Posts Tagged ‘świat w świecie’

Skrawek sztandaru… cz. 2.

“Jesteśmy gotowi na komunizm!…” - deklamuje bojowo córka ZFY przygotowując się do lekcji. “Jeśli jesteś gotowa na komunizm, to musisz i być gotowa do pracy i nauki – to oznacza, że kiedy powiem Ci, że masz się uczyć, to, jako, że jesteś gotowa, to musisz natychmiast zacząć się wtedy uczyć!” – ZFY jak zwykle kuje żelazo, póki gorące. Dziecko przejrzało już matczyne sposoby: “Mamo, ja wiem, Ty znowu cytujesz Przewodniczącego Mao albo Konfucjusza….”

“Wybijemy do czysta naszych wrogów!…” - nuci dziarsko dziecko pod nosem. Tej piosenki o wybijaniu wrogów uczy ich Pani w szkole, odkąd cała klasa przystąpiła do pionierów, odkąd noszą czerwone chusteczki. “A kim są Twoi wrogowie?” – ciekawi się ZFY. Z buzi dziecka znika bojowy wyraz, pojawia się niepewność. “No nie wiem… thieves?” - dziewczynce wkrada się nowo wyuczone angielskie słówko i to w całkiem porządnej formie gramatycznej- “….jacyś przestępcy?”. ZFY jest wrażliwa na język, zwraca uwagę dziecku, żeby nie wtrącać angielskich słówek gdy mówi się po chińsku. Uśmiecha się: “Masz tylko jednego wroga i jest on w Tobie samej. Np. kiedy się uczysz i chce Ci się spać, to Twoja chęć spania jest Twoim wrogiem, gdy go zwalczysz, to właśnie jest wybicie wroga do czysta!”. Mała kiwa głową, ten wewnętrzny wróg ewidentnie jest jakiś konkretniejszy.

Ja: “To cała klasa przystąpiła do pionierów? A nie było żadnych rodziców, którzy się nie zgodzili?” ZFY uśmiecha się tym szczególnym uśmiechem, gdy wspomina dawniejsze czasy, jakby widziała oczami wyobraźni coś miłego, ale już pożółkłego, czego barwy już nie wrócą, jak jakiś kwiatek znaleziony w starym zielniku: “Za moich czasów być pionierem to był zaszczyt. Tylko najlepszy uczeń w klasie mógł zostać pionierem, dostać czerwonę chustę. Ale potem stwierdzono, że taka selekcja, ta elitarność, ma zły wpływ na dzieci, pozostałe czują się gorsze i teraz każdy już w drugim semestrze pierwszej klasy zostaje pionierem. Ale fakt, było w klasie troje rodziców, którzy złożyli oświadczenie, że nie godzą się, aby ich dzieci przystąpiły do pionierów. Ale teraz są już wszyscy”. Ja: “A jak to się stało?”. ZFY mruży oczy z rozbawienia, przygotowuje się do opowiedzenia perełki: “O to samo zapytałam moją córkę, gdy doniosła mi, że już wszyscy są w pionierach. A dziecko na to co? Dziecko podbiera się pod boki i tryumfalnie wykrzykuje: ‘jak to, od kiedy to nauczyciel nie znajdzie sposobu, żeby zwalczyć -斗争 douzheng – jakichś rodziców?’” . ZFY śmieje się, wciąż mruży oczy zza okrągłych okularów bez oprawek, rozkłada ręce (rękaw brązowej bluzki na kołeczki odsuwa się, na przegubie ręki nieodłączna buddyjska bransoletka): “sama nie wiem, ona normalnie wyraża się tak prosto, jak to dziecko, a tu nagle taki sposób mówienia, zupełnie do niej nie pasuje…ale fakt, ci ich nauczyciele są naprawdę 厉害”.  厉害 lihai – znaczy mniej więcej “twardy”, “ostry” dziś w odniesieniu do osoby oznacza, że jest mocna, “niezła” etc.  斗争 douzheng – to walka, zwalczanie. Jak 阶级斗争 jieji douzheng, walka klas. Jak “zwalczanie”,które miało miejsce podczas 批斗会 pidou hui – “wieców krytyki i walki” za Rewolucji Kulturalnej.

Elitarność czerwonej chusty nadal istnieje – przynajmniej w oczach dziecka.  ZFY bierze córkę na piknik do parku, dziecko przed wyjściem wiąże czerwoną chustę. W parku rozgląda się bacznie, by na koniec z dumą stwierdzić: “phi, nikt nie ma chusty, tylko ja jedna mam coś takiego!”

ZFY w domu uczy dziecka treści Analektów konfucjańskich, w szkolnym podręczniku do chińskiego jest i czytanka o “Przewodniczącym Mao, który wykopał studnię…” i o “wujku Dengu, który posadził drzewo w parku przy Światyni Nieba”. “Babciu, babcia była właśnie w parku Światyni Nieba ćwiczyć z koleżankami, czy widziała drzewo Xiaoping?” .”Drzewo co…?” - babcia niewiele z tego rozumie.

“Moje dziecko niewiele rozumie. Przecież wychowała się w Japonii i o wielu rzeczach nie ma pojęcia, nie wie nawet kim był Deng Xiaoping czy Zhou Enlai” - śmieje się ZFY. Mała prawie cztery lata ze swojego siedmioletniego życia spędziła w Japonii. Wciąż tęskni za japońskimi koleżankami, za paniami w przedszkolu. Tak bardzo się bała, że jej ukochanej pani z tokijskiego przedszkola coś się stało podczas trzesięsienia ziemi – zadzwoniły wtedy do pani, obdzwoniły japońskie koleżanki, upewniły się, że sa bezpieczne, że mają się dobrze. Ale ostatnio córka ZFY przyszła ze szkoły zamyślona. Na lekcji chińskiego był tekst o chłopczyku, który zginał z rąk japońskich imperialistów w wieku zaledwie 13 lat. Niby było, że to właśnie jacyś imperialiści (nie wiadomo w sumie kto to), a nie normalni Japończycy, ale na ilustracji wściekli żołnierze powiewali japońską flagą. Dzieci, które do tej pory zazdrościły jej tej Japonii, zaczęły rzucać w jej stronę krzywe spojrzenia. Ona pomyślała o Japonii jej przedszkolnych przyjaciół i miłych pań i powiedziała na głos w klasie: “ci, których znałam w Japonii tego nie zrobili, nie są winni, tamci winni już dawno nie żyją”. A potem sama do siebie: “dobrze, że jednak urodziłam się w Pekinie, mam świadectwo urodzenia, jak będą chcieli, to mama im pokaże”.

ZFY: “jak słyszę słowo ‘walka klas’ i miałabym coś na ten temat napisać, to odbywa się to bez udziału mojego myślenia, po prostu ręka sama dopisuje ‘…jako podstawa’”. I jeszcze: “za moich młodych czasów jak zrobiono ranking częstotliwości występowania słów w języku chińskim, to 的 de (w dużym przybliżeniu słówko wprowadzające stosunek zależności – bxy) było na pierwszym miejscu, a na dziesiątym słowo 敌人 diren – wróg. Rozumiesz? Wróg!” – ZFY znowu rozkłada ręce.

Jak podaje internetowa baza wyrazów języka chińskiego www.cncorpus.org (obejmuje lata 1919-2000, nie udało mi się znaleźć bazy z np. ostatnich 10 lat) 的 de, jeśli chodzi o częstotliwośc występowania, oczywiście jest na miejscu pierwszym. Trudno sobie bez niego wyobrazić współczesny chiński. Diren - 敌人, wróg, na miejscu 574-tym. Na miejscu dziesiątym jest 我  wo -  ja.

30

05 2011

Zielona trawa i skrawek sztandaru krwią farbowany

Ponieważ w tej chwili korzystanie ze stron internetowych z domenami niechińskimi przypomina partyzantkę w gęstym lesie, moje życie stanęło na głowie. Mail w 98% próbach zalogowania nie chodzi, a jako, że mam ostatnio trochę waznych spraw na głowie, to mój tata z Polski monitoruje moją skrzynkę i jak pojawi się tam jakaś ważna wiadomośc, to dzwoni i relacjonuje mi ustnie, co było w mailu. Ponieważ, jako, że Go0gle też nie działa, wyszukanie informacji, których wyszukanie powinno zająć nie więcej niż 3 minuty, zajmuje teraz godziny (Baidu, najpopularniejsza przeglądarka Chin radzi sobie z wszystkimi innymi, poza chińskim, językami jak ryba z haftem). Nawet nie mogę się dowiedzieć, czy w innych stronach Chin jest podobnie, no bo….nie moge się przecież dostać do informacji. Na razie wiem, że w niektórych dzielnicach Pekinu jest tak samo. Ponieważ zalogowanie się na bloga graniczy z cudem, a ja potrzebę pisania bloga mam taką, jak zawsze, robię sobie notatki w Wordzie. Jeśli Miły Czytelnik widzi ten wpis, znaczy, że udało mi się po kilku dniach prób wstrzelić w okienko, podczas którego da się wejśc na bloga. A oto i wpis:

Deszcze nie padał od 8 miesięcy. Gdy wreszcie spadł, dla ZFY były to dwa pracowite dni. ZFY była zajęta ratowaniem dżdżownic. Zdejmuje kapelusz, poprawia tradycyjną wyszywaną bluzkę na kołeczki i grube okulary (naczytała się chińskich klasyków). „Przepraszam, nie miałam czasu, byłam zajęta ratowaniem dżdżownic” – mówi tonem, jakby mówiła „przepraszam, byłam zajęta przygotowywaniem nowego konspektu”, a słuchającym wydaje się, że się przesłyszeli, że słowo „dżdżownica”wcale nie padło.

Bo jest tak: po deszczu dżdżownice wychodzą z ziemi i poruszają się po powierzchni napawając się świeżą wilgocią. W normalnych warunkach dżdżownica połazi, połazi i wraca z powrotem do dziurki, którą wylazła. Zawsze do tej, którą wylazła. Tak jest w normalnych, naturalnych warunkach. W mieście dżdżownica wykopuje się na powierzchnię, idzie, idzie i trafia na chodnik i ginie pod nogami pieszych, kołami rowerów, trójkołówek, skuterów i innych. ZFY chodzi ostrożnie wzdłuż chodnika, kapelusz, długie czarne włosy, bluzka na kołeczki, schyla się, bierze w palce dżdżownice i przenosi na trawnik. „Nie brzydzi się pani?” – pyta starszy pan w parku, gdzie działa ZFY, „ja bym nawet butem nie dotknął”. „A co tu się brzydzić?” – odpowiada ZFY – „stworzenie jak każde inne”. Ale potem ZFY przypomina sobie, że przecież dżdżownica musi znaleźć dziurkę, z której wylazła, inaczej nie wejdzie, nie wróci do siebie. „No, ale jak ja mam tę dziurkę znaleźć? To zupełnie niemożliwe”. Wyszukuje w internecie hasło „pomagać dżdżownicom po deszczu” i znajduje rozwiązane, trochę wymuszone, nienaturalne, ale zawsze rozwiązanie. Następnego dnia wyrusza do parku uzbrojona w pałeczki. „Po co idziesz do parku z pałeczkami?” pyta się mąż, ale w sumie przywykł już do tego, że ZFY ma oryginalne pomysły. Teść nie mówi nic, bo wie, że ZFY i tak mu nie odpowie, tak jak i wtedy, gdy teść zaczepia, podchodzi i krąży, bo chciałby rozpętać kłótnię o to, czy „tylko Renmin Ribao mówi prawdę” i czy „najazd na Libię jest zbrodnią zachodnich mocarstw” a ZFY nie odpowiada nic, bo wystarczy już tych nieprowadzących do niczego kłótni. ZFY idzie do parku, zabiera dżdżownicę po dżdżownicy z chodnika, idzie na trawnik, robi pałeczką dziurkę w ziemi i wkłada tam dżdżownice. „A jeśli włożyła ją Pani odwrotnie, głową czy tam co ona tam ma do góry, a ogonem do dołu, to jak ma się wkęcić?” – pytam podstępnie acz ostrożnie. „Oglądałam zdjęcia, da się odróżnić, gdzie ma głowę, poza tym, jak na początku wkładałam przez pomyłkę głową do góry, to zaczynała się wyginać i usiłowała się wydostać” – odpowiada ZFY.

Dżdżownice ratować trzeba, inaczej, pozbawione naskórka, gdy tylko wyschnie woda, też zaczynają wysychać, nie mogą się poruszać, zjadają je wtedy żywcem mrówki i ślimaki. Cierpią, co za straszna śmierć. ZFY chce ocalić je od cierpienia, bo jako dobra buddystka chce zmniejszyć pulę cierpienia na świecie. Tego też ZFY uczy 8-letnią córkę. Trochę spóźniły się do szkoły, bo znowu spadł deszcz i ratowały te dżdżownice, ale gdy córka napisała o tym w wypracowaniu, pani ją pochwaliła.

ZFY jest żarliwą buddystką, mało co je, mało śpi, każdą chwilę wykorzystuje na wypowiadanie imienia Buddy. „To jak Lei Feng” – mówi – „on też każdą chwilę wykorzystywał na studiowanie książek Przewodniczącego Mao”. ZFY jest członkiem Partii. ZFY nie powie nigdy “Mao Zedong”, tylko właśnie Przewodniczący Mao i słychać w jej głosie szacunek. Czasem zdarza jej powiedzieć „Ech, Przewodniczący Mao to był romantykiem”, a mówi to z dobrotliwym uśmiechem, gdy rozmowa schodzi na tematy typu „Wielki Skok”, czy próby zastąpienia jej ukochanych chińskich znaków pinyinem. ZFY z zatroskaniem przygląda się degradacji kultury po reformach Denga. Zniknął duch znojów i prostoty – 艰苦朴素精神, przyszła rywalizacja i niezgoda.

Wczoraj, gdy 8-letnia córka przyszła do niej i spytała: „pani w szkole powiedziała, że pionierska, czerwona chusta, którą mamy nosić, jest kawałkiem czerwonego sztandaru i jest farbowana ludzką krwią, czy to znaczy, że ktoś cierpiał i musiał zginąć, że kogoś zabili?” ZFY roześmiała się, pogłaskała córkę po głowie i odpowiedziała: „to taka przenośnia, żebyśmy pamiętali, że abyśmy mogli mieć Nowe Chiny, musiało poświęcić się bardzo wielu ludzi”. „To czy to znaczy, że tak naprawdę nie ma takich farbowanych ludzką krwią sztandarów?”. ZFY odpowiedziała na to: „jest jeden taki sztandar”. „Gdzie jest?” – pyta córka. „Na Placu Tiananmen”. „I tylko tam?” „Tak, tylko tam”.

19

05 2011

Chinska Republika Parkowa

Chinska Republika Parkowa (zwana dalej ChRP) ma przyczolki rozlokowane  w obrebie znacznej czesci Chinskiej Republiki Ludowej (ChRL). Podobnie jak ChRL, ChRP jest zroznicowana geograficznie i kulturowo. Piszaca te slowa za kazdym razem, gdy jest w jakims zakatku ChRL odleglym od Udzielnego Ksiestwa Hu (Hu 沪 – Szanghaj) stara sie przeprowadzac obserwacje zachowan populacji ChRP na danym terenie (vide post Kunming-obserwacja uczestniczaca czy – czesciowo  - ten post)

W zasadzie okreslenie “populacja ChRP” jest nieprawidlowe. Ludnosc ChRP to ludnosc w calosci naplywowa. Sredni czas pozostawania na terenie ChRP wynosi okolo kilku godzin. Granice ChRP zazwyczaj przekraczane sa przez ludnosc ChRL masowo w weekendy. Ale nawet wtedy czas oczekiwania na granicy nie jest zbyt dlugi. Ot, dajesz przygotowane 15 czy 10 kuajow, dostajesz, z reguly zielony, bilecik i przekraczasz granice. Nikt nie pyta o wiek, o status spoleczny, ilosc drobnych w kieszeni, co zamierzac w ChRP robic.

Nie masz walizki. No chyba, ze targasz w niej sprzet fotograficzny. Mozesz miec namiot, torbe piknikowa a nawet przygotowane juz szaszlyki i rozen. Mozesz miec tez sprzet do przekraczania powietrznej granicy ChRP - latawiec. Przyczolki ChRP to prawdopodobnie jedyne miejsce na swiecie, w ktorym do lotu wzbijaja sie pingwiny a nawet zlote rybki.

ChRP ma flage podobna do flagi ChRL. Choc moze to zolte to kwiaty?

DSC08564

Poszczegolne przyczolki ChRP cechuja sie bogatym zroznicowaniem geograficznym: obecne sa jeziora, wodospady, rzeczki, gorki a nawet bagna. Na terenie ChRP mozna spotkac powszechnie rosnace maki - Papaver somniferum (nawet w przyczolku ChRP ktory kiedys byl bastionem obrony Chin w wojnach opiumowych – park Paotai Wan nad Jangcy). Maki te rosna sobie jak gdyby nigby nic. Na terenie ChRP mak jest makiem… jest makiem… jest makiem:

DSC08512

Pomimo bogactwa form uksztaltowania terenu, orientacja w  ChRP jest zazwyczaj bardzo prosta – centrum kazdego z przyczolkow ChRP znajduje sie w miejscu, nad ktorym unosza sie latawce.

Transport w ChRP. ChRP posiada zroznicowane srodki transportu. Od roweru wzmacniajacego wiezi rodzinne/partnerskie:

DSC08664

przez rower wzmaniajacy poczucie indywidualizmu:

DSC08542

po meleksy i inne takie tam, az po transport kolejowy (w wybranych osrodkach)

DSC08605

i lodz piratow. Piszaca te slowa wybrala srodek traportu, ktory wydal jej sie najbardziej eksytujacy - wielka wsciekle machajaca lape, na koncu ktorej znajdowal sie jakby wiatrak, na ktorego skrzydlach znajdowaly sie krzeselka. Wiatrak machal rownie wsciekle co lapa i to we wszystkich mozliwych plaszczyznach. Piszaca te slowa leciala bokiem, do gory nogami, twarza do dolu, nad drzewami, w kierunku “pnia” potwornego urzadzenia. Po zakoneczniu podrozy, po oddaleniu sie kilka metrow od miejsca kazni  zaobserwowala, ze ciagle jest w tym samym miejscu, nadal w ChRP, tylko tym razem w pozycji polklecznej, przewieszonej przez barierke. Zaobserwowala tez, ze stan w jakim sie znalazla po tej podrozy wywoluje smiech politowania ludnosci ChRP i chec utrwalenia stanu piszacej za pomoca aparatow fotograficznych.

Ludnosc ChRP reprezentuje wszystkie warstwy spoleczne i przedzialy wiekowe. Podstawowe formy organizacji rodzinnej i spolecznej:

I. Klasyczny model 2+1:

DSC08659

II. 2+2:

DSC08665

III. Model kolektywny (tak, flaga z tylu to flaga Partii):

DSC08598

Typem nadprezentowanym na terenach ChRP jest

IV. Podstawowa komorka spoleczna in statu nascendi:

DSC08626

DSC08630

DSC08632

tzn nie mloda para + fotografowie+ ciagnik+ ogrodnik, tylko mloda para po prostu. Jak w przypadku kazdej komorki in statu nascendi - moze z niej jeszcze wyrosnac wszystko.

Na podstawie obserwacji przeprowadzonej w dniach 5-6.06.2010 na terenie dwoch przyczolkow ChRP (park Paotai Wan na rzeka Jangcy i Park Lesny w dzielnicy Yangpu) na terenie Ksiestwa Udzielnego Hu, mozna zaobserwowac, ze ludnosc populujaca ChRP trudni sie wieloma zajeciami, np.

1. Lowiectwem. Grupy lowieckie sa z reguly male, rodzinne.

DSC08519

Zaobserwowano tez mezczyzn, ktorzy w celu wykazania sie zwinnoscia i zaradnoscia (czyli cechami pozadanymi w organizacji rodzinnej na terenie ChRL), poluja samodzielnie pod okiem wybranej kobiety.

DSC08514

2. Puszczaniem latawcow. Wyniki eksperymentu, jaki przeprowadzila piszaca te slowa,  polegajacego na samodzielnych probach puszczania latawca, wykazaly, ze czynnosc ta moze jednoczesnie stanowic dobra namiastke zarowno zeglowania jak i wyprowadzania (niezbyt grzecznego) psa na spacer.

3. Konstrowaniem prowizorycznych domostw odzwierciedlajacych podstawowe struktury spoleczne ChRL (formy organizacji spolecznej: od komorek dwuosobowych po kolektywy):

DSC08560DSC08541

4. Zbieractwem zdjec (kwiatkow, motylkow etc.)

ChRP - jak niegdysiejsze cesarstwo chinskie, cechuje sie duza zdolnoscia do asymilacji przybyszow z zewnatrz. Np. piszaca te slowa po obserwacjach prowadzonych na terenie ChRP poczula prawdziwie przemozna, wprost nie do zwalczenia chec nabycia i puszczania latawca (czyli przeprowadzenia w/w wspomnianego eksperymentu). Tutaj nalezy zauwazyc, ze proces asymilacji, pomimo zyczliwego nastawienia trudniacej sie wypasem latawcow czesci populacji ChRP, w tym konkretnym przypadku nie przebiegal szczegolnie pomyslnie. Podczas eksperymentu dalo sie zaobserwowac trzy czynniki odrozniajace puszczanie latawca w wykonaniu piszacej te slowa od wykonywania tej czynnosci przez ludnosc regularnie przkerajaczaja granice ChRP:

1. O ile stali przybysze podczas puszczania latawca przyjmowali pozycje statyczna, o tyle piszaca te slowa latala jak glupia po calej lace gubiac buty

2. Latawce stalych bywalcow ChRP  szybowaly wysoko i stabilnie. Latawiec piszacej te slowa nie szybowal, tylko wykonywal ruchy Browna (czyt. latal na wszystkie strony w 3D), czesto w locie korkociagowym w kierunku ziemi, dziobem do dolu.

3. Stali bywalcy nie byli cali oplatani linka, tylko jakims cudem nawijali ja na kolowrotek…

W kazdym z przypadkow ChRP sasiaduje z ChRL. Tutaj np. granica na rzece Jangcy:

DSC08569

Czasami obie Republiki dzieli mur, ktory nie od razu pozwala dostrzec z terenow ChRP republike przylegla.  Jednak srodki przedsiewziete przez piszaca te slowa, w postaci podskokow i ustawiania kamieni jeden na drugim pozwolily mimo wszystko na pobiezna obserwacje terenu po drugiej stronie granicy:

DSC08636

Tak, jednej Republiki nie byloby bez drugiej.

08

06 2010

Polska. Typ idealny (?). Historia (z) jednego tekstu.

Odkad wydarzyla sie polska katastrofa, w swoim przegladaniu chinskiej prasy i sieci czekalam na czwartek – dzien w ktorym ukazuje sie Nanfang Zhoumo (Weekend Poludniowy – od Poludnia jako regionu). Dla Czytelnikow moze nieco mniej zorientowanych w chinskich mediach – Nanfang Zhoumo ma opinie gazety inteligenckiej, wszechstronnej i – przede wszystkim- niecentralnej. I doczekalam sie. Mozna by spokojnie powiedziec, ze to jeden z najwazniejszych tekstow o Polsce, jaki kiedykolwiek ukazal sie w chinskiej prasie. Tyle, ze ten tekst to jest cos wiecej, niz tylko tekst o Polsce. Ponownie – Polska jest tu sposobem mowienia. Ale jakiego!

Tak jak pisalam w poprzednim wpisie - szybko nam tutaj w Chinach urosla minilegenda “dobrego prezydenta, co starym gratem latal, zeby oszczedzac pieniadze ludu” i od razu bylo jasne o czym w rzeczywistosci mowi kariera tej legendy. Ale ten mit, a raczej “micik” powstal do celow doraznych, stal sie jeszcze jedna figura retoryczna pomocna w wyrazeniu pewnych uszczypliwych uwag zwiazanych z bolaczkami tutejszej codziennosci. Wielgasny tekst z Nanfang Zhoumo (Nanfang ma format starych gazet, nie takich, co to mozna w metrze przegladac, ale takich, dla ktorych trzeba sprzatnac stol, tekst zajmuje jedna szesciokolumnowa strone + poczatek na pierwszej stronie)  rozmachem, horyzontem i rodzajem wizji bije wszystko na glowe.

Ale od poczatku. Choc tekstow o katastrofie, o Polsce ukazalo sie od soboty tony, to juz pierwsze zdanie tego gigantycznego tekstu pokazuje, ze jest on pisany innym piorem, ze ma co innego na celu niz - troche sensacyjne - doniesienia z innych gazet czy dorazne uszczypliwosci internautow odnoszace sie do przywilejow wladzy. Tekst rozpoczyna sie cytatem z Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (cytaty z polskich poetow beda otwierac kazdy podrodzial) i zdaniem “Gdy cialo Mari Kaczynskiej, pierwszej Damy Polski  powrocilo do Palacu Prezydenckiego, jej  maz czekal na nia spokojnie od dwoch dni”. Czyli, ze nie bedzie zwykly tekst informacyjny, tylko opowiesc, narracja. A o czym? W jakim celu? A no wlasnie.

Z kazdym zdaniem tekstu mysl przewodnia autorow jest coraz bardziej czytelna. Widac ja w srodtytulach: “poleganie na prawie - nie ma najmniejszych oznak chaosu”,” “przewrot w ktorym nie zbilo sie nawet szklo”, “to czas w ktorym przejawi swa role konstytucja”, “od “szoku” do G20″ oraz “zatwardzialy patriota”. Widac ja w doborze cytatow. O Kaczynskim (zupelnie inaczej niz w innych doniesieniach, gdzie zal Polakow po jego smierci byl wiazany z tym, ze Kaczynski byl np. “ulubionym politykiem biednych”) wypowiadaja sie wylacznie osoby, ktore nigdy go nie poparly politycznie, ale pomimo tego teraz szanuja jego pamiec i obchodza zalobe “niezaleznie od pogladow politycznych”. Mowia: “moje serce jest w kawalkach”. Jak to jest mozliwe? Co za rodzaj wiezi ich wiaze z tym niepopieranym przez nich prezydentem? I co sprawia, ze pomimo katastrofy, warszawska gielda nadal notuje niewielki wzrost a zloty sie umacnia? Nanfang ze zdania na zdanie coraz wyrazniej udziela odpowiedzi.

Najpierw jednak cofnie sie do okresu, ktory zostal przemilczany przez wszystkie inne gazety – do lat 80-tych. Inne gazety traktuja ten okres jak mine, ktora lepiej obchodzic z daleka, pisza co najwyzej, ze “Lech Kaczynski poczawszy od konca lat 70-tych wkracza na scene polityczna”. Od czego inni stronia, do tego Nanfang niemal z luboscia sie zbliza, operujac przy tym jakze odmiennym jezykiem. Padaja slowa, ktore w zadnych innych doniesieniach nie padly - “ostra walka”, “wiezienie”“delegalizacja Solidarnosci”. Walesa zostaje nazwany – uwaga! – “kapitanem statku” i “rewolucjonista”. Kaczynski – ten walczacy z systemem, siedzacy w wiezieniu pozniejszy prezydent -  “zatwardzialym patriota” (nie bede sie tutaj o tym rozpisywac, ale chyba kazdy ma swiadomosc jak bardzo wyjatkowe, w kontekscie tutejszym, jest to stwierdzenie). Na wszystkie gazety, jakie przeczytalam od soboty, zostanie po raz pierwszy powiedziane, ze dopiero co zmarly prezydent otwarcie walczyl z poprzednim ustrojem. I ze jego strona wygrala. Zostanie – jak najbardziej – przywolane miazdzace zwyciestwo Solidarnosci w, to kolejne niezwykle slowo,“wolnych wyborach”, ktore umozliwila “partia rzadzaca”. Jej rola jest chwalona – “pokojowy przewrot”, w ktorym “nie zostala stluczona nawet jedna szyba” byl mozliwy tylko za obopolnym porozumieniem. Inne gazety ten punkt w historii Polski kwitowaly jednym zdaniem: “nastapila pluralizacja”.

Autorzy z nieklamana fascynacja przygladaja sie polskiej drodze po 1989 – roku, ktory widza jako polski “lancuch gorski dzielacy wody” (分水山岭).  Przygladaja sie poroznieniu sie srodowisk Solidarnosci, terapii szokowej, zakonczeniu sie roli Walesy, rozdrobnieniu partyjnemu, sporom, roznicom. Choc przyznaja, ze “drobny chaos” byl w tych czasach stale obecny (小乱不断, 小打小闹), to jednak nie da sie go nijak porownac z czasem sprzed 1989. Czas przed tym rokiem byl, zdaniem Autorow, czasem nieustannych zakretow, rwanych zwrotow (波折隔三差五), protestow, strajkow i zwyczajnego ludzkiego nieszczescia (wodka!). Zaznaczaja jednak, ze w Polsce socjalizm i tak przybral forme lagodniejsza niz w innych krajach regionu, nie przeszedl tak ciezkich, jak gdzie indziej wielkich stalinowskich czystek,  “wielkich mordow” ani powszechnej kolektywizacji. System byl “cieplejszy”.

A po zmianie systemu co? Pojawil sie wspomniany “maly chaos”, ale cale to burzenie sie ludu, niepokoje, a nawet opijanie sie wodka jakby zelzaly. Dlaczego tak sie dzialo? Bo zostalo powolane panstwo prawa, w ktorym obywatele mogli brac udzial. Widzac te przemiany, tu autorzy nie uciekaja sie do cytatu, pisza wlasnymi slowami: “uprzednia wladza tez zrozumiala, ze nie trzeba sie bac demokracji, trzeba tylko szanowac wole ludu, bardziej polegac na sile urn do glosowania niz sile karabinow i palek a serce moze odetchac z ulga”.

To ono, panstwo prawa,  jest prawdziwym bohaterem tego tekstu.  Tekst pelen jest wypowiedzi typu “teraz, zgodnie z konsytucja”, “zgodnie z prawem”, “rzady prawa”, “wiernosc konsytutcji”. Cytowany jest Mazowiecki (“pierwszy wybrany przez lud premier”) mowiacy – a jakze-  o “ustanowieniu demokratycznego panstwa prawa”. Choc – jak zaznaczaja Autorzy – takze i Mazowiecki, podobnie jak inne postacie polskiej sceny politycznej, nie dokonczyl tego dziela, to jednak, dzieki stalym ramom prawnym wlasnie, mozliwa byla kontynuacja.

Dla Autorow prawdziwym zwienczeniem przemian byl rok 1997 – zmieniono konstytucje i zwykli Polacy poczuli jakby “droga sie nagle wyprostowala”, jakby “poruszali sie lekkim wozem po znanej drodze” (驾轻就熟). Choc partie zmienialy sie jak w kalejdoskopie, wskazowka poparcia biegala od lewicy do prawicy i z powrotem i raz po raz powracal “maly chaos”, to ludzie dopiero wtedy poczuli, ze dopiero to jest im znajoma rzeczywistosc, ze ten “maly chaos” nie jest straszny, bo jest ujety w ramy prawne, ktore daja nadrzedna stabilnosc, ujarzmiaja go. Majac te ramy poczuli sie tak spokojni o losy panstwa prawa, ze – uznawszy ze sprawy przyjely wreszcie dobry obrot – przestali chodzic na wybory.

Wedlug Autorow praworzadnosc nie tylko uspokaja nastroje, osadza konflikt w stabilnych warunkach brzegowych i prowadzi do sukcesu ekonomicznego (a za jego przyklad uznaje Polske). Praworzadnosc jest tez kluczem do zrozumienia, dlaczego nawet przeciwnicy polityczni zmarlego prezydenta sa dzis w stanie odczuwac autentyczny zal i ze nikt nie niepokoi sie o dalsze losy Polski, “czekajac ze spokojem na wprowadzenie zapisow konsytucji”. I ta stalosc prawna, przejrzystosc regul i wybor, ktory gwarantuja - a nie przywiazanie do jednego czy drugiego przywodcy (Walesa przedstawiony jako “odprawiony z powrotem do stoczni” gdy spelnil swoja role, Kaczynski ukazany jako ktos, kogo konserwatywne poglady w warunkach integracji z Unia w nieuchronny sposob musialy stracic poparcie spoleczne) jest – wedlug Autorow - recepta na stablilnosc i sukces (Polski). Zeby ten polski sukces zmierzyc, autorzy wychodza od dochodu PKB w 1989 i porownuja z dzisiejszym, chwala “stabliny” poziom bezrobocia i wzrost w dobie kryzysu, ktore sprawiaja “ze Polska wywoluje zazdrosc w Uni Europejskiej”.

Osob zasluzonych w opisywanej ”walce” nie gloryfikuja, nie brazowia. Wrecz przeciwnie, nie uznaja “wyslania Walesy z powrotem do stoczni”, zmierzchu popularnosci Kaczynskiego czy protestow przeciwko jego pochowkowi na Wawelu za niewdziecznosc ludu (Nanfang pisze, ze protestujacy nie chca pochowku na Wawelu, bo to jak “to przyznac, ze Kaczynski byl krolem”, czyli de facto wyrazaja przedstawiany w artykule etos demokratycznej republiki). Wrecz przeciwnie, uznaja takie przemijanie postaci w historii panstwa,  w ktorym rzadzi prawo za rzecz naturalna, potrzebna, malo wazna, a konflikt za rzecz normalna. To nie te – nawet wybitne – jednostki i powszechna zgoda (az by sie tu chcialo wpisac inne slowo, tak tu popularne), ale prawo, wybory, “wiernosc konstytucji” zapewniaja prawdziwa ciaglosc. Autorzy pisza nawet, na koniec artykulu wracajac do poetyckiego stylu z poczatku tekstu: “Kaczynski w wielkiej rzece historii jest tylko malym odcinkiem jej biegu”. Zas wody rzeki nie znaja odpoczynku - 河水不息 . Tekst konczy sie cytatem: “Nikt z Polakow chyba nie zaprzeczy, ze byl on wielkim patriota i ze wywarl wielki wplyw na praworzadna i sprawiedliwa przyszlosc tego kraju”.

Wiem, ze Polakowi ten tekst moze wydac sie bardzo idealistyczny i idealizujacy.  Czasem moze  nawet nieco zabawny, np. gdy uzdrowienczym mocom panstwa prawa autorzy przyznaja spadek spozycia wodki , ktora “znamionowala polska historie sprzed 1989″. Czasem ich cezura jest zupelnie czarno-biala, np., pisza, ze wraz z poprzednim systemem zniknely “protesty i stajki”, czy, ze “choc bogatych jest wiele, to jednak nie slychac o oligarchach”. Czy kraj o ktorym pisza to rzeczywiscie nasz kraj?   Choc niektore z wytlumaczen moga budzic sprzeciw, a w niektorych jest z kolei chyba duzo wiecej sensu niz w naszych polskich, krazacych tu i owdzie, osadach (np. sugerowana przez Nanfang wizja pograzonych w bolu przeciwnikow Kaczynskiego, bo to demokratycznie wybrany prezydent vs. znana skadinad wizja przeciwnikow pograzonych w bolu, bo gryzie ich sumienie, ze nie byli mili), to jednak wazniejsze niz pytanie o adekwatnosc ogolnego obrazu i jego poszczegolnych fragmentow jest co innego.  Maly “micik” o Kaczynskim oszczedzajacym dla dobra ludu byl ciekawa figura retoryczna, wylaniajaca sie spontanicznie, na potrzeby chwili, bez szerszego (chyba) horyzontu. Tutaj mamy do czynienia z ogromna, zlozona narracja, wizja i rozmachem, ktore mowia wiele rzeczy zupelnie unikalnych w kontekscie chinskim – o konflikcie, o zmianie, o chaosie, o wielkich jednostkach, o patriotyzmie. I co ciekawe - zupelnie innym, niz ten dominujacy, jezykiem. To czyjes credo? To “zawor bezpieczenstwa?” To manifest? To test?

P.S. Elektroniczna wersja tekstu http://www.infzm.com/content/43900 Polecam tez komentarze (niestety rzecz jasna wszystko po chinsku, jesli Czytelnicy byliby zainteresowani, moge przetlumaczyc)

P.P.S. Do chwili obecnej opublikowany w czwartek tekst w sieci wystepuje az w 3500 miejscach.

17

04 2010

Chiny na kolach – czyli podroz Znikad do Leshan

! Ponizszy wpis jest opisem podrozy w najtanszej klasie chinskiego pociagu w Chinski Nowy Rok. Kto delikatny na zoladku, niech po prostu nie czyta.

Po 10 godzinach podrozy zepsutym Zlotym Smokiem (najpowszechniejsza marka autobusow w Chinach), po kilku dokonanych przez kierowce i pasazerow-mechanikow naprawach, ktore pozwolily na jazde, ale  z maksymalna predkoscia 20 kilometrow na godzine (czesc z napraw dokonywala sie w spektakularnym kanionie gornego biegu Jangcy na wysokosciach raczej lotniczych, polecam powiekszenie zdjec celem zobaczenia tarasow na zboczu):

DSC06707

DSC06708

po przejechaniu ostatnich 50 kilometrow po drodze, ktorej nawierzchnia przypominala polamany w wyniku jakiegos naglego zdarzenia lod (przy drodze tablice: “panstwo robi drogi dla ludu, lud powinien dbac i chronic drogi”), a otoczenie jakas inna planete (gigantyczne fabryki z ogniami buchajacymi z kominow na tle martwych czerwonych gor), dojechalam do Nikad. Miejsce to sklada sie z dworca i okalajacych go hoteli, jest w odleglosci godziny od miasta, choc stacja nosi jego nazwe. Rzecz okalaja jedynie te rdzawe, martwe gory. Wlasnie na dworcu w Nigdzie dopada mnie z cala moca druga strona chinskiego Nowego Roku. Jedyny bilet, jaki udaje mi sie dostac, jest na pociag odjezdzajacy nastepnego dnia, za piec dwunasta w nocy. Oczywiscie o zadnej miejscowce nie ma co nawet marzyc. Jedyne, co jest dostepne to 无坐 – wuzuo, czyli miejsce stojace. W nocy, na trasie 600 km, ktora pociag ma pokonac w 10.5 godziny. Przed dworcem w Nigdzie koczuja oczekujace na swoj pociag tlumy.  Siedza na kartonach, spia, skubia pestki slonecznika i pluja dookola, jedza niedlaczne od dalekich podrozy zupki-zalewajki. Bagaze – w postaci jutowych workow po nawozach, tanich walizeczek etc. rozlokowane dookola kazdej z grupek niczym waly przeciwodziowe. Ja biore pokoj w jedym z hoteli rozlokowanych dookola dworca w Nigdzie i zmuszam sie do ladowania baterii (spania, kapania sie kilka razy na zapas) wiedzac, ze nie bedzie lekko. W miedzyczasie przechadzam sie jedyna ulica Nigdzie. Na ziemi na kawalku szmaty leza na (wysoce nielegalna – tylko co w takim razie robia w samym srodku Niczego?) sprzedaz tygrysie lapy i kosci – na talizmano-lekarstwa. Ech, rok Tygrysa.

Choc stawiam sie na dworcu 40 minut wczesniej i tak jest to za pozno. Tlum, tak jak ja posiadajacy jedynie bilety wuzuo, ktory teraz oprocz workow, wiader i tanich walizek trzyma takze skladane mini-krzeselka, juz czeka przy wejsciu na peron.  Gdy w koncu podjezdza pociag, gdy probuje sie do niego dostac, jest juz tak pelen, ze ledwie zyje juz po samej probie wcisniecia sie do srodka. Pierwsze, co rzuca sie o oczy, to calkowicie mokra, jakby ublocona, podloga. Na poczatku mysle, ze to awaria kranu w toalecie, ale pozniej przypominam sobie, ze to Chiny. Mokra podloga jest - eee, slowo srednio pasuje – esencja tego, co od Chin nieodlaczne – czyli plucia tam, gdzie sie stoi. Ograniczona powierzchnia pociagu relacji Kunming-Xian (to wlasnie on przejezdza bowiem przez Nigdzie) sprawia, ze rzecz – znowu zle slowo – koncentruje sie i przybiera forme blota. Na nim postawie – jak wreszcie dopcham sie do przedzialu (choc to wuzuo, to jednak na bilecie jest wyszczegolnione, w ktorym wagonie ma miec miejsce moje stanie) -  moja torbe podrozna i plecak. Tlum jak woda – wypelnia kazda mozliwa szczeline wagonu, rozlewa sie po nim. Jest wlasnie jak woda po wlaniu do szklanki, faluje, ale w koncu wyrownuje sie poziom. W efekcie moge sobie nawet usiasc na mojej torbie podroznej. W pewnej chwili nawet klade obok plecak i w pozycji godnej adepta jogi – pollezac na torbie i kladac glowe na plecaku, udaje mi sie przysnac (z twarza 30 cm nad plwocina).

Budzi mnie tumult i krzyki – pociag zatrzymuje sie gdzies w srodku ciemnosci i do przepelnionego juz wagonu wlewa sie nastepna fala ludzi. Choc wydawalo sie, ze juz wiecej nie da sie upchnac, to jednak do wagonu wpada conajmniej drugie tyle osob. I targa, taranujac obecna juz w srodku reszte, drugie tyle pakunkow. W efekcie jedyna pozycja, na ktora moge teraz sobie pozwolic, to stanie na jednej nodze w przechyle. Torba i plecak zostaja zadeptane (oczywiscie na mokro). Wsrod nowej ludzkiej fali rzucaja mi sie w oczy dwie grupki osob. Pierwsza z nich to rodzina (matka, ojciec i 5 dzieci, w tym niemowle na plecach matki) o kompletnie niechinskim wygladzie (pozniej sie dowiem, ze to przedstawiciele ludu Yi, tego samego, ktory spotkalam w tarasowej dolinie, ale jak rozni!). Gdy wchodza, moje pierwsze doznanie jest jednak zapachowe. Pachna wedzonym dymem, palonym chrustem, sa cali na wskros przesiaknieci tym dymem. Dopiero drugie doznanie jest wzrokowe. Dzieci sa skrajnie umorusane – na raczkach zastygly w formie skorupki czarny brud, na buziach czarne smugi, ubrania oblepione wieloletnim, przechodnim z dziecka na dziecko,  jak same te ubrania, brudem, na glowach wlasnie tworza sie im rasowe koltuny. Maja drucikiem poprzekluwane uszy – zamiast kolczykow, przewleczone kolorowe sznureczki. A to tego sa nieprawdopodobnie piekne – podobnie jak dzwigajaca na plecach rownie co reszta brudne niemowle – matka. Wszyscy maja wielkie, jasnobrazowe oczy, bardzo regularne rysy umorusanych, a w przypadku matki, choc mlodej, to juz pooranej glebokimi zmarszczkami, twarzy. O ile ubrania przedstawicielek ludu Yi z tarasowej doliny to byl pokaz kunsztu hafciarskiego i feria barw, ta kobieta ma na sobie brudny znoszony sweter, spodnie i adidasy. Na glowie hongwejbinska czapke (potem w przedziale dojrze jeszcze dwie inne kobiety Yi, i one tez beda mialy te kulturalno-rewolucyjne czapki na glowach, jedna kombinacje hongwejbinska czapka+ welniana chusta omotana dookola - taki nowy znak identyfikacyjny etnicznosci). Natomiast ojciec rodziny nie odbiega wygladem od przedstawicieli ludu Yi z tarasowej doliny. Ma fircykowate dzinsy (tyle, ze w przeciwienstwie do wioskowych elegantow z doliny, brudne), marynare w tandenty hafcik, kolczyk w uchu i zloty zab. Matka, przykucnawszy na nieprawdopodobnie malym, dostepnym skrawku zaplutej podlogi juz niedlugo zajmie sie karmieniem niemowlaka piersia, a ojciec rodziny graniem w gry na komorke.

Druga konstelacja osob to czteroosobowa rodzina. Gdy wchodza, przodem przedziera sie, niczym na wojnie w zastepy wroga, ojciec. Wrzeszcac dookola “bu hao yisi” (przepraszam) , gestem nieznoszacym sprzeciwu rozgarnia stojacych, a nastepnie siedzacych. Ustawia ich, przeklada jak marionetki, po czym, ani sie spostrzegaja, na ich z takim trudem zdobytych miejscach siedzacych zasiada corka, syn i zona faceta (ktorego w miedzyczasie nazywam Lysym Li, od bohatera powiesci Yu Hua “Bracia”, gdzie Lysy Li to uosobienie tupetu, ale i odwagi chinskich nowobogackich) oraz sam facet. Doslownie przeklada trzech jadacych razem kolegow – robotnikow, do tej pory spiacych spokojnie w dziwnych pozach na swoich z takim trudem zdobytych miejscach. Uklada ich w stertke objetosci dwoch miejsc, po czym sam zasiada na w ten sposob zdobytej miejscowce, po czym sam mowi do siebie “还不错吧”, calkiem niezle, ze niby podrozowanie z wuzuo nie jest takie tragiczne.  Po czym, w akcie podziekowan, wrecza kazdemu z wysiedlonych po papierosie. Czesc przyjmuje a czesc nie, ale nikt nie robi tego, co ja bym zrobila na ich miejscu – czyli dzikiej burdy. Zlozeni na kupke robotnicy (rece czarne i twarde tak, ze mozna bez mlotka wbijac gwozdzie, ta czern i twardosc sa permanentne bardziej niz tatuaz, nie zeszly nic a nic nawet podczas dwoch tygodni Nowego Roku) wkrotce na powrot zasypiaja – tyle ze ksztaltem przypominaja teraz zlozone na kupke ubrania.

Rodzina Yi zajmuje miejsce tuz obok mnie (nadal wisze na jednej nodze). Oblepione glina kurteczki laduja na mojej torbie, skoltunione glowki dzieci tona w ludzkim tlumie. Pasazerowie Hanowie ostentacyjnie pogardzaja rodzina Yi – wydymaja usta, wznosza oczy do nieba. Lysy Li ( z ktorym po tym, jak uciesnil robotnikow, postanawiam nie rozmawiac) mruga porozumiewawczo do mnie, po czym plujac na podloge i – napotkawszy moje potepiajace spojrzenie – wsmarowawszy rzecz butem w podlogowy laminat, rzecze o rodzinie Yi: “zadnej kultury nie maja, co?”

Ja z dwojga zlego jako towarzyszy podrozy o niebo wole juz dowolna liczbe umorusanych dzieciakow niz setke plujacych i rozsmaroujacych rzecz w podloge przedstawicieli “cywilizowania”. Nie wiem, jak wyglada wioska, z ktorej pochodzi ta rodzina, ale rozne wioski widzialam. Na poludniu Yunnanu brak biezacej wody, drogi dojazdowej, ubikacji etc. to absolutny standard. W takiej sytuacji utrzymanie czytstosci to niesamowity wysilek (inna sprawa, ze yunnanskie wioski jak i ich mieszkancy byli naprawde czysci) i w pewnym stopniu rozumiem te kobiete – ze czasem jedynym wyjsciem jest po prostu nie zwazanie na higiene.  Ale plucie na podloge, na ktorej siedzi, pol-wisi, kuca, koczuje czlowiek przy czlowieku to inna kwestia. Tu jest wybor i to latwy – jak juz sie musi, mozna kupic sobie za jednego juana rolke papieru toaletowego – i pluc sobie do woli.

Ludzka fala ponownie sie rozlewa rownomiernie po wagonie, zostaje osiagnieta relatywna rownowaga. Udaje mi sie zajac miejsce cwierc-siedzace; dwoch chopakow po mojej stronie wagonu sciesnia sie i moge przycupnac (co prawda musze nieustannie balansowac, zeby utrzymac rownowage). Co sekunde, chociaz wydaje sie, ze juz szpilki nie da sie wcisnac, ktos przechodzi (albo jak sprawniejszy, to opiera sie na siedzeniach i przelatuje gora nad tlumem – ladujac mokrymi podeszwami butow na przyklad na mojej torbie). Osoby te dzierzac papierowe miski zupek-zalewajek najpierw przeprawiaja sie na koniec wagonu po wode. Pozniej wracaja. Za 20 minut te same osoby przeprawiaja sie oczywiscie do toalety. Za kazdym razem trzeba sie podnosic walczac z oporem tlumu, ktory jak ruchome piaski, sciaga w dol. Ja w obawie przed utrata z trudem wypracowanego miejsca nie ide po wode do mojego kubeczka z herbata z kulkami z proszku. Jakbym poszla miejsce wypelnilaby ludzka fala. Jakbym nawet odzyskala jakims cudem, na pewno by przepadlo gdybym w ramach nieuniknionych kolei losu chciala nastepnie pojsc do toalety.

20 wagonowy pociag jedzie przez kompletne ciemnosci (moge sobie tylko wyobrazac te gory dookola). W srodku odwrotnie – oslepiajace jarzeniowki. Kilka osob wyjelo komorki i puszcza z nich na glos muzyke – niestety moj kawalek wagonu jest strefa oddzialywania kilku epicentrow muzycznych. Gdy leca hity – te najnowsze – spiewa mlodziez. Gdy leca te ogolnonarodowe – typu Qingzang Gaoyuan (o tym jak piekny jest Tybet i Qinghai, i jak wazne miejsce w chinskim sercu te cudne miejsca zajmuja)- spiewaja, albo przynajmniej poruszaja ustami wszyscy, ja tez, po prostu samo tak wychodzi. Czesc osob gra w karty, wiekszosc pali, wszedzie walaja sie puste papierowe miseczki po zupkach-zalewajkach i puste butelki po wodzie. Co pewien czas w to wszystko wjezdza….(kij mu w szprychy) wozek z napojami i przekaskami. Choc wydaje sie, ze jego przejazd jest calkowicie niemozliwy, to jednak ludzka fala – unoszac (doslownie i w przenosni) po drodze worki, pakunki i tanie walizeczki, przelewa sie tak, ze rzecz jednak sie przeciska przez srodek. W pewnym momencie nocy pojawia sie wielki jak wieza xi’anski konduktor. Przeklada siedzacych trzech kolesi i siada obok. “Lei si le” – (smiertelnie zmeczony) ciezko i basowo wzdycha z tym jakze milym dla mego ucha xianskim akcentem. Otacza ramieniem kolesia obok - “Gdzie jedziesz, bracie?” – pyta. Koles tez jedzie do Xi’anu. “No to masz ciezko”. Konduktor patrzy na kilku nieszczesnikow, ktorym nie udalo sie znalezc nawet niejsca na-w-pol-przycupnietego. “Jak tam? Dajecie jakos rade?“. Jeden ze stojacych – chlopak z Xi’anu z fancy fryzura (karbowana, farbowana), modnymi ciuchami i gitara elektryczna wzdycha: “hen fuza” (ciezko, dosl. skomplikowanie).

W miedzyczasie jednakowoz zaczynam rozmawiac z Lysym Li, ktorego sila oddzialywania jest tak przemozna, ze nie mam wyboru, po prostu zaczynam odpowiadac i tak rozmawiamy. Lysy Li & spolka mieszka 140 km obok Wenchuan, epicentrum wielkiego trzesienia z 2008 roku. Budynek w ktorym mieszkaja bujal sie strasznie, bujal, ale przetrwal. Taki sam budynek obok sie zawalil. Zostaje tez przymuszona do ogladania w aparacie zdjec Lysego Li i jego rodziny w strojach ludowych roznych grup etnicznych – Lysy Li i jego rodzina jako Tybetanczycy, jako Ujgurzy  (w miedzyczasie jego zone zdazylam ochrzcic mianem Sofii Loren, to piekna, bujnej urody kobieta, troszczy sie o Lysego Li, a w akcie troski czysci za pomoca dlugiego paznokcia jego uszy. A dzieci…dzieci niestety odziedziczyly urode po ojcu, ot, taki los).  Kiedy zbliza sie rano, robie sie w koncu glodna i wyciagam zakupione w Nigdzie pistacje (Lysy Li i spolka zdazyli w tym czasie zjesc cala torbe kurzych lapek – tzn. czesci pazurzastej i wypluc resztki na podloge pod siebie). Gdy biore porzadna garsc orzechow, gestem pokazuje umorusanym i wyraznie glodnym dzieciakom Yi (niezaradna matka nie wziela dla nich nawet butelki na wode, podniosla wiec pusta butelke po wodzie z podlogi i na migi – jako, ze nie mowi po chinsku – poprosila przechodzacego z miska zalewajki kolesia o przyniesienie troche wody), zeby nadstawily raczki i sypie im po porzadnej garsci, Lysy Li patrzy sie na mnie z podziwem, jakbym conajmniej w stroju Supermana nadleciala nad zagrozona kataklizmem wioske i uratowala jej mieszkancow. Czuje sie zazenowana. Bardzo.

Nad razem jestem tak zmeczona, ze udaje mi sie, mimo mojej akrobatycznej pozycji, zasnac. Obok na stojaco spi mlody chlopak, ten ktory jedzie do Xi’anu. Nad ranem kobiecie przucypnietej obok mnie udaje sie wreszcie polaczyc z koczujaca w innym wagonie rodzina – mezem i na oko 6 letnim jedynakiem. Jedynak od razu zabiera sie do wsadzania palca w nos i oko usmiechajacemu sie do niego w rozanieleniu pasazera z siedzenia obok i mowienia matce, ze smierdzi. Matka mowi jedynakowi “nie wsadzaj palca w nos wujkowi, bo wujek cie zbije”, ale tak naprawde jest rozanielona zachowaniem swego skarbu. Jedynak udaje, ze strzela do “wujka” i wszyscy lacznie z ostrzelanym, znowu sa zachwyceni, wymieniaja zachwycone spojrzenia. Tak slodko. Potem jedynak trzepie matke po twarzy a ona przybierajac wymuszenie sroga mine mowi, ze tak nie wolno, ale i tak wszyscy sa ponownie zachwyceni. Taki malutki a taki zly – milusio. Gdy pociag wreszcie wjezdza na moja stacje, wyjscie jest jeszcze trudniejsze niz wejscie. Gdy w koncu po przepychaniu sie wytaczam sie jak zbite jablko na peron, ociekam potem z wysilku.

Ten pociag to Chiny w pigulce. Wracajacy Znikad i innych tego typu miejsc po spedzeniu Nowego Roku do czesto nielegalnych prac w miastach  robotnicy (w moim wagonie rece bez odciskow, rece nieczarne, rece niezgrubiale, to byla wsrod rak absolutna mniejszosc), rozpychajacy sie na prawo i lewo Lysy Li i jego rodzina, “Reguly budowania socjalizmu” nade mna (w postaci naklejki na scianie wagonu: “zaszczytem jest dzialac na rzecz mas, wstydem szkodzic masom” ) i plwocina pode mna, dobytek w workach po nawozie, ale wypasione (czesto iluzorycznie) komorki, slodziutki jedynaczek, traktowana z wyniosloscia niezaradna rodzina Yi. ”Wysiedleni” robotnicy i Lysy Li spiewajacy unisono narodowe hity.

24

02 2010

“Kreatywność to dusza postępu narodu”

Trzeba powiedzieć szczerze: studiowanie na mojej chińskiej uczelni to doświadczenie (momentami) niełatwe. I bynajmniej nie ze względu na język, bo to jest trudność do pokonania. Problem, jak dla mnie, leży nieco bardziej na zewnątrz ode mnie – tzn. na przecięciu moich przyzwyczajeń i przekonań dotyczących tego, czym jest studiowanie oraz tego, czym jest studiowanie tutaj.

Jako, że od momentu napisania przeze mnie postu “upupianie” nadal otrzymuję co najmniej sprzeczne komunikaty, co do tego, czy jestem godna napisania artykułu do tutejszego pisma naukowego, czy jednak nie (choć, że nie jestem, to w sumie sprawa oczywista, tyle, że napisanie tegoż jest warunkiem zaliczenia, więc nie wiedzą, co zrobić, żeby pismo nie zostało zepsute moim artykułem, ale i żeby nie było, że z góry nie pozwolili mi przedmiotu zaliczyć), przeto zabrałam się do przygotowań (na wypadek, gdyby na tydzień przed upływem terminu oddania nagle jednak stwierdzono, klepiąc w plecy i gruchając “nie martw się, na pewno zdążysz”, że musze go natychmiast oddać). Choć przyznam, że tak mi to wszystko zbrzydło, że najchętniej bym wsiadła w pociąg i pojechała jak najdalej tylko można. W ramach wyrażenia moich odczuć związanych z tą sprawą regularnie rzucam po mieszkaniu poprzednim numerem rzeczonego pisma i patrzę, kiedy tom rozpadnie się na poszczególne złote zgłoski.

No właśnie – artykuł. Podobnie jak w polskim systemie uczelnianym to fetysz i cel sam w sobie.  A ten, o którym tutaj mowa, ma polegać na zreferowaniu tego, co się na dany temat (w tym przypadku na temat nowych mediów) pisało w chińskiej prasie naukowej w minionym roku. No więc zabrałam się za przeglądanie. Artykułów Chiny produkują ilości stosowne do swych rozmiarów. W “moim” temacie nowych mediów (nowe media ogólnie, a nie o konkretnych ich wcieleniach, bo o tych są tysiące) – to, bagatelka, ponad 300 artykułów w samym 2009 roku. Skąd to wiem? Wszystko dostępne jest w doskonałej bazie wyszukiwawczej z możliwością załadowania pdf-ów. To robi wrażenie: zarówno ta liczba artykułów, jak i doskonała baza. Trochę tylko zastanawiają tytuły, co je ta piękna baza wyrzuca. Wszystkie jak z jednej sztancy: “Nowe media w kontekście rozwoju…”, “Nowe media w kontekście modernizacji…”. Jakbym widziała plakaty propagandowe za Denga z tymi wszystkimi fabrykami, dziećmi trzymającymi atomy a nad ich głowami rakiety mkną w niebo. Zagłębianie się w owe dzieła bynajmniej nie rozwiewa, ale dodaje innych podejrzeń. No bo np. tak:

“Technologie nowych mediów wyposażyły studentów w bogate źródła informacji. Informacje z każdego zakątka świata mogą być przez studenta łatwo pozyskane i wykorzystane w nauce. Z drugiej jednak strony polegając nadmiernie na nowych mediach, studenci coraz mniej mają styczności z rzeczywistym życiem”.

I tak dalej i tak dalej w duchu wypracowania wzorowej, acz niezbyt lotnej uczennicy szkoły średniej, która ubolewa, jak to siedzący przed komputerem tracą z oczu “drugiego człowieka” (jeszcze tylko brakuje dodania, że “ważne jest wnętrze”). Co to jest “rzeczywiste życie” ? I jak to się wszystko ma do tych setek milionów osób prowadzących  kontr-życia, życia uzupełniające, życia alternatywne w sieci? Jak to się wreszcie ma do prostego faktu, że standardowego studenta chińskiego “informacje z każdego zakątka świata” obchodzą tyle, co zeszłoroczne kapcie? Nie mówiąc już o tym, że informacje i serwisy z kilku ładnych “zakątków świata” są poblokowane (teraz są to już właściwie wszystkie główne serwisy społecznościowe z wyjątkiem MySpace’a) albo dostęp do nich jest tak utrudniony, że się w międzyczasie odechciewa. O tym autor już nie mówi.

Większość tych artykułów właśnie tak wygląda: prawienie oczywistości, brak dociekania tego, co się kryje za utartymi frazesami. “W dobie globalizacji”, “w perspektywie modernizacji”, ”rozwój” bez zastanowienia się tak naprawdę, co (czy coś?) się w ogóle kryje za tymi pojęciami.

Przyznam się, że nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi prawić peany na cześć…polskiego systemu państwowej edukacji wyższej. Dopiero musiałam wyjechać, żeby z odległości zobaczyć, ile mi dał. W obdrapanych salach mojej macierzystej UW, przy rozwalających się ławkach, sadzając nas na krzesłach nie do kompletu, uczono nas (oczywiście nie zawsze) krytycznie czytać, słuchać, argumentować i prowadzić dyskusje i to jest coś, co z wzorowych licealistów zrobiło (wiecznie piłujących włąsną gałąź) wykszatałciuchów. Patrząc na te wszystkie “postępy” i “rozwoje” aż chciałabym podziękować tym, którzy nie nakładli nam takiej sieczki do głowy.

Autorzy tych setek artykułów umieszczonych we wspaniale robionej bazie przez kurs sporów, czepiania się, podważania, odkręcania kotów ogonami nie przeszli. I zostali dobrymi licealistami na zawsze. Tu nie ma ćwiczeń, tylko same wykłady, nie ma dyskusji, tylko ewentualnie “pytania po wykładzie” - miłe i grzeczne, z wstawaniem podczas mówienia. Nie wiem, kto tak stojąc, podczas gdy 40 osób siedzi, miałby jeszcze ochotę wdawać w polemikę. Bynajmniej to nie znaczy, że brak tu studentów z dużą wiedzą, krytycznych, potrafiącyh polemizować (tak się składa, że ćwiczą głównie na przyjeżdżających tu na gościnne wykłady laowajach). Tylko, że mam wrażenie, że to nie uniwersytet im w tym krytycyzmie pomaga i uczy. I to się wszystko przekłada na jakość publikacji – w większości tych artykułów nie ma rozkładania problemu na czynniki pierwsze, polemiczności, obracania teoriami, tego wszystkiego, co daje trening dyskusyjny. Tego, co sprawia, że chce się czytać. Bez tego to popisy akademijne, przemówienia na apelach.

Chiny inwestują w uczelnie mnóstwo. Tyle, że mam wrażenie, że jest to w dużej mierze inwestowanie w pompę, w coś, co będzie gołym okiem widocznym znakiem “rozwoju” i “postępu” (np. w 30 piętrowy biurowiec uniwersytecki z kolumnami i przezroczystą kopułą), ale już np. nie w ogrzewanie w salach, podjazdy dla niepełnosprawnych ani nawet w książki (zbiory biblioteki uniwersyteckiej sa wielkosci zbiorów dwóch bibliotek wydzialowych UW, z czego około 1/5 to dzieła o marksizmie-leninizmie).

Moje biedne stare UW rzecz jasna nie umywa się jeśli chodzi o zainwestowaną kasę. Ale i tak mam wrażenie, że porównania po prostu nie ma. I że przyczyn tego stanu po stronie chińskiej jest mnóstwo. Rzecz jasna rolę odgrywa chociażby klasyczny, pokutujący nie tylko tutaj (kolega Koreańczyk mówi, że tutaj to on się dopiero się rozwija, u nich było gorzej) konfucjański system nauczania: referowanie, opanowywanie pamięciowe, autorytet nauczyciela rozumiany jako konieczność niekonfrontowania. Jest też wyczuwalny i wciąż widoczny dramat strzaskania, przerwania ciągłości  ledwie raczkującego systemu edukacji przez rewolucję kulturalną. To też ciągnący się od lat ostry niedobór miejsc i kadry (tutaj właściwie nie ma uczelni prywatnych i cały pęd na edukację ma niewiele ujść),  który czyni z uczelni supermarkety, z których trzeba wypuścić na rynek jak największą liczbę absolwentów. I nade wszystko wiara, że pieniędzmi (i tym tutejszym fetyszyzowanym “rozwojem”) da się zrekompesować to, co dla nauki  bezcenne – ścieranie się poglądów, krytyczność, wątpienie, spory, podważanie autorytetów, rozmowy jak równy z równym. To się mieści w “nauce”, ale już nie bardzo w “światopoglądzie naukowym”. Ot, taka ironia. I jeszcze na koniec : DSC02171

“Kreatywność to dusza postępu narodu” – zaobserwowane dziś na Nanjing Lu. Tylko czy ktoś naprawdę kreatywny w ogóle jest się w stanie przejąć takim hasłem? A ktoś niekreatywny po przeczytaniu weźmie sobie do serca, wykuje na blachę i stanie się kreatywny?

20

12 2009

Zagraniczni badacze, demokracja i zachodnia cenzura internetu

Jak już pisam, nasz uniwersytet nawiedzają nieraz różne zagraniczne sławyzagraniczni badacze Chin. Ci pierwsi reguły nawet nie próbują specjalnie nawiązać w swych mowach do tego, gdzie się znaleźli i co z tego wynika, ograniczając się do jakichś paternalistycznych poklepań w rodzaju “powiedziano mi, że to jeden z najlepszych uniwersytetów w Chinach, to wspaniale mieć przed sobą taką ambitną młodzież” i po wyklepaniu swojego zaliczają kolejny przystanek tour de Azja. No i są zagraniczni badacze Chin – kategoria odmienna – mniej znani globalnie, wygłaszający swe wykłady po chińsku. O ubogacaniu mas w drodze występu zagranicznej sławy już kiedyś pisałam, to teraz będzie o zagranicznych badaczach Chin.

Zaczyna sięod plakatu ze zdjęciem delikwenta, listą dzierżonych przezeń stanowisk i uzyskanych osiągów (tutaj było “napisała kontrowersyjny artykuł, którego tezą jest, że komercjalizacja mediów umacnia chiński system polityczny”), no i oczywiście z tematem wystąpienia. Tym razem temat to: “Współczesne kierunki amerykańskich badań nad chińskimi mediami”.

Kobita może góra 33 lata, włosy jasne, akcent poprawny do bólu, jak z kaset z “Bambusów”. Oznajmia, że (coś takiego!) dominującą perspektywą badań mediów chińskich w USA jest perspektywa polityczna. “A czemu? Mam nadzieję, że po godzinie tego wykładu wszyscy będziecie wiedzieć”. Patrzę po zgromadzonych – właśnie przewracają oczami. Coż, traktowanie obcego (nawet będącego przedmiotem własnych badań) jak kretyna, nie jest wyłącznie domeną chińską.

Tu mała dygresja – przestało mnie wzruszać nieśmiertelne pytanie “czy umiesz już jeść pałeczkami?”. Wczoraj mialam zaszczyt spożyć obiad w towarzystwie profesora, który rok przebywal w Stanach. Restauracja “zachodnia”, z nożami i widelcami (swoją drogą struło mnie tak, że dziś ledwo trzymam się na nogach, moje lokalne, niby to “obskurne” knajpki, baraczki i wędrowne stoiska nigdy nie trują). Jakie było moje zdziwienie, gdy facet od razu poprosil o ….łyżkę. “Ja tam tym jesć nie potrafię, co się będę męczył” – wyjaśnił, po czym dodał, że w Nowym Jorku na szczęście jest mnóstwo restauracji chińskich, więc nie głodował.

No, ale wracając do wykładu.  Wymiana szerokich uśmiechów i wywrotek oczami. A pani zabiera się za wyjaśniania pojęcia demokracji – że to niezwisłe wybory, przynajmniej dwie partie, wolność zgromadzeń etc. Kaganek oświaty niesionej z Zachodu coś nie wypala (swoją drogą nie wiem, czemu myślała, że miałby wypalić). Ludzie zaczynają mocno szeptać. Znajomy XD robi zdziwioną minę i szepcze: “o, to już nie są rządy większości przy poszanowaniu prac mniejszości?” . W końcu pani rozdaje kserówki z tabelkami, w których różne kraje pogrupowane są wedle “demokratyczności”. Chiny są w ostatnim, najdalszym od demokratyczności bloczku razem z Koreą Północną, Afganistanem etc. Ludzie uśmiechają się nadal, ale z zakłopotania, że ktoś (laowaj!) ich wrzucił do jednego worka razem z Afganistanem i Rwandą. Tu przecież nikt nie dzieli krajów na demokratyczne i niedemokratyczne, ale, oczywiście – socialistyczne i kapitalistyczne, no i według tempa rozwoju (wiele osób jest zdziwionych, jak np. mówię, że kraje rozwinięte nigdy nie będą miały szybkiego tempa rozwoju). No ale ta tabelka – pani badaczka nawet nie wyjaśniła, kto i według jakiej metodologii dokonał takiego “stworzenia świata”. Ja rzucam okiem na drugi, dobry kraniec tabeli, widzę, że Polska różni się w punktacji od np. Kanady tylko o 0.10 punkta w skali 10 punktowej (co tu się zlicza, nikt nie powiedział), czyli tyle, co Chiny od KRLD.

Co, jak, i po co, o co chodziło z tymi kierunkami badań, co z tą komercjalizacją mediów, w sumie się nie dowiedzieliśmy. Na sali jak podniósł się, tak już został szmer, jeszcze tylko grafika kluczowego slajdu (chiński system polityczny) nie odpaliła, pani wykładowczyni zapętliła się w chińszczyźnie i widać było, że miała ochotę z tej sali pełnej przedmiotów swych badań uciec. Tym razem, wykazując miłosierdzie (nie jak w przypadku poprzedniego badacza, zadowolonego z siebie Anglika, który wyjaśniał, że jego główną metodologią jest “walking method”, czyli chodzenie po ulicach), nikt się nad panią nie znęcał poprzez pytania i mogła w spokoju udać się do pokoju hotelowego, aby rozważać nad zasadnością tych wszystkich trudów i nad wieczną obcością badacza Chin w jednym i drugim świecie.

Ja też nie chcę się znęcać, tymbardziej, że sama wiem, jak trudno jest mówić o przedmiocie swych badań do przemiotu swych badań (przeszłam to kiedyś na Tajwanie i już nie chcę). To, co może i mające jakąś wartość i funkcję w USA czy w Polsce, nie musi (i z reguły nie jest), być takie tutaj. Problemem jest oszacowanie, od jakiego poziomu oczywistości trzeba zacząć – z reguły efekty są takie, jak powyżej (oczywiście, tu jeszcze doszedł ton laowajskiego kazania, rzeczy tutaj nie do strawienia). Swoją drogą, patrząc na cykliczne upokorzenia tych nieszczęsnych badaczy i porównując ze swoimi tutaj, cieszę się, że wybrałam opcję “advanced student” a nie “visiting scholar” (było taniej, a ja się bałam, że nie dostanę stypendium i bagatelną sumę 3600 RMB za miesiąc będę musiała sama płacić). Z dwojga złego wolę już być po drugiej stronie widowni.

A co do niezbadanych ścieżek wiedzy o świecie zewnętrznym i o zapętleniu problemu: na wykładzie dla doktorantów pan profesor, tym razem tutejszy, stwierdził, że “na Zachodzie jest bardzo surowa polityczna kontrola internetu” i cała sala pełna doktorantów zapisała bez najmniejszego szmeru, nie odrywając głów od notatników. Ja odłożyłam długopis i zaczęłam się rozglądać po sali, i nie zauważyłam dosłownie żadnej reakcji poza niepewnością w oczach wykładowcy, czy ten nieobliczalny laowaj na widowni nie zacznie gadać coś szalonego. Jako przykład profesor wymienił “urząd do politycznej cenzury internetu, jaki powołał Obama”. Też zapisali.

No tak, gdzieś dzwonią. Obama wysunął projekt tzw. “Cybesecurity act”, który  nadaje prezydentowi prawa do wyłączania pewnych obszarów sieci, w tym prywatnych, w razie “wyższej konieczności”. Obecnie toczy się o ten projekt walka - i rzecz jasna odzywają się głosy, nie tylko z konkurencyjnego obozu , o niedemokratyczne ograniczenia i cenzurę. Oczywiście w użyciu są też porównania do Chin.

Ale wracając do samej sytuacji wykładu – możnaby dedukować, że za gładkim łyknęciem stwierdzenia, że na Zachodzie jest polityczna kontrola internetu, musi się kryć cała masa innej niewiedzy – np. tej o wielopartyjności, o możliwości koabitacji, o tym, co może zrobić opozycja albo czwarta władza. A może z wiedzą czy niewiedzą ma to wszystko niewiele wspólnego, jako, że ci doktoranci będą niedługo musieli toczyć inne walki (w końcu muszą gdzieś się zakotwiczyć na etat), niż walka o (do tego nieco niewygodną, ale w sumie kto tam by o tym myślał) prawdę o jakimś tam odłegłym świecie. W każdym razie, jak patrzę na te dwie tak różne wykładowe sytuacje, to widzę, jak łatwo można tutaj wydobyć wiedzę z głowy, ale i doskonale uśpić, w zależności od potrzeby, i że – tym razem jak wszędzie w tzw. “nauce” – klucz to wiedzieć, czyje upupianie, prowadzone w imię jakich przesłanek, warto, a czyjego nie warto znosić.

12

12 2009

Akomodacja oka

Nie chce ubogacać sieci stutysięcznym tekstem typu „jakie to są straszne różnice społeczne w Chinach”i jak to „bogacze żyją obok/na plecach biedaków”, ale te różnice są frapujące juz na poziomie kategorii poznawczych – mozg notuje za duże skrajności w zbyt krótkim odstępie czasu – problem jak akomodacja oka, które wariuje przy probie natychmiastowego przestawienia się z „makro” na obserwacje dalekiego krajobrazu i z powrotem.

To tak po wizycie u znajomych, którzy zajmują dwa ostatnie pietra apartamentowca na osiedlu nad brzegiem dopływu dopływu – czyli rzeczki Suzhou. Po ostatnich dwóch tygodniach prawie bez przerwy spędzonych pomiędzy uczelnia a moim zwyczajnym, pizamowo, targowo, rowerowym osiedlu pełnym parujących straganów z jedzeniem, umorusanych dzieciaków i starszych ludzi wysiadujących na rogu, zapomniałam, ze w ogóle mieszkam w mieście, i to takim.

Ale ten kontrast to jeszcze nic. Nasza wizyta skłoniła gospodarzy do zmuszenia nas do zostania na kolacje (oni grzecznie zmuszali, a my grzecznie odmawialysmy, choc od poczatku bylo wiadomo, ze pan domu gotuje tak, ze nie trzeba nikogo zmuszać, a raczej wypędzać i ze mamy ochote sie najesc tego wszystkiego). Żeby nam się nie dłużyło podczas gotowania, gospodyni zachęciła nas do zwiedzenia okolicy. Najpierw zrobiliśmy rozpoznanie z loggi apartamentu (20 piętro). Dookoła wszystko poznawczo pasuje do tego, co w mieszkaniu – apartamentowce, przynależny do nich klub fitness, parczki, wyreżyserowane kawałeczki zieleni, tylko z jednej strony jakby wcinający się w to wszystko nieregularny obszar ciemnych dachów, dymiących kominów, słabo migoczących światełek, wszystko z odległości 20 pietra i w zapadającym mroku jakieś takie organiczne i splatane. Stary Szanghaj. Apartamentowce od skrawka starocia oddziela pas gruzów – część starych domów została już wyburzona pod następne apartamentowce.

No ale zjeżdżamy na dol i udajemy się w stronę poplątanych uliczek. Z poziomu ulicy trudniej sobie w ogole zdac sprawe, ze za niepozornym wejsciem przy sklepie obuwniczym w ogole znajduje sie jakas inna galaktyka. Uliczki wąskie na najwyżej dwa metry, nieregularne, domki, choć pełne dobudówek (w gore, w bok, w przód, jak wyjdzie, dobudówki często tak małe, ze chyba mieści się w nich tylko łózko) nie przekraczają wysokości regularnego jednopiętrowego budynku. Pokładzione pod najróżniejszymi katami dachy stykają się tak, ze jak się spojrzy w gore, to światła apartamentowców-gigantów ledwo gdzieś tam majaczą. Pomiędzy dachami ze starej dachówki jeszcze płachty, folie, dykty, blachy faliste – żeby nie padało na stragany, klatki z kurami, perliczkami, na baterie, grzebienie i inne dobra. Krolestwo plastikowych misek, cerat i szczotek na kiju. I cala plątanina drutów. Domy nie odnawiane od co najmniej kilkudziesięciu lat. Okienka przebijane w ścianach gdzie akurat byla potrzeba. Gdzieniegdzie zwisa gola żarówka i tak oświetla uliczkę. Choć w sumie to trudno nieraz powiedzieć, gdzie jeszcze jest uliczka, a gdzie zaczyna się mikroskopijny sklepik, jadłodajnia, mini zakład fryzjerski czy mieszkanie. Przez niziutko umieszczone zaparowane okna widać wnętrza – łózka ze spiętrzonymi pierzynami, zwisające z sufitu gole żarówki, jarzące na zimno świetlówki, na brudnych ścianach stare wyblakłe portrety ślubne, przy stolach, na pierzyniastych łózkach ludzie w kurtkach (tu akurat nic nowego – w apartamentowcu znajomych tez trzeba siedzieć w kurtce, ciekawe czy szkodzi to np. sprzętowi grającemu za ciężkie dziesiątki tysięcy). Ciemne uliczki odgałęziają się jedna od drugiej, domki piętrzą się nieregularnie do góry – trochę nad głową malutkie okienka ze słabym światem w środku. Na zewnątrz kamienne zlewy i krany z woda. Wchodzimy do ciemnej, niemiłosiernie brudnej i mikroskopijnej jadłodajni – za 6 kuajow (niecałe 3 złote) w 4 osoby podjadamy (nie za bardzo, żeby się jeszcze zmieściło to, co się w tym czasie przygotowuje 20 pieter wyżej) trochę tang yuan (coś jak kluseczki z nadzieniem z masy z czarnego sezamu). Jeszcze tylko sprzedawca ryb robi nam mini wykład o tym, jak sie nazywają ryby, która sprzedaje (oczywiście inaczej niż na Tajwanie a nawet inaczej niz Północy, skąd oprócz mnie, wywodzi się nasza ekipa) i robimy krok na powierzchnie – z mikroświata do makroświata – czyli w stronę 20 piętrowego apartamentowca najeżonego elektronika, designerskimi meblami, dziełami sztuki i z rozpieszczanym labradorem na spacer ubieranym w kurteczkę z kapturem.

A tak w ogóle ta dzisiejsza wyprawa zaczęła się w szpanerskich loftach, gdzie powstało zagłębie sztuki nowoczesnej, do którego się udałyśmy w celu dopingowania koleżanki, która szla tam na rozmowę kwalifikacyjna. W galerii z dziełami za ciężkie dziesiątki tysięcy RMB (duża część to odmienianie mega ikony, Mao Zedonga, przez wszystkie przypadki i rodzaje – Mao w porcelanie pomalowany we wzory jak za Qingow, Mao przerobiony na Buddę Maitreje, Mona Liza z opaska Hongwejbinow na reku i dzierżąca Czerwona Książeczkę, Mao jak bóstwo drzwi etc. – widać nostalgie klasy wyższej za czasami Rewolucji Kulturalnej) wpadł mi w ręce album ze zdjęciami z Chin niejakiego Edwarda Burtynsky’ego (Kanadyjczyk pochodzenia ukraińskiego), któremu raczej bez nachalności, ale za to z widoczna fascynacja estetyczna, udało się tak ustawić obiektyw, ze zmieściły się na nim i jeden i drugi świat (i dużo pomiędzy) i uchwycić schyłek, kurczenie sie i obumieranie tego starego świata. Zdjęcia z albumu (zakladka ‘China’) trzeba koniecznie oglądać w maksymalnym powiększeniu.

05

12 2009

Co ma filozofia Marksa do Renmin Ribao czyli mój kurs marksizmu

Mój kurs marksizmu to niewyczerpane źródło inspiracji.
Tydzień temu grupka, do której należałam i ja, zainaugurowała serię prezentacji robionych przez samych studentów. Temat jaki dostaliśmy to „Demokratyczny socjalizm i jego losy w Chinach”. Na pierwszy i drugi rzut oka stwierdziłam, że to dość egzotyczne połączenie, ale nie przejęłam się zbytnio, tłumacząc sobie, że tak jak wiele pojęć, „demokratyczny socjalizm” ma najpewniej tutaj odmienne niż w tradycji zachodniej znaczenie. No bo ten demokratyczny socjalizm, o którym myślę – radykalniejsza (w deklaracjach) niż socjaldemokracja, porewizjonistyczna koncepcja akcentująca samorządność robotników etc., mająca swoje stabilne acz obecnie dość marginalne miejsce we współczesnej Europie to jedno, a wszelakie socjalizmy systemowe to drugie.

Udałam się do biblioteki (po tygodniach walk nie uzyskałam jeszcze co prawda prawa do wypożyczania książek, ale przynajmniej jak przyłożę moją kartę do bramki na wejściu do biblioteki, to ta nie buczy tak jak bramka w sklepie przy próbie kradzieży), odnalazłam lektury, jakie profesor zalecił do przygotowania tego tematu. No i coś zaczęło mi się nie zgadzać. Socjalizm demokratyczny wyłaniający się z tych publikacji to zasadniczo ten sam o którym pomyślałam, jak zobaczyłam temat naszego zadania. Polecone lektury opisywały historię rewizjonizmu, ruchu robotniczego w Niemczech, samorządności robotniczej, osłon socjalnych. No może tylko nie rozpisano się zbytnio (czyli w sumie nie napisano) o krytyce zachodniej lewicy w stosunku do socjalizmów „systemowych”. I ani słowa o Chinach. Przypudrowany bo przypudrowany, ale mówimy cały czas o tym samym zjawisku. Więc przydzielone nam zadanie żąda on nas powiązania tego wszystkiego z najnowszą historią Chin? W notatkach które sporządzam dla mojej grupy (każdy z nas pisze, a później mamy zrobić burzę mózgów) wypisuję tylko kilka punktów, dlaczego moim zdaniem nie można jak dotąd mówić o losach socjalizmu demokratycznego w Chinach. I duży znak zapytania. Jestem ciekawa, czy oni są w stanie zaproponować jakieś połączenie tych pojęć i jakich ewolucji myślowych przy tym dokonają.
Zbieramy się i zaczynamy rozmawiać. Kończymy po 4 godzinach jak nas pani ze szmatą w ręku ze stołówki gdzie siedzimy przepędza. Przy okazji wychodzą tematy tzw. poboczne. Dziwią się, gdy mówię im, że u nas nie dzieli się świata na kapitalistyczny i socjalistyczny, i że nikt Chin socjalistycznymi na Zachodzie raczej nie nazywa. Nie bardzo też chyba łapią, gdy mówię, że nikt w Europie nie nazwie też, dajmy na to Szwecji „krajem socjalistycznym”. No to gdzie według nas jest ten socjalizm?

Chiny a socjalizm demokratyczny. Teraz widac wyraznie, że to zadanie to tak naprawdę sprawdzian. Nie tyle tego, czy grupa przeczytała zadane książki i czy sprzeda to reszcie, ale czy jest w stanie – jako przyszła elita Chin, jako przyszli dziennikarze poruszać się sprawnie w meandrach dyskursu publicznego, mowic tak, aby spelnialo to bardzo zlozone wymogi, a zarazem nie ocierać się o jawny absurd. O absurd to by się otarło, gdybyśmy zaczęli strzeliscie udowadniać, że Chiny to miejsce działania socjalizmu demokratycznego. Nie spełniałoby wymogów, gdybyśmy zaczęli wygłaszać pochwały zachodniego socjalizmu demokratycznego i kontrastować go z Chinami. Musimy znaleźć – ha – drogę środka. I na tym polega właśnie całe to ćwiczenie. W brodziku, z deska i plywakami, bez wypływania na pełne wody dyskursu publicznego. Próba odczytywania granic.

Grupa wykazuje się dużą dozą inwencji, ale i ekscentryzmu. Wytypowuje największe swe kurioza: Tajwankę i mnie do mówienia w swym imieniu. Obie się boimy, że się zapędzimy, że powiemy coś nie tak, co nawet nie tyle będzie podejrzane ideologicznie, bo profesor caly czas podkresla, ze to, co tutaj, to nie sfera publiczna, wiec to, co tu jest mowione rzadzi sie innymi prawami, ale ze wyrwie sie nam coś, co zdradzi naszą nieumiejętność poruszania się w tej rzeczywistości, potwierdzi przyjeta a priori naiwność i niewiedzę laowaja i Tajwanki. Albo  zostanie odczytane jako arogancja kogoś z kraju, który odrzucił socjalizm i kogoś z wyspy karmionej przez lata skrajną niechęcią do ChRL (SL boi sie podwojnie, bo nalezy do KMT i wszyscy o tym wiedza). Jako zabezpieczenie i poduszka bezpieczeństwa dołącza XD, chłopak oczytany, błyskotliwy i który na dobrą sprawie też jest osobliwością. Jako chiński Muzułmanin (ale nikt tego nie wie, ja wiem, bo jestem z innego świata, nie mam na plecach tego całego bagażu złożonych stosunków łączących/dzielących chińskie minzu i mi można – ale szeptem – powiedzieć) jest kimś spoza etnicznego mainstreamu. I tą jego peryferyjność czuję od razu, jeszcze zanim dowiaduję się, że jest z (tej właśnie) mniejszości, nasze doświadczenia bycia innym są w jakiś sposób podobne.
Nieszczęsny laowai, tajwańska tongbao i XD, erudyta z „problematycznej” mniejszości mamy pilnować, żeby to coś nie wylazło poza granice, których sami dobrze nie znamy.
Mam niezla treme. Nie tylko dlatego, że to pierwsze wystąpienie, gdzie wypróbowana będzie moja zdolność nie tyle do powiedzenia czegoś z sensem, ale do powiedzenia tak, aby nie powiedzieć niepoprawnie. Ale także dlatego, że to moja jedyna szansa udowodnienia 50 kilku osobom, że mam coś więcej do powiedzenia, niż tylko odpowiadanie monosylabami na te idiotyczne pytania typu „czy umiesz jeść pałeczkami”. Jak skopię, to drugiej szansy chyba już nie będzie. Zostanę tutaj 5 latkiem na zawsze. Grupa wrzuciła mnie na głęboką wodę, ale wiem, że robią to dla mnie, obmyślili to jako terapię po moich uniwersyteckich traumach (co je opisałam we wpisie „Upupianie”). No oczywiście też trochę pod publiczke, dla której gadający laowai to jak zajac dziergajacy se na drutach pokrowiec na uszy.
Jestem tej mojej grupie wdzięczna. Siedzieli w pierwszym rzędzie i robili miny pełne wsparcia. Chyba tylko dzięki temu poszło mi naprawdę super (podobnie jak czasem tylko dzięki temu, że słuchacz od razu przyjmuje minę jak do rozmowy z idiotą nieraz idzie potwornie), złapałam wiatr w żagle, przypomnialam sobie, ze moge po chinsku mowic plynnie, pelnymi zdaniami i na zlozone tematy, przypomniałam sobie, że w poprzednim, polskim życiu, zanim stałam się dziecinnym laowaiem, byłam nauczycielką, pracownikiem naukowym i czasami wykładowcą. Widok 50 kilku otwartych z wrażenia gęb (zając na ich oczach udziergal spory kawalek na drutach) był jedyny w swoim rodzaju. Kończymy tym, że problemem nie jest socjalizm, ale „demokracja” w jej zachodnim rozumieniu – idea ze względu na wielorakie uwarunkowania mało tutaj zrozumiała. Poszło. Profesor chwali część merytoryczną, ale odnosimy wrażenie, że jeśli chodzi o sprawdzian z ćwiczenia poruszania się w chińskim dyskursie publicznym powiedzieliśmy trochę za słabo, za bardzo niepewnie, mogliśmy trochę (trochę – tylko co to znaczy?) konkretniej (chociaż to jeszcze nie to słowo) i jeszcze by było ok.
Potem z SL, Tajwanką zastanawiamy się, jak można się nauczyć takiego wyczucia. Niby mnie powinno być łatwiej, bom z Polszczy. Choć wyczulenie na różne rejestry języka publicznego, w tym propagandowe, oraz poczucie jak delikatną i przedziwną są one materią mam pewnie i lepsze niż standardowy przedstawiciel jakiegoś kraju zachodniego, to jednak mam też wrażenie, że nie na wiele mi te polskie geny (i wychowanie) oraz pamięć schyłkowego PRL-u pomagają (choć jak ostatnio znajoma z pewnego kraju latynoskiego zadała chińskim znajomym pytanie o to, jak się ma filozofia “tego niemieckiego Zyda Marksa” do Renmin Ribao, to zrozumiałam, że mogło być ze mną zawsze jeszcze gorzej). To znaczy sa pomocne, ale tylko w okreslonym zakresie rzeczywistosci. Bo to, co jest tutaj, jest po pierwsze wielotorowe. Dangbao – gazeta partyjna – to gazeta partyjna. A media lokalne, media niecentralne i sciezki ktorymi sie poruszaja, jezyk ktorym pisza, bramki na ktore graja – to zupelnie inna sprawa. Studenci dziennikarstwa tego elitarnego uniwersytetu maja kilka lat, zeby to zrozumiec. Czesci na pewno sie uda.

04

11 2009

Wuerlixi Beike a sprawa chińska

Mój uniwersytet często nawiedzany jest przez różne światowe sławy. Dziś pojawił się Ulrich Beck - 乌尔利希·贝克 (Wuerlixi Beike). Przybyli na spotkanie studenci byli tak liczni, że trzeba było zastosować środek specjalny – zasiąść na miejscach z napisem “rezerwacja” z ważnymi minami i udawać zaproszonych gości. To stary sposób – do mnie nikt nie podejdzie, bo pewnie jestem jednym z zaproszonych zagranicznych gości  (mojego wieku a więc i pozycji nie da się tu poznać po wyglądzie, w oczach Chińczyka mogę mieć lat 20 jak i 40) i głupio nawet pytać. Blef ma taką moc, że zapewnia wygodne fotele jeszcze moim trojgu chińskim znajomym z wydziału.  No więc siedzimy z ważnymi minami i notesami Hello Kitty w drugim rzędzie, a Beck przemawia. Ogólnie mówi to, co w książkach, tyle tylko, że robi to z silnym niemieckim akcentem i bez tłumaczenia, co sprawia, że moi biedni znajomi wykrzywiają się z wysiłku, żeby go zrozumieć (teraz wiedzą, co czuję na niektórych wykładach). Kończy stwierdzeniem, że wie już, że trzeba badać drugą nowoczesność w jej nie-zachodnich odsłonach (niestety, jak i co, to już nie mówi, a tu przypadkiem właśnie w takiej odsłonie się mieszka, chodzi na zajęcia, rozwiązuje problem zatrutego mleka). Ciekawie robi się dopiero po końcu wystąpienia.

Na mównicę wchodzi chiński profesor socjologii, który ma za zadanie dodać “chiński kontekst” do tego, co mówił Beck. No i dodaje. Styl tego dodawania przypomina mi sposób, w jaki zdawano egzamin urzędniczy w cesarskich Chinach. Po prostu sypie cytatami z klasyków: Konfucjusza, Mencjusza, Sunzi i Mao. Zaczynamy podziwiać tłumacza (cytaty, oprócz tych z Mao, są w klasycznym chińskim) i skupiać się bardziej na jowialnej, zaróżowionej twarzy Becka, na której maluje się rosnące zdumienie.  Celem przemówienia jest pokazanie zagranicznemu gościowi, że wszystko o czym mówi, już kiedyś wymyślili Chińczycy. Tu już nie tyle już chodzi o chińską naukę, ale o chińską dumę. Kosmopolityzacja? Proszę bardzo - już Konfucjusz mówił, że wszyscy jesteśmy braćmi pomiędzy czterema morzami. Ryzyko i katastrofy? Proszę – już Mao pisał o ryzyku (tu wymieniamy cicho uwagę, że Mao faktycznie jak nikt wiedział dużo o katastrofach i ryzyku) itd. Na koniec wytoczony zostaje Marks i następuje uwaga, że cały dyskurs o ryzyku ekologicznym w postaci gazów cieplarnianych ma podłoże polityczne i ekonomiczne, mające na celu narzucić dominację pewnych krajów nad innymi i że to sztuczny problem.

Beck wydaje z siebie “Wow” – mniej więcej takie, jak mógłby wydać, gdyby w środku konferencji zjawił się połykacz noży i zaprezentował swój program, po czym okazało się, że został zaproszony przez gospodarzy jako najlepsza możliwa rozrywka. Potem tłumaczy jeszcze raz, że chodziło mu o coś innego, niż “przyjaźń pomiędzy narodami”, że to nie on wymyślił zatrucie środowiska i że on tylko rekonstruuje dyskurs etc. Mam wrażenie, że tłumaczenia te odebrane są przez część profesorów jako wydumane.

Kolejne pytania zadawane przez profesorów (“Żeby osiągnąć międzynarodową wspólnotę trzeba mieć jakiś wspólny język, jak to zrobić?” etc.) wskazują, że jedna strona z drugą zupełnie się nie zrozumiały.  I że to niezrozumienie jest dowodem na to, że Beck - choć z całych sił deklaruje zwalczanie “nacjonalizmu metodologicznego”, tkwi może już nie w perspektywie niemieckiej, ale do bólu europejskiej. Że chińscy profesorowie, pomimo “okcydentalizacji” chińskiej nauki, na którą się tak często uskarżają, nie mają wiedzy i kontekstu koniecznego dla zrozumienia chociażby terminologii tego- bądź co bądź – jednego z bardziej prominentnych zachodnich badaczy. A po środku tego wszystkiego nieszczęsny angielski.

To o czym mówi Beck dla przemawiających chińskich profesorów jest w najlepszym razie obce i wydumane. W nieco gorszym – widziane jest jako zagrożenie, coś dokładnie przeciwnego głównym celom, o których obecnie mówi się w Chinach. No bo on o zwalczaniu “nacjonalizmu metodologicznego”, podczas gdy tutaj próbuje się z całej siły skonstruować “narodową perspektywę” . On o ponadgraniczości, rozkładzie dotychczasowych reguł i kosmopolitanizmie jako o szansie, podczas gdy tutaj pachnie to chaosem (czyli źle pachnie), a władza lansuje usilnie “harmonijne, uporządkowane społeczeństwo,hexie shehui“. On o otwieraniu się władzy i konieczności jej przyznania się do niemożności zapanowania nad ryzykiem, jako o sposobie na jej legitymizację, podczas gdy tutaj legitymizacja władzy opiera się w znacznej mierze na wierze, że ma ona pełną kontrolę (do tego “opartą o naukowe podstawy”) np. nad ekonomią. Te beckowskie szanse są widziane na tyle duże zagrożenia, że trzeba wytoczyć działo w postaci cytatów z “jednego z najwybitniejszych myślicieli świata – Konfucjusza” i mieć nadzieję, że ich siła będzie mówić sama za siebie.

W tym wszystkim zadziwiają mnie studenci - zadają odważne sensowne pytania, nie używają cytatów jako tarczy,  argumentują, są krytyczni. W pewnym sensie jestem z nich dumna. W końcu pada pytanie o Chiny i o ich drogę w nowoczesności (już pal licho w której). I znowu widać, jak strasznie dużo dzieli tego europejskiego profesora od świata w świecie, w którym właśnie jesteśmy. Zapytany o Chiny, mówi o tym, że tworzenie iluzji perfekcyjnego zarządzania ryzykiem jest bardziej niebepieczne niż to (zdefiniowane już) ryzyko. Krótko mówiąc, mówi o otwarciu politycznym, ostrzega, że jego brak może doprowadzić do eksplozji. I tyle. I nikt nie kontruje, rzecz wybrzmiewa i tak to zostaje. Potem, już po wyjściu, jak przetłumacze znajomym (w końcu nie zrozumieli, a może kontry nie było, bo w ogóle mało kto zrozumiał?), to się wkurzą nie na żarty, już nie tyle dlatego, że ktoś znowu nie znając Chin i ich zagrożeń uczy je, co powinny zrobić, ale dlatego, że to w ich oczach żadne odkrycie i że znowu oczywistość “jest sprzedawana jako cos cudownego, bo z Zachodu”.

Faktycznie, tutaj niemal na każdych zajęciach mówi się o  gongkai – otwarciu publicznym: władzy, mediów. Choć nie jest to otwarcie, o jakim mówi Beck (no bo niby czemu miałoby być?). To raczej dyskusja o większej transparentności. Jak dla mnie jej istnienie np. w środowisku uniwersyteckim to ważny znak dynamizmu dzisiejszych Chin, także jeśli chodzi o idee (w skali chińskiej, ale to w końcu nie byle jaka skala). Tylko czy tego rodzaju zmiany nie wydają się zbyt małe (jakoś słowo “mały” z trudem mi przechodzi przez palce w odniesieniu do czegokolwiek chińskiego) z europejskiej perspektywy? I co musiałoby się zdarzyć, żeby Beck miał o Chinach do powiedzenia więcej niż 3 słowa?

29

09 2009