Posts Tagged ‘studia’

Eksperyment. Roznice kulturowe 2

Jakies 4 miesiace temu napisalam o moim sprytnym planie przeprowadzenia eksperymentu z roznic kulturowych. Eksperyment usilowalam wykonac na pewnej probie jednoosobowej. Osoba ta to Chinczyk, profesor, lat ok 45, szycha  pewnego znakomitego wydzialu pewnego znakomitego szanghajskiego uniwersytetu. Eksperyment polegal na wreczeniu mu pracy semestralnej z przedmiotu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”, w ktorej wytykam bledy metodologiczne (nieuzasadnione generalizacje, bledny dobor proby etc.), esecjonalistyczne podejscie do kultury i takie tam w ksiazkach, ktore polecil studentom przeczytac, aby sie ubogacili. A nie sie madrzyli. Wynik mialam oglosic tutaj, na blogu. Jak zwykle rzeczywistosc napeczniala tak, ze przecisnela sie juz dawno przez siatke mozliwych rozwiazan  (hipotez badawczych), ktore przychodzily mi do glowy. Prawde mowiac napeczniala tak, ze az odechcialo mi sie ja zbierac w slowa. Wyrzucilam te historie z siebie wlasciwie raz, w emocjach, po zakupieniu 2 butelek produktow marki “Wielki Mur” i paczki prodktu marki “Zhongnan hai” (dzieki Ci, drogi sluchaczu, wiem, ze gdzies tak od poczatku drugiej butelki zrozumienie mnie bylo czyms na ksztalt rozwiazywania rownania ze 100 niewiadomymi). No i, co tu duzo mowic, jakos to wszystko bolalo, uwieralo. No i blog to niby zapis wrazen i doswiadczen, ale z doswiadczaniami polegajacycm na strzykaniu przez doswiadczanego zolcia, trzeba jednak uwazac. Bo co wystrzyknie, moze zastygnac np. w generalizacje. Wracajac do tej konkretnej sprawy – pisze teraz bo a) juz nie boli, raczej smieszy b) rozstrzygnela sie ona dopiero teraz. No wiec – wynik, owszem, mam, ale wszystko potoczylo sie zupelnie nie tak, jak sobie sprytnie  pomyslalam.

Droga z zawijasami zaczela sie od tego, ze w trakcie zajec profesor ow wymyslil, ze praca, co ja oddalismy, to nie wszystko, ze odbedzie jeszcze egzamin pisemny i ze ocena koncowa bedzie wypadkowa tychze. Dobrze, niech bedzie i egzamin pisemny.

Wyznaczonego dnia stawiam sie przed wyznaczona sala. To moj ostatni dzien, gdy widze wspolstudiujacych, ostatni dzien w tych salach, gdzie zima z wyziebienia krecilo mi sie w glowie na zajeciach pomimo kurtki puchowej i rekawiczek, to ostatnie odwiedziny w tym budynku, gdzie siedzialam przez rok popijajac z plastikowego kubka z przykrywka oferowana przez uniwersytet wode o smaku zawiesiny z dna akwarium. Patrze na wspolstudiujacych czekajacych na egzamin. Kazdy z nich ma wielka torbe ksiazek z listy lektur, w reku trzyma wydruk prezentacji w powerpoincie, ktore profesor wyswietlal na zajeciach.

Przychodzi. Moj obiekt badania. Wpuszcza do sali. Siadam w pierwszym rzedzie, czekam na rozdanie arkuszy. Sa. Kilka pytan dotyczacych tego, co bylo na zajeciach (jakie typy kultur wyroznil badacz X, jakie modele wspolpracy miedzykulturowej wyroznil Y), dwa pytania otwarte, polegajace na analizie zamieszczonego w arkuszu tekstu. Wyciagam olowek, probuje sobie przypomniec te nazwiska, klasyfikacje, podzialki, te wszystkie ubrane w “naukowe” paltka stereotypy “Innego”. Sieciowy, wielotorowy, srodowiskowy, niskokontekstowy, wysokokontekstowy…Niech Wam juz bedzie… Ogladam sie za siebie, bo szum wertowanych kartek nie ustaje. Doslownie kazdy z egzaminowanych zajety jest rozkladaniem dookola siebie przyniesionych podrecznikow i wydrukow ppt. W wiezyczki, w stertki, w wachlarzyki, w zakladeczki. Az powietrze drzy od tego zbiorowego poruszenia kartek. Kto rozlozy, w swoich wiezyczkach, wachlarzykach, stertkach odszukuje dokladnie ten slajd ppt co trzeba, przytrzymuje paznokietkiem gdzie trzeba i z wysunietym jezykiem rozpoczyna kopiowanie slowo w slowo – jakie typy kultur wyroznil badacz X. Jakie modele pracy miedzykulturowej wyroznil Y. Znak po znaku. Ja mam a) arkusz b) olowek z gumka c) dlugopis d) wybaluszone ze zdumienia oczy e) opadniete rece. Zastanawiam sie, czy 4 faza akulturacji wyrozniona przez badacza Z, tzn. “przystosowanie”, kiedys milosiernie na mnie zstapi. Na razie tkwie tak z opadnietymi rekoma w fazie drugiej, okreslanej przez tegoz badacza jako “calkowite odrzucenie”.

Trudno opisac wrazenie, ktore sie ma, gdy na oczach profesora 50 osob przepisuje slowo w slowo z wniesionych na sale materialow, zwlaszcza, gdy cale zycie mialo sie wtlaczane do glowy, ze sciagac jest zle, a juz na pewno jest zle, gdy nauczyciel TO WIDZI. A teraz te 50 osob z elitarnego wydzialu elitarnego uniwersytetu po prostu przepisuje, siedzac bezpiecznie w okopach podrecznikow, notatek, wydrukow wykladow. 50 Chinczykow plci obojga paznokietkiem przytrzymuje, glowke przechyla, spisuje znak po znaku, a ja, jedyny laowaj na sali, ktory nieraz musi napisac jeden znak na marginesie kilka razy, zeby miec pewnosc, jak sie go zapisuje poprawnie (pozostalosc po nauce znakow tradycyjnych zamiast stosowanych w ChRL uproszczonych i latach pisania na komputerze zamiast recznie) siedze z arkuszem i olowkiem. Startujemy w tej samej konkurencji? Nie startujemy. Pamietam, mam usmiech zazenowania i krece glowa, gdy wstaje i zaczynam mowic (jak glupia) do profesora: “przepraszam, ale czemu oni nie chowaja ksiazek?” . On: “bo tak mozna, Ty tez mozesz wyjac”. I rosnaca wscieklosc: “To to w takim razie jest w ogole egzamin? Czemu mi nikt nie powiedzial, ze to tak bedzie sie odbywac?”. Szycha wydzialu widzi co sie swieci (“zhuyi anquan, laowaje potrafia nie zwazajac na hierarchie i zaleznosci okazywac wlasna zlosc i krytyke”!) i prosi mnie o wyjscie na rozmowe.

“Nie ma sie co denerwowac” - zaczyna na korytarzu – “napisz tylko odpowiedzi na pytania otwarte, polegajace na analizie tekstu, a ja Ci to uznam”. Po czym pada sakramentalne pytanie: “ale rozumiesz chinski pisany?”. Przyzwyczajona, ze tutaj nawet po oddaniu przeze mnie kilku parutysiecznoznakowych esejow, po wygloszeniu kilku referatow wylacznie po chinsku moze w kazdej chwili pasc to pytanie, “ktore jest wyrazem troski o mojej tutaj dobre samopoczucie”, po prostu je ignoruje. “Ale mi nie o to chodzi, zeby mi pan teraz dawal taryfe ulgowa pozwalajac czegos nie pisac – usiluje tlumaczyc – tylko o to, dlaczego mi nikt nie powiedzial, ze to bedzie sie tak odbywalo”. Odpowiada: “To bylo na stronie internetowej tych zajec”. Aha, tej do ktorej nie mam dostepu, bo nie jestem w systemie, dzieki czemu zawsze prosilam Pana o zaladowanie mi materialow na USB? “Jesli czegos nie wiesz, albo nie rozumiesz, to moglas sie zapytac” – przechodzi do ataku profesor.  I dodaje: “To jest specjalny rodzaj egzaminu, kaijuan —- 开卷儿, dzieki temu, ze maja materialy, moga sie skupic na poglebionej analizie”. Jakiej do cholery analizie, w ktora strone poglebiona, skoro widze, ze pisza znak w znak to, co bylo podczas wykladu? Czy to w ogole jest w takim razie egzamin? Profesor ze smiechem: “To nie tak, to nie tak. Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji. No ale przeciez powiedzialem, zebys nie pisala tamtych odpowiedzi i tez Ci to uznam”. A ja czuje, ze wlasnie skumulowalo mi sie wszystko – zlosc za ten rok upupiania, za ten rok, gdzie nikt nawet nie zapytal, czym ja sie zajmuje, przyjmujac za oczywiste ze zajmuje sie nauka jedzenia paleczkami, za ten rok, gdzie profesor, inna slawa wydzialu, moje okupiony duzymi nerwami pierwszy referat (o Shumpeterze) skwitowal: “o , i nawet laowaj cos powiedzial”. Rok, gdzie obecnie patrzacy na mnie z usmieszkiem profesor nauczal: “laowaje maja w zwyczaju…”, “laowaje nie potrafia…” nie zapytawszy nigdy jedynego siedzacego w sali laowaja o odczucia (o opiniach nie mowiac). Rok kogos, kto nie byl tam nikomu potrzebny. Czuje jak zolc doslownie podchodzi mi pod oczy, mowie, a wlasciwie sycze to wszystko jedno po drugim. Takze i to, ze nigdy raczej nie poznam tej kultury edukacji, poniewaz nigdy nie zechcieliscie nawet ze mna porozmawiac. W pewnym momencie dociera do mnie, ze wlasciwie to teraz od syku przeszlam do darcia sie, do rugania naczelnej szychy wydzialu, ze stracilam kontrole nad gniecionymi tyle czasu negatywnymi emocjami i ze zwyczajnie wylewam na tego czlowieka zal i frustracje calego roku. Miedle nerwowo jakas kartke w dloni i trzaskam nia dla podkreslenia tego, co mowie w porecz krzesla, ktore stoi obok. Rzucam okiem na kartke . To arkusz egzaminacyjny. Rozkladam, chwila milczenia z obu stron. Zeby wrocic do rzeczywistosci skanuje niemal bezwiednie tekst przeznaczony do analizy. Teskt nosi tytul: “Bycie zona laowaja to nic latwego”. Przeslizuje sie po tekscie. Autorka opisuje “beztroskie”, “powierzchowne” zachowanie swego brytyjskiego wybranka. Cenil romantyczne gesty, a w domu nie chcial pomagac. Na koniec wykonczona dziewczyna wnosi sprawe o rozwod. Polecenie: “Zinterpretuj to, co wydarzylo sie autorce z perspektywy roznic kulturowych”. “Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji” – powtarza profesor. To moze pan kiedys tez cos zrozumie. Ja pana tez na koniec czegos naucze. Prosze zapamietac,  ze jak w klasie bedzie siedzial choc jeden cudzoziemiec, to niech pan nie mowi przy nim <<laowai>> , a juz na pewno nie podczas kursu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Unosi brwi, jakbym zamienila sie w zupelna wariatke, taka co ma urojenia i tanczy na stole. Jestem zmeczona, wszystko we mnie dygoce, przestalo mi juz zalezec na napisaniu tego egzaminu, chce juz tylko rzucic tym wszystkim, wyjsc i isc przed siebie. No ale tlumacze. A  wiec laowaj – 老外 — (dosl. stary zewnetrzny) podkresla tylko i wylacznie moja wzgledem Was obcosc, zewnetrznosc, wazne jest tylko to, ze w waszych oczach jestem inna niz Wy. I prosze sobie darowac tlumaczenia, jak to wyraz stary “w chinskiej kulturze” podkresla szacunek. Drugie ze stosowanych w Chinach wyrazen – ktorego niestety pan nigdy podczas zajec nie zastosowal to 外国人. 外 – zewnetrzny, 国 – kraj, 人 — czlowiek. Czlowiek z zewnetrznego kraju. Ma swoj kraj, tylko inny niz Kraj Srodka.  No i jest co, badz co badz, czlowiek., a nie stary zewnetrzny. Czlowiek, tylko po prostu z organizmu panstwowego ulokowanego gdzies indziej.

Wychodze. Ide troche jak otumaniona ta sama droga, ktora chodzilam przez ten rok codziennie dwa razy. Cukiernia, rodzinna knajpka mniejszosci Hui, zaklad fryzjerski. Fryzjer ma dzis fioletowa fale nad czolem. 2 butelki Wielkiego Muru. Poczta i bank. Paczka Zhongnanhai. Moje osiedle. Ludzie w pizamach. Pieski z farbowanymi uszami. Odrapana klatka.

P.S. Gdy wyjezdzalam, poinformowano mnie, ze oceny z tego przedmiotu, jak i innych egzaminow beda wystawione dopiero jesienia. Wlasciwie to juz tylko dla siebie chcialam zobaczyc, co na tej karcie bedzie, bo niespecjalnie licze, ze ktos mi kiedys w Polsce te cuda uzna w poczet zajec. Jako, ze mamy jesien, zaczelam do mojej, bylej juz, szanghajskiej uczelni pisac. Odpowiedz pierwsza – jedynym sposobem, zebym dostala karte ocen jest osobisty przyjazd do Szanghaju, znalezienie kazdego z nauczycieli z osobna (jeden odszedl na emeryture, jeden przestal uczyc z dosc ciekawych powodow, prawie nikt z nich nie czyta ani nie odpowiada na maile ani nie pojawia sie na dyzurach) i poproszenie o wpis. Odpowiadam grzecznie, ze mnie juz w Szanghaju nie ma i ze prosze o sprawdzenie, czy juz sa oceny. Brak odpowiedzi. Przypominam sie uprzejmie. Brak odpowiedzi. To samo potwarza sie x 3. Pisze mniej uprzejmie. Odpowiedz: ocen jeszcze nie ma w systemie, nie mozemy przyslac. Zbieram sie w sobie i pisze “po szanghajsku”: ze w zyciu nie spotkalam takiego braku kompetencji i zrozumienia, zeby lepiej, zeby na razie w ogole nie przyjmowali zagranicznych studentow, bo to tylko dla nas potem klopot etc. Odzwyczailam sie przez te kilka miesiecy od takiego rugania, besztania i nadymania, znowu czuje znajome “szanghajskie” gniecenie w zoladku, znowu czuje absurd tego mojego samotnego tluczenia glowa o sciane. Po doslownie 20 minutach przychodzi skan dokumentu. To lista ocen. Napisana recznie, ale ze stemplem, tak jak chcialam. Przejezdzam wzrokiem oceny. Szukam jednego przedmiotu. Jest. “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Ocena: B. Czyli czworka. To tak, jakbym skopiowala te wszystkie odpowiedzi z powerpointowej wersji wykladu, ale nie dosc dokladnie. Jakbym nie dosc dokladnie rozrysowala mape przeciwienstw pomiedzy kolektywistycznie, sieciowo nastawiona i zorientowana na wysokokontekstowy jezyk chinska dziewczyna a indywidualistycznym, egoistycznym, niskokontekstowym laowajem, z ktorym tak strasznie trudno byc.

I to jest juz koniec eksperymentu. I koniec zupelny mojej przygody z szanghajska uczelnia. Pozostali uczestnicy egzaminu, przyszli dziennikarze, dostali kolejne pozytywne wzmocnienie – przepisuj slowo w slowo, a czeka Cie nagroda. Ja dostalam po wspomnianym zestawie produktow porzadnego kaca. Chociaz nie, chwilka, to jeszcze nie koniec! Gdy dostaje przedwczoraj skan wykazu ocen (jest niekompletny, bo niektorych ocen wciaz nie ma) odpisuje dziekujac i prosze o wyslanie kompletnego wykazu na moj polski adres. Przychodzi odpowiedz – “konwencja szkoly jest aby zagraniczny student sam zalatwil sprawe wykazu ocen (学校惯例是留学生自己办 理) - ale szkola zgadza sie Ci pomoc i wysle Ci dokument”. Padam na twarz i szepcze slowa wdziecznosci, a rece ukladaja mi sie same w… chinski gest podziekowania!

To moze nastepnym razem opisze moja pekinska uczelnie? Nie, nastepnym razem zostawie na chwile sprawy mego edukowania sie w Chinach i napisze o mojej dzisiejszej wyprawie w hutongi, ktora niespodziewanie zakonczyla sie w malutkim domku z gliniana dachowka pelnym rozwrzeszczanych hongweibinow i …rumianych Tybetanek.

26

09 2010

Eksperyment. Roznice kulturowe

Z pierwszej ksiazki (崔婷《全球化与当代中国. 跨文化交流》Cui Ting, “Globalizacja i wspolczesne Chiny. Wymiana miedzykulturowa”. Rok wydania 2009):

“Bezposrednim efektem globalizacji jest fenomen konwergencji kulturowej. Sprawia ona, ze zachodnia (glownie amerykanska) kultura i wartosci przenikaja do innych krajow. Fenomen konwergencji kulturowej zaciera tozsamosc i cechy charakterystyczne przyrodzonej kulturze narodowej. Zachodnia przewaga informacyjna powoduje rdzewienie ducha narodowego krajow rozwijajacych sie, ich przekonan politycznych i moralnosci”

“Wymiana kulturowa w internecie zniosla granice geograficzne pomiedzy Chinami a Zachodem, bariery odnoszace sie do kraju pochodzenia.”

“Jaka kultura korzystnie jest eksportowac? Ewidentnie kulture postepowa, harmonijna, odbijajaca nowy etap rozwoju ludzkiej cywilizacji, tylko ona jest konkurencyjna, ma moc przyciagania[...] Przygotowujac chinska kulture, ktora ma pojsc w swiat, konieczne jest miec mysl przewodnia. [....] Przewodnia mysla dla przygotowywanej do pojscia w swiat chinskiej kultury jest marksizm-leninizm, mysl Mao Zedonga, teoria Deng Xiaopinga, wazna mysl o Trzech Reprezentacjach i idea rozwoju naukowego”

Z drugiej ksiazki (史蒂夫•莫滕生编选《跨文化传播学——东方的视角》, S. Morteson (red.), “Komunikowanie miedzykulturowe- perspektywa wschodnia”. Rok wydania 1999):

“Zachod charakteryzowany jest przez indywidualizm, Wschod zas przez orientacje kolektywne”

“O ile ludzie Zachodu traktuja siebie samych jako centrum, o tyle Chinczycy za centrum uwazaja otoczenie”

“Wielu Chinczykow szybko sie westernizuje, wielu juz zmienilo nastawienie z nastawienia na otoczenie jako centrum w nastawienie na siebie jako centrum”

“Badanie to ma na celu zbadanie roznic w wyrazaniu wlasnych uczuc przez Amerykanow i Chinczykow, przede wszystkim roznic pomiedzy dwoma kulturami w aspekcie doboru tematow i slownictwa […] Badaniem zostala objeta grupa amerykanskich studentow oraz chinskich studentow pochodzacych z Tajwanu[…]Czas przebywania chinskich studentow w Stanach Zjednoczonych wyniosl srednio trzy lata i trzy miesiace

Przedmiot: 国际传播与跨文化传播 – Komunikacja miedzynarodowa i komunikowanie miedzykultorowe

Prowadzacy: szycha Wydzialu, byl 10 lat w Japonii. Specjalizuje sie w roznicach kulturowych (czy ja juz gdzies nie pisalam o tym, jak wielce kocham to wyrazenie?) i w ramach tego na wykladach np. opowiada godzinami, “jak laowaje mysla“.

Czym wzbudzil moja niechec: powyzszym (tzn nie Japonia, tylko tym, ze wie, jak mysle) oraz usmiechaniem sie glupio przy wspominaniu o katastrofie smolenskiej (“hehe, tam u was, hihi, samolot z oficielami i prezydentem, hehe, sie rozbil, haha, prawda?” Ja wiem, ze to, hehe, taka roznica kulturowa, ze to zaklopotanie, a nie smianie sie w twarz, hehe, ale i tak mi sie, hehe, zrobilo przykro i antypatie do tego znawcy zwyczajow laowajow poczulam. Laowaje zle mysla o kims, kto wie, co laowaje mysla, a mimo wszystko sie laowajom tym chichocze z katastrofy samolotowej).

Polecenie: ksiazki, z ktorych cytaty powyzsze pochodza przeczytac i napisac o swoich wrazeniach po lekturze. No to przeczytalam i napisalam. Co sadze o mysleniu dualistycznym, antynomicznym, o traktowaniu wszelkich zmian jako okcydentalizacji, o wrodzonych duchach narodowych, no i w ogole o esencencjonalizmie w odniesieniu do tozsamosci, kultury, narodu, no i o autoorientalizacji. I w ogole o pisaniu w roku 2009 tak jakby byl 1970. O stereotypowym i przeciwnym faktom mysleniu o mediach, internecie. I o bledach metodologicznych (w najlepszym wypadku pars pro toto), nieuzasadnionym wnioskowaniu etc. Wyrazanie tego, co mysle o ekportowaniu kultury postepowej z kilku dosc oczywistych wzgledow sobie darowalam.

Ksiazka numer dwa jak i sam profesor podkreslaja, ze ludzie Zachodu posluguja sie logika liniowa, sa nastawieni indywidualistycznie, jawnie wyrazaja krytyke i traktuja siebie jako centrum (w dokladnych przeciwienstwie do Chinczykow ktorzy – co za mily przypadek ! odpowiednio – posluguja sie logika obrazowa, sa nastawieni kolektywnie, krytyke wyrazaja niebezposrednio albo tez nie wyrazaja i jako centrum traktuja otoczenie). Mam nadzieje, ze moja praca i wyrazone w niej opinie jak i bezposrednio wyrazona krytyka dobrze wpisuje sie w taki obraz “czlowieka Zachodu”.

Napisawszy, dalam znajomej Chince do zczytania. Czyta, czyta (hurra -chyba opanowalam wreszcie pisanie socjologicznej sieczki, dziewczyna zmienia raptem 4 wyrazy w calej pracy i dostawia pare przecinkow), kiwa glowa, ze racja, ze dobrze mowie, po czym dociera do niej, ze ja depce ksiazki, co slawny profesor kazal przeczytac jako szczegolnie cenne. “Dlaczego tak napisalas? Przeciez on chcial zebyscie zachwycali sie tymi ksiazkami! Zebyscie podeszli jak uczniowie do mistrzowskich tekstow!”. No, “ten tekst uswiadomil mi ze…”, “autor ukazuje nam wazny problem…” i takie tam…Dlaczego tak nie napisalam? No, to sa wlasnie te eeee, wiesz, roznice kulturowe. Bezposrednia krytyka, maly dystans do wladzy, koncentracja na samym sobie…Robimy do siebie glupie miny, znajoma 6 razy sie upewnia, czy jak tylko dostane ocene, aby na pewno zaraz jej powiem, co dostalam. Jeszcze na ulicy do mnie wola. Ona nie jest w stanie przewidziec.

Tak wiec robie eksperyment z roznic kulturowych. Na jednym profesorze z Szanghaju. Obiecuje nie rozciagac wnioskow na caly kontynent ani tez na ich podstawie wnosic, ze ludnosc innego kontynentu a wlasciwie to 4 kontynentow (autorka ksiazki nr 1: kultura Ameryki Lacinskiej jest podkultura kultury zachodniej) z pewnoscia postapilaby dokladnie odwrotnie. Wyniki zostana oglaszone tutaj na blogu.

Tak, jeszcze troche i konczy sie semestr. I moj rok na chinskiej uczelni. 哎。。。Przez ten tydzien dla odmiany…Expo. Moze uda mi sie wreszcie pojsc do chinskiego pawilonu.

31

05 2010

Polsko…Polsko…

Tytuł zajęć: “Marksistowsko-leninowski pogląd na media”. Ocena: A (maksymalna).  Poglądy wyrażone w pracy: bynajmniej nie marksistowsko-leninowskie. Napisałam po prostu, co się stało z marksizmem-leninizmem jako rodzajem dyskursu w Polsce po 89′ i jak to sie ma do postrzegania w niej Chin. Profesor: wyjątkowa postać (i na tym poprzestane, oby uczyl jak najdluzej).

Tytuł zajęć: “Globalizacja i kultura transnarodowa”. Ocena: jeszcze nie ma, bo to początek semestru. Profesor: Japończyk, chyba najlepiej mówiący po chińsku cudzoziemiec, jakiego było mi dane spotkać. Mówi o tożsamości narodowej i mediach w Japonii, jedzie (ale nie tak strasznie jak poprzedni zaproszony na gościnny wykład Japończyk, który pouczał, że “bez wolnej prasy nie osiągniecie demokratyzacji” – większego zmasowania faux pas nie mogę sobie wyobrazić) trochę i dośc dyskretnie (ach, to wyczucie jezykowe) po systemie medialnym Chin i tym, z czego on wyplywa.  Gdy zajęcia się kończą, myślami jestem już gdzie indziej (no dobra, w klubie sportowym, zastanawiam się, ile powinnam dziś przebiec i w jakim tempie) po czym słyszę jak zza zasłony: “A pani skąd jest?” Ponieważ na sali, na której jest 60 osób jest tylko jedna osoba, której mozna zadać to pytanie, więc nawet nie musze sie nawet specjalnie rozgladac, czy to do mnie. Odpowiadam. Na to  japoński profesor: “Aaa, z Polski, i co, macie takie media, jak w Chinach?”

Wmurowuje mnie kompletnie (bieżnia na pochyło? jak bardzo pochylo? lekki trucht? potem z maksymalna predkoscia? w sumie 50 minut? Jak w Chinach? Japończycy naprawdę są z innej planety?). I kiedy wmurowuje mnie jako badacza Chin, mój wewnętrzny Polak (a raczej Polka) czuwa. I zanim się spostrzegam, wewnetrzny Polak odpowiada machinalnie: “Nie, już nie mamy”. Po sali szmer. Jakaś dziumdzia kilka krzeseł dalej wyciąga aparacik cyfrowy i mi robi zdjęcie - że tak to egzotycznie mamy na zajęciach. Odwracam się do niej z przyklejonym uśmiechem od ucha do ucha i dwoma palcami “V” (typowy gest chińsko-fotograficzny). Ponieważ diabelski Japończyk ma wyczekującą minę, że coś powiem dalej, przeto formuję jakiś kłąb socjologiczno-bełkotliwej przedzy (ze tozsamosc, ze rekonstrukcja, ze pole i inne motanie), żeby nie bylo, ze nie reaguje. A w srodku cos sie we mnie gotuje. Jestem wsciekla na Japonczyka (za porownanie, za wypowiedzenie go jako pierwszego i jedynego zdania skierowanego do mnie, no i za to, ze wystawil mnie na ustosunkowanie sie do tej absurdalnej i na dodatek drazliwej dla wszystkich, oprocz jego japonskiej osoby, kwestii-nie-kwestii przy 60 Chinczykach, w tym moich znajomych, no i oczywiscie za to, ze zrobil to, kiedy wlasnie myslalam o biezni, no ale to juz nie jego wina). Ale jeszcze bardziej jestem wsciekla na siebie. Ze wylazl ze mnie machinalny, wewnetrzny, podswiadomy Polak. Choc w sumie to powinnam sie cieszyc, ostatnio sie przeciez skarzylam, ze przez te wszystkie krzyki na ulicy - “o , laowaj”, te wszystkie poczatki konwersacji w stylu, “bo, wy, Amerykanie”, moja polska tozsamosc czuje sie stlamszona. A tu nagle taki Polak pelna geba, pelen polskiej dumy i uprzedzenia, operujacy systemem zero-jedynkowym, wylazi. A tak naprawde to jestem zla na siebie, za to, ze wylazl ten mechaniczny Polak zamiast nadbudowanego nad nim badacza. Ktory powinien po pierwsze spytac: “A w jakim sensie podobne? Ze tez po chinsku? Ze mamy i Renmin Ribao i Nanfang Zhoumo? Czy ze takie duze?”. Czyli zmusic diabelskiego Japonczyka, zeby sam wyartykulowal to, co chcial (tzn chcial, sadzac z kontekstu calego jego wykladu) mi w rece wpakowac. Ide do klubu sportowego i przebiegam wiecej i szybciej, ale paskudny humor nie mija.

Gdy wracam do domu, przebiegaja mi dodatkowo, migawkowo te wszystkie mini dialogi, gdy ktos przygodnie poznany dowiaduje sie, ze jednak nie jestem z Ameryki, tylko z Polszczy. Typy idealne ponizej:

Typ 1:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “z Polski”

Osoba, po namysle: “Polska to zdaje sie bardzo maly kraj?” (polskie tlumaczenie nie oddaje uroku chinskiego oryginalu, ktory, przynajmniej w moich uszach, ma spory ladunek komizmu, bo jakos tak sytuuje Polske gdzies razem z malymi dziecmi, malymi kotkami etc.)

Typ 2:

Osoba: “Skad jestes?”

ja: “z Polski”

Osoba, glosem jakby gluchy do gluchego: “Skad?! Z Holandii??” (Holandia - Helan, Polandia - Bolan)

Typ 3:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “O, stosunki naszych krajow sa bardzo dobre! Przeciez byliscie krajem socjalistycznym”

Kiedys, zaraz po wydarzeniach w pewnej zachodniej prowincji Chin (niemal dokladnie sprzed dwoch lat), zrobilam analize tekstow trzech polskich glownych dziennikow - jak, za pomoca jakich srodkow, przy uzyciu jakich slow opisuje sie ten konflikt, jak definiuje sie strony i ich dzialania. Wyszlo (przynajmniej w dwoch dziennikach), ze to nie tyle rzecz o Chinach i pewnej ich prowincji, ile odswiezanie naszych narodowych opowieści, np. tej o stanie wojennym (te wszystkie tytuly: “Czolgi na ulicach” etc.) i opowiadanie ich na powrot tak, aby nie bylo watpliwosci, ze dane medium stoi po stronie swiatla. Czyli odswiezanie wlasnego (przykurzonego jakby) mandatu, masowanie ego wlasnego i czytelniczego. No bo np. mozna na powrot tak latwo zostac obronca (slowo powtorzone 43 razy, i to do tego w gazecie przed duze “G”, staje sie prawda!) czegos np. krzyczac na ulicy.

No wiec tak to jest, m in., byc w przeszlosci krajem socjalistycznym. Tutaj (no chyba, ze, o ironio, na kursie marksizmu-leninizmu) tego nie powiem (choc czasem mnie kusi, zwlaszcza jak ktos opowiada, jak to cały swiat Chiny podziwia za ten caly rozwoj i lubi). W Polsce tez tego nie powiem (dyskusje z zacietrzewionymi obroncami i zwolennikami, czegokolwiek by nie bronili, mnie po prostu nie interesuja). I japonskiemu profesorowi tez nie. Nie przy ludziach.

P.S. W weekend poszlam do parku Zhongshan (czyli Sun Yat-sena). Stoi tam ni mniej ni wiecej tylko pomnik Szopena (dwa tygodnie temu minela 200 rocznica urodzin!). Pomnik ten stoi posrodku tej calej Chinskiej Republiki Parkowej, tych wszystkich latawcow, karaoke z magentofonu, straszych ludzi spotykajacych sie by pospiewac arie z oper pekinskich, pograc na tradycyjnych intrumentach. Tkwi posrodku tych tlumow pochylajacych sie z aparatem nad paczkiem kwiatka, posrod grupy Ujgurek w strojach ludowych i z magnetofonem, ktore przygotowuja sie do parkowego wystepu. Zostal ufundowany przez strone polska, wykonawczynia jest Chinka, ktora studiowala na warszawskiej ASP. Szopen szanghajski robi dosc przygnebiajace wrazenie, on po prostu spadl z nieba, jak meteoryt, utknal posrodku Chnskiej Republiki Parkowej niczym cialo obce. Wbil sie w ziemie przy kepce krzakow, po drodze rozpadl na serie metalowych pretow, na ktorych utkwila glowa biednego Fryderyka. Gdy odslaniano pomnik 3 lata temu, byly szumne zapowiedzi strony polskiej, ze bedzie miejsce spotkan kulturalnych, koncerty na wolnym powietrzu, muzeum. Nie ma po tym sladu. Jest tylko wylysiala trawa dookola.

P.P.S. Tak, to prawda, ze nasz polski pawilon na Expo bardzo sie tu podoba.  I ze w wielu miejscach jego wycinankowe, biale oblicze wisi obok pawilonu-matki (pisalam o nich tutaj) jako wizytowka Expo. Dyskusje o tym, czy to dobrze czy zle, ze jest to przetworzenie ludowej wycinanki sobie daruje, gdzie indziej jest o tym co niemiara. Dla mnie wazniejsze jest pytanie o to, czy w srodku tego pawilonu znajdzie sie, choc prowizoryczna i przygotowana na potrzeby publicznosci, odpowiedz na pytanie z czwartego typu idealnego gadki o “skad”. A wyglada ona tak:

Typ 4

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “A co jest wasza specjalnoscia (techan)?”

P.P.P.S. Piata odslona gadki o “skad”, uslyszalam ja dzis. Nie wiem, na ile jest reprezentatywna, ale za to niezmiernie mi sie podoba. Uczestnicy to moj kumpel, uczacy dzieciaki w jednej z chinskich prowincji oraz owe dzieciaki.

Typ 5

Dzieci: “Bo ty jestesz z Polski, tak?”

Kumpel: “Tak”

Dzieci: ” Ile bomb atomowych ma Polska?”

Kumpel: “Zadnej”

Dzieci: “To co zrobicie, gdy ktos was zaatakuje?” (po chwili refleksji): “zaraz… przeciez to my mozemy was zaatakowac!! I pobic bez problemu, bo my bomb atomowych mamy mnostwo!!” (po nastepnej chwili refleksji): “ale spokojnie, nie zaatakujemy was, bo my kochamy pokoj!”

A na zupelny koniec posta – ani (chyba, chociaz?…) nie orzel, ani (raczej) nie golabek pokoju, ale (chyba jednak) sokol (a moze jednak orzel?…lub raróg…) na tle szanghajskiego Fryderyka:

DSC07652

18

03 2010

“Kreatywność to dusza postępu narodu”

Trzeba powiedzieć szczerze: studiowanie na mojej chińskiej uczelni to doświadczenie (momentami) niełatwe. I bynajmniej nie ze względu na język, bo to jest trudność do pokonania. Problem, jak dla mnie, leży nieco bardziej na zewnątrz ode mnie – tzn. na przecięciu moich przyzwyczajeń i przekonań dotyczących tego, czym jest studiowanie oraz tego, czym jest studiowanie tutaj.

Jako, że od momentu napisania przeze mnie postu “upupianie” nadal otrzymuję co najmniej sprzeczne komunikaty, co do tego, czy jestem godna napisania artykułu do tutejszego pisma naukowego, czy jednak nie (choć, że nie jestem, to w sumie sprawa oczywista, tyle, że napisanie tegoż jest warunkiem zaliczenia, więc nie wiedzą, co zrobić, żeby pismo nie zostało zepsute moim artykułem, ale i żeby nie było, że z góry nie pozwolili mi przedmiotu zaliczyć), przeto zabrałam się do przygotowań (na wypadek, gdyby na tydzień przed upływem terminu oddania nagle jednak stwierdzono, klepiąc w plecy i gruchając “nie martw się, na pewno zdążysz”, że musze go natychmiast oddać). Choć przyznam, że tak mi to wszystko zbrzydło, że najchętniej bym wsiadła w pociąg i pojechała jak najdalej tylko można. W ramach wyrażenia moich odczuć związanych z tą sprawą regularnie rzucam po mieszkaniu poprzednim numerem rzeczonego pisma i patrzę, kiedy tom rozpadnie się na poszczególne złote zgłoski.

No właśnie – artykuł. Podobnie jak w polskim systemie uczelnianym to fetysz i cel sam w sobie.  A ten, o którym tutaj mowa, ma polegać na zreferowaniu tego, co się na dany temat (w tym przypadku na temat nowych mediów) pisało w chińskiej prasie naukowej w minionym roku. No więc zabrałam się za przeglądanie. Artykułów Chiny produkują ilości stosowne do swych rozmiarów. W “moim” temacie nowych mediów (nowe media ogólnie, a nie o konkretnych ich wcieleniach, bo o tych są tysiące) – to, bagatelka, ponad 300 artykułów w samym 2009 roku. Skąd to wiem? Wszystko dostępne jest w doskonałej bazie wyszukiwawczej z możliwością załadowania pdf-ów. To robi wrażenie: zarówno ta liczba artykułów, jak i doskonała baza. Trochę tylko zastanawiają tytuły, co je ta piękna baza wyrzuca. Wszystkie jak z jednej sztancy: “Nowe media w kontekście rozwoju…”, “Nowe media w kontekście modernizacji…”. Jakbym widziała plakaty propagandowe za Denga z tymi wszystkimi fabrykami, dziećmi trzymającymi atomy a nad ich głowami rakiety mkną w niebo. Zagłębianie się w owe dzieła bynajmniej nie rozwiewa, ale dodaje innych podejrzeń. No bo np. tak:

“Technologie nowych mediów wyposażyły studentów w bogate źródła informacji. Informacje z każdego zakątka świata mogą być przez studenta łatwo pozyskane i wykorzystane w nauce. Z drugiej jednak strony polegając nadmiernie na nowych mediach, studenci coraz mniej mają styczności z rzeczywistym życiem”.

I tak dalej i tak dalej w duchu wypracowania wzorowej, acz niezbyt lotnej uczennicy szkoły średniej, która ubolewa, jak to siedzący przed komputerem tracą z oczu “drugiego człowieka” (jeszcze tylko brakuje dodania, że “ważne jest wnętrze”). Co to jest “rzeczywiste życie” ? I jak to się wszystko ma do tych setek milionów osób prowadzących  kontr-życia, życia uzupełniające, życia alternatywne w sieci? Jak to się wreszcie ma do prostego faktu, że standardowego studenta chińskiego “informacje z każdego zakątka świata” obchodzą tyle, co zeszłoroczne kapcie? Nie mówiąc już o tym, że informacje i serwisy z kilku ładnych “zakątków świata” są poblokowane (teraz są to już właściwie wszystkie główne serwisy społecznościowe z wyjątkiem MySpace’a) albo dostęp do nich jest tak utrudniony, że się w międzyczasie odechciewa. O tym autor już nie mówi.

Większość tych artykułów właśnie tak wygląda: prawienie oczywistości, brak dociekania tego, co się kryje za utartymi frazesami. “W dobie globalizacji”, “w perspektywie modernizacji”, ”rozwój” bez zastanowienia się tak naprawdę, co (czy coś?) się w ogóle kryje za tymi pojęciami.

Przyznam się, że nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi prawić peany na cześć…polskiego systemu państwowej edukacji wyższej. Dopiero musiałam wyjechać, żeby z odległości zobaczyć, ile mi dał. W obdrapanych salach mojej macierzystej UW, przy rozwalających się ławkach, sadzając nas na krzesłach nie do kompletu, uczono nas (oczywiście nie zawsze) krytycznie czytać, słuchać, argumentować i prowadzić dyskusje i to jest coś, co z wzorowych licealistów zrobiło (wiecznie piłujących włąsną gałąź) wykszatałciuchów. Patrząc na te wszystkie “postępy” i “rozwoje” aż chciałabym podziękować tym, którzy nie nakładli nam takiej sieczki do głowy.

Autorzy tych setek artykułów umieszczonych we wspaniale robionej bazie przez kurs sporów, czepiania się, podważania, odkręcania kotów ogonami nie przeszli. I zostali dobrymi licealistami na zawsze. Tu nie ma ćwiczeń, tylko same wykłady, nie ma dyskusji, tylko ewentualnie “pytania po wykładzie” - miłe i grzeczne, z wstawaniem podczas mówienia. Nie wiem, kto tak stojąc, podczas gdy 40 osób siedzi, miałby jeszcze ochotę wdawać w polemikę. Bynajmniej to nie znaczy, że brak tu studentów z dużą wiedzą, krytycznych, potrafiącyh polemizować (tak się składa, że ćwiczą głównie na przyjeżdżających tu na gościnne wykłady laowajach). Tylko, że mam wrażenie, że to nie uniwersytet im w tym krytycyzmie pomaga i uczy. I to się wszystko przekłada na jakość publikacji – w większości tych artykułów nie ma rozkładania problemu na czynniki pierwsze, polemiczności, obracania teoriami, tego wszystkiego, co daje trening dyskusyjny. Tego, co sprawia, że chce się czytać. Bez tego to popisy akademijne, przemówienia na apelach.

Chiny inwestują w uczelnie mnóstwo. Tyle, że mam wrażenie, że jest to w dużej mierze inwestowanie w pompę, w coś, co będzie gołym okiem widocznym znakiem “rozwoju” i “postępu” (np. w 30 piętrowy biurowiec uniwersytecki z kolumnami i przezroczystą kopułą), ale już np. nie w ogrzewanie w salach, podjazdy dla niepełnosprawnych ani nawet w książki (zbiory biblioteki uniwersyteckiej sa wielkosci zbiorów dwóch bibliotek wydzialowych UW, z czego około 1/5 to dzieła o marksizmie-leninizmie).

Moje biedne stare UW rzecz jasna nie umywa się jeśli chodzi o zainwestowaną kasę. Ale i tak mam wrażenie, że porównania po prostu nie ma. I że przyczyn tego stanu po stronie chińskiej jest mnóstwo. Rzecz jasna rolę odgrywa chociażby klasyczny, pokutujący nie tylko tutaj (kolega Koreańczyk mówi, że tutaj to on się dopiero się rozwija, u nich było gorzej) konfucjański system nauczania: referowanie, opanowywanie pamięciowe, autorytet nauczyciela rozumiany jako konieczność niekonfrontowania. Jest też wyczuwalny i wciąż widoczny dramat strzaskania, przerwania ciągłości  ledwie raczkującego systemu edukacji przez rewolucję kulturalną. To też ciągnący się od lat ostry niedobór miejsc i kadry (tutaj właściwie nie ma uczelni prywatnych i cały pęd na edukację ma niewiele ujść),  który czyni z uczelni supermarkety, z których trzeba wypuścić na rynek jak największą liczbę absolwentów. I nade wszystko wiara, że pieniędzmi (i tym tutejszym fetyszyzowanym “rozwojem”) da się zrekompesować to, co dla nauki  bezcenne – ścieranie się poglądów, krytyczność, wątpienie, spory, podważanie autorytetów, rozmowy jak równy z równym. To się mieści w “nauce”, ale już nie bardzo w “światopoglądzie naukowym”. Ot, taka ironia. I jeszcze na koniec : DSC02171

“Kreatywność to dusza postępu narodu” – zaobserwowane dziś na Nanjing Lu. Tylko czy ktoś naprawdę kreatywny w ogóle jest się w stanie przejąć takim hasłem? A ktoś niekreatywny po przeczytaniu weźmie sobie do serca, wykuje na blachę i stanie się kreatywny?

20

12 2009

Zagraniczni badacze, demokracja i zachodnia cenzura internetu

Jak już pisam, nasz uniwersytet nawiedzają nieraz różne zagraniczne sławyzagraniczni badacze Chin. Ci pierwsi reguły nawet nie próbują specjalnie nawiązać w swych mowach do tego, gdzie się znaleźli i co z tego wynika, ograniczając się do jakichś paternalistycznych poklepań w rodzaju “powiedziano mi, że to jeden z najlepszych uniwersytetów w Chinach, to wspaniale mieć przed sobą taką ambitną młodzież” i po wyklepaniu swojego zaliczają kolejny przystanek tour de Azja. No i są zagraniczni badacze Chin – kategoria odmienna – mniej znani globalnie, wygłaszający swe wykłady po chińsku. O ubogacaniu mas w drodze występu zagranicznej sławy już kiedyś pisałam, to teraz będzie o zagranicznych badaczach Chin.

Zaczyna sięod plakatu ze zdjęciem delikwenta, listą dzierżonych przezeń stanowisk i uzyskanych osiągów (tutaj było “napisała kontrowersyjny artykuł, którego tezą jest, że komercjalizacja mediów umacnia chiński system polityczny”), no i oczywiście z tematem wystąpienia. Tym razem temat to: “Współczesne kierunki amerykańskich badań nad chińskimi mediami”.

Kobita może góra 33 lata, włosy jasne, akcent poprawny do bólu, jak z kaset z “Bambusów”. Oznajmia, że (coś takiego!) dominującą perspektywą badań mediów chińskich w USA jest perspektywa polityczna. “A czemu? Mam nadzieję, że po godzinie tego wykładu wszyscy będziecie wiedzieć”. Patrzę po zgromadzonych – właśnie przewracają oczami. Coż, traktowanie obcego (nawet będącego przedmiotem własnych badań) jak kretyna, nie jest wyłącznie domeną chińską.

Tu mała dygresja – przestało mnie wzruszać nieśmiertelne pytanie “czy umiesz już jeść pałeczkami?”. Wczoraj mialam zaszczyt spożyć obiad w towarzystwie profesora, który rok przebywal w Stanach. Restauracja “zachodnia”, z nożami i widelcami (swoją drogą struło mnie tak, że dziś ledwo trzymam się na nogach, moje lokalne, niby to “obskurne” knajpki, baraczki i wędrowne stoiska nigdy nie trują). Jakie było moje zdziwienie, gdy facet od razu poprosil o ….łyżkę. “Ja tam tym jesć nie potrafię, co się będę męczył” – wyjaśnił, po czym dodał, że w Nowym Jorku na szczęście jest mnóstwo restauracji chińskich, więc nie głodował.

No, ale wracając do wykładu.  Wymiana szerokich uśmiechów i wywrotek oczami. A pani zabiera się za wyjaśniania pojęcia demokracji – że to niezwisłe wybory, przynajmniej dwie partie, wolność zgromadzeń etc. Kaganek oświaty niesionej z Zachodu coś nie wypala (swoją drogą nie wiem, czemu myślała, że miałby wypalić). Ludzie zaczynają mocno szeptać. Znajomy XD robi zdziwioną minę i szepcze: “o, to już nie są rządy większości przy poszanowaniu prac mniejszości?” . W końcu pani rozdaje kserówki z tabelkami, w których różne kraje pogrupowane są wedle “demokratyczności”. Chiny są w ostatnim, najdalszym od demokratyczności bloczku razem z Koreą Północną, Afganistanem etc. Ludzie uśmiechają się nadal, ale z zakłopotania, że ktoś (laowaj!) ich wrzucił do jednego worka razem z Afganistanem i Rwandą. Tu przecież nikt nie dzieli krajów na demokratyczne i niedemokratyczne, ale, oczywiście – socialistyczne i kapitalistyczne, no i według tempa rozwoju (wiele osób jest zdziwionych, jak np. mówię, że kraje rozwinięte nigdy nie będą miały szybkiego tempa rozwoju). No ale ta tabelka – pani badaczka nawet nie wyjaśniła, kto i według jakiej metodologii dokonał takiego “stworzenia świata”. Ja rzucam okiem na drugi, dobry kraniec tabeli, widzę, że Polska różni się w punktacji od np. Kanady tylko o 0.10 punkta w skali 10 punktowej (co tu się zlicza, nikt nie powiedział), czyli tyle, co Chiny od KRLD.

Co, jak, i po co, o co chodziło z tymi kierunkami badań, co z tą komercjalizacją mediów, w sumie się nie dowiedzieliśmy. Na sali jak podniósł się, tak już został szmer, jeszcze tylko grafika kluczowego slajdu (chiński system polityczny) nie odpaliła, pani wykładowczyni zapętliła się w chińszczyźnie i widać było, że miała ochotę z tej sali pełnej przedmiotów swych badań uciec. Tym razem, wykazując miłosierdzie (nie jak w przypadku poprzedniego badacza, zadowolonego z siebie Anglika, który wyjaśniał, że jego główną metodologią jest “walking method”, czyli chodzenie po ulicach), nikt się nad panią nie znęcał poprzez pytania i mogła w spokoju udać się do pokoju hotelowego, aby rozważać nad zasadnością tych wszystkich trudów i nad wieczną obcością badacza Chin w jednym i drugim świecie.

Ja też nie chcę się znęcać, tymbardziej, że sama wiem, jak trudno jest mówić o przedmiocie swych badań do przemiotu swych badań (przeszłam to kiedyś na Tajwanie i już nie chcę). To, co może i mające jakąś wartość i funkcję w USA czy w Polsce, nie musi (i z reguły nie jest), być takie tutaj. Problemem jest oszacowanie, od jakiego poziomu oczywistości trzeba zacząć – z reguły efekty są takie, jak powyżej (oczywiście, tu jeszcze doszedł ton laowajskiego kazania, rzeczy tutaj nie do strawienia). Swoją drogą, patrząc na cykliczne upokorzenia tych nieszczęsnych badaczy i porównując ze swoimi tutaj, cieszę się, że wybrałam opcję “advanced student” a nie “visiting scholar” (było taniej, a ja się bałam, że nie dostanę stypendium i bagatelną sumę 3600 RMB za miesiąc będę musiała sama płacić). Z dwojga złego wolę już być po drugiej stronie widowni.

A co do niezbadanych ścieżek wiedzy o świecie zewnętrznym i o zapętleniu problemu: na wykładzie dla doktorantów pan profesor, tym razem tutejszy, stwierdził, że “na Zachodzie jest bardzo surowa polityczna kontrola internetu” i cała sala pełna doktorantów zapisała bez najmniejszego szmeru, nie odrywając głów od notatników. Ja odłożyłam długopis i zaczęłam się rozglądać po sali, i nie zauważyłam dosłownie żadnej reakcji poza niepewnością w oczach wykładowcy, czy ten nieobliczalny laowaj na widowni nie zacznie gadać coś szalonego. Jako przykład profesor wymienił “urząd do politycznej cenzury internetu, jaki powołał Obama”. Też zapisali.

No tak, gdzieś dzwonią. Obama wysunął projekt tzw. “Cybesecurity act”, który  nadaje prezydentowi prawa do wyłączania pewnych obszarów sieci, w tym prywatnych, w razie “wyższej konieczności”. Obecnie toczy się o ten projekt walka - i rzecz jasna odzywają się głosy, nie tylko z konkurencyjnego obozu , o niedemokratyczne ograniczenia i cenzurę. Oczywiście w użyciu są też porównania do Chin.

Ale wracając do samej sytuacji wykładu – możnaby dedukować, że za gładkim łyknęciem stwierdzenia, że na Zachodzie jest polityczna kontrola internetu, musi się kryć cała masa innej niewiedzy – np. tej o wielopartyjności, o możliwości koabitacji, o tym, co może zrobić opozycja albo czwarta władza. A może z wiedzą czy niewiedzą ma to wszystko niewiele wspólnego, jako, że ci doktoranci będą niedługo musieli toczyć inne walki (w końcu muszą gdzieś się zakotwiczyć na etat), niż walka o (do tego nieco niewygodną, ale w sumie kto tam by o tym myślał) prawdę o jakimś tam odłegłym świecie. W każdym razie, jak patrzę na te dwie tak różne wykładowe sytuacje, to widzę, jak łatwo można tutaj wydobyć wiedzę z głowy, ale i doskonale uśpić, w zależności od potrzeby, i że – tym razem jak wszędzie w tzw. “nauce” – klucz to wiedzieć, czyje upupianie, prowadzone w imię jakich przesłanek, warto, a czyjego nie warto znosić.

12

12 2009

Co ma filozofia Marksa do Renmin Ribao czyli mój kurs marksizmu

Mój kurs marksizmu to niewyczerpane źródło inspiracji.
Tydzień temu grupka, do której należałam i ja, zainaugurowała serię prezentacji robionych przez samych studentów. Temat jaki dostaliśmy to „Demokratyczny socjalizm i jego losy w Chinach”. Na pierwszy i drugi rzut oka stwierdziłam, że to dość egzotyczne połączenie, ale nie przejęłam się zbytnio, tłumacząc sobie, że tak jak wiele pojęć, „demokratyczny socjalizm” ma najpewniej tutaj odmienne niż w tradycji zachodniej znaczenie. No bo ten demokratyczny socjalizm, o którym myślę – radykalniejsza (w deklaracjach) niż socjaldemokracja, porewizjonistyczna koncepcja akcentująca samorządność robotników etc., mająca swoje stabilne acz obecnie dość marginalne miejsce we współczesnej Europie to jedno, a wszelakie socjalizmy systemowe to drugie.

Udałam się do biblioteki (po tygodniach walk nie uzyskałam jeszcze co prawda prawa do wypożyczania książek, ale przynajmniej jak przyłożę moją kartę do bramki na wejściu do biblioteki, to ta nie buczy tak jak bramka w sklepie przy próbie kradzieży), odnalazłam lektury, jakie profesor zalecił do przygotowania tego tematu. No i coś zaczęło mi się nie zgadzać. Socjalizm demokratyczny wyłaniający się z tych publikacji to zasadniczo ten sam o którym pomyślałam, jak zobaczyłam temat naszego zadania. Polecone lektury opisywały historię rewizjonizmu, ruchu robotniczego w Niemczech, samorządności robotniczej, osłon socjalnych. No może tylko nie rozpisano się zbytnio (czyli w sumie nie napisano) o krytyce zachodniej lewicy w stosunku do socjalizmów „systemowych”. I ani słowa o Chinach. Przypudrowany bo przypudrowany, ale mówimy cały czas o tym samym zjawisku. Więc przydzielone nam zadanie żąda on nas powiązania tego wszystkiego z najnowszą historią Chin? W notatkach które sporządzam dla mojej grupy (każdy z nas pisze, a później mamy zrobić burzę mózgów) wypisuję tylko kilka punktów, dlaczego moim zdaniem nie można jak dotąd mówić o losach socjalizmu demokratycznego w Chinach. I duży znak zapytania. Jestem ciekawa, czy oni są w stanie zaproponować jakieś połączenie tych pojęć i jakich ewolucji myślowych przy tym dokonają.
Zbieramy się i zaczynamy rozmawiać. Kończymy po 4 godzinach jak nas pani ze szmatą w ręku ze stołówki gdzie siedzimy przepędza. Przy okazji wychodzą tematy tzw. poboczne. Dziwią się, gdy mówię im, że u nas nie dzieli się świata na kapitalistyczny i socjalistyczny, i że nikt Chin socjalistycznymi na Zachodzie raczej nie nazywa. Nie bardzo też chyba łapią, gdy mówię, że nikt w Europie nie nazwie też, dajmy na to Szwecji „krajem socjalistycznym”. No to gdzie według nas jest ten socjalizm?

Chiny a socjalizm demokratyczny. Teraz widac wyraznie, że to zadanie to tak naprawdę sprawdzian. Nie tyle tego, czy grupa przeczytała zadane książki i czy sprzeda to reszcie, ale czy jest w stanie – jako przyszła elita Chin, jako przyszli dziennikarze poruszać się sprawnie w meandrach dyskursu publicznego, mowic tak, aby spelnialo to bardzo zlozone wymogi, a zarazem nie ocierać się o jawny absurd. O absurd to by się otarło, gdybyśmy zaczęli strzeliscie udowadniać, że Chiny to miejsce działania socjalizmu demokratycznego. Nie spełniałoby wymogów, gdybyśmy zaczęli wygłaszać pochwały zachodniego socjalizmu demokratycznego i kontrastować go z Chinami. Musimy znaleźć – ha – drogę środka. I na tym polega właśnie całe to ćwiczenie. W brodziku, z deska i plywakami, bez wypływania na pełne wody dyskursu publicznego. Próba odczytywania granic.

Grupa wykazuje się dużą dozą inwencji, ale i ekscentryzmu. Wytypowuje największe swe kurioza: Tajwankę i mnie do mówienia w swym imieniu. Obie się boimy, że się zapędzimy, że powiemy coś nie tak, co nawet nie tyle będzie podejrzane ideologicznie, bo profesor caly czas podkresla, ze to, co tutaj, to nie sfera publiczna, wiec to, co tu jest mowione rzadzi sie innymi prawami, ale ze wyrwie sie nam coś, co zdradzi naszą nieumiejętność poruszania się w tej rzeczywistości, potwierdzi przyjeta a priori naiwność i niewiedzę laowaja i Tajwanki. Albo  zostanie odczytane jako arogancja kogoś z kraju, który odrzucił socjalizm i kogoś z wyspy karmionej przez lata skrajną niechęcią do ChRL (SL boi sie podwojnie, bo nalezy do KMT i wszyscy o tym wiedza). Jako zabezpieczenie i poduszka bezpieczeństwa dołącza XD, chłopak oczytany, błyskotliwy i który na dobrą sprawie też jest osobliwością. Jako chiński Muzułmanin (ale nikt tego nie wie, ja wiem, bo jestem z innego świata, nie mam na plecach tego całego bagażu złożonych stosunków łączących/dzielących chińskie minzu i mi można – ale szeptem – powiedzieć) jest kimś spoza etnicznego mainstreamu. I tą jego peryferyjność czuję od razu, jeszcze zanim dowiaduję się, że jest z (tej właśnie) mniejszości, nasze doświadczenia bycia innym są w jakiś sposób podobne.
Nieszczęsny laowai, tajwańska tongbao i XD, erudyta z „problematycznej” mniejszości mamy pilnować, żeby to coś nie wylazło poza granice, których sami dobrze nie znamy.
Mam niezla treme. Nie tylko dlatego, że to pierwsze wystąpienie, gdzie wypróbowana będzie moja zdolność nie tyle do powiedzenia czegoś z sensem, ale do powiedzenia tak, aby nie powiedzieć niepoprawnie. Ale także dlatego, że to moja jedyna szansa udowodnienia 50 kilku osobom, że mam coś więcej do powiedzenia, niż tylko odpowiadanie monosylabami na te idiotyczne pytania typu „czy umiesz jeść pałeczkami”. Jak skopię, to drugiej szansy chyba już nie będzie. Zostanę tutaj 5 latkiem na zawsze. Grupa wrzuciła mnie na głęboką wodę, ale wiem, że robią to dla mnie, obmyślili to jako terapię po moich uniwersyteckich traumach (co je opisałam we wpisie „Upupianie”). No oczywiście też trochę pod publiczke, dla której gadający laowai to jak zajac dziergajacy se na drutach pokrowiec na uszy.
Jestem tej mojej grupie wdzięczna. Siedzieli w pierwszym rzędzie i robili miny pełne wsparcia. Chyba tylko dzięki temu poszło mi naprawdę super (podobnie jak czasem tylko dzięki temu, że słuchacz od razu przyjmuje minę jak do rozmowy z idiotą nieraz idzie potwornie), złapałam wiatr w żagle, przypomnialam sobie, ze moge po chinsku mowic plynnie, pelnymi zdaniami i na zlozone tematy, przypomniałam sobie, że w poprzednim, polskim życiu, zanim stałam się dziecinnym laowaiem, byłam nauczycielką, pracownikiem naukowym i czasami wykładowcą. Widok 50 kilku otwartych z wrażenia gęb (zając na ich oczach udziergal spory kawalek na drutach) był jedyny w swoim rodzaju. Kończymy tym, że problemem nie jest socjalizm, ale „demokracja” w jej zachodnim rozumieniu – idea ze względu na wielorakie uwarunkowania mało tutaj zrozumiała. Poszło. Profesor chwali część merytoryczną, ale odnosimy wrażenie, że jeśli chodzi o sprawdzian z ćwiczenia poruszania się w chińskim dyskursie publicznym powiedzieliśmy trochę za słabo, za bardzo niepewnie, mogliśmy trochę (trochę – tylko co to znaczy?) konkretniej (chociaż to jeszcze nie to słowo) i jeszcze by było ok.
Potem z SL, Tajwanką zastanawiamy się, jak można się nauczyć takiego wyczucia. Niby mnie powinno być łatwiej, bom z Polszczy. Choć wyczulenie na różne rejestry języka publicznego, w tym propagandowe, oraz poczucie jak delikatną i przedziwną są one materią mam pewnie i lepsze niż standardowy przedstawiciel jakiegoś kraju zachodniego, to jednak mam też wrażenie, że nie na wiele mi te polskie geny (i wychowanie) oraz pamięć schyłkowego PRL-u pomagają (choć jak ostatnio znajoma z pewnego kraju latynoskiego zadała chińskim znajomym pytanie o to, jak się ma filozofia “tego niemieckiego Zyda Marksa” do Renmin Ribao, to zrozumiałam, że mogło być ze mną zawsze jeszcze gorzej). To znaczy sa pomocne, ale tylko w okreslonym zakresie rzeczywistosci. Bo to, co jest tutaj, jest po pierwsze wielotorowe. Dangbao – gazeta partyjna – to gazeta partyjna. A media lokalne, media niecentralne i sciezki ktorymi sie poruszaja, jezyk ktorym pisza, bramki na ktore graja – to zupelnie inna sprawa. Studenci dziennikarstwa tego elitarnego uniwersytetu maja kilka lat, zeby to zrozumiec. Czesci na pewno sie uda.

04

11 2009

Upupianie (i dorabianie laowajskiej gęby)

a miało być o zabytkowej wiosce (Wuzhen, 乌镇), do której udałam się w weekend po tygodniu wypełnionym robotą i zmaganiami z rurą gazową. Ale niestety będzie o upupianiu właśnie (i dorabianiu laowajskiej gęby).

Wracając z tejże wioski, patrząc na jesienny krajobraz prowincji Zhejiang (znaki szczególne – dojrzałe “kłosy” na polach ryżowych, szarówka, dymy, melancholijnie i płasko niczym na jesiennym Mazowszu, ale domy w stylu pałacowo-disneyowsko-pagodowym), dotarło do mnie, że przez całe dwa dni, kiedy tam byłam, nikt mnie nie zdenerwował, nikt nie doprowadził do wrzenia, ani razu nie zacisnęłam pięści. W Szanghaju nie udało mi się jeszcze przeżyć tak dwóch dni.

Owszem, pod koniec drugiego dnia w Wuzhen zaczęłam mieć omamy słuchowe. Omamy takie charakteryzują się tym, że wydaje się człowiekowi, że wszyscy dookoła niego mówią “老外” laowai albo “外国人“ waiguoren (oba oznaczają “cudzoziemiec”). I przeważnie mówią. Omamy zaczynają występować pod koniec dnia, podczas którego co najmniej 20 osób, na widok “obcego” wyda z siebie właśnie taki okrzyk i wskaże kuriozum palcami. W Wuzhen współczynnik wyniósł ok. 25 razy na dzień. Choć to i tak nic w porównaniu z Huangshan, gdzie po prostu przestałam liczyć i gdzie po wykrzyknieniu dodatkowo następowała prośba o wspólną fotografię (wyrażona unoszeniem aparatu do twarzy i naśladowaniem naciskania spustu migawki), przez co nie mogłam się ruszyć ze szczytu. Ludzie, z którymi tam wędrowałam, na początku byli ubawieni, później zmęczeni “sławą”, która także i na nich spływała, a na koniec przerażeni, gdy dotarło do nich, że tak wygląda moje życie tutaj.

Wydaje się to trudne do zniesienia (mnie szczególnie boli ten podkreślany z taką częstotliwością, że ani na chwilę nie da się o nim zapomnieć, dystans, “dziwność”, która dla mówiącego trwa tyle, ile zajmuje wypowiedzenie słowa laowai, albo cyknięcie zdjęcia, a dla mnie układa się w wizję siebie samej jako śmiesznego kuriozum, ciekawostki przyrodniczej). W Wuzhen – czy to chodzi o tubylców czy większość turystów, mogłam jednak łatwo wyczuć, że za tymi wołaniami nie stoją żadne złe intencje, bo to odruch poza intencjami, niekontrolowany. Że to coś podobnego do impulsu, który każe mi wykrzyknąć spontanicznie: “O, bawół wodny!” (chyba pierwsze zwierzę nie będące farbowanym pudelkiem, ani strzyżonym niczym żywopłot bobtailem, jakie dane mi było zobaczyć od 3 miesięcy, co za kojący widok).

Pokazywanie sobie kuriozum palcami to jedno. Ale dla mnie ważne jest to, że rikszarz w Wuzhen nie próbował mi wmówić, że przejazd kosztuje 20 RMB zamiast normalnych 5 (nauczona szanghajskim doświadczeniem zawsze pytam się wcześniej w pobliskim sklepie, ile powinna wynieść normalna cena, byłam strasznie zdziwiona, że rikszarz po prostu od razu wymienił normalną cenę). Że sprzedawczyni na bazarze nie próbuje mnie pouczać, że ostatecznie niezdecydowanie się na dobro, które ona sprzedaje, oznacza mój “brak zrozumienia chińskiej kultury” etc.   – tylko z uśmiechem odpowiada “mei guanxi” (nie szkodzi). Po raz kolejny dopiero na wsi widzę i czuję, że Chiny naprawdę są starożytną cywilizacją (i że to miastowe wenming – “bycie cywilizowanym”, reklamowane i promowane na każdym rogu, to ledwie podróbka, a może nawet karykatura). To wiejskie, a może raczej nie-szanghajskie „cywilizowanie” wprawiło mnie na tyle dobry humor, że na okrzyki „laowai!” robiłam zdziwioną minę i oglądając się powtarzałam „Gdzie, gdzie? Nie widziałam” co wywoływało salwy radości.

No właśnie. Ale wraz z powrotem do Szanghaju i na uczelnie (ostoję wenming) przyjemności się skończyły i to, co czuję dziś, najlepiej da określić dwoma słowami – 羞辱 xiuru (upokorzenie) i 迷惘 (mi – zagubienie, wang – przygnębienie).

M. in. ze względu na dużą liczbę studentów, egzaminy z wszelkich zajęć mają formę prac pisemnych. Prace z jednego seminarium będą ponoć zebrane w tom i wydane. Przyznaję, że bardzo mnie to ucieszyło, bo po przeszło 20-tu latach nauki nie chce mi się specjalnie pisać po próżnicy. Jako, że, rzecz jasna, nie wszystkie tematy wyznaczone przez profesora byłabym w stanie opracować, i też więszkość nijak się nie ma do tego, co robię, przeto zgłosiłam się od razu do 班长 banzhang (przewodnicząca klasy, pośredniczy pomiędzy profesorami a studentami) mówiąc, czym się zajmuję i prosząc, żeby, gdy tylko tematy zostaną opracowane, “zaklepała” dla mnie najbardziej pokrewny temat. Zgodziła się, obiecała powiadomić, jak tylko coś będzie wiadomo.

Tymczasem gdy wczoraj banzhang puszcza w obieg po klasie listę już przyznanych tematów, rzucam okiem, i widzę, że nie ma mnie na niej, a “mój” temat już jest rozdzielony pomiędzy innych ludzi. Zagryzam wargi i dopisuję się ręcznie obok tematu. Lista jeszcze chwilę krąży, po czym banzhang wychodzi na środek i odczytuje, co komu zostało przydzielone.

Gdy dochodzi do mojego nazwiska, krzywi się, mówi, że ja przecież jestem 留学生 liuxue shengstudent zagraniczny, i że to jest tylko dla “prawdziwych studentów” i że mogę napisać “coś prostszego, nie do publikacji”, bo “wymagania takiego artykułu są dla mnie za wysokie”. Czuję, jak zaczyna mi coś huczeć ze wściekłości w głowie. Mówię, że obowiązują mnie takie same wymagania. Banzhang myśli chwilę, mówi coś (nie wiem, już co, bo gdy jestem wściekła, nie jestem w stanie zrozumieć niemal nic ani nic powiedzieć) i cała grupa wybucha histerycznym śmiechem. Chcę wstać i wyjść, ale nie jestem wstanie się ruszyć.

Potem jest już tylko gorzej. Próbuję rozmawiać z profesorem, ale słowa stają mi w gardle. Profesor prowadzi mnie do dziekanatu, żeby „wyjaśnić mój status” (który wyjaśniałam już milion razy). Pani z dziekanatu głosem takim, jak kiedy relacjonuje się poczynania dziecka, gdy próbuje jeść tak, jak dorośli, ale mu nie wychodzi, oświadcza: “To taka pilna uczennica, no proszę, też by chciała pracę napisać jak inni” i zwraca się do mnie: “chiński jest taki trudny, he?” W tej chwili chiński jest już dla mnie bardzo trudny i w zasadzie nie jestem w stanie wydusić ani słowa, mam tak zaciśnięte szczęki. Wspominam tylko, że może faktycznie napisanie pracy zajęłoby mi dłużej niż chińskim studentom, to jednak, nie uważam, żeby zasadniczo było poza moim zasięgiem. Na to wszyscy wybuchają serdecznym śmiechem.

Potem próbuję jeszcze rozmawiać z kilkoma (jak wydawało mi się, życzliwymi mi) osobami, wytłumaczyć im, jak się poczułam i po raz kolejny wytłumaczyć, że ja też gdzieś robię badania, piszę artykuły, uczę innych i czytam książki i że to, czego tu doświadczam, to jest upokorzenie. Za każdym razem rozmówcy śmieją się serdecznie, tak jakbym opowiedziała właśnie jakąś radosną historyjkę, albo jakby zobaczyli właśnie dziecko, które tak uroczo (可爱 keai) tupie nóżką, bo nie dostało cukiereczka. Żegnam się i wychodzę – nie idę na następne zajęcia, wieczorem opuszczam też mój chiński-koreański, bo czuję, że i tak nie byłabym w stanie wydusić z siebie ani słowa. Wspomnienie jesiennego Wuzhen ostatecznie trafia szlag. Gęba dorobiona taka, że sama już ją w lustrze widzę.

Ten śmiech przypomniał mi inną sytuację, gdy kiedyś w Polsce, robiąc za tłumacza i przewodnika, opowiedziałam chińskiej delegacji z jakiejś fabryki o obozach koncentracyjnych i Zagładzie. Reakcją też był wybuch śmiechu. Wiem, że to jest śmiech zakłopotania, reakcja na nieprzewidzianie kłopotliwy temat, ale jest to coś, z czym nie jestem w stanie się emocjonalnie pogodzić. Co budzi moją agresję i przerażenie.

Wracając do upupiania. Te wszystkie pytania, czy wiem, kim był Konfucjusz i Sun Yat-sen i czy umiem już posługiwać się pałeczkami (kto był u mnie w domu w W-wie, ten wie czym i co się u mnie je). Albo inna jeszcze sytuacja. Znajduję doktora z mojego tutejszego wydziału, który zajmuje się tym, co i ja. Pisze do niego. Najpierw sam proponuje spotkanie, ale później zaczyna stosować uniki. Po kilku wreszcie dochodzi do spotkania. Rozmowa toczy się nawet miło, zaczynamy rozmawiać o niespodziewanych przetasowaniach na interesującym nas oboje rynku. I kiedy już zaczynam czuć się normalnie, rozmówca nagle sobie przypomina, że jestem laowaiem i podsumowuje: “O, to jednak masz jakąś najbardziej podstawową 最基本 zui jiben wiedzę na temat Chin”. Tu mało kto zdaje sobie sprawę, że wiedza o tym, w jakich okolicznościach wszedł na rynek serwis społecznościowy dla białych kołnierzyków – Kaixin, jak nazywał się nieślubny syn Czang Kaisheka (i że był on zabójczo przystojny, tzn. ten syn, a nie Fistaszek), czy jak jest po chińsku Sherlock Holmes (Xialuoke Fuermusi) etc. to są rzeczy, których trzeba się uczyć przez ładnych parę lat, aby utworzyły jakiś najbardziej nawet podręczny zestaw codziennych kontekstów. Nie tak jak jedzenia pałeczkami, które można jako tako opanować w 5 minut.

Choć wczoraj nie było mi do śmiechu (i nadal specjalnie nie jest), dzisiejsza rozmowa ze znajomymi (Korea, Tajlandia, Tajwan) utwierdza mnie w przekonaniu, że jeszcze nie zwariowałam, i że reakcją na widok czyjejś wykrzywionej z upokorzenia twarzy nie musi być śmiech. Dopytują się, co się stało, pocieszają i wkurzają się razem ze mną, po czym stwierdzamy, że to się właśnie nazywa poznawać Chiny, i że to w sumie cenniejsze (choć oczywiście bolesne) niż to wszystko, co moglibyśmy nawypisywać w tych nieszczęsnych wypracowaniach. Oni – choć nie dzwoni im w uszach nieszczęsny laowai (a niektórym dzwoni wręcz tongbao 同胞, czyli dosłownie “z jednego łona matki”, jak się tu określa Tajwańczyków), i choć ich chińszczyzna jest absolutne świetna (tudzież jest ich ojczystym językiem), to również często doświadczają upupienia i lekceważenia.

Po pogaduchach (no i oczywiście ogromnym gorącym kociołku) robi mi się lepiej. Idę do uczelnianego Biura Elektronizacji – legitymacja jest kartą elektroniczną, za pomocą której można wypożyczać książki, surfować po sieci i płacić w stołówce. Niestety, z moją kartą ewidentnie jest coś nie tak – nie da się za jej pomocą wejść do biblioteki, wypożyczyć książek, nie można się też w oparciu o nią zalogować do uniwersyteckiego internetu. Mozna tylko doładować i za to jeść w stołówce. Pan w biurze najpierw komplementuje mój chiński, sprawdza kartę, po czym stwierdza “przykro mi, ale jest pani studentką zagraniczną z wymiany, i jako taka nie ma prawa dostępu do sieci uniwersyteckiej. Może pani wystąpić do biura ds. studentów zagranicznych o specjalne pozwolenie”. Obcy, obcy!!!

P.S. Rozmawiałam o tym wszystkim z koleżanką z Tajwanu, która studiowała w Polsce. Jej odczucia (nie mówię sytuacje i konteksty, bo te oczywiscie zawsze są inne) z początków studiowania u nas były właściwie bliźniacze.

13

10 2009

Wuerlixi Beike a sprawa chińska

Mój uniwersytet często nawiedzany jest przez różne światowe sławy. Dziś pojawił się Ulrich Beck - 乌尔利希·贝克 (Wuerlixi Beike). Przybyli na spotkanie studenci byli tak liczni, że trzeba było zastosować środek specjalny – zasiąść na miejscach z napisem “rezerwacja” z ważnymi minami i udawać zaproszonych gości. To stary sposób – do mnie nikt nie podejdzie, bo pewnie jestem jednym z zaproszonych zagranicznych gości  (mojego wieku a więc i pozycji nie da się tu poznać po wyglądzie, w oczach Chińczyka mogę mieć lat 20 jak i 40) i głupio nawet pytać. Blef ma taką moc, że zapewnia wygodne fotele jeszcze moim trojgu chińskim znajomym z wydziału.  No więc siedzimy z ważnymi minami i notesami Hello Kitty w drugim rzędzie, a Beck przemawia. Ogólnie mówi to, co w książkach, tyle tylko, że robi to z silnym niemieckim akcentem i bez tłumaczenia, co sprawia, że moi biedni znajomi wykrzywiają się z wysiłku, żeby go zrozumieć (teraz wiedzą, co czuję na niektórych wykładach). Kończy stwierdzeniem, że wie już, że trzeba badać drugą nowoczesność w jej nie-zachodnich odsłonach (niestety, jak i co, to już nie mówi, a tu przypadkiem właśnie w takiej odsłonie się mieszka, chodzi na zajęcia, rozwiązuje problem zatrutego mleka). Ciekawie robi się dopiero po końcu wystąpienia.

Na mównicę wchodzi chiński profesor socjologii, który ma za zadanie dodać “chiński kontekst” do tego, co mówił Beck. No i dodaje. Styl tego dodawania przypomina mi sposób, w jaki zdawano egzamin urzędniczy w cesarskich Chinach. Po prostu sypie cytatami z klasyków: Konfucjusza, Mencjusza, Sunzi i Mao. Zaczynamy podziwiać tłumacza (cytaty, oprócz tych z Mao, są w klasycznym chińskim) i skupiać się bardziej na jowialnej, zaróżowionej twarzy Becka, na której maluje się rosnące zdumienie.  Celem przemówienia jest pokazanie zagranicznemu gościowi, że wszystko o czym mówi, już kiedyś wymyślili Chińczycy. Tu już nie tyle już chodzi o chińską naukę, ale o chińską dumę. Kosmopolityzacja? Proszę bardzo - już Konfucjusz mówił, że wszyscy jesteśmy braćmi pomiędzy czterema morzami. Ryzyko i katastrofy? Proszę – już Mao pisał o ryzyku (tu wymieniamy cicho uwagę, że Mao faktycznie jak nikt wiedział dużo o katastrofach i ryzyku) itd. Na koniec wytoczony zostaje Marks i następuje uwaga, że cały dyskurs o ryzyku ekologicznym w postaci gazów cieplarnianych ma podłoże polityczne i ekonomiczne, mające na celu narzucić dominację pewnych krajów nad innymi i że to sztuczny problem.

Beck wydaje z siebie “Wow” – mniej więcej takie, jak mógłby wydać, gdyby w środku konferencji zjawił się połykacz noży i zaprezentował swój program, po czym okazało się, że został zaproszony przez gospodarzy jako najlepsza możliwa rozrywka. Potem tłumaczy jeszcze raz, że chodziło mu o coś innego, niż “przyjaźń pomiędzy narodami”, że to nie on wymyślił zatrucie środowiska i że on tylko rekonstruuje dyskurs etc. Mam wrażenie, że tłumaczenia te odebrane są przez część profesorów jako wydumane.

Kolejne pytania zadawane przez profesorów (“Żeby osiągnąć międzynarodową wspólnotę trzeba mieć jakiś wspólny język, jak to zrobić?” etc.) wskazują, że jedna strona z drugą zupełnie się nie zrozumiały.  I że to niezrozumienie jest dowodem na to, że Beck - choć z całych sił deklaruje zwalczanie “nacjonalizmu metodologicznego”, tkwi może już nie w perspektywie niemieckiej, ale do bólu europejskiej. Że chińscy profesorowie, pomimo “okcydentalizacji” chińskiej nauki, na którą się tak często uskarżają, nie mają wiedzy i kontekstu koniecznego dla zrozumienia chociażby terminologii tego- bądź co bądź – jednego z bardziej prominentnych zachodnich badaczy. A po środku tego wszystkiego nieszczęsny angielski.

To o czym mówi Beck dla przemawiających chińskich profesorów jest w najlepszym razie obce i wydumane. W nieco gorszym – widziane jest jako zagrożenie, coś dokładnie przeciwnego głównym celom, o których obecnie mówi się w Chinach. No bo on o zwalczaniu “nacjonalizmu metodologicznego”, podczas gdy tutaj próbuje się z całej siły skonstruować “narodową perspektywę” . On o ponadgraniczości, rozkładzie dotychczasowych reguł i kosmopolitanizmie jako o szansie, podczas gdy tutaj pachnie to chaosem (czyli źle pachnie), a władza lansuje usilnie “harmonijne, uporządkowane społeczeństwo,hexie shehui“. On o otwieraniu się władzy i konieczności jej przyznania się do niemożności zapanowania nad ryzykiem, jako o sposobie na jej legitymizację, podczas gdy tutaj legitymizacja władzy opiera się w znacznej mierze na wierze, że ma ona pełną kontrolę (do tego “opartą o naukowe podstawy”) np. nad ekonomią. Te beckowskie szanse są widziane na tyle duże zagrożenia, że trzeba wytoczyć działo w postaci cytatów z “jednego z najwybitniejszych myślicieli świata – Konfucjusza” i mieć nadzieję, że ich siła będzie mówić sama za siebie.

W tym wszystkim zadziwiają mnie studenci - zadają odważne sensowne pytania, nie używają cytatów jako tarczy,  argumentują, są krytyczni. W pewnym sensie jestem z nich dumna. W końcu pada pytanie o Chiny i o ich drogę w nowoczesności (już pal licho w której). I znowu widać, jak strasznie dużo dzieli tego europejskiego profesora od świata w świecie, w którym właśnie jesteśmy. Zapytany o Chiny, mówi o tym, że tworzenie iluzji perfekcyjnego zarządzania ryzykiem jest bardziej niebepieczne niż to (zdefiniowane już) ryzyko. Krótko mówiąc, mówi o otwarciu politycznym, ostrzega, że jego brak może doprowadzić do eksplozji. I tyle. I nikt nie kontruje, rzecz wybrzmiewa i tak to zostaje. Potem, już po wyjściu, jak przetłumacze znajomym (w końcu nie zrozumieli, a może kontry nie było, bo w ogóle mało kto zrozumiał?), to się wkurzą nie na żarty, już nie tyle dlatego, że ktoś znowu nie znając Chin i ich zagrożeń uczy je, co powinny zrobić, ale dlatego, że to w ich oczach żadne odkrycie i że znowu oczywistość “jest sprzedawana jako cos cudownego, bo z Zachodu”.

Faktycznie, tutaj niemal na każdych zajęciach mówi się o  gongkai – otwarciu publicznym: władzy, mediów. Choć nie jest to otwarcie, o jakim mówi Beck (no bo niby czemu miałoby być?). To raczej dyskusja o większej transparentności. Jak dla mnie jej istnienie np. w środowisku uniwersyteckim to ważny znak dynamizmu dzisiejszych Chin, także jeśli chodzi o idee (w skali chińskiej, ale to w końcu nie byle jaka skala). Tylko czy tego rodzaju zmiany nie wydają się zbyt małe (jakoś słowo “mały” z trudem mi przechodzi przez palce w odniesieniu do czegokolwiek chińskiego) z europejskiej perspektywy? I co musiałoby się zdarzyć, żeby Beck miał o Chinach do powiedzenia więcej niż 3 słowa?

29

09 2009

Kurs marksizmu

Nie byłabym sobą, gdybym nie zapisała się na kurs marksizmu. Marksizm – to jest dopiero kopiowanie Zachodu!

No i uśmiecham się, jak współstudiujący mówią do mnie: “to musi być dla Ciebie bardzo egzotyczne, przecież jesteś z Zachodu!”.

Jeśli chodzi o te zajęcia, muszę się przyznać do pozytywnego zaskoczenia, które w całości zawdzięczam mądrości prowadzącego, który nie ma w sobie nic ze skostnialego dogmatyka, za to dużo doświadczeń i ogromną erudycję (chociaż może w sumie to zawdzięczam ową satysfakcję uczelni, która zrobiła wszystko, żeby kurs był atrakcyjny – nie tylko ten świetny profesor, ale także i najbardziej profesjonalny powerpoint, praca w grupach i inne atrakcje). No a sama treść kursu – profesor mówi po prostu o historii marksizmu i marksistów, dodając masę anegdot – np. o tym, jak w Mao, pracującemu w bibliotece Beida (Uniwersytet Pekinski) rodziła się niechęć do profesorów (która zebrała żniwo podczas Rewolucji Kulturalnej), zarabiających 300 kuajów podczas gdy on zarabiał 8, albo co robił Deng w Paryżu. A do tego ma w sobie szczerość i bezpośredniość taką, że studenty, co normalnie trochę śpią na zajęciach, na tych mają oczy wpatrzone w prowadzącego jak w obrazek.

22

09 2009

Coca-cola i chrześcijanie jak dzieci

Profesorów, z którymi tu się zetknęłam, można podług przyjętych przez nich założeń wstępnie podzielić na dwie kategorie. Pierwsza z nich to ci, którzy przyjmują aparat opracowany przez tzw. zachodnich badaczy i podług tego analizują Chiny. Pojawia się więc Delida (Derrida), Geerci (Geertz), Fouke (Foucault), Bate (Barthes) i inni. Tego rodzaju profesorowie, z którymi tu się zetknęłam, robią swe badania, jak dla mnie, w sposób całkiem twórczy. Tak jak pani profesor, która w świetny sposób mówiła o szanghajskiej tożsamości jako (wielokrotnie) konstruowanej i o Szanghaju jako wspólnocie wyobrażonej. Jest narzędzie, które jakoś działa, są dość ciekawe rezultaty. Druga kategoria to ci, którzy wszystko , co dzieje się we współczesnej kulturze Chin widzą jako “naśladowanie Zachodu” i widzą antidotum w studiowaniu/przywracaniu “tradycyjnej” kultury Chin, albo chociażby “demaskowaniu” wszędzie czającego się “Zachodu”, a zwłaszcza Ameryki. Zdaje się, sławy tutejszego wydziału (dość zgodnie uznawanego za najlepszy w swej dziedzinie w Chinach), należą w większości do tej właśnie kategorii. Choć wiadomo, że ten prąd istnieje – np. w postaci neokonfucjanizmu (konfucjanizm jako lek na całe zło współczesności) i pełni ważną rolę polityczną, to nie myślałam, że jest tak bardzo dominujący w życiu uniwersyteckim.

Argumenty “z coca-coli” (typu: “współczesny świat cały jest jak Ameryka, wystarczy popatrzeć, wszyscy noszą jeansy i piją coca-colę”) aż mnie wykręcają.

Na jednych zajęciach prowadzący ex cathedra robi porównanie poszczególnych religi świata do etapów rozwoju człowieka. No więc chrześcijaństwo i islam jako okres dziecięcy – karzący ojciec, zero moralności, tylko system kar i nagród. Potem jest trochę lepiej, bo wiek średni i buddzm – czyli rodzące się współczucie, a więc i moralność. Oczywiście najwyższy etap rozwoju to starość i odpowiadający jej taoizm i ogólnie wszelkie chińszczyzny, jako utożsamienie człowieka z naturą. Pomijając fakt, że takie porównania to część historii nauk społecznych znienawidzonego przez prelegenta Zachodu i że generalnie to mogą robić za przedmiot badań, a nie za ich podstawę, to nie wiem po prostu, jaki jest cel, oczywiście poza budowaniem chińskiej dumy (na schematach dotyczących obcych, choć i rodzimych reprezentantów pierwszego etapu rozwoju jest niemało).

A taki obcy – umniejszony, dziecinny – doświadczam tego na własnej skórze, kiedy współstudenci pytają mnie, czy wiem, kim był Mao Zedong (czy oni sami wiedzą?) i czy dlatego zaintresowałam się Chinami, że oglądałam dużo filmów kungfu.

22

09 2009