Posts Tagged ‘święta’

Opowiesć wigilijna

17 marca 2010 roku rano 17-letnia Tian Yu weszła na czwarte piętro dormitorium i skoczyła z okna. To był drugi z dwunastu przypadków skoku z budynku, które wydarzyły się tamtą wiosną w należącej do tajwańskiego Foxconnu (Fushikang) największej fabryce swiata (w chwili gdy Tian Yu skakała, fabryka w Kantonie miała blisko pól miliona pracowników). Srednia wieku skaczących 21 lat. Tian Yu jako jedna z dwóch osób, które skoczyły, przeżyła. W najnowszym, noworocznym, poswięconym w całosci opowiesciom dziennikarzy, pisarzy ale i “zwykłych ludzi” o ich ojcach, numerze Nanfang Zhoumo, Tian Yu opowiada o swoim ojcu. Kika dni wczesniej opowiedziała o swojej pracy w Fushikang i o swoim obecnym życiu dziennikarzowi 第一财经日报 – diyi caijing ribao – “Pierwszego dziennika finansowego”. Spróbuję odtworzyć z tych dwóch tekstów tę historię. Żeby nie było tylko o ojcu, ale i o córce.
Choć w szkole nie była dobrą uczennicą, ojciec nigdy jej nie karał. Ukarał tylko raz, gdy użyła jako dziecko brzydkiego wyrazu. Dostała po buzi tak, że aż poleciała krew. Młodszy brat Tian Yu jest głuchoniemy, jest jeszcze młodsza siostra. Rodzina mieszka na henańskiej wsi, ma trochę zwierząt (po tym, jak Tian Yu skoczyła z okna, czesć zwięrząt wyprzedali, żeby mieć na opłatę za szpital), zimą ojciec najmuje się do pomocy jako pracownik sezonowy. Tian Yu skończyła gimnazjum i nie ma co ze sobą robić. Marzy, że będzie miała sklep z butami w miasteczku. Ale póki co nie może siedziec w nieskończonosć w domu, postanawia jechać do Kantonu pracować. W artykule dla Nanfang (Tian Yu mówi, dziennikarz spisuje) opowiada o tym, jak ojciec bał się, że jako młoda, niedoswiadczona, będzie doswiadczać krzywdy i upokorzeń. Dla Caijing Ribao relacjonuje, jak przed wyjazdem rodzice uczyli ją, jak radzić sobie z ewentualnymi zniewagami – “wytrzymuj, znos w ciszy”. Pomimo nakazu tradycji, który mówi o tym, że dziecko powinno spędzać chiński Nowy Rok z rodziną, rodzicami, dwa dni przed Nowym Rokiem Tian Yu wsiada w pociąg i jedzie ze srodka kraju na wybrzeże – w kierunku przeciwnym niż wszyscy inni, wracający do domów na swięta robotnicy.

Pierwszego dnia (“miałam szczęscie, przyjęli mnie już po dniu stania w kolejce, bo to było tuż przed Nowym Rokiem i potrzebowali ludzi”) wytrzymuje, choć płyna jej do oczu łzy. Gdy podczas przeszkolenia pyta się, czy dobrze wykonała zadanie, nadzorczyni potwierdza, a potem, podczas kontroli, ta sama nadzorczyni publicznie ja wysmiewa i krytykuje za…źle wykonane zadanie. Najpierw nie musi zostawać dłużej przy tasmie, bo jest niepełnoletnia, ale wkrótce zostaje jak wszyscy. Kilkanascie godzin codziennie na stojąco przy tasmie, wykonując tę samą czynnosć. Wtedy po raz pierwszy wydaje jej się, że straciła czucie w rękach i nogach. Zanim nieopatrznie utopi kupioną przez ojca komórkę w wodzie, powie mu jeszcze i to.
W dormitorium mieszka ich 8 w pokoju, ale, ponieważ każda z dziewczyn pracuje w innym dziale (Tian Yu sprawdza zmontowane ekrany do Apple’ów) i na różne zmiany, zna imię tylko jednej z nich. Atmosfera jest zimna, nie ma z kim porozmawiać – nie to, co w domu, na wsi. Tian Yu ma tylko jedną koleżankę, z którą zapoznała się podczas stania w kolejce. Żeby 500 kuajów, które dał ojciec na dworcu, na dłużej wystarczyło, w ramach rozrywki przechadzają się po ulicach handlowych i do supermarketu. W tym ostatnim wkładają towary do koszyka, objeżdżają sklep, a później odkładaja rzeczy z powrotem na półkę.
16 marca zostaje już tylko 10 kuajów (czy 5, jak wspomina druga z gazet, nieważne, mało). Minął już miesiąc, a wypłaty jeszcze nie ma. Tian Yu pyta koleżanki z dormitorium, gdzie odebrać kartę z pensją. Nie wiedzą, kierują do kierownika działu. Ten odsyła do filii fabryki na drugim końcu miasta. Za większosc pozostałych pieniędzy Tian Yu kupuje bilet i jedzie godzinę autobusem. Zaczyna się kolejna porcja odsyłania. Z jednego budynku do drugiego, z drugiego do trzeciego i tak dalej w nieskonczonosć. “Nie wiem ile godzin tak chodziłam, szukałam i szukałam i szukałam, a miejsca, gdzie mam odebrać kartę nie było i nie było” – płacze Tian Yu reporterowi Jingji Ribao.

Do dormitorium wraca na piechotę, bo nie ma już pieniędzy na bilet. Idzie przez całe gigantyczne miasto. Kładzie się na łóżko, ale nie może spać, bo jest tak wsciekła. Płacze. Nikt się nie pyta, co się stało. Rano gdy sobie przypomina zdarzenia dnia poprzedniego, zalewa ją wsciekłosć. W tej wsciekłosci biegnie ledwie piętro wyżej i w 35-tym dniu pracy skacze.
Budzi się po 12 dniach i nie poznaje własnego ojca, który siedzi przy łóżku – 40-latek ma całkiem białe włosy. W swojej opowiesci o ojcu mówi, że ten ukradkiem gotuje w elektrycznym garnku kleik, bo Tian Yu, z wieloktornie złamanym kręgosłupem, sparaliżowana od pasa w dół, z połamanymi kończynami, uszkodzonymi narządami wewnętrznymi, ma problemy z trawieniem. Caijing Ribao przedstawia inny jeszcze powód – jedzenie w szpitalu jest zbyt drogie dla rodziny, pichcąc ukradkiem kleik, zaoszczędzają trochę pieniędzy. Ojciec podpisuje porozumienie z Fushikangiem. Rodzina dostanie 180 tysiecy yuanów, wypłacone w oparciu o “humanitarną postawę” (tak ujmuje to porozumienie) fabryki. Ojciec ani Tian Yu nie rozumieją, co znaczy to wyrażenie.

Za dalsze opercje Tian Yu trzeba płacić. W opowiesci dla Nanfang Tian Yu mówi, że to ona sama poprosiła ojca, aby nie jeździła już więcej na drogą rehabilitację, w drugiej z opowiesci to rodzice sami, widząc topniejące fundusze 5 osobowej rodziny, w której dwoje dzieci jest niepełnosprawne, a trzecie, młodsza siostra Tian Yu, rzuca szkołę, by pomagać w domu, decydują o zaprzestaniu kosztownych zabiegów. W opowiesci o ojcu ten kupuje córce komputer, żeby jej się nie nudziło i piecyk na zimę, “bo sparaliżowanemu zimno”, nigdy nie pyta o powodu skoku, nic nie wypomina, znosi to, co się stało cierpliwie. W opowiesci dla Caijing Ribao pan Tian Jiandang (można przetumaczyc jako “Budujący-Partię Tian”) stwierdza krótko: “dzieciak, to i nie rozumie”. Nie rozumie, że upokorzenia trzeba znosić, pochylać głowę i nic nie mówić. Że brak pensji to nie koniec swiata.

Nanfang Zhoumo pierwszy numer tego roku – Roku Królika – poswięca opowiesciom o ojcach. Pisze we wstępniaku, że znak “ojciec” zapisany tak, jak na najstarszych kosciach wrózebnych, wyobraża tego, który trzymając rodzaj drąga wychowuje dzieci. “Ojciec jest Niebem dla dziecka” – w tym sensie, ze to on nadaje prawa, karze, ustanawia porządek. Jest początkiem – tak jak początkiem jest chiński Nowy Rok (inaczej Swięto Wiosny). Czyli nie tylko w sensie chronologicznym, biologicznym, ale i moralnym. Co ciekawe, dla autora wstępniaka to typu stwierdzenie jest nie tyle okazją do przypomnienia synowskich powinnosci i cnót (孝 xiao), o których to tradycyjnych cnotach coraz większa grupa młodych przypomina sobie dopiero własnie na Nowy Rok (choć refleksja na temat, chociażby po przeczytaniu wypowiedzi Tian Yu, która przecież zrobiła cos, co najradykalniej zaprzecza 孝, jest nieunikniona), ale punktem wyjscia do podkreslenia… fundamentalnej równosci ojców. Każdy z nich dla dziecka znaczy – powinien znaczyć – to samo. “Ten, co ma w dłoniach motykę, ten z młotkiem, z nożem chirurgicznym i za kierownicą od dobrego samochodu” – pisze Nanfang – “urzędnik i nonmingong”. Ten, którego latorosl w zabawie “a mój tata…” zawsze wygrywa i ten, którego dziecko zawsze przegrywa. Li Gang (hasło “Li Gang” nie pojawia się w żadnym z tekstów wprost, ale i tak wiadomo, o co chodzi) i Budujący-Partię Tian. Ech, idealistyczny Nanfang Zhoumo.

No, już koniec wigilijnego smucenia –

żeby ten rok – Rok Królika – był faktycznie początkiem, ale tylko dobrych rzeczy!

P.S. Po serii samobójstw wsród młodych robotników (ale oczywiscie nie tylko to było powodem), Foxconn przeniósł czesć produkcji do srodka kraju. Rosnące koszty produkcji, kryzys, duże koszty społeczne (do dostrzeżenia czego te 12 skoków bardzo się przyczyniło) takiego systemu produkcji oraz plany rządu, aby rozwijać zachód kraju sprawiają, że robi tak nie tylko on.

P.P.S. Artykuły:

http://news.hexun.com/2011-01-24/126968840.html

http://www.infzm.com/content/55157

03

02 2011

Szescdziesiata pierwsza

Przepraszam, ze dopiero dzis, trzy dni po fakcie, ale dzis dopiero mam chwilke. I przepraszam, ze badziewnym aparatem.

Wielki ekran na placu Ti4nanmen, a na nim wytyczne:

blogDSC00509

“紧持科学发展观” – scisle trzymac sie koncepcji rozwoju naukowego:

blogDSC00517

…i wspomnienia z szescdziesiatej:

blogDSC00492

blogDSC00463

…i piekne widoki z poszczegolnych (nieodlacznych) czesci Chin:


blog1DSC00532

毛主席纪念堂 – Maozoleum. Dzis zamkniete. Polecam powiekszenie:

blogDSC00397

blogDSC00369

blogDSC00421

blogDSC00628

Portret Mao zmienia sie na nowy raz na trzy lata. W tym roku zmieniono tuz przed rocznica

blogDSC00636

blogDSC00553

2 logo:

blogDSC00625

Cesarze:

blogDSC00565

Cesarze:

blogDSC00549

blogDSC00620

Czapka!

blogDSC00571

blogDSC00563

Doktor Sun i dziewczyna (dr Sun jest dokladnie naprzeciwko portretu Mao)

blogDSC00470

blogDSC00579

W stylu feudalno-imperialno-kawaii-popularnym (z chinska charakterystyka):

blogDSC00603

blogDSC00608

blogDSC00656

blogDSC00676

“Wszystko” to za malo:

blogDSC00697

blogDSC00706

blogDSC00712

blogDSC00650

Dwoch cesarzy powitac – czyz to nie radosc?

blogDSC00756

Koronacje:

blogDSC00773

blogDSC00786

blogDSC00779

blogDSC00790

blogDSC00859

blogDSC00722

Byc widzem i uczestnikiem:

blogDSC00734

blogDSC00525

Byc widzem i uczestnikiem:

blogDSC00407

Sun Yat-sen, pomnik bohaterow ludowych, Maozoleum, pare samochodow wyprodukowanych pod Szanghajem i “nieustraszone wprowadzanie 中国特色社会主义” – socjalizmu z chinska charakterystyka

blogDSC00616

03

10 2010

Chiny na kolach – czyli podroz Znikad do Leshan

! Ponizszy wpis jest opisem podrozy w najtanszej klasie chinskiego pociagu w Chinski Nowy Rok. Kto delikatny na zoladku, niech po prostu nie czyta.

Po 10 godzinach podrozy zepsutym Zlotym Smokiem (najpowszechniejsza marka autobusow w Chinach), po kilku dokonanych przez kierowce i pasazerow-mechanikow naprawach, ktore pozwolily na jazde, ale  z maksymalna predkoscia 20 kilometrow na godzine (czesc z napraw dokonywala sie w spektakularnym kanionie gornego biegu Jangcy na wysokosciach raczej lotniczych, polecam powiekszenie zdjec celem zobaczenia tarasow na zboczu):

DSC06707

DSC06708

po przejechaniu ostatnich 50 kilometrow po drodze, ktorej nawierzchnia przypominala polamany w wyniku jakiegos naglego zdarzenia lod (przy drodze tablice: “panstwo robi drogi dla ludu, lud powinien dbac i chronic drogi”), a otoczenie jakas inna planete (gigantyczne fabryki z ogniami buchajacymi z kominow na tle martwych czerwonych gor), dojechalam do Nikad. Miejsce to sklada sie z dworca i okalajacych go hoteli, jest w odleglosci godziny od miasta, choc stacja nosi jego nazwe. Rzecz okalaja jedynie te rdzawe, martwe gory. Wlasnie na dworcu w Nigdzie dopada mnie z cala moca druga strona chinskiego Nowego Roku. Jedyny bilet, jaki udaje mi sie dostac, jest na pociag odjezdzajacy nastepnego dnia, za piec dwunasta w nocy. Oczywiscie o zadnej miejscowce nie ma co nawet marzyc. Jedyne, co jest dostepne to 无坐 – wuzuo, czyli miejsce stojace. W nocy, na trasie 600 km, ktora pociag ma pokonac w 10.5 godziny. Przed dworcem w Nigdzie koczuja oczekujace na swoj pociag tlumy.  Siedza na kartonach, spia, skubia pestki slonecznika i pluja dookola, jedza niedlaczne od dalekich podrozy zupki-zalewajki. Bagaze – w postaci jutowych workow po nawozach, tanich walizeczek etc. rozlokowane dookola kazdej z grupek niczym waly przeciwodziowe. Ja biore pokoj w jedym z hoteli rozlokowanych dookola dworca w Nigdzie i zmuszam sie do ladowania baterii (spania, kapania sie kilka razy na zapas) wiedzac, ze nie bedzie lekko. W miedzyczasie przechadzam sie jedyna ulica Nigdzie. Na ziemi na kawalku szmaty leza na (wysoce nielegalna – tylko co w takim razie robia w samym srodku Niczego?) sprzedaz tygrysie lapy i kosci – na talizmano-lekarstwa. Ech, rok Tygrysa.

Choc stawiam sie na dworcu 40 minut wczesniej i tak jest to za pozno. Tlum, tak jak ja posiadajacy jedynie bilety wuzuo, ktory teraz oprocz workow, wiader i tanich walizek trzyma takze skladane mini-krzeselka, juz czeka przy wejsciu na peron.  Gdy w koncu podjezdza pociag, gdy probuje sie do niego dostac, jest juz tak pelen, ze ledwie zyje juz po samej probie wcisniecia sie do srodka. Pierwsze, co rzuca sie o oczy, to calkowicie mokra, jakby ublocona, podloga. Na poczatku mysle, ze to awaria kranu w toalecie, ale pozniej przypominam sobie, ze to Chiny. Mokra podloga jest - eee, slowo srednio pasuje – esencja tego, co od Chin nieodlaczne – czyli plucia tam, gdzie sie stoi. Ograniczona powierzchnia pociagu relacji Kunming-Xian (to wlasnie on przejezdza bowiem przez Nigdzie) sprawia, ze rzecz – znowu zle slowo – koncentruje sie i przybiera forme blota. Na nim postawie – jak wreszcie dopcham sie do przedzialu (choc to wuzuo, to jednak na bilecie jest wyszczegolnione, w ktorym wagonie ma miec miejsce moje stanie) -  moja torbe podrozna i plecak. Tlum jak woda – wypelnia kazda mozliwa szczeline wagonu, rozlewa sie po nim. Jest wlasnie jak woda po wlaniu do szklanki, faluje, ale w koncu wyrownuje sie poziom. W efekcie moge sobie nawet usiasc na mojej torbie podroznej. W pewnej chwili nawet klade obok plecak i w pozycji godnej adepta jogi – pollezac na torbie i kladac glowe na plecaku, udaje mi sie przysnac (z twarza 30 cm nad plwocina).

Budzi mnie tumult i krzyki – pociag zatrzymuje sie gdzies w srodku ciemnosci i do przepelnionego juz wagonu wlewa sie nastepna fala ludzi. Choc wydawalo sie, ze juz wiecej nie da sie upchnac, to jednak do wagonu wpada conajmniej drugie tyle osob. I targa, taranujac obecna juz w srodku reszte, drugie tyle pakunkow. W efekcie jedyna pozycja, na ktora moge teraz sobie pozwolic, to stanie na jednej nodze w przechyle. Torba i plecak zostaja zadeptane (oczywiscie na mokro). Wsrod nowej ludzkiej fali rzucaja mi sie w oczy dwie grupki osob. Pierwsza z nich to rodzina (matka, ojciec i 5 dzieci, w tym niemowle na plecach matki) o kompletnie niechinskim wygladzie (pozniej sie dowiem, ze to przedstawiciele ludu Yi, tego samego, ktory spotkalam w tarasowej dolinie, ale jak rozni!). Gdy wchodza, moje pierwsze doznanie jest jednak zapachowe. Pachna wedzonym dymem, palonym chrustem, sa cali na wskros przesiaknieci tym dymem. Dopiero drugie doznanie jest wzrokowe. Dzieci sa skrajnie umorusane – na raczkach zastygly w formie skorupki czarny brud, na buziach czarne smugi, ubrania oblepione wieloletnim, przechodnim z dziecka na dziecko,  jak same te ubrania, brudem, na glowach wlasnie tworza sie im rasowe koltuny. Maja drucikiem poprzekluwane uszy – zamiast kolczykow, przewleczone kolorowe sznureczki. A to tego sa nieprawdopodobnie piekne – podobnie jak dzwigajaca na plecach rownie co reszta brudne niemowle – matka. Wszyscy maja wielkie, jasnobrazowe oczy, bardzo regularne rysy umorusanych, a w przypadku matki, choc mlodej, to juz pooranej glebokimi zmarszczkami, twarzy. O ile ubrania przedstawicielek ludu Yi z tarasowej doliny to byl pokaz kunsztu hafciarskiego i feria barw, ta kobieta ma na sobie brudny znoszony sweter, spodnie i adidasy. Na glowie hongwejbinska czapke (potem w przedziale dojrze jeszcze dwie inne kobiety Yi, i one tez beda mialy te kulturalno-rewolucyjne czapki na glowach, jedna kombinacje hongwejbinska czapka+ welniana chusta omotana dookola - taki nowy znak identyfikacyjny etnicznosci). Natomiast ojciec rodziny nie odbiega wygladem od przedstawicieli ludu Yi z tarasowej doliny. Ma fircykowate dzinsy (tyle, ze w przeciwienstwie do wioskowych elegantow z doliny, brudne), marynare w tandenty hafcik, kolczyk w uchu i zloty zab. Matka, przykucnawszy na nieprawdopodobnie malym, dostepnym skrawku zaplutej podlogi juz niedlugo zajmie sie karmieniem niemowlaka piersia, a ojciec rodziny graniem w gry na komorke.

Druga konstelacja osob to czteroosobowa rodzina. Gdy wchodza, przodem przedziera sie, niczym na wojnie w zastepy wroga, ojciec. Wrzeszcac dookola “bu hao yisi” (przepraszam) , gestem nieznoszacym sprzeciwu rozgarnia stojacych, a nastepnie siedzacych. Ustawia ich, przeklada jak marionetki, po czym, ani sie spostrzegaja, na ich z takim trudem zdobytych miejscach siedzacych zasiada corka, syn i zona faceta (ktorego w miedzyczasie nazywam Lysym Li, od bohatera powiesci Yu Hua “Bracia”, gdzie Lysy Li to uosobienie tupetu, ale i odwagi chinskich nowobogackich) oraz sam facet. Doslownie przeklada trzech jadacych razem kolegow – robotnikow, do tej pory spiacych spokojnie w dziwnych pozach na swoich z takim trudem zdobytych miejscach. Uklada ich w stertke objetosci dwoch miejsc, po czym sam zasiada na w ten sposob zdobytej miejscowce, po czym sam mowi do siebie “还不错吧”, calkiem niezle, ze niby podrozowanie z wuzuo nie jest takie tragiczne.  Po czym, w akcie podziekowan, wrecza kazdemu z wysiedlonych po papierosie. Czesc przyjmuje a czesc nie, ale nikt nie robi tego, co ja bym zrobila na ich miejscu – czyli dzikiej burdy. Zlozeni na kupke robotnicy (rece czarne i twarde tak, ze mozna bez mlotka wbijac gwozdzie, ta czern i twardosc sa permanentne bardziej niz tatuaz, nie zeszly nic a nic nawet podczas dwoch tygodni Nowego Roku) wkrotce na powrot zasypiaja – tyle ze ksztaltem przypominaja teraz zlozone na kupke ubrania.

Rodzina Yi zajmuje miejsce tuz obok mnie (nadal wisze na jednej nodze). Oblepione glina kurteczki laduja na mojej torbie, skoltunione glowki dzieci tona w ludzkim tlumie. Pasazerowie Hanowie ostentacyjnie pogardzaja rodzina Yi – wydymaja usta, wznosza oczy do nieba. Lysy Li ( z ktorym po tym, jak uciesnil robotnikow, postanawiam nie rozmawiac) mruga porozumiewawczo do mnie, po czym plujac na podloge i – napotkawszy moje potepiajace spojrzenie – wsmarowawszy rzecz butem w podlogowy laminat, rzecze o rodzinie Yi: “zadnej kultury nie maja, co?”

Ja z dwojga zlego jako towarzyszy podrozy o niebo wole juz dowolna liczbe umorusanych dzieciakow niz setke plujacych i rozsmaroujacych rzecz w podloge przedstawicieli “cywilizowania”. Nie wiem, jak wyglada wioska, z ktorej pochodzi ta rodzina, ale rozne wioski widzialam. Na poludniu Yunnanu brak biezacej wody, drogi dojazdowej, ubikacji etc. to absolutny standard. W takiej sytuacji utrzymanie czytstosci to niesamowity wysilek (inna sprawa, ze yunnanskie wioski jak i ich mieszkancy byli naprawde czysci) i w pewnym stopniu rozumiem te kobiete – ze czasem jedynym wyjsciem jest po prostu nie zwazanie na higiene.  Ale plucie na podloge, na ktorej siedzi, pol-wisi, kuca, koczuje czlowiek przy czlowieku to inna kwestia. Tu jest wybor i to latwy – jak juz sie musi, mozna kupic sobie za jednego juana rolke papieru toaletowego – i pluc sobie do woli.

Ludzka fala ponownie sie rozlewa rownomiernie po wagonie, zostaje osiagnieta relatywna rownowaga. Udaje mi sie zajac miejsce cwierc-siedzace; dwoch chopakow po mojej stronie wagonu sciesnia sie i moge przycupnac (co prawda musze nieustannie balansowac, zeby utrzymac rownowage). Co sekunde, chociaz wydaje sie, ze juz szpilki nie da sie wcisnac, ktos przechodzi (albo jak sprawniejszy, to opiera sie na siedzeniach i przelatuje gora nad tlumem – ladujac mokrymi podeszwami butow na przyklad na mojej torbie). Osoby te dzierzac papierowe miski zupek-zalewajek najpierw przeprawiaja sie na koniec wagonu po wode. Pozniej wracaja. Za 20 minut te same osoby przeprawiaja sie oczywiscie do toalety. Za kazdym razem trzeba sie podnosic walczac z oporem tlumu, ktory jak ruchome piaski, sciaga w dol. Ja w obawie przed utrata z trudem wypracowanego miejsca nie ide po wode do mojego kubeczka z herbata z kulkami z proszku. Jakbym poszla miejsce wypelnilaby ludzka fala. Jakbym nawet odzyskala jakims cudem, na pewno by przepadlo gdybym w ramach nieuniknionych kolei losu chciala nastepnie pojsc do toalety.

20 wagonowy pociag jedzie przez kompletne ciemnosci (moge sobie tylko wyobrazac te gory dookola). W srodku odwrotnie – oslepiajace jarzeniowki. Kilka osob wyjelo komorki i puszcza z nich na glos muzyke – niestety moj kawalek wagonu jest strefa oddzialywania kilku epicentrow muzycznych. Gdy leca hity – te najnowsze – spiewa mlodziez. Gdy leca te ogolnonarodowe – typu Qingzang Gaoyuan (o tym jak piekny jest Tybet i Qinghai, i jak wazne miejsce w chinskim sercu te cudne miejsca zajmuja)- spiewaja, albo przynajmniej poruszaja ustami wszyscy, ja tez, po prostu samo tak wychodzi. Czesc osob gra w karty, wiekszosc pali, wszedzie walaja sie puste papierowe miseczki po zupkach-zalewajkach i puste butelki po wodzie. Co pewien czas w to wszystko wjezdza….(kij mu w szprychy) wozek z napojami i przekaskami. Choc wydaje sie, ze jego przejazd jest calkowicie niemozliwy, to jednak ludzka fala – unoszac (doslownie i w przenosni) po drodze worki, pakunki i tanie walizeczki, przelewa sie tak, ze rzecz jednak sie przeciska przez srodek. W pewnym momencie nocy pojawia sie wielki jak wieza xi’anski konduktor. Przeklada siedzacych trzech kolesi i siada obok. “Lei si le” – (smiertelnie zmeczony) ciezko i basowo wzdycha z tym jakze milym dla mego ucha xianskim akcentem. Otacza ramieniem kolesia obok - “Gdzie jedziesz, bracie?” – pyta. Koles tez jedzie do Xi’anu. “No to masz ciezko”. Konduktor patrzy na kilku nieszczesnikow, ktorym nie udalo sie znalezc nawet niejsca na-w-pol-przycupnietego. “Jak tam? Dajecie jakos rade?“. Jeden ze stojacych – chlopak z Xi’anu z fancy fryzura (karbowana, farbowana), modnymi ciuchami i gitara elektryczna wzdycha: “hen fuza” (ciezko, dosl. skomplikowanie).

W miedzyczasie jednakowoz zaczynam rozmawiac z Lysym Li, ktorego sila oddzialywania jest tak przemozna, ze nie mam wyboru, po prostu zaczynam odpowiadac i tak rozmawiamy. Lysy Li & spolka mieszka 140 km obok Wenchuan, epicentrum wielkiego trzesienia z 2008 roku. Budynek w ktorym mieszkaja bujal sie strasznie, bujal, ale przetrwal. Taki sam budynek obok sie zawalil. Zostaje tez przymuszona do ogladania w aparacie zdjec Lysego Li i jego rodziny w strojach ludowych roznych grup etnicznych – Lysy Li i jego rodzina jako Tybetanczycy, jako Ujgurzy  (w miedzyczasie jego zone zdazylam ochrzcic mianem Sofii Loren, to piekna, bujnej urody kobieta, troszczy sie o Lysego Li, a w akcie troski czysci za pomoca dlugiego paznokcia jego uszy. A dzieci…dzieci niestety odziedziczyly urode po ojcu, ot, taki los).  Kiedy zbliza sie rano, robie sie w koncu glodna i wyciagam zakupione w Nigdzie pistacje (Lysy Li i spolka zdazyli w tym czasie zjesc cala torbe kurzych lapek – tzn. czesci pazurzastej i wypluc resztki na podloge pod siebie). Gdy biore porzadna garsc orzechow, gestem pokazuje umorusanym i wyraznie glodnym dzieciakom Yi (niezaradna matka nie wziela dla nich nawet butelki na wode, podniosla wiec pusta butelke po wodzie z podlogi i na migi – jako, ze nie mowi po chinsku – poprosila przechodzacego z miska zalewajki kolesia o przyniesienie troche wody), zeby nadstawily raczki i sypie im po porzadnej garsci, Lysy Li patrzy sie na mnie z podziwem, jakbym conajmniej w stroju Supermana nadleciala nad zagrozona kataklizmem wioske i uratowala jej mieszkancow. Czuje sie zazenowana. Bardzo.

Nad razem jestem tak zmeczona, ze udaje mi sie, mimo mojej akrobatycznej pozycji, zasnac. Obok na stojaco spi mlody chlopak, ten ktory jedzie do Xi’anu. Nad ranem kobiecie przucypnietej obok mnie udaje sie wreszcie polaczyc z koczujaca w innym wagonie rodzina – mezem i na oko 6 letnim jedynakiem. Jedynak od razu zabiera sie do wsadzania palca w nos i oko usmiechajacemu sie do niego w rozanieleniu pasazera z siedzenia obok i mowienia matce, ze smierdzi. Matka mowi jedynakowi “nie wsadzaj palca w nos wujkowi, bo wujek cie zbije”, ale tak naprawde jest rozanielona zachowaniem swego skarbu. Jedynak udaje, ze strzela do “wujka” i wszyscy lacznie z ostrzelanym, znowu sa zachwyceni, wymieniaja zachwycone spojrzenia. Tak slodko. Potem jedynak trzepie matke po twarzy a ona przybierajac wymuszenie sroga mine mowi, ze tak nie wolno, ale i tak wszyscy sa ponownie zachwyceni. Taki malutki a taki zly – milusio. Gdy pociag wreszcie wjezdza na moja stacje, wyjscie jest jeszcze trudniejsze niz wejscie. Gdy w koncu po przepychaniu sie wytaczam sie jak zbite jablko na peron, ociekam potem z wysilku.

Ten pociag to Chiny w pigulce. Wracajacy Znikad i innych tego typu miejsc po spedzeniu Nowego Roku do czesto nielegalnych prac w miastach  robotnicy (w moim wagonie rece bez odciskow, rece nieczarne, rece niezgrubiale, to byla wsrod rak absolutna mniejszosc), rozpychajacy sie na prawo i lewo Lysy Li i jego rodzina, “Reguly budowania socjalizmu” nade mna (w postaci naklejki na scianie wagonu: “zaszczytem jest dzialac na rzecz mas, wstydem szkodzic masom” ) i plwocina pode mna, dobytek w workach po nawozie, ale wypasione (czesto iluzorycznie) komorki, slodziutki jedynaczek, traktowana z wyniosloscia niezaradna rodzina Yi. ”Wysiedleni” robotnicy i Lysy Li spiewajacy unisono narodowe hity.

24

02 2010

Koszmary Lijiangu i z niego ucieczki

Ech, no i tak jak wczesniej dane mi bylo doswiadczyc fantastycznych stron chinskiego Nowego Roku, tak od kilku dni doswiadczam w koncu jego stron mniej milych.  

Po trzech tygodniach wloczenia sie docieram do Lijiangu, ktory jest skrzyzowaniem Krupowek i Cepelii podniesionym do siodmej potegi plus  chinskie lampiony i chinska “tradycyjna” architektura. Miasto jest faktycznie cudnie polozone (o rzut beretem lodowiec Yulong o wysokosci 5600 metrow):

DSC06630

DSC06668

Ma platanine uliczek, dopracowane w najdrobniejszych szczegolach “stara” architekture (wszystkie dachy starego miasta, ktore jest bardzo rozlegle, maja podswietlenie nocne etc., wszystkie domy niejako z urzedu maja takie same czerwone lampy noworoczne). Po tej plataninie biega w amoku zakupow wyciagajacy stukuajowki, jak by to byly jednokuajowki, tlum. Ja, chcac nie chcac musze sie dolaczyc, bo chce znajomym kupic z podrozy jakies upominki. I jest problem – okazuje sie, ze pamiatki, ktore mozna kupic w Lijiangu sa dokladnie takie/te same jak w shuixiangach (miasteczka nad kanalami) Zhejiangu i Jiangsu, czy hunanskim Fenghuang – ogolnochinski standard reprezentujacy wyobrazenia ogolu o tym, jak powinna wygladac pamiatka z podrozy. Styl niby etniczno-ludowy, co by to nie bylo, bedzie troche podrzezbione, dodac fredzelki, batiki, tanie wyszywanie etc. W Hunanie robilo toto za wytwory ludu Miao, w Lijiangu robi za wyroby ludu Naxi, w Zhejiangu za wyrob ogolnie ludowy. Po mekach chodzenia po cepeliowatym “starym miescie”, w koncu wybieram cos o najmniej niestrawnym poziomie kiczu. Po czym z entuzjazmem dostrzegam wynajem rowerow.

Rower chcialam wynajac w celu dojazdu do lamaistycznej stupy zlocacej sie na gorce za miastem. Wsiadam na rozklekotany, oczywiscie za maly rower gorski (to ja juz 1000 razy bardziej wole yongjiu pai!) i jade. W miedzyczasie znikad pojawia sie wielka chmura:

DSC06600

 i nieuprzejmie opaduje mnie gradem. A stupa jak gdyby nigdy nic po drugiej stronie krajobrazu pieknie sie zloci  i zacheca do odwiedzin:

DSC06595

 Gdy docieram na miejsce, poraza mnie ogrom, przestronnosc, ale i calkowita odludnosc calego kompleksu. Po kreceniu sie po wielkich, pustych placach, natykam sie w koncu na gospodarzy – kilku mnichow. Najmlodszy z nich – na oko 17, 18 letni, oprowadza mnie po kompleksie i robi to z radoscia i duma. To, co z daleka wygladalo na kilkusetletnia swiatynie okazuje sie miec zaledwie 3 lata. Poprzednia swiatynia, ktora byla na gorze, zostala (podobnie jak inne przybytki religijne w okolicach, szczegolnie te nalezace do buddyzmu tybetanskiego, ktorego poludniowe granice oddzialywania zaczynaja sie wlasnie w okolicach Lijiangu) kompletnie zniszczona podczas Rewolucji Kulturalnej. “Zabrali nawet kamienie ze sciezek i zrobili z nich tary do prania” – opowiada mlody mnich.  Ale to, co powstaje teraz, powstaje z wielkim rozmachem, a mlodego mnicha rozpiera prawdziwa duma, gdy pokazuje to, co wlasnie sie robi. Stupa ktora mnie tu przyciagnela, z bliska jest nie mniej imponujaca:

DSC06606

W srodku prezentuje sie tez wspaniale, z wszystkimi freskami przedstawiajacymi sceny z zycia Sakyamuniego, flagami modlitewnymi, barwnym sklepieniem. Powstaje tez ogrod z mniejszymi stupami wzdluz sciezek. Stupy juz stoja, w pustych jeszcze zaglebieniach pojawia sie niedlugo posazki Boddishatwow. Jest tez wielki – na razie kompletnie pusty – z wyjatkiem mojego klekota – parking. Puste na razie budynki mieszkalne dla mnichow. Spory budynek biblioteki na wykonczeniu.   ”Bedziemy centrum religijnym i badawczym na duza skale” - mowi mnich i widac, ze naprawde sie cieszy i ma nadzieje, ze tak sie stanie. W miedzyczasie odbiera telefon i rozmawia po chinsku (tzn. oczywiscie nie standardowa mandarynszczyzna, tylko czyms innym, ale wyraznie chinskim) ze swoim ojcem, ktory mieszka 200 km na polnoc od Lijiangu, komentuja ze smiechem wielkie opady sniegu, ktory spadl w ich rodzinnej miejscowosci.

O ile mlody mnich jest Hanem, to Mistrz, do ktorego po zwiedzeniu kompleksu prowadzi mnie mniszek, jest rodowitym Tybetanczykiem. “Jestem tu juz szosty rok i wciaz nie nauczylem sie dobrze mowic po mandarynsku” - mowi z przepraszajacym usmiechem. Mistrz jest bardzo sympatyczny i tez jest dumny z tego miejsca, ktore powstaje: “jestesmy najbardziej wysunietym przyczolkiem buddyzmu tybetanskiego na poludnie”, usmiecha sie tak, jak usmiecha sie ktos, kto walczyl ciezko i na koniec wygral w wyscigu. Brzmi tez to troche tak, jak niegdysiejsze polskie “przedmurze chrzescijanstwa”. Mistrz i kilku innych mnichow siedzi w swiezo wykonczonej stolowce ubrany w podszyta misiem bordowa szate, ogrzewa sie przy piecyku, na ktorym stoi czajnik z herbata z mlekiem jaka. Na rozgrzanie po opadaniu gradem przed podla chmure, dostaje kubek tego nieprawdopodobnie strasznego, jakby zjelczalego, slonego swinstwa. Usmiecham sie, ze niby pyszne i pije. Dostaje dolewke. I nastepna. I nastepna. “To dobre na rozgrzanie, choc jak sie pije pierwszy raz mozna dostac mdlosci” – powiada z troska Mistrz, a ja, walczac z fala mdlosci, zaprzeczam, ze a skad, ze wrecz odwrotnie.  

Mnichow na razie jest tylko siedmiu - oprocz Mistrza wszyscy bardzo mlodzi.  W stupie i stolowce zdjecia akceptowanych w Chinach rinpocze. Mistrz sciaga z reki bransolete mala, ktora daje mi w prezencie. Dostaje tez kalendarz z cytatami z rozmaitych rinpocze i z jakze chinskimi zaleceniami na kazdy dzien (dzis np. dobrze jest isc do fryzjera, a zle kopac w ziemi, o jakiekolwiek kopanie by nie chodzilo). Dostaje tez broszurke pt.: “Kochac kraj i Budde” (nie moge odzalowac, ze gdzies ja zostawilam przed przeczytaniem). Jak te wszystkie napisy na meczetach - “爱国爱教 ” – kochac kraj i religie. Szczerze gratuluje Mistrzowi i mnichom dokonanych prac i ruszam w droge powrotna. Ja tez sie ciesze – razem z mnichami – z tego odrodzenia. Jakie by nie bylo.

Tym razem opaduje mnie deszcz, potem jeszcze klucze przez godzine po starym miescie w celu odnalezienia wypozyczalni rowerow. Po godzinie jestem tak wsciekla, ze na serio rozwazam (jezeli we wscieklosci w ogole mozna rozwazac), ze jak juz nie dam rady zwrocic klekota jego macierzy i odzyskac 100 luajow yajinu - zakladu, to przynajmniej pofolguje desperacji i wscieklosci i gada rytualnie zniszcze. Po czym, jak juz przymierzam sie do pierwszego ciosu gorskim buciorem w zdezelowane koleczko, uswiadamiam sobie ze wstydem, ze to zachowanie wysoce niegodne osoby, ktora wlasnie byla wrocila z buddyjskiego przybytku. Po czym wchodze do pierwszego lepszego sklepiku z turystycznym badziewiem, opisuje wypozyczalnie rowerow jak najdokladniej potrafie (co jest trudne, bo tu wszedzie sa wylacznie “stare” uliczki, “centra turystyczne”, czyli firemki organizujace wycieczki po okolicach i sklepiki z badziewnymi pamiatkami) i prosze o pomoc. Podejmuje sie jej mlody chlopak, ktory prowadzi mnie po tych cholernych uliczkach prosto do mojej wypozyczalni. Bo w Lijiangu pomimo cepelizacji gatunek szeroko w Yunnanie rozpowszechniony, czyli porzadny czlowiek, nie zaniknal.

Oprocz ogolnej meczliwosci Lijiang ma tez i dobre strony. Naleza do nich, oprocz wspomianego juz lodowca Yulong i mozliwosci odwiedzin lamaistycznego klasztoru bez jazdy do Tybetu (zagraniczni turysci wylacznie w grupach zorganizowanych, scisle nadzorowanych, wlasciwie bez czasu wolnego i mozliwosci kontaktu z mieszancami, za koszmarne pieniadze) ani przedzierania sie przez malo dostepne o tej porze roku polnocne drogi Yunanu i zachodnie Sichuanu:

1. Szeroka dostepnosc kulinarnego dorobku ogolnochinskiego. Po raz pierwszy od 3 tygodni (nie liczac blyskawicznego przelotu przez Dali) znajduje sie w miejscu, gdzie w knajpach jest normalne menu. W miejscach, ktore do tej pory odwiedzilam w Yunnanie, wybor wygladal tak, ze za pania kucharka lezala sterta roznych rzeczy do jedzenia (np. cos co z ksztaltu przypomina cebule a w smaku ziemniaka, jakies blizej nieokreslone liscie, jakies klacza) i trzeba sobie bylo wybrac, co owa pani kucharka z czym ma zmieszac. A ja chyba zawsze wybieralam nie te liscie, co trzeba. Poniewaz po takich trzech tygodniach za 鱼香茄子, 京浆肉丝 i  油条 tesknie bardziej niz za pierogami ruskimi, przeto rzucilam sie na ten ogolnonarodowy dorobek kulinarny z szalenstwem w oczach, jedzac dwa sniadania (油条 i mleko sojowe!!) i dwa obiady dziennie.

2. Prawdopodobnie jeden z lepszych widokow z kafejki internetowej, jaki mozna sobie wyobrazic:

DSC06652

Przydaje sie, gdy na dzien musze osiasc w kafejce i skonczyc – a jakze – prace semetralna.

3. Dosc smieszny Engrish:

DSC06592

DSC06696

DSC06697

Po tym wszystkim z ulga kupuje bilet autobusowy w celu przeprawienia sie do Syczuanu. Co okazuje sie nie takie proste. Po wjechaniu na wyzlobiona przez biegnacy w czasie deszczow przez droge strumien – jeden z malutkich doplywow Jangcy w jej gornym biegu – w przedniej osi autobusu-klekota cos sie urywa. No ale o dantejskiej, a zarazem dosc symbolicznej podrozy, ktora zakonczyla sie ostatecznie w Leshan, siedzibie najwyzszego na swiecie posagu Buddy, nastepnym razem.

24

02 2010

Nowy Rok wioskowo-swiatynny

Shaxi to miasteczko okolo 20 km od opisanego w poprzednim poscie Jianchuanu. “Doskonale zachowane miasteczko starego szlaku herbacianego” (moj chinski przewodnik) - mialo byc wyjatkowe. W przeciewienstwie do Lijiangu (brrr, wrr, ale to w nastepnym odcinku) mialo byc szczesliwie ominiete przez nowy szlak – turystyczny. Z dala od autostrady, lezace przy lokalnej drodze odchodzacej w bok od starej drogi Dali-Lijiang rzeczywiscie budzilo nadzieje.

Dotarlam za pozno – pewnie o jakies 3 lata. Miasteczko zostalo wyrwane z tkanki w ktorej sie znajdowalo i przygotowane niczym preparat z sali biologicznej. Juz pierwsze kroki przekonaly mnie, ze nie jest dobrze – na wejsciu ustawiono bramke z biletami. Dalej to, co znam z innych guzhenow (starych miasteczek) Chin – brak mieszkancow, domy pozamieniane na kawiarenki etc. W porownaniu z okopconym noworocznymi kadzidlami, malujacym chunliany, ostrzeliwujacym sie z fajerwerkow Jianchuanem, preparatowatosc Shaxi szczegolnie kluje w oczy. Choc do spreparowania kompletnego jeszcze daleko. Miasteczko - nawet w Nowy Rok – bylo jak nowo otwarte muzeum w ktorym jeszcze brakuje zwiedzajacych. Po Shaxi kreci sie maksymalnie kilkadziesiat osob, niehalasliwych, w malych grupkach, kawiarenki puste, siedza w nich co najwyzej male grupki z gitara i cicho spiewaja. Spotykam dwie Chinki podrozujace kazda oddzielnie (no, te jesli jeszcze laowajowi ujdzie bo ogolnie jest dziwny w swej laowajskosci, to w ich przypadku jest juz aktem skrajnego nonkonformizmu). Rozmawiamy o miejscach spreparowanych i nie. Jedna z nich – dziennikarka z Kantonu zachwyca sie Guizhou: “wyobraz sobie, ze tam sa ludzie ktorzy nie maja imion i nie wiedza ile maja lat! Jest tam tylko handel wymienny!” po czym wyglasza zaangazowana tyrade przeciwko “globalizacji, ktora sprawia, ze wszystko robi sie takie same”. Slucham i nic nie mowie, bo fakt, nie gustuje w preparowanych atrakcjach, ale i nie potrafie sie zachwycac tym, ze w srodku odtrabionego wszedzie chinskiego uniwersalizmu “postepow” i “cywilizowan” (nawiasem mowiac to to dopiero sprawia, ze wszystko robi sie takie samo…), sa grupy, o ktorych jakos przypadkiem zapomniano.

 No, ale w przypadku Shaxi wyrwanie z kontekstu nie jest jeszcze tak glebokie jak w przypadku niektorych guzhenow. Krotko mowiac po zrobieniu zaledwie kilku krokow latwo wraca sie  z powrotem do normalnego swiata. A jest to swiat, do ktorego warto wrocic. Swiat wiosek narodowosci Bai. Moglam tam dalej uprawiac moj ulubiony rodzaj turystyki. Czyli isc do pobliskiej wsi, z do nastepnej, potem do nastepnej etc. W dolinie, gdzie lezy Shaxi mozna tak chodzic i chodzic.  Jak juz sie gdzies dojdzie, to wylania sie w niedalekiej odleglosci cos ciekawego – a to swiatynia na skraju (choc nie ma tam juz zadnych posagow, w Nowy Rok o siwatyni na wszelki wypadek nie zapomniano, na ziemi lezy pelno ofiar – cukierkow, mandarynek, sa wypalone kadzidla)

DSC06173

 a to budynek o nieznanym przeznaczeniu (proby dowiedzenia sie po mandarynsku nic nie daja)

DSC06225

Oprocz tego napisu nawolujacego do stworzenia cywilizowanej wsi, na drugiej ze scian konstrukcja owa ma wyjatkowo konkretny napis: “Walczmy ze slimakami przenoszacymi choroby, dbajmy o nawozenie (粪便), walczmy z przywrami” (pasozyty rezydujace w wodzie, np. takiej ktora stoi na polu ryzowym, niebezpieczne) ”. Gdy sie dotrze do takiej wsi, w niedalekiej odleglosci zawsze wylania sie cos ciekawego – np. niesamowity, opuszczony  budynek za wsia, w ktorym wiatr gwizdze w taki sposob, ze ciarki przechodza po plecach:

DSC06091

albo pagoda na gorce:

DSC06047

a to ladna wies:

DSC05896

DSC05886

DSC06163

Mozna by tak chodzic bez konca. Ale sygnal do zakonczenia i szybkiej ewakuacji nastepuje ze strony szefa drewnianego, “starego” (czyt. spreparowanego, ale bardzo sympatycznego) hoteliku w Shaxi. Szef ten drugiego dnia mojego pobytu oznajmia, ze niestety dalej zostac nie moge, bo przyjezdza wielka wycieczka , ktora zarezerwowala wszystkie miejsca noclegowe w wiosce. Nie ma co zwlekac, trzeba uciekac. No wiec uciekam do wspomnianych w poprzednim poscie swiatyn w gorach. Ledwie 14 kilometrow od Shaxi.

Miejsce to znane jest glownie z rzezb skalnych przypominajacych o wielkiej przeszlosci regionu – z czasow w ktorych ten byl krolestwem Nanzhao a pozniej Dali. Jest tez co najmniej 5 swiatyn i jeden klasztor. Ide droga w kierunku doliny gdzie mozna spotkac najwiecej grot z rzezbami, po drodze mijam tabliczke, ktora jako jedna z atrakcji przynaleznych do miejsca wymienia wystepowanie na terenie 野生猴群  – stad (tabunow? watah? hord??) dzikich malp.

O, stada/tabuny/watahy/hordy dzikich malp – juz ja was znam z Tajwanu. Te inteligentne, zle oczka – po takiej formie zycia mozna spodziewac sie wszystkiego. Moze toto rownie dobrze po zwierzecemu ugryzc, jak i po ludzku – wsadzic palec w oko, czy tam przywalic z liscia. Naturalny odruch to zwiac na drzewo.  Tylko zimny pot czleka oblewa jak sobie uswiadomi, ze potwor moze przy pomocy malego palca u lewej stopy wspiac sie na drzewo szybciej niz czlek przy pomocy wszystkiego co ma.

No wiec biore kij i ide zwiedzac relikty kultury. Makakow faktycznie jest cala armia, ale sa zupelnie niezainteresowane ludzmi, koncentruja sie na pladrowaniu oltarzy:

DSC06522

i przemysleniach ogolnych:

DSC06457

Popoludniem laduje wreszcie w miejscu, gdzie mam spedzic noc. Swiatynia buzuje uroczystoscia – pala sie kadzidla, swiece, odprawiane sa obrzedy, czytane sutry, dookola ciagna sie pielgrzymki z tacami z ofiarami. Miejsce jest we wladaniu tajemniczego konsorcjum (pewnie by nie bylo tak tajemnicze, gdybym mogla sie z nimi dogadac) narodowosci wylacznie bajskiej. Konsorcjum sklada sie z kilku mezczyzn o blizej nieokreslonej funkcji dozorco-straznikow oraz duzej grupy bajskich kobiet, przewaznie straszych:

DSC06438

DSC06576

 Caly czas z doliny dochodza nowe osoby – na plecach maja koszyki z ofiarami, zapas kadzidel, najpotrzebiejsze rzeczy:

DSC06574

DSC06580

 Skladaja ofiary, gotuja w przyswiatynnej kuchni, zamiataja, poleruja Budde, Guanyin, uczniow Buddy i kogo tam jeszcze szmata, okazjonalnie wroza sobie z rak. Z tego, co udaje mi sie dogadac (jedna z osob mowi jedno zrozumiale slowo, druga uzupelnia o drugie, ja klece zdanie w stylu “czyli mowicie, ze…” i patrze czy kiwaja glowami, czy zaprzeczaja), w swiatyniach nie ma juz nigdzie mnichow ani mniszek (jest jeden czlowiek, ktory odprawia obrzedy), zarzadzane sa wspolnotowo, opiekuja sie nimi ochotnicy – a zwlaszcza ochotniczki z pobliskich wsi. Teraz -w Nowy Rok tych osob jest naprawde mnostwo. Korzystajac z koncowki dnia, po umieszczeniu rzeczy na slomianej pryczy i zamknieciu na klodke (stada/hordy/tabuny malp!), ide na szczyt gory. Towarzysza mi makaki. Po drodze mijam byly klaszotr zenski (nikogo w nim nie ma, obecnie zarzadza nim stado/tabun makakow dziko latajacy po dachach, oltarzach i czym sie da), Budde wyrzezbionego w skale (na glowie siedzi Buddzie, niespodzianka, makak) i docieram na sam szczyt gory. Swiatynia ta rzadzi jeszcze bardziej tajemnicze konsorcjum. Wodka na stole, ukopcone posagi w podupadlej swiatyni,  zastygle gory wielokolorowej steraryny, powykrzywiane twarze bostw, powykrzywiane i wysmagane gorskim wiatrem sciany:

DSC06537

DSC06544

DSC06535 

Wszystko to przypomina bardziej sabat czarownic i skojarzenia z Lysa Gora nasuwaja sie poniekad same. Sabat jest jednakowoz bardzo mily i goscinny – mowi, ze oni tak tu mieszkaja, opiekuja sie tym miejscem, prawie nikt tu do nich nie zachodzi, wiec tym milej, ze mi sie chcialo. Czlonkowie sabatu tytuluja sie wobec mnie per towarzysz, wmuszaja we mnie obiad, po czym odprowadzaja (nie wiem, jak mozna w takim tempie latac po gorach) mnie sciezka na skroty do miejsca noclegu. Kadzidla kopca, posagi oswietla niemrawe swieczkowe swiatlo, w weglowym pieco-garnku (pewnie jest na to jakas nazwa, ale sie nie znam) grzeje sie woda do umycia twarzy, wychodek kilkadziesiat metrow w las (troche bzdurna, ale mimo wszystko niepokojaca wizja malpy skaczacej mi znienacka po ciemku na glowe sprawia, ze sie jednak nie udam). Konsorcjum kaze mi solidnie zamknac drzwi (malpy!).

Niestety zamkniecie na poly przeswitujacych drzwi na nic sie nie zda. Nigdy nie myslalam ze w swiatyni w gorach przydalyby sie…korki do uszu. Po zmroku siwete miejsce huczy jak ul. Bynajmniej nie mantrami. Rozmowy, smiechy, telewizja. Krece sie na mojej slomianej macie do pozna. Gdy udaje mi sie wreszcie zasnac, budza mnie malpie skoki na dachu i koniecznosc powrotu do Jianchuan celem zlapania autobusu do Lijiangu (brr). Konsorcjum wpycha we mnie wielkie sniadanie, na reke wtyka buddyjska brasolete modlitewna mala (pelniaca w przyblizeniu funkcje podobna do naszego roznanca, druga dostane w klasztorze tybetanskim pod Lijiangiem) , a do reki pajde grilowanego niangao (forma placko-ciasto-makaronu,  no, niech mnie jaka malpa sprobuje to zabrac). 

Bilet kupuje z marszu, dzieki czemu po 3 godzinach laduje w koszmarnym lunaparku, mateczniku homo viator sinensis. Gdy probuje sie z niego wyrwac na rowerze do widocznego z tarasu hostelowego klaszotru lamaistycznego (tego gdzie dostane nastepna mala), opaduje mnie…grad (jak w Truman Show!) . Ale o osobliwych urokach Lijiangu w nastepnym odcinku.

21

02 2010

恭喜恭喜发财!

新年快乐!Niech Wam Tygrys przyniesie zdrowie, optymizm, wspaniale plany i rownie dobre ich realizacje!

No i mamy Tygrysi Rok. Na poczatek musze sie pochwalic – otwieram po kilku dniach skrzynke a tam list od profesora Daya Thussu (wybitny znawca mediow azjatyckich), ktory mnie informuje, ze moj referat zostal przyjety na signapurska konferencje poswiecona nowym mediom chinskim i indyjskim. Mnie przyjeli – mnie, na cudownej shanghajskiej uczelni traktowanej jak przyglup, mnie, ktorej nie dano napisac artykulu do uczelnianego pisma, z gory wiedzac, ze ”wymagania sa za wysokie”. No wiec po powrocie czeka mnie cyzelowanie moich “rewelacji”, zeby przybraly prezentowalna forme. Echhhhh, media chinskie w teorii i praktyce. Mam po tym opisanym dwa posty wczesniej taki uraz, ze nawet nie zachodze do kawiarenek (zreszta tu, gdzie teraz jestem, ich nie ma). Na szczescie fantastyczny szef hoteliku w malutkim Shaxi usadzil mnie na recepcyjnym komputerze (i tak hotelik jest pelen, wiec nie trzeba przyjmowac nowych gosci) i powiedzial, ze moge sobie korzystac ile wlezie. To opisze moja Wigilie chinskiego Nowego Roku.

Moj tegoroczny chinski Nowy Rok bija na glowe wszystkie konce roku, jakie przeszlam do tej pory – czy to chinskie, czy zachodnie. Wszystko dzieki wyjatkowym ludziom. Ciekawe ile z Was zastanawialo sie, co by zrobilo, gdyby w Wigilie Bozego Narodzenia rzeczywiscie zapukal wedrowiec. I to egzotyczny. Czy zaprosilibyscie do srodka? Ugoscilibyscie? No, ale po kolei.

Wigilia chinskiego Nowego Roku to cos jak nasza Wigilia.  Swieto rodzinne, oczekiwanie na przyjscie Nowego. W wigilie Nowego Roku bylam w Jianchuan – gdzies posrodku Dali i Lijiangu, ale przy “starej” drodze,  nie przy autostradzie. Gdy laduje sie w Jianchuan, sprawia przygnebiajace wrazenie – ot miasteczko jednej, i to do tego zakurzonej, drogi. Gigantyczny hotel, w ktorym sie zatrzymalam jest kompletnie pusty. Ale wystarczy pojsc 50 metrow w bok – i zegar zaczyna tykac inaczej. Uliczki ciasno napakowane piekna stara architektura – nawet z srodkowych Qingow. 

DSC05540

DSC05517

Domy pochylone ze starosci, omszale, pociemniale, ale zywe, zamieszkale. Przed kazdym domem ogromne noworoczne kadzidla, trwa wlasnie naklejanie na drzwi 春联 chunlian – ozdobnych paskow z wierszami – zyczeniem na Nowy Rok. I to nie takich miastowych chunlianow produkowanych masowo, ale pisanych recznie. Czesto towarzysza im jeszcze recznie malowane obrazy o tematyce noworocznej.

DSC05401

Duza czesc chunlianow jest biala – to znak, ze w minionym rok ktos z domownikow zmarl. Tam nie ma radosnych zaproszen szczescia do wkroczenia do domu, nadziei na lepszy czas, tylko smutne wiersze w rodzaju “ptasi spiew jak placz, strumien smutno szemrze, dziekujemy przechodniu za zrozumienie naszego bolu” . Mysle, ze takie chunliany, takie memento mori, to wartosciowy sposob oswajania ludzi ze smiercia, obudowywania jej w kulturowe ramy, pokazywania, ze jest czyms tak zwyczajnym, jak drzwi do sasiedniego domu. No, ale nie mialo byc smetnie, mialo byc o Nowym Roku!

 No wiec zagladam ciekawie do swiatynki przytulonej do budynkow. Co ustawia mi calkowicie caly dzien. Pojawia sie usmiechnieta, wysoka kobieta w wieku okolo 60 lat, na glowie ma bialy kapelusz – znak rozpoznawczy kobiet narodowosci Bai, po tym, gdy wiekszosc z nich zarzucila noszenie bialych, puszystych koron. Zaczynamy rozmawiac o swiatynce, po czym pani Zhao – czyli owa osoba – niemal sila mnie ciagnie do siebie do domu, po drodze serdecznie zapraszajac do spedzenia Nopwego Roku razem z jej rodzina. Po chwili – mieszkaja tuz obok swiatynki – jestem juz w obsadzonym doniczkami z warzywami i ziolami podworzu. Na wprost wzdluz jednego ramienia podworka niewielki dom – ganek z czerwonymi kolumnami, pokoj centralny, dwa po bokach. Na drugim ramieniu ogrodu budynek kuchenny, kuchnia weglowa – w srodku krzata sie corka pani Zhao – gdy wchodze pozdrawia mnie jak starego znajomego. Corka pani Zhao przyjechala wraz z rodzina – mezem i 9 letnia coreczka z Kunmingu.  Poniewaz sie zmierzcha, za chwile rozpoczna sie obchody. Narodowosc Bai ma swoja wlasne, unikalne obrzedy. Obie kobiety przygotowaly juz cos dla bajskich obchodow naczelnego – pieczona swinska glowe, czy tam swinski ryj- zhutou 猪头. Zhutou ten ma smutne spojrzenie, ryj zastygniety jakby w niezrecznym usmieszku. Obok niego w misce jest tez swinski ogon. Zeby wszystko mialo poczatek i koniec – zeby kazdy z domownikow tak jak doswiadczyl poczatku tego roku – byl tez i swiadkiem jego zakonczenia. Zhutou, ogonek jak i ryba (wymawia sie tak samo jak dostatek – yu), tofu (fu - jak szczescie), ryz i 2 filizanki herbaty wynoszone sa przed wejscie i stawiane obok wielkich dymiacych kadzidel. Panie domu rozrzucaja swiezo sciete siano, na ktorym zaraz przyklekna. Herbata wylewana jest dla duchow, wszystkie ofiarne produkty ustawiano kolejno na wszystkie strony swiata, kobiety skladaja poklony.

DSC05418

Swinska glowa wjezdza z powrotem do domu – mozna juz jesc. Ryj je sie rekoma, miska stoi na ziemi. Pan domu “przeszukuje” ryj na okolicznosc smaczniejszych kaskow (policzek ryja jest w smaku zupelknie inny niz np. podniebienie), podtyka gosciom najlepsze kaski. Jak sie pozniej dowiem, to jedzenie rekoma, ta miska na ziemi, ma to wszystko bardzo gleboki sens. “Naszymi przodkami sa malpy” – tlumaczy mi pani Zhao, ktora w miedzyczasie prosi, by nazywac ja mama Zhao – “jedzac rekoma jestesmy jak nasi przodkowie, dopiero pozniej stajemy sie ludzmi” (i stad tez i to klekanie na sianie, ze to jeszcze nie cywilizacja). No wlasnie – podczas bajskiego Nowego Roku czlowiek nie tylko przypomina sobie o porzadku rzeczy, poczatkach i koncach, ktore napotyka we wlasnym zyciu, przypomina sobie takze, – niby banalna sprawa – ze bycie czlowiekeim jest procesem, stawaniem sie, nie jest dane raz na zawsze. Gdy juz sobie przypomnimy, nastepuje regularna kolacja wigilijna. Panie wnosza na stol goracy kociolek – huoguo - gotowany na szyszkach i galazkach sosnowych, ktore same uzbieraly w gorach. Kociolek jest gotowany na rosole z prosiaczego ryja, ma w srodku niebotyczna liczbe roznych warzyw – symbolizuja obfitosc i roznorodnosc rzeczy , ktore beda sie przytrafiac uczestnikom kolacji. Oczywiscie najpierw dwie miseczki dla duchow – rzucone w powietrze. Rodzina ta jest tak serdeczna, bezpretensjonalna i sympatyczna, ze czas mija blyskawicznie, rozmawiamy, pokazuje im zdjecia, ktore wlasnie przyslal na komorke moj tata (gora sniegu przy domu rodzicow, osniezony dach, swierki z czapami sniegu, moj niemaly przeciez pies wygladajacy przy haldzie sniegu jak szczurek), w telewizji Hu Jintao z gospodarska wizyta podajze w Wenchuan, tam gdzie bylo wielkie trzesienie. Tuz przed polnoca mama Zhao – zarliwa buddystka – wezmie kadzidla i pojdzie do pobliskiej swiatyni. Pomodli sie pewnie za swoja zmarla w tym roku matke – na drzwiach przykleila juz biale chunliany. Gdy tylko sie sciemnilo, rozpoczelo sie szalenstwo fajerwerkow – to, co chinski (takze i bajski)  lud wytacza na ulice z okazji Nowego Roku to nie tylko rakiety, ale pelny arsenal militarny. No wiec jest cos w rodzaju bazuk, granatow, sa dzialka szybkostrzelne. Wszystko w rekach podrostkow i dzieci. Lataja po waziutkich oswietlonych czerwonymi latarniami uliczkach i strzelaja tym do siebie. Choc ”moja” bajska rodzina usiluje mnie zmusic do nocowania u nich, czuje, ze to za duzo – dom jest niewielki, musi pomiescis 5 osob, jeszcze ja na dokladke, to juz troche za duzo. Na droge dostaje caly plecak walowki (przyda mi sie nastepnego dnia, gdy pojde do swiatyn w gorach), zostaje wysciskana, mama Zhao odporowadza mnie na skraj miasteczka, tam gdzie zaczyna sie zakurzona droga – teraz tonaca w czerwonych papierkach po ”strzelajacych bambusach”. Sciskami sie jak serdeczne przyjaciolki, zyczymy sobie wszystkiego co najlepszego w Tygrysim Roku, jest mi trudno rozstawac sie z ta prominiejaca dobrocia osoba.

Nie wiem jakim cudem Jianchuan – male, niemal calkowiecie zamieszkale przez ludnosc Bai, lezace w koncu na trasie pomiedzy dwoma hipercentrami turystycznymi - Dali a Lijiangiem – miasteczko, zdolalalo zachowac swoj charakter. Ja naprawde w ten Nowy Rok bylam chyba jedyna tusrytka w tym wspanialym miejscu. A co bedzie potem? Co sie stanie, gdy na drzwiach mamy Zhao  jeszcze dwa razy (oby jak najpozniej) pojawia sie biale chunliany? Corka mamy Zhao mieszka w Kunmingu, wyszla za Hana, jej coreczka – ku smutkowi bajskich dziadkow – nie mowi ani slowa po bajsku.   “U dziadkow jest ladnie i milo, szkoda tylko, ze  nie ma sie gdzie myc i nie ma ubikacji” – mowi mi mala meimei, wnuczka mamy Zhao. Faktycznie – jest milo i slicznie jak malo gdzie, ale wychodek jest 3 ulice dalej. Zeby sie wykapac, mieskzancy jezdza do pobliskich goracych zrodel. Wode do umycia rak trzeba grzac na weglu i nalewac do miednicy z termosu. Potem wylac w kwiatki. Przeciez nastepne pokolenia (a przy domach w Jianchuan stoja samochody z rejestracjami z Kunmingu – dzieci przyjechaly do rodzicow na swieta) juz tu nie wroca. Biale chunliany sa chyba niemal na co trzeich drzwiach. Co potem? Ogrodzenie “atrakcji”, przerobienie slicznych domow na kawiarenki, sprzedawanie biletow wstepu? Ja, korzystajac z okazji, zycze “mojej” bajskiej rodzinie, mieszkancom Jianchuan, jak i temu calemu wspanialemu miasteczku, aby jak najdluszej byli tacy, jak sa teraz.

DSC05442

P.S. Poniewaz na recepcyjnym komputerze zdjecia laduja sie jak z laski na ucieche, wkleje wiecej (miasteczko zasluguje na osobna galerie)  jak tylko dobiore sie do szybszego polaczenia (co predko nie nastapi, jak ze jutro z calymi gratami wspinam sie do skalnego…klasztoru)

15

02 2010

te wasze święta są takie romantyczne

Święta spędzone w bibliotece na pisaniu na tempo tych wszystkich wypracowanek. Mam 3 tygodnie na napisanie 4 prac po ładnych kilka tysięcy lokalnych znaków każda i sprawdzenie tych 3 prac, które, przeczuwając problemy, napisałam wcześniej, razem (dodawszy jeszcze te niezapowiedziane prace pisane w ciągu semestru) prawie objętość tutejszej pracy doktorskiej. Dziś profesor, którego uczę angielskiego zapytał mnie czy już jestem w stanie ze stroniczkę po chińsku napisać. Ponieważ mnie zamurowało i tylko się patrzyłam, on odparł: „no, tak jeszcze za trudne, powoli, powoli”. No ale to ten sam, co się w Stanach przez rok nie nauczył jeść nożem i widelcem, więc niech spadnie na niego zasłona buddyjskiego miłosierdzia.

Jak do tej pory odbyłam różne świąteczne spotkania. Jedno na klęczkach nad koreańskimi daniami -  na koniec wyciągnęłam piernik, który moja Mama zrobiła i wysłała samolotem. Po raz kolejny okazuje się, że nic tak nie dodaje piernikowi sznytu, jak lot, tzn. nie lot ze stołu na podłogę, ale lot z prawdziwego zdarzenia, interkontynentalny, pierniczek zrobił furorę. Kolejne spotkanie – z plastikowym talerzykiem w ręku, oglądając pracowników mojego klubu sportowego fikających w przebraniu Mikołajów etc. Dostałam trochę prezentów (łącznie ze stemplem z moim chińskim nazwiskiem i tytułem „boshi” (doktór, całe szczęście, że nie profesór) – nie wiem skąd się ludziom bierze tytułowanie bliźnich tytułami naukowymi, których jeszcze nie zdobyli, bo np. tytułowanie wszystkich pracowników fizycznych „shifu” – mistrzu, choć się nie zaliczają, to akurat relikt kultury robotniczej z czasów, gdy robotnicy byli „panami kraju”, no a boshi…nie byli. Dostałam też masę życzeń (to miłe, że nawet dawno nie widziane osoby pamiętały o tym laowaju, co kiedyś napotkały, tak, że życzeń było nawet trochę więcej niż ostatnio z okazji Święta Dziękczynienia, co do którego wszyscy są przekonani, że to święto “ogólnozachodnie”).

I choć wszędzie dyndają „dekoracje świąteczne”, poczucia świąt nie mam. Wczoraj wieczorem, gdy próbowałam nadludzkim wysiłkiem znaleźć jakieś znośne buty (na jasełka, czy tam inną szopkę, którą oferował na wieczór nasz uniwersytet przezornie nie poszłam), pani sprzedawczyni w mikołajowej czapeczce stwierdziła: „my tak lubimy te wasze święta, bo są takie langman – romantyczne”. No tak – kolędy słodkie do mdłości w rozżarzonym białym świetlówkowym świetle Walmarcie, obsługa wszystkich knajp w obowiązkowych mikołajowych czapeczkach (nawet człowiek nie czuje, że płaci?), choinki z Doreamonów przebranych za…choinki i laski wanilii (dla nieobeznanych: to taki japoński kot-robot, a dla podejrzewającyh, że mi się to uwidziało, dowód):

DSC02150

…stragany z dekoracjami bożonarodzenowymi. Tutaj akurat obok takiego stoiska sklepik z artykułami związanymi z kultami rodzimymi – kadzidełka, pieniądze dla duchów, bóstwa na domowy ołtarz etc.:

72930024

…no i Mikołaje – shengdan laoren – “bożonarodzeniowi starcy”. Mikołaje – koniecznie po dwa na każde drzwi – na prawym i lewym skrzydle (coś niby na kształt tradycyjnych bóstw drzwi) „zachęcają” do zakupów. Niby wszystkie identyczne, ale jak spojrzeć, twarz każdego z nich wyraża inny odcień dewiacji. Niby wszystkie takie same – czerwone uślinione usteczka, języczek, złe oczka, broda maskująca rzeczywistą tożsamość, ale każdy jednak inny. Swoją drogą jakże fascynujące są drogi kultury, że poczciwy Mikołaj przedzierzgnął się tutaj w dziada starego (no to poniękąd jasne) a obleśnego (to już niejasne) i tak przemieniony musiał wylądować sprasowany właśnie na wszelkich drzwiach. Na szczęście naklejają tylko te zakazane gęby – jakby dali np. plan ¾ pewnie by wyszło, żeMikołaje te zacierają ręce z jakiejś występnej uciechy. Poniżej skromna częśc mojej kolekcji, coby się Czytelnik przygotował, w kolejności od najmniej do najbardziej przerażających okazów:

DSC02136DSC02138DSC02139

Tych dwóch ostatnich nikt przy zdrowych zmysłach samych z dzieckiem by chyba nie zostawił, nawet gdyby obiecywali najładniejsze prezenty. No i w ogóle przyjście takiego Mikołaja to powinna być kara a nie nagroda.

No więc atmosfery świąt brak, ale…wczoraj, po 10 godzinach w bibliotece powlokłam się w stronę centrum handlowego i przepychając się z tłumem udało mi się wreszcie kupić fajne buty górskie (lokalnej marki „Wielbłąd” prezentującej rodzimego baktriana nie wiedzieć czemu na tle piramid) . Tyle, że aż wstyd się przyznać, byłam tak zmęczona, ze przymierzyłam tylko jeden, prawy but. Stwierdziwszy, że jest git, czym prędzej zapłaciłam (300 za buty górskie, raj na ziemi, ciekawe tylko, kiedy się rozwalą) i powlokłam się w stronę domu. Po czym przymierzyłam oba i przypomniałam sobie dobitnie, że lewą stopę mam większą od prawej i że nie jest dobrze. Pomna ostatnich doświadczeń opisanych w poprzednim poście i rad osób doświadczonych przez chińskie życie zamieszczonych w komentarzach, zaczęłam w myślach rozpracowywać możliwy obrót zdarzeń, argumenty których użyję, uwzględniłam czas, jaki mi został do spotkania, które muszę dziś odbyć w razie, gdybym musiała okupować miejsce. Wchodzę, pani w czapeczce Mikołaja jak wczoraj – zbieram oddech i tłumaczę sprawę. I co? Pani: „No ależ oczywiście, nie ma problemu, już przynoszę większe, bardzo proszę”. Ja: „bardzo przepraszam, ja po prostu zapomniałam, że lewą stopę mam większą”. A ona: „Aaa, to każdy z nas tak ma – lewa jest po tacie więc jest większa, a prawa mniejsza, bo po mamie”. Ha! To rozumiem! Rzucam się do dziękowania, a tam: „ale nie ma za co dziękować, to mój obowiązek, będzie jakiś problem, proszę przychodzić”. Dopiero po tym zdałam sobie sprawę, że to dosłownie pierwsza sprawa tutaj od 5 miesięcy, gdy ktoś poszedł mi nieprzymuszony na rękę, że już się zdążyłam nauczyć i dostosować do niepisanej szanghajskiej zasady: „jak jest cień szansy, że coś może się nie udać, nie uda się na pewno”. Tak więc mam buty w dobrym rozmiarze, w kolorze coś pomiędzy baktrianem a dromaderem, i jak pomyślę, że jeszcze miesiąc pisania durnych prac i zrobię z butów tychże prawidłowy użytek, to myśl ta jest jak choinki, bombki i makowiec w jednym.

A i jeszcze – wczoraj, gdy wieczorem wyczołgiwałam się z biblioteki pan, który stoi przy bramce coś zaczyna do mnie gadać. Już myślę, że jakiś problem, że karta zła, że znowu coś „bu xing”. Na początku średnio rozumiem, bo pan do mandaryńskiego nienawykły, silna szanghajszczyna przebija z mowy. Po czym dociera do mnie, że tenże pyta, czy ja aby dziś nie mam świąt. No tak, mówię, faktycznie są, ale chyba w tym roku obejść jak trzeba mi się chyba nie uda. A pan na to kiwa głową i rzecze: „no ale i tak wszystkiego najlepszego”. No to wszystkiego najlepszego!

72930020

Tags:

25

12 2009

Czerwone słońce, jasny księżyc

Koniec świąt. My, studenci (ale nie ja, bo znowu coś piszę) mamy jeszcze tydzień wolnego, ale “podwójne święto” (60-lecie ChRL + Festiwal Środka Jesieni) przeszły.

Jeśli chodzi o to pierwsze, to o wielkiej paradzie, Przewodniczącym Hu w maoistowskim mundurku, hasłach “Wielkie Chiny powstały” i “niech myśl Mao żyje 1000 lat” z pewnością jeszcze szerzej napiszę – pewnie przy okazji poruszania tematu, bez którego jak dla mnie ta opowieść nie da się zrozumieć – chińskiego nacjonalizmu.

Tutaj udekorowany świątecznie pasaż (oczywiście muszą być czerwone latarnie). Napis na słupach: “Święto narodowe, 60,  narodziny Chin” (można też rozumieć jako “wspaniałe narodziny”, 华 hua to, jak chyba już pisałam, i Chiny i “wspaniały”). Dekoracja sponsorowana przez pobliskie centrum handlowe (w tle):

skwerek

No właśnie, 60-lecie – ale czego? Tutaj to 60-lecie nie tyle ChRL, ale 祖国 – zuguo, ojczyzny. Dla mnie to trochę oksymoron, bo zuguo, poza tym, że oznacza ojczyznę, to tłumaczone dosłownie to “kraj przodków”. Jakoś jak sobie wyobrażam te dziesiątki setek pokoleń Hanów, te wszystkie dynastie, to 60 lat panowania obecnej dynastii – jak mawia jeden z moich tutejszych profesorów – jest jakimś ledwie błyskiem. Ten sam profesor mawia, że każda dynastia zaczyna od oddzielenia grubą kreską tego, co było kiedyś i przywołuje słowa z Czerwonej Książeczki – musimy wiedzieć, kto jest lud a kto wróg.

Może i każda dynastia i tak zaczyna, ale później następuje wielka synteza i wszystko ze wszystkim zaczyna się łączyć i nawzajem się legitymizować (szczególnie to, co już nie może mówić). Kong lao er („drugi brat Kong”-pogardliwe określenie Konfucjusza z czasów kampanii „zwalczania Konfucjusza i Lin Piao”. Miało pokazać, że nawet w swej rodzinie nie był najważniejszym synem) i jego myśl są dziś punktem, wokół którego tworzy się jeden z centralnych projektów dzisiejszych Chin – „harmonijne społeczeństwo”hexie shehui. Kto lud, a kto jego wróg? Dziś są sami przyjaciele – portrety Mao, Liu Shaoqi, Zhou, Denga po czasach Rewolucji Kulturalnej już zawsze wiszą obok siebie, a statut KPCh co kilka linijek podkreśla , że myśli tychże tworzą całkowicie spójny i nierozerwalny ciąg.

Konsumpcja, rynek, reklama też mogą pomagać w syntezie. Jak patrzę na tę witrynę sklepu z odzieżą:

DSC01248

…i na tę pierwszą datę – to przed oczami mam zgrzebne kufajki i słomiane łapcie, w których pozują do zdjęć w Yan’anie Mao i jego niedoszła Artystka. I scenę, która wydarzyła się 20 lat później: żona Liu Shaoqi, Wang Guangmei, stoi pośrodku wściekłego tłumu ze spuszczoną głową ubrana w “suknie” ze szmat i “korale” z piłeczek pingpongowych. Wiec ma na celu potępienie jej burżuazyjnego stylu życia, przejawiającego się m in. tym, że podczas wizyt zagranicznych, w których towarzyszyła mężowi, zamiast kufajki nosiła suknie i zakładała biżuterię (co nie dane było Artystce, której mąż, nie dość, że nigdzie nie wyjeżdżał, to jeszcze zepchnął ją ze sceny publicznej. No, ale potem się jeszcze na nią wepchęła).

No właśnie, zakupy. 60-leciu zuguo i Festiwalowi Środka Jesieni towarzyszyła gorączka zakupów nie gorsza niż Boże Narodzenie. Co prawda nie ma tej nerwówki, żeby kupić wszystko przed świętem. Tutaj święta, odwrotnie niż w Polsce, są powodem nie do zamknięcia sklepu, ale do jeszcze dłuższych godzin otwarcia.  Czasem wydaje się to już niemożliwe, jako, że życie niektórych sklepikarzy po prostu toczy się w sklepie – tam jedzą, wychowują dzieci, oglądają wieczorem w piżamach ulubione telenowele. Ja popołudniem Festiwalu Środka Jesieni kupiłam nową rurę do zlewu i odbiłam książkę na ksero, a młode chłopaki przesiadujące w swoim punkcie kserowo-drukarsko-piśmienniczym (piszą też różne podania na komputerze) bynajmniej nie zamierzali szybko zamykać i cieszyli się grą w którąś z tych MMORPG, gdzie to jest się ni elfem, ni wojownikiem z czasów Walczących Królestw i gdzie lata się po jakichś świątynnych podwórzach.

Zakupy każdy zdążył zrobić. Gorzej z dostaniem miejsca w restauracji na uroczystą środkowo-jesienną kolację. Dzięki nadzwyczajnej zapobiegliwości moich znajomych, dostaliśmy w jednej z wielgaśnych restauracji w lokalnym centrum handlowym wspaniały stolik (a raczej potężny stół-laboratorium z kuchenkami do przyrządzania gorącego kociołka) i z miękkich kanap, topiąc w naszych zupach różne cuda donoszone przez pracowitych kelnerów, mogliśmy obserwować świątecznie ubrany tłum czekający w kolejce, aż się coś zwolni. Akurat się zwolni.

A później – i ci głodni i ci najedzeni – wychodzą przed mega centrum handlowe i zaczyna się – jak dla mnie – najfajniejsza cześć święta. Wszyscy spacerują, podziwiają pierwszą jesienną pełnię księżyca (wczorajsza była wręcz oślepiająco jasna i nie było nawet najmniejszej chmurki), jedzą księżycowe ciasteczka (wcześniej je kupili np. tutaj, te całe stosy to właśnie ciasteczka, pani na reklamie na ostatnim zdjęciu to Chang E 嫦娥, bogini księżyca).

ciasteczka3DSC01245

DSC01254

My wytoczyliśmy się na placyk przed centrum handlowym (tylko na tyle było nas stać po 4 godzinnym…sama nie wiem, jak to nazwać), gdzie świątecznie ubrani ludzie przynieśli magnetofon, głośniki i tańczyli do starych piosenek, do argentyńskich tang, do muzyki ludowej w nowoczesnej aranżacji. Nie jest to bynajmniej wyłącznie świąteczna aktywność, bo tańczących można spotkać w wielu miejscach w każdy weekend, ale wczoraj wyglądali wyjątkowo elegancko, no a wprost nad nimi świecił ten oślepiający księżyc. Muzyka grała, dzieciaki i pofarbowane na różne kolory pudelki radośnie biegały (a teraz, w nocy, te różowouche i zielonołape stworzenia wyją strasznym głosem do tego anormalnie jasnego księżyca). Do naszych rozmów na tematy świąteczne (to święto rodzinne, celebracji zebranych plonów – także życiowych, a nam jakoś zaczęło wychodzić, że nie za dużo zebraliśmy) przyłączyli się w pewnym momencie wyraźnie zaintrygowani dośc egzotycznie wyglądającą, acz dyskutującą po chińsku grupką, siedzący obok starsi państwo. I tak stoczyliśmy chińsko-koreańsko-tajsko-polską rozmowę na różne kluczowe w święto o tak rodzinnym profilu tematy jak: „czy lepiej mieć męża bogatego czy biednego?”, „Czy lepiej się rozwieść czy utrzymywać w sekrecie kochankę”? itd.  O tym, „czy lepiej mieć męża bogatego czy biednego”i jaki los czeka jednych i drugich (marny) w tym strasznym mieście, oraz o tym, jak rozpoznać, że dana kobieta jest czyjąś kochanką, jeszcze napiszę. To powinno zaspokoić na jakiś czas pragnienie skandalu, które, jak się ostatnio dowiedziałam, jest dość silne wśród niektórych czytelników tego bloga (chodzi mi o tę grupkę, której podobał się głównie i zdecydowanie i właściwie tylko wpis pt.”Wykrzycz głośno swoją miłość”) :-)

05

10 2009