarstwo chinskie, cechuje sie duza zdolnoscia do asymilacji przybyszow z zewnatrz. Np. piszaca te slowa po obserwacjach prowadzonych na terenie ChRP poczula prawdziwie przemozna, wprost nie do zwalczenia chec nabycia i puszczania latawca (czyli przeprowadzenia w/w wspomnianego eksperymentu). Tutaj nalezy zauwazyc, ze proces asymilacji, pomimo zyczliwego nastawienia trudniacej sie wypasem latawcow czesci populacji ChRP, w tym konkretnym przypadku nie przebiegal szczegolnie pomyslnie. Podczas eksperymentu dalo sie zaobserwowac trzy czynniki odrozniajace puszczanie latawca w wykonaniu piszacej te slowa od wykonywania tej czynnosci przez ludnosc regularnie przkerajaczaja granice ChRP:

1. O ile stali przybysze podczas puszczania latawca przyjmowali pozycje statyczna, o tyle piszaca te slowa latala jak glupia po calej lace gubiac buty

2. Latawce stalych bywalcow ChRP  szybowaly wysoko i stabilnie. Latawiec piszacej te slowa nie szybowal, tylko wykonywal ruchy Browna (czyt. latal na wszystkie strony w 3D), czesto w locie korkociagowym w kierunku ziemi, dziobem do dolu.

3. Stali bywalcy nie byli cali oplatani linka, tylko jakims cudem nawijali ja na kolowrotek…

W kazdym z przypadkow ChRP sasiaduje z ChRL. Tutaj np. granica na rzece Jangcy:

DSC08569

Czasami obie Republiki dzieli mur, ktory nie od razu pozwala dostrzec z terenow ChRP republike przylegla.  Jednak srodki przedsiewziete przez piszaca te slowa, w postaci podskokow i ustawiania kamieni jeden na drugim pozwolily mimo wszystko na pobiezna obserwacje terenu po drugiej stronie granicy:

DSC08636

Tak, jednej Republiki nie byloby bez drugiej.

08

06 2010

Eksperyment. Roznice kulturowe

Z pierwszej ksiazki (崔婷《全球化与当代中国. 跨文化交流》Cui Ting, “Globalizacja i wspolczesne Chiny. Wymiana miedzykulturowa”. Rok wydania 2009):

“Bezposrednim efektem globalizacji jest fenomen konwergencji kulturowej. Sprawia ona, ze zachodnia (glownie amerykanska) kultura i wartosci przenikaja do innych krajow. Fenomen konwergencji kulturowej zaciera tozsamosc i cechy charakterystyczne przyrodzonej kulturze narodowej. Zachodnia przewaga informacyjna powoduje rdzewienie ducha narodowego krajow rozwijajacych sie, ich przekonan politycznych i moralnosci”

“Wymiana kulturowa w internecie zniosla granice geograficzne pomiedzy Chinami a Zachodem, bariery odnoszace sie do kraju pochodzenia.”

“Jaka kultura korzystnie jest eksportowac? Ewidentnie kulture postepowa, harmonijna, odbijajaca nowy etap rozwoju ludzkiej cywilizacji, tylko ona jest konkurencyjna, ma moc przyciagania[...] Przygotowujac chinska kulture, ktora ma pojsc w swiat, konieczne jest miec mysl przewodnia. [....] Przewodnia mysla dla przygotowywanej do pojscia w swiat chinskiej kultury jest marksizm-leninizm, mysl Mao Zedonga, teoria Deng Xiaopinga, wazna mysl o Trzech Reprezentacjach i idea rozwoju naukowego”

Z drugiej ksiazki (史蒂夫•莫滕生编选《跨文化传播学——东方的视角》, S. Morteson (red.), “Komunikowanie miedzykulturowe- perspektywa wschodnia”. Rok wydania 1999):

“Zachod charakteryzowany jest przez indywidualizm, Wschod zas przez orientacje kolektywne”

“O ile ludzie Zachodu traktuja siebie samych jako centrum, o tyle Chinczycy za centrum uwazaja otoczenie”

“Wielu Chinczykow szybko sie westernizuje, wielu juz zmienilo nastawienie z nastawienia na otoczenie jako centrum w nastawienie na siebie jako centrum”

“Badanie to ma na celu zbadanie roznic w wyrazaniu wlasnych uczuc przez Amerykanow i Chinczykow, przede wszystkim roznic pomiedzy dwoma kulturami w aspekcie doboru tematow i slownictwa […] Badaniem zostala objeta grupa amerykanskich studentow oraz chinskich studentow pochodzacych z Tajwanu[…]Czas przebywania chinskich studentow w Stanach Zjednoczonych wyniosl srednio trzy lata i trzy miesiace

Przedmiot: 国际传播与跨文化传播 – Komunikacja miedzynarodowa i komunikowanie miedzykultorowe

Prowadzacy: szycha Wydzialu, byl 10 lat w Japonii. Specjalizuje sie w roznicach kulturowych (czy ja juz gdzies nie pisalam o tym, jak wielce kocham to wyrazenie?) i w ramach tego na wykladach np. opowiada godzinami, “jak laowaje mysla“.

Czym wzbudzil moja niechec: powyzszym (tzn nie Japonia, tylko tym, ze wie, jak mysle) oraz usmiechaniem sie glupio przy wspominaniu o katastrofie smolenskiej (“hehe, tam u was, hihi, samolot z oficielami i prezydentem, hehe, sie rozbil, haha, prawda?” Ja wiem, ze to, hehe, taka roznica kulturowa, ze to zaklopotanie, a nie smianie sie w twarz, hehe, ale i tak mi sie, hehe, zrobilo przykro i antypatie do tego znawcy zwyczajow laowajow poczulam. Laowaje zle mysla o kims, kto wie, co laowaje mysla, a mimo wszystko sie laowajom tym chichocze z katastrofy samolotowej).

Polecenie: ksiazki, z ktorych cytaty powyzsze pochodza przeczytac i napisac o swoich wrazeniach po lekturze. No to przeczytalam i napisalam. Co sadze o mysleniu dualistycznym, antynomicznym, o traktowaniu wszelkich zmian jako okcydentalizacji, o wrodzonych duchach narodowych, no i w ogole o esencencjonalizmie w odniesieniu do tozsamosci, kultury, narodu, no i o autoorientalizacji. I w ogole o pisaniu w roku 2009 tak jakby byl 1970. O stereotypowym i przeciwnym faktom mysleniu o mediach, internecie. I o bledach metodologicznych (w najlepszym wypadku pars pro toto), nieuzasadnionym wnioskowaniu etc. Wyrazanie tego, co mysle o ekportowaniu kultury postepowej z kilku dosc oczywistych wzgledow sobie darowalam.

Ksiazka numer dwa jak i sam profesor podkreslaja, ze ludzie Zachodu posluguja sie logika liniowa, sa nastawieni indywidualistycznie, jawnie wyrazaja krytyke i traktuja siebie jako centrum (w dokladnych przeciwienstwie do Chinczykow ktorzy – co za mily przypadek ! odpowiednio – posluguja sie logika obrazowa, sa nastawieni kolektywnie, krytyke wyrazaja niebezposrednio albo tez nie wyrazaja i jako centrum traktuja otoczenie). Mam nadzieje, ze moja praca i wyrazone w niej opinie jak i bezposrednio wyrazona krytyka dobrze wpisuje sie w taki obraz “czlowieka Zachodu”.

Napisawszy, dalam znajomej Chince do zczytania. Czyta, czyta (hurra -chyba opanowalam wreszcie pisanie socjologicznej sieczki, dziewczyna zmienia raptem 4 wyrazy w calej pracy i dostawia pare przecinkow), kiwa glowa, ze racja, ze dobrze mowie, po czym dociera do niej, ze ja depce ksiazki, co slawny profesor kazal przeczytac jako szczegolnie cenne. “Dlaczego tak napisalas? Przeciez on chcial zebyscie zachwycali sie tymi ksiazkami! Zebyscie podeszli jak uczniowie do mistrzowskich tekstow!”. No, “ten tekst uswiadomil mi ze…”, “autor ukazuje nam wazny problem…” i takie tam…Dlaczego tak nie napisalam? No, to sa wlasnie te eeee, wiesz, roznice kulturowe. Bezposrednia krytyka, maly dystans do wladzy, koncentracja na samym sobie…Robimy do siebie glupie miny, znajoma 6 razy sie upewnia, czy jak tylko dostane ocene, aby na pewno zaraz jej powiem, co dostalam. Jeszcze na ulicy do mnie wola. Ona nie jest w stanie przewidziec.

Tak wiec robie eksperyment z roznic kulturowych. Na jednym profesorze z Szanghaju. Obiecuje nie rozciagac wnioskow na caly kontynent ani tez na ich podstawie wnosic, ze ludnosc innego kontynentu a wlasciwie to 4 kontynentow (autorka ksiazki nr 1: kultura Ameryki Lacinskiej jest podkultura kultury zachodniej) z pewnoscia postapilaby dokladnie odwrotnie. Wyniki zostana oglaszone tutaj na blogu.

Tak, jeszcze troche i konczy sie semestr. I moj rok na chinskiej uczelni. 哎。。。Przez ten tydzien dla odmiany…Expo. Moze uda mi sie wreszcie pojsc do chinskiego pawilonu.

31

05 2010

Chiny na kolach – czyli podroz Znikad do Leshan

! Ponizszy wpis jest opisem podrozy w najtanszej klasie chinskiego pociagu w Chinski Nowy Rok. Kto delikatny na zoladku, niech po prostu nie czyta.

Po 10 godzinach podrozy zepsutym Zlotym Smokiem (najpowszechniejsza marka autobusow w Chinach), po kilku dokonanych przez kierowce i pasazerow-mechanikow naprawach, ktore pozwolily na jazde, ale  z maksymalna predkoscia 20 kilometrow na godzine (czesc z napraw dokonywala sie w spektakularnym kanionie gornego biegu Jangcy na wysokosciach raczej lotniczych, polecam powiekszenie zdjec celem zobaczenia tarasow na zboczu):

DSC06707

DSC06708

po przejechaniu ostatnich 50 kilometrow po drodze, ktorej nawierzchnia przypominala polamany w wyniku jakiegos naglego zdarzenia lod (przy drodze tablice: “panstwo robi drogi dla ludu, lud powinien dbac i chronic drogi”), a otoczenie jakas inna planete (gigantyczne fabryki z ogniami buchajacymi z kominow na tle martwych czerwonych gor), dojechalam do Nikad. Miejsce to sklada sie z dworca i okalajacych go hoteli, jest w odleglosci godziny od miasta, choc stacja nosi jego nazwe. Rzecz okalaja jedynie te rdzawe, martwe gory. Wlasnie na dworcu w Nigdzie dopada mnie z cala moca druga strona chinskiego Nowego Roku. Jedyny bilet, jaki udaje mi sie dostac, jest na pociag odjezdzajacy nastepnego dnia, za piec dwunasta w nocy. Oczywiscie o zadnej miejscowce nie ma co nawet marzyc. Jedyne, co jest dostepne to 无坐 – wuzuo, czyli miejsce stojace. W nocy, na trasie 600 km, ktora pociag ma pokonac w 10.5 godziny. Przed dworcem w Nigdzie koczuja oczekujace na swoj pociag tlumy.  Siedza na kartonach, spia, skubia pestki slonecznika i pluja dookola, jedza niedlaczne od dalekich podrozy zupki-zalewajki. Bagaze – w postaci jutowych workow po nawozach, tanich walizeczek etc. rozlokowane dookola kazdej z grupek niczym waly przeciwodziowe. Ja biore pokoj w jedym z hoteli rozlokowanych dookola dworca w Nigdzie i zmuszam sie do ladowania baterii (spania, kapania sie kilka razy na zapas) wiedzac, ze nie bedzie lekko. W miedzyczasie przechadzam sie jedyna ulica Nigdzie. Na ziemi na kawalku szmaty leza na (wysoce nielegalna – tylko co w takim razie robia w samym srodku Niczego?) sprzedaz tygrysie lapy i kosci – na talizmano-lekarstwa. Ech, rok Tygrysa.

Choc stawiam sie na dworcu 40 minut wczesniej i tak jest to za pozno. Tlum, tak jak ja posiadajacy jedynie bilety wuzuo, ktory teraz oprocz workow, wiader i tanich walizek trzyma takze skladane mini-krzeselka, juz czeka przy wejsciu na peron.  Gdy w koncu podjezdza pociag, gdy probuje sie do niego dostac, jest juz tak pelen, ze ledwie zyje juz po samej probie wcisniecia sie do srodka. Pierwsze, co rzuca sie o oczy, to calkowicie mokra, jakby ublocona, podloga. Na poczatku mysle, ze to awaria kranu w toalecie, ale pozniej przypominam sobie, ze to Chiny. Mokra podloga jest - eee, slowo srednio pasuje – esencja tego, co od Chin nieodlaczne – czyli plucia tam, gdzie sie stoi. Ograniczona powierzchnia pociagu relacji Kunming-Xian (to wlasnie on przejezdza bowiem przez Nigdzie) sprawia, ze rzecz – znowu zle slowo – koncentruje sie i przybiera forme blota. Na nim postawie – jak wreszcie dopcham sie do przedzialu (choc to wuzuo, to jednak na bilecie jest wyszczegolnione, w ktorym wagonie ma miec miejsce moje stanie) -  moja torbe podrozna i plecak. Tlum jak woda – wypelnia kazda mozliwa szczeline wagonu, rozlewa sie po nim. Jest wlasnie jak woda po wlaniu do szklanki, faluje, ale w koncu wyrownuje sie poziom. W efekcie moge sobie nawet usiasc na mojej torbie podroznej. W pewnej chwili nawet klade obok plecak i w pozycji godnej adepta jogi – pollezac na torbie i kladac glowe na plecaku, udaje mi sie przysnac (z twarza 30 cm nad plwocina).

Budzi mnie tumult i krzyki – pociag zatrzymuje sie gdzies w srodku ciemnosci i do przepelnionego juz wagonu wlewa sie nastepna fala ludzi. Choc wydawalo sie, ze juz wiecej nie da sie upchnac, to jednak do wagonu wpada conajmniej drugie tyle osob. I targa, taranujac obecna juz w srodku reszte, drugie tyle pakunkow. W efekcie jedyna pozycja, na ktora moge teraz sobie pozwolic, to stanie na jednej nodze w przechyle. Torba i plecak zostaja zadeptane (oczywiscie na mokro). Wsrod nowej ludzkiej fali rzucaja mi sie w oczy dwie grupki osob. Pierwsza z nich to rodzina (matka, ojciec i 5 dzieci, w tym niemowle na plecach matki) o kompletnie niechinskim wygladzie (pozniej sie dowiem, ze to przedstawiciele ludu Yi, tego samego, ktory spotkalam w tarasowej dolinie, ale jak rozni!). Gdy wchodza, moje pierwsze doznanie jest jednak zapachowe. Pachna wedzonym dymem, palonym chrustem, sa cali na wskros przesiaknieci tym dymem. Dopiero drugie doznanie jest wzrokowe. Dzieci sa skrajnie umorusane – na raczkach zastygly w formie skorupki czarny brud, na buziach czarne smugi, ubrania oblepione wieloletnim, przechodnim z dziecka na dziecko,  jak same te ubrania, brudem, na glowach wlasnie tworza sie im rasowe koltuny. Maja drucikiem poprzekluwane uszy – zamiast kolczykow, przewleczone kolorowe sznureczki. A to tego sa nieprawdopodobnie piekne – podobnie jak dzwigajaca na plecach rownie co reszta brudne niemowle – matka. Wszyscy maja wielkie, jasnobrazowe oczy, bardzo regularne rysy umorusanych, a w przypadku matki, choc mlodej, to juz pooranej glebokimi zmarszczkami, twarzy. O ile ubrania przedstawicielek ludu Yi z tarasowej doliny to byl pokaz kunsztu hafciarskiego i feria barw, ta kobieta ma na sobie brudny znoszony sweter, spodnie i adidasy. Na glowie hongwejbinska czapke (potem w przedziale dojrze jeszcze dwie inne kobiety Yi, i one tez beda mialy te kulturalno-rewolucyjne czapki na glowach, jedna kombinacje hongwejbinska czapka+ welniana chusta omotana dookola - taki nowy znak identyfikacyjny etnicznosci). Natomiast ojciec rodziny nie odbiega wygladem od przedstawicieli ludu Yi z tarasowej doliny. Ma fircykowate dzinsy (tyle, ze w przeciwienstwie do wioskowych elegantow z doliny, brudne), marynare w tandenty hafcik, kolczyk w uchu i zloty zab. Matka, przykucnawszy na nieprawdopodobnie malym, dostepnym skrawku zaplutej podlogi juz niedlugo zajmie sie karmieniem niemowlaka piersia, a ojciec rodziny graniem w gry na komorke.

Druga konstelacja osob to czteroosobowa rodzina. Gdy wchodza, przodem przedziera sie, niczym na wojnie w zastepy wroga, ojciec. Wrzeszcac dookola “bu hao yisi” (przepraszam) , gestem nieznoszacym sprzeciwu rozgarnia stojacych, a nastepnie siedzacych. Ustawia ich, przeklada jak marionetki, po czym, ani sie spostrzegaja, na ich z takim trudem zdobytych miejscach siedzacych zasiada corka, syn i zona faceta (ktorego w miedzyczasie nazywam Lysym Li, od bohatera powiesci Yu Hua “Bracia”, gdzie Lysy Li to uosobienie tupetu, ale i odwagi chinskich nowobogackich) oraz sam facet. Doslownie przeklada trzech jadacych razem kolegow – robotnikow, do tej pory spiacych spokojnie w dziwnych pozach na swoich z takim trudem zdobytych miejscach. Uklada ich w stertke objetosci dwoch miejsc, po czym sam zasiada na w ten sposob zdobytej miejscowce, po czym sam mowi do siebie “还不错吧”, calkiem niezle, ze niby podrozowanie z wuzuo nie jest takie tragiczne.  Po czym, w akcie podziekowan, wrecza kazdemu z wysiedlonych po papierosie. Czesc przyjmuje a czesc nie, ale nikt nie robi tego, co ja bym zrobila na ich miejscu – czyli dzikiej burdy. Zlozeni na kupke robotnicy (rece czarne i twarde tak, ze mozna bez mlotka wbijac gwozdzie, ta czern i twardosc sa permanentne bardziej niz tatuaz, nie zeszly nic a nic nawet podczas dwoch tygodni Nowego Roku) wkrotce na powrot zasypiaja – tyle ze ksztaltem przypominaja teraz zlozone na kupke ubrania.

Rodzina Yi zajmuje miejsce tuz obok mnie (nadal wisze na jednej nodze). Oblepione glina kurteczki laduja na mojej torbie, skoltunione glowki dzieci tona w ludzkim tlumie. Pasazerowie Hanowie ostentacyjnie pogardzaja rodzina Yi – wydymaja usta, wznosza oczy do nieba. Lysy Li ( z ktorym po tym, jak uciesnil robotnikow, postanawiam nie rozmawiac) mruga porozumiewawczo do mnie, po czym plujac na podloge i – napotkawszy moje potepiajace spojrzenie – wsmarowawszy rzecz butem w podlogowy laminat, rzecze o rodzinie Yi: “zadnej kultury nie maja, co?”

Ja z dwojga zlego jako towarzyszy podrozy o niebo wole juz dowolna liczbe umorusanych dzieciakow niz setke plujacych i rozsmaroujacych rzecz w podloge przedstawicieli “cywilizowania”. Nie wiem, jak wyglada wioska, z ktorej pochodzi ta rodzina, ale rozne wioski widzialam. Na poludniu Yunnanu brak biezacej wody, drogi dojazdowej, ubikacji etc. to absolutny standard. W takiej sytuacji utrzymanie czytstosci to niesamowity wysilek (inna sprawa, ze yunnanskie wioski jak i ich mieszkancy byli naprawde czysci) i w pewnym stopniu rozumiem te kobiete – ze czasem jedynym wyjsciem jest po prostu nie zwazanie na higiene.  Ale plucie na podloge, na ktorej siedzi, pol-wisi, kuca, koczuje czlowiek przy czlowieku to inna kwestia. Tu jest wybor i to latwy – jak juz sie musi, mozna kupic sobie za jednego juana rolke papieru toaletowego – i pluc sobie do woli.

Ludzka fala ponownie sie rozlewa rownomiernie po wagonie, zostaje osiagnieta relatywna rownowaga. Udaje mi sie zajac miejsce cwierc-siedzace; dwoch chopakow po mojej stronie wagonu sciesnia sie i moge przycupnac (co prawda musze nieustannie balansowac, zeby utrzymac rownowage). Co sekunde, chociaz wydaje sie, ze juz szpilki nie da sie wcisnac, ktos przechodzi (albo jak sprawniejszy, to opiera sie na siedzeniach i przelatuje gora nad tlumem – ladujac mokrymi podeszwami butow na przyklad na mojej torbie). Osoby te dzierzac papierowe miski zupek-zalewajek najpierw przeprawiaja sie na koniec wagonu po wode. Pozniej wracaja. Za 20 minut te same osoby przeprawiaja sie oczywiscie do toalety. Za kazdym razem trzeba sie podnosic walczac z oporem tlumu, ktory jak ruchome piaski, sciaga w dol. Ja w obawie przed utrata z trudem wypracowanego miejsca nie ide po wode do mojego kubeczka z herbata z kulkami z proszku. Jakbym poszla miejsce wypelnilaby ludzka fala. Jakbym nawet odzyskala jakims cudem, na pewno by przepadlo gdybym w ramach nieuniknionych kolei losu chciala nastepnie pojsc do toalety.

20 wagonowy pociag jedzie przez kompletne ciemnosci (moge sobie tylko wyobrazac te gory dookola). W srodku odwrotnie – oslepiajace jarzeniowki. Kilka osob wyjelo komorki i puszcza z nich na glos muzyke – niestety moj kawalek wagonu jest strefa oddzialywania kilku epicentrow muzycznych. Gdy leca hity – te najnowsze – spiewa mlodziez. Gdy leca te ogolnonarodowe – typu Qingzang Gaoyuan (o tym jak piekny jest Tybet i Qinghai, i jak wazne miejsce w chinskim sercu te cudne miejsca zajmuja)- spiewaja, albo przynajmniej poruszaja ustami wszyscy, ja tez, po prostu samo tak wychodzi. Czesc osob gra w karty, wiekszosc pali, wszedzie walaja sie puste papierowe miseczki po zupkach-zalewajkach i puste butelki po wodzie. Co pewien czas w to wszystko wjezdza….(kij mu w szprychy) wozek z napojami i przekaskami. Choc wydaje sie, ze jego przejazd jest calkowicie niemozliwy, to jednak ludzka fala – unoszac (doslownie i w przenosni) po drodze worki, pakunki i tanie walizeczki, przelewa sie tak, ze rzecz jednak sie przeciska przez srodek. W pewnym momencie nocy pojawia sie wielki jak wieza xi’anski konduktor. Przeklada siedzacych trzech kolesi i siada obok. “Lei si le” – (smiertelnie zmeczony) ciezko i basowo wzdycha z tym jakze milym dla mego ucha xianskim akcentem. Otacza ramieniem kolesia obok - “Gdzie jedziesz, bracie?” – pyta. Koles tez jedzie do Xi’anu. “No to masz ciezko”. Konduktor patrzy na kilku nieszczesnikow, ktorym nie udalo sie znalezc nawet niejsca na-w-pol-przycupnietego. “Jak tam? Dajecie jakos rade?“. Jeden ze stojacych – chlopak z Xi’anu z fancy fryzura (karbowana, farbowana), modnymi ciuchami i gitara elektryczna wzdycha: “hen fuza” (ciezko, dosl. skomplikowanie).

W miedzyczasie jednakowoz zaczynam rozmawiac z Lysym Li, ktorego sila oddzialywania jest tak przemozna, ze nie mam wyboru, po prostu zaczynam odpowiadac i tak rozmawiamy. Lysy Li & spolka mieszka 140 km obok Wenchuan, epicentrum wielkiego trzesienia z 2008 roku. Budynek w ktorym mieszkaja bujal sie strasznie, bujal, ale przetrwal. Taki sam budynek obok sie zawalil. Zostaje tez przymuszona do ogladania w aparacie zdjec Lysego Li i jego rodziny w strojach ludowych roznych grup etnicznych – Lysy Li i jego rodzina jako Tybetanczycy, jako Ujgurzy  (w miedzyczasie jego zone zdazylam ochrzcic mianem Sofii Loren, to piekna, bujnej urody kobieta, troszczy sie o Lysego Li, a w akcie troski czysci za pomoca dlugiego paznokcia jego uszy. A dzieci…dzieci niestety odziedziczyly urode po ojcu, ot, taki los).  Kiedy zbliza sie rano, robie sie w koncu glodna i wyciagam zakupione w Nigdzie pistacje (Lysy Li i spolka zdazyli w tym czasie zjesc cala torbe kurzych lapek – tzn. czesci pazurzastej i wypluc resztki na podloge pod siebie). Gdy biore porzadna garsc orzechow, gestem pokazuje umorusanym i wyraznie glodnym dzieciakom Yi (niezaradna matka nie wziela dla nich nawet butelki na wode, podniosla wiec pusta butelke po wodzie z podlogi i na migi – jako, ze nie mowi po chinsku – poprosila przechodzacego z miska zalewajki kolesia o przyniesienie troche wody), zeby nadstawily raczki i sypie im po porzadnej garsci, Lysy Li patrzy sie na mnie z podziwem, jakbym conajmniej w stroju Supermana nadleciala nad zagrozona kataklizmem wioske i uratowala jej mieszkancow. Czuje sie zazenowana. Bardzo.

Nad razem jestem tak zmeczona, ze udaje mi sie, mimo mojej akrobatycznej pozycji, zasnac. Obok na stojaco spi mlody chlopak, ten ktory jedzie do Xi’anu. Nad ranem kobiecie przucypnietej obok mnie udaje sie wreszcie polaczyc z koczujaca w innym wagonie rodzina – mezem i na oko 6 letnim jedynakiem. Jedynak od razu zabiera sie do wsadzania palca w nos i oko usmiechajacemu sie do niego w rozanieleniu pasazera z siedzenia obok i mowienia matce, ze smierdzi. Matka mowi jedynakowi “nie wsadzaj palca w nos wujkowi, bo wujek cie zbije”, ale tak naprawde jest rozanielona zachowaniem swego skarbu. Jedynak udaje, ze strzela do “wujka” i wszyscy lacznie z ostrzelanym, znowu sa zachwyceni, wymieniaja zachwycone spojrzenia. Tak slodko. Potem jedynak trzepie matke po twarzy a ona przybierajac wymuszenie sroga mine mowi, ze tak nie wolno, ale i tak wszyscy sa ponownie zachwyceni. Taki malutki a taki zly – milusio. Gdy pociag wreszcie wjezdza na moja stacje, wyjscie jest jeszcze trudniejsze niz wejscie. Gdy w koncu po przepychaniu sie wytaczam sie jak zbite jablko na peron, ociekam potem z wysilku.

Ten pociag to Chiny w pigulce. Wracajacy Znikad i innych tego typu miejsc po spedzeniu Nowego Roku do czesto nielegalnych prac w miastach  robotnicy (w moim wagonie rece bez odciskow, rece nieczarne, rece niezgrubiale, to byla wsrod rak absolutna mniejszosc), rozpychajacy sie na prawo i lewo Lysy Li i jego rodzina, “Reguly budowania socjalizmu” nade mna (w postaci naklejki na scianie wagonu: “zaszczytem jest dzialac na rzecz mas, wstydem szkodzic masom” ) i plwocina pode mna, dobytek w workach po nawozie, ale wypasione (czesto iluzorycznie) komorki, slodziutki jedynaczek, traktowana z wyniosloscia niezaradna rodzina Yi. ”Wysiedleni” robotnicy i Lysy Li spiewajacy unisono narodowe hity.

24

02 2010

pustka duchowa i zejście na złą drogę

“面对这样一个四通八达的博客平台, 传统权威已不复存在,多样化的博客必然会带来多样化的思 想观念、价值判断和情感评价,这会使大学生的思想观念受 到前所未有的冲击,可能会导致精神空虚、迷惘和思想过度 自由化,甚至还可能受到不良博客内容的诱惑而误入歧途。”

Tłumaczenie:

“W obliczu tego rodzaju wielotorowości (wielokierunkowości) świata blogów, tradycyjna władza już nie istnieje, wielość blogów w sposób nieunikniony przynosi wielość opinii i poglądów, sądów wartościujących i ocen emocjonalnych, to wszystko może sprawić, że poglądy studenta znajdą się pod niespotykanym dotąd ostrzałem, może prowadzić do duchowej pustki, zwątpienia i nadmiernej liberalizacji myśli, a nawet może prowadzić do skuszenia przez szkodliwe treści blogowe do zejścia na złą drogę”

Powyższy cytat jest z artykułu naukowego, tytułu nie wspomnę, tytuł podrozdziału: “O konieczności kierowania zachowaniami i postawami studentów wobec blogów”. Żeby nie powiększać poczucia pustki, komentarza dziś nie będzie.

31

12 2009

Zagraniczni badacze, demokracja i zachodnia cenzura internetu

Jak już pisam, nasz uniwersytet nawiedzają nieraz różne zagraniczne sławyzagraniczni badacze Chin. Ci pierwsi reguły nawet nie próbują specjalnie nawiązać w swych mowach do tego, gdzie się znaleźli i co z tego wynika, ograniczając się do jakichś paternalistycznych poklepań w rodzaju “powiedziano mi, że to jeden z najlepszych uniwersytetów w Chinach, to wspaniale mieć przed sobą taką ambitną młodzież” i po wyklepaniu swojego zaliczają kolejny przystanek tour de Azja. No i są zagraniczni badacze Chin – kategoria odmienna – mniej znani globalnie, wygłaszający swe wykłady po chińsku. O ubogacaniu mas w drodze występu zagranicznej sławy już kiedyś pisałam, to teraz będzie o zagranicznych badaczach Chin.

Zaczyna sięod plakatu ze zdjęciem delikwenta, listą dzierżonych przezeń stanowisk i uzyskanych osiągów (tutaj było “napisała kontrowersyjny artykuł, którego tezą jest, że komercjalizacja mediów umacnia chiński system polityczny”), no i oczywiście z tematem wystąpienia. Tym razem temat to: “Współczesne kierunki amerykańskich badań nad chińskimi mediami”.

Kobita może góra 33 lata, włosy jasne, akcent poprawny do bólu, jak z kaset z “Bambusów”. Oznajmia, że (coś takiego!) dominującą perspektywą badań mediów chińskich w USA jest perspektywa polityczna. “A czemu? Mam nadzieję, że po godzinie tego wykładu wszyscy będziecie wiedzieć”. Patrzę po zgromadzonych – właśnie przewracają oczami. Coż, traktowanie obcego (nawet będącego przedmiotem własnych badań) jak kretyna, nie jest wyłącznie domeną chińską.

Tu mała dygresja – przestało mnie wzruszać nieśmiertelne pytanie “czy umiesz już jeść pałeczkami?”. Wczoraj mialam zaszczyt spożyć obiad w towarzystwie profesora, który rok przebywal w Stanach. Restauracja “zachodnia”, z nożami i widelcami (swoją drogą struło mnie tak, że dziś ledwo trzymam się na nogach, moje lokalne, niby to “obskurne” knajpki, baraczki i wędrowne stoiska nigdy nie trują). Jakie było moje zdziwienie, gdy facet od razu poprosil o ….łyżkę. “Ja tam tym jesć nie potrafię, co się będę męczył” – wyjaśnił, po czym dodał, że w Nowym Jorku na szczęście jest mnóstwo restauracji chińskich, więc nie głodował.

No, ale wracając do wykładu.  Wymiana szerokich uśmiechów i wywrotek oczami. A pani zabiera się za wyjaśniania pojęcia demokracji – że to niezwisłe wybory, przynajmniej dwie partie, wolność zgromadzeń etc. Kaganek oświaty niesionej z Zachodu coś nie wypala (swoją drogą nie wiem, czemu myślała, że miałby wypalić). Ludzie zaczynają mocno szeptać. Znajomy XD robi zdziwioną minę i szepcze: “o, to już nie są rządy większości przy poszanowaniu prac mniejszości?” . W końcu pani rozdaje kserówki z tabelkami, w których różne kraje pogrupowane są wedle “demokratyczności”. Chiny są w ostatnim, najdalszym od demokratyczności bloczku razem z Koreą Północną, Afganistanem etc. Ludzie uśmiechają się nadal, ale z zakłopotania, że ktoś (laowaj!) ich wrzucił do jednego worka razem z Afganistanem i Rwandą. Tu przecież nikt nie dzieli krajów na demokratyczne i niedemokratyczne, ale, oczywiście – socialistyczne i kapitalistyczne, no i według tempa rozwoju (wiele osób jest zdziwionych, jak np. mówię, że kraje rozwinięte nigdy nie będą miały szybkiego tempa rozwoju). No ale ta tabelka – pani badaczka nawet nie wyjaśniła, kto i według jakiej metodologii dokonał takiego “stworzenia świata”. Ja rzucam okiem na drugi, dobry kraniec tabeli, widzę, że Polska różni się w punktacji od np. Kanady tylko o 0.10 punkta w skali 10 punktowej (co tu się zlicza, nikt nie powiedział), czyli tyle, co Chiny od KRLD.

Co, jak, i po co, o co chodziło z tymi kierunkami badań, co z tą komercjalizacją mediów, w sumie się nie dowiedzieliśmy. Na sali jak podniósł się, tak już został szmer, jeszcze tylko grafika kluczowego slajdu (chiński system polityczny) nie odpaliła, pani wykładowczyni zapętliła się w chińszczyźnie i widać było, że miała ochotę z tej sali pełnej przedmiotów swych badań uciec. Tym razem, wykazując miłosierdzie (nie jak w przypadku poprzedniego badacza, zadowolonego z siebie Anglika, który wyjaśniał, że jego główną metodologią jest “walking method”, czyli chodzenie po ulicach), nikt się nad panią nie znęcał poprzez pytania i mogła w spokoju udać się do pokoju hotelowego, aby rozważać nad zasadnością tych wszystkich trudów i nad wieczną obcością badacza Chin w jednym i drugim świecie.

Ja też nie chcę się znęcać, tymbardziej, że sama wiem, jak trudno jest mówić o przedmiocie swych badań do przemiotu swych badań (przeszłam to kiedyś na Tajwanie i już nie chcę). To, co może i mające jakąś wartość i funkcję w USA czy w Polsce, nie musi (i z reguły nie jest), być takie tutaj. Problemem jest oszacowanie, od jakiego poziomu oczywistości trzeba zacząć – z reguły efekty są takie, jak powyżej (oczywiście, tu jeszcze doszedł ton laowajskiego kazania, rzeczy tutaj nie do strawienia). Swoją drogą, patrząc na cykliczne upokorzenia tych nieszczęsnych badaczy i porównując ze swoimi tutaj, cieszę się, że wybrałam opcję “advanced student” a nie “visiting scholar” (było taniej, a ja się bałam, że nie dostanę stypendium i bagatelną sumę 3600 RMB za miesiąc będę musiała sama płacić). Z dwojga złego wolę już być po drugiej stronie widowni.

A co do niezbadanych ścieżek wiedzy o świecie zewnętrznym i o zapętleniu problemu: na wykładzie dla doktorantów pan profesor, tym razem tutejszy, stwierdził, że “na Zachodzie jest bardzo surowa polityczna kontrola internetu” i cała sala pełna doktorantów zapisała bez najmniejszego szmeru, nie odrywając głów od notatników. Ja odłożyłam długopis i zaczęłam się rozglądać po sali, i nie zauważyłam dosłownie żadnej reakcji poza niepewnością w oczach wykładowcy, czy ten nieobliczalny laowaj na widowni nie zacznie gadać coś szalonego. Jako przykład profesor wymienił “urząd do politycznej cenzury internetu, jaki powołał Obama”. Też zapisali.

No tak, gdzieś dzwonią. Obama wysunął projekt tzw. “Cybesecurity act”, który  nadaje prezydentowi prawa do wyłączania pewnych obszarów sieci, w tym prywatnych, w razie “wyższej konieczności”. Obecnie toczy się o ten projekt walka - i rzecz jasna odzywają się głosy, nie tylko z konkurencyjnego obozu , o niedemokratyczne ograniczenia i cenzurę. Oczywiście w użyciu są też porównania do Chin.

Ale wracając do samej sytuacji wykładu – możnaby dedukować, że za gładkim łyknęciem stwierdzenia, że na Zachodzie jest polityczna kontrola internetu, musi się kryć cała masa innej niewiedzy – np. tej o wielopartyjności, o możliwości koabitacji, o tym, co może zrobić opozycja albo czwarta władza. A może z wiedzą czy niewiedzą ma to wszystko niewiele wspólnego, jako, że ci doktoranci będą niedługo musieli toczyć inne walki (w końcu muszą gdzieś się zakotwiczyć na etat), niż walka o (do tego nieco niewygodną, ale w sumie kto tam by o tym myślał) prawdę o jakimś tam odłegłym świecie. W każdym razie, jak patrzę na te dwie tak różne wykładowe sytuacje, to widzę, jak łatwo można tutaj wydobyć wiedzę z głowy, ale i doskonale uśpić, w zależności od potrzeby, i że – tym razem jak wszędzie w tzw. “nauce” – klucz to wiedzieć, czyje upupianie, prowadzone w imię jakich przesłanek, warto, a czyjego nie warto znosić.

12

12 2009

Estetyka protestancka i duch kapitalizmu (chińskiego)

To małe szwedzkie miasteczko  położone jest na północnych peryferiach Szanghaju. Dalej już tylko zakurzone drogi, ciężarówki, świeżo wykarczowane pola i magazyny zaorane pod jeszcze nie powstałe osiedla, a na końcu Jangcy.

Wsiadam w metro lini 3  (jest już 10, robią 11 tą),  jadę do końca. Oczywiście nie znam konkretnego adresu, wiem tylko, że to część osiedla Xin Luodian. Opisuję taksówkarzowi, to, co widziałam na zdjęciach (Mariusz, wielkie dzięki za te linki!):  no więc rzecz ma przypominać Skandynawię, ma być czerwona kościelna wieża z zegarem, kamieniczki z dachówkami. A taksówkarz nadal nie bardzo wie, gdzie to, więc jedziemy na czuja. Po 15 minutach kierowca skręca w drogę przez pola, mówi, że to pewnie tutaj, bo tam dalej wdłuż tej dróżki “są te wszystkie takie osiedla”. Mam nadzieję, że poszukiwana wieża z zegarem po prostu zaraz wychynie i będzie wiadomo. Tymczasem, gdy zbliżamy się do domniemanego celu  zaczynam rozumieć, dlaczego facet po prostu nie mógł mieć jasności.

“Wieża ceglasta? To to?” – pyta się taksówkarz:

DSC01955Nie, nie to. Fakt, nie mogę wymagać przecież od taksówkarza z dzielnicy Baoshan, żeby odróżniał kopię Europy od kopii kopii Europy, jak przeciętny Europejczyk też nie odróżnia.

“Z zegarem, europejskie? To to!” – wskazuje taksówkarz:

DSC01961

No nie, to to raczej Bund naśladuje. Po drodze mijamy jeszcze zamek krzyżacki:

DSC01958I ja też powoli przestaje się łapać w bogactwie kopii, kopii kopii i architektonicznych bajań na temat dalekiej Europy. No, ale jak już zamek krzyżacki, to znaczy w dobrym kierunku jedziemy. W końcu taksówkarz wypatruje baner reklamowy z napisem: “Żyj w stylu północnoeuropejskim! Sprzedaż mieszkań, atrakcyjne ceny!” Jedziemy w kierunku wskazanym przez baner, aż znajdujemy to, czego szukałam.

Osiedle ponoć zostało zainspirowane wyglądem najstarszego miasteczka Szwecji – Sigtuny. Pierwsze wrażenie, jak dla mnie, jest powalające (trochę jak omamy):

DSC01899Ide więc rączo w stronę fatamorgany, a tam tak:

DSC01898DSC01908DSC01915DSC01928Nie wiem, czy to rzeczywiście kopia Sigtuny (M. jeśli w końcu zdążyłeś wtedy na autobus do rzeczonego miasteczka, to weź się wypowiedz), ale to miasteczko to nie tyle kolejna chińska fantazja na temat stylów architektonicznych Europy, ale po prostu transplantacja – proporcji, kolorów, układu ulic i budynków.

Tylko, że ja znowu mam wrażenie, że znalazłam się, podobnie jak w przypadku Wuzhen, w miasteczku duchów. Wszystko się zgadza – jest jakaś z pietyzmem odrestaurowana/wybudowana na wzór przeszłości/europejskości do bólu spójna całość, wszystko jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tylko jakoś życia nie ma. Tak jak w Wuzhen zaglądałam przez zmurszałe okiennice do pustych zamkniętych na głucho wnętrz kamiennych chatek, tak teraz zaglądam w okna budynków wzdłuż głównej jie gatan, do “kościoła” – wszędzie pusto, chyba tylko jedne okna sprawiają wrażenie, że ktoś tam mieszka. Osiedle ukończono w 2007 i ewidentnie tak do do tej pory stoi. Jak się bliżej przyjrzeć, na dobrą sprawę wymaga już remontu, barierki pordzewiałe, zacieki z rynien, framugi okien poczerniałe. “Bary” i “kawiarnie”, które pozakładano jako element europejskości pozamykane na głucho, witryny puste:

DSC01936odbicie budynków w witrynie sklepu do wynajęcia:

DSC01926

DSC01937

wszędzie nagie okna, i tylko reklama akupresury stóp działa (czyje stopy i kto tam masuje? Może ludzie z miasta przyjeżdzają specjalnie, żeby w okolicznościach skandynawskich stopy wymasować, bo mają takie wyrafinowane upodobanie?):

DSC01913No właśnie. Kto? Oprócz mnie na osiedlu zauważyłam chyba  jeszcze tylko dwie modelki w sukniach, parę ślubną i fotografów tychże. Kilku chłopaków, chyba z wioski, którą mijało się w drodze do metra, gra w siatkówkę. Jeszcze jeszcze pan pucujący uliczne rzeźby. Czyli, że na zdjęcia ” w stylu europejskim” to tak, ale żeby tak mieszkać, to już nie? Jak jechaliśmy, taksówkarz mówił, że to dojazd fatalny (do centrum będzie ok godziny metrem+ 20 minut samochodem) i ceny bardzo wysokie.

Ale myślę, że to nie tylko to. Gdy wracam na piechotę do drogi głównej (nie ma taksówek na tym pustkowiu, poza tym wreszcie piękna pogoda, powietrze świeże, więc idę) z biednego porzuconego, zanim na dobre zajętego, chińskiego skandynawskiego miasteczka, mijam po drodze różne osiedla – tym razem nie wierne kopie, ale lokalne wariacje na temat zachodniości. A tam domy zamieszkane, samochody na podjazdach, a dojazd do miasta dokładnie ten sam, po prostu 400 metrów dalej:

DSC01957Mijam  ponownie “Bund” w szczerym polu. Obok niego wre praca, powstaje gigantyczne osiedle w stylu “art deco-wiktoriańskie rokoko-modernizm-pałac francuski-kamienica angielska”, pierwsze z brzegu już ukończone (polecam powiększenie):

DSC01964Wcale nie bliżej centrum, pewnie jeszcze drożej, no bo tyle kolumn, rzeźbień, to wszystko drogie. A praca wre, “gargamelki” poustawiane w kilka rzędów:

DSC01965Czy znowu inwestor się przeliczy? Nie sądzę. Mam wrażenie, ci, którzy mogą sobie pozwolić na drogie mieszkanie za miastem, to zwyczajnie ostatni w kolejce do poszukiwań purytańskich, prostych wzorów, umiaru i skromności. Szukają czegoś dokładnie przeciwnego – wyrażanego przez kolumny, marmury, rzeźbienia. I czy te marmury i złote lwy to kopia dokładna, czy wariacja na temat obrazów luksusu Europy, to  nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. W sumie brzmi i wygląda to wszystko trochę znajomo, nie?

P.S. Jeśli luksus mierzyć ilością kolumn (coż, miara to znana z polskich przedmieść, wsi i miasteczek), to wygrywa (chyba i międzynarodowo) ten dopiero co wykończany budynek na Pudongu (Pudong – dzielnica-symbol chińskiego odrodzenia ekonomicznego). W takich przypadkach naprawdę nie wiem, co artysta miał na myśli. Czy to próba zdyskontowania napakowanego zachodnią architekturą Bundu po przeciwnej stronie rzeki? Czy próba pokazania, że jest się bardziej, więcej i lepiej niż Ateny i Rzym razem wzięte? A może odwrotnie – hołd europejskiej architekturze (coś jak powtórzenie 1200 razy “niech żyje”)? W każdym razie mnie takie wyrwania z kontekstu (żeby jeszcze, jak przewiduje teoria hybrydyzacji, te nieszczęsne kolumny lądowały w jakimś innym, twórczym kontekście…) nie przestaną chyba nigdy zadziwiać. Polecam kliknięcie celem zbliżenia :

DSC01120

21

11 2009

Wuerlixi Beike a sprawa chińska

Mój uniwersytet często nawiedzany jest przez różne światowe sławy. Dziś pojawił się Ulrich Beck - 乌尔利希·贝克 (Wuerlixi Beike). Przybyli na spotkanie studenci byli tak liczni, że trzeba było zastosować środek specjalny – zasiąść na miejscach z napisem “rezerwacja” z ważnymi minami i udawać zaproszonych gości. To stary sposób – do mnie nikt nie podejdzie, bo pewnie jestem jednym z zaproszonych zagranicznych gości  (mojego wieku a więc i pozycji nie da się tu poznać po wyglądzie, w oczach Chińczyka mogę mieć lat 20 jak i 40) i głupio nawet pytać. Blef ma taką moc, że zapewnia wygodne fotele jeszcze moim trojgu chińskim znajomym z wydziału.  No więc siedzimy z ważnymi minami i notesami Hello Kitty w drugim rzędzie, a Beck przemawia. Ogólnie mówi to, co w książkach, tyle tylko, że robi to z silnym niemieckim akcentem i bez tłumaczenia, co sprawia, że moi biedni znajomi wykrzywiają się z wysiłku, żeby go zrozumieć (teraz wiedzą, co czuję na niektórych wykładach). Kończy stwierdzeniem, że wie już, że trzeba badać drugą nowoczesność w jej nie-zachodnich odsłonach (niestety, jak i co, to już nie mówi, a tu przypadkiem właśnie w takiej odsłonie się mieszka, chodzi na zajęcia, rozwiązuje problem zatrutego mleka). Ciekawie robi się dopiero po końcu wystąpienia.

Na mównicę wchodzi chiński profesor socjologii, który ma za zadanie dodać “chiński kontekst” do tego, co mówił Beck. No i dodaje. Styl tego dodawania przypomina mi sposób, w jaki zdawano egzamin urzędniczy w cesarskich Chinach. Po prostu sypie cytatami z klasyków: Konfucjusza, Mencjusza, Sunzi i Mao. Zaczynamy podziwiać tłumacza (cytaty, oprócz tych z Mao, są w klasycznym chińskim) i skupiać się bardziej na jowialnej, zaróżowionej twarzy Becka, na której maluje się rosnące zdumienie.  Celem przemówienia jest pokazanie zagranicznemu gościowi, że wszystko o czym mówi, już kiedyś wymyślili Chińczycy. Tu już nie tyle już chodzi o chińską naukę, ale o chińską dumę. Kosmopolityzacja? Proszę bardzo - już Konfucjusz mówił, że wszyscy jesteśmy braćmi pomiędzy czterema morzami. Ryzyko i katastrofy? Proszę – już Mao pisał o ryzyku (tu wymieniamy cicho uwagę, że Mao faktycznie jak nikt wiedział dużo o katastrofach i ryzyku) itd. Na koniec wytoczony zostaje Marks i następuje uwaga, że cały dyskurs o ryzyku ekologicznym w postaci gazów cieplarnianych ma podłoże polityczne i ekonomiczne, mające na celu narzucić dominację pewnych krajów nad innymi i że to sztuczny problem.

Beck wydaje z siebie “Wow” – mniej więcej takie, jak mógłby wydać, gdyby w środku konferencji zjawił się połykacz noży i zaprezentował swój program, po czym okazało się, że został zaproszony przez gospodarzy jako najlepsza możliwa rozrywka. Potem tłumaczy jeszcze raz, że chodziło mu o coś innego, niż “przyjaźń pomiędzy narodami”, że to nie on wymyślił zatrucie środowiska i że on tylko rekonstruuje dyskurs etc. Mam wrażenie, że tłumaczenia te odebrane są przez część profesorów jako wydumane.

Kolejne pytania zadawane przez profesorów (“Żeby osiągnąć międzynarodową wspólnotę trzeba mieć jakiś wspólny język, jak to zrobić?” etc.) wskazują, że jedna strona z drugą zupełnie się nie zrozumiały.  I że to niezrozumienie jest dowodem na to, że Beck - choć z całych sił deklaruje zwalczanie “nacjonalizmu metodologicznego”, tkwi może już nie w perspektywie niemieckiej, ale do bólu europejskiej. Że chińscy profesorowie, pomimo “okcydentalizacji” chińskiej nauki, na którą się tak często uskarżają, nie mają wiedzy i kontekstu koniecznego dla zrozumienia chociażby terminologii tego- bądź co bądź – jednego z bardziej prominentnych zachodnich badaczy. A po środku tego wszystkiego nieszczęsny angielski.

To o czym mówi Beck dla przemawiających chińskich profesorów jest w najlepszym razie obce i wydumane. W nieco gorszym – widziane jest jako zagrożenie, coś dokładnie przeciwnego głównym celom, o których obecnie mówi się w Chinach. No bo on o zwalczaniu “nacjonalizmu metodologicznego”, podczas gdy tutaj próbuje się z całej siły skonstruować “narodową perspektywę” . On o ponadgraniczości, rozkładzie dotychczasowych reguł i kosmopolitanizmie jako o szansie, podczas gdy tutaj pachnie to chaosem (czyli źle pachnie), a władza lansuje usilnie “harmonijne, uporządkowane społeczeństwo,hexie shehui“. On o otwieraniu się władzy i konieczności jej przyznania się do niemożności zapanowania nad ryzykiem, jako o sposobie na jej legitymizację, podczas gdy tutaj legitymizacja władzy opiera się w znacznej mierze na wierze, że ma ona pełną kontrolę (do tego “opartą o naukowe podstawy”) np. nad ekonomią. Te beckowskie szanse są widziane na tyle duże zagrożenia, że trzeba wytoczyć działo w postaci cytatów z “jednego z najwybitniejszych myślicieli świata – Konfucjusza” i mieć nadzieję, że ich siła będzie mówić sama za siebie.

W tym wszystkim zadziwiają mnie studenci - zadają odważne sensowne pytania, nie używają cytatów jako tarczy,  argumentują, są krytyczni. W pewnym sensie jestem z nich dumna. W końcu pada pytanie o Chiny i o ich drogę w nowoczesności (już pal licho w której). I znowu widać, jak strasznie dużo dzieli tego europejskiego profesora od świata w świecie, w którym właśnie jesteśmy. Zapytany o Chiny, mówi o tym, że tworzenie iluzji perfekcyjnego zarządzania ryzykiem jest bardziej niebepieczne niż to (zdefiniowane już) ryzyko. Krótko mówiąc, mówi o otwarciu politycznym, ostrzega, że jego brak może doprowadzić do eksplozji. I tyle. I nikt nie kontruje, rzecz wybrzmiewa i tak to zostaje. Potem, już po wyjściu, jak przetłumacze znajomym (w końcu nie zrozumieli, a może kontry nie było, bo w ogóle mało kto zrozumiał?), to się wkurzą nie na żarty, już nie tyle dlatego, że ktoś znowu nie znając Chin i ich zagrożeń uczy je, co powinny zrobić, ale dlatego, że to w ich oczach żadne odkrycie i że znowu oczywistość “jest sprzedawana jako cos cudownego, bo z Zachodu”.

Faktycznie, tutaj niemal na każdych zajęciach mówi się o  gongkai – otwarciu publicznym: władzy, mediów. Choć nie jest to otwarcie, o jakim mówi Beck (no bo niby czemu miałoby być?). To raczej dyskusja o większej transparentności. Jak dla mnie jej istnienie np. w środowisku uniwersyteckim to ważny znak dynamizmu dzisiejszych Chin, także jeśli chodzi o idee (w skali chińskiej, ale to w końcu nie byle jaka skala). Tylko czy tego rodzaju zmiany nie wydają się zbyt małe (jakoś słowo “mały” z trudem mi przechodzi przez palce w odniesieniu do czegokolwiek chińskiego) z europejskiej perspektywy? I co musiałoby się zdarzyć, żeby Beck miał o Chinach do powiedzenia więcej niż 3 słowa?

29

09 2009