Posts Tagged ‘Szanghaj’

Eksperyment. Roznice kulturowe 2

Jakies 4 miesiace temu napisalam o moim sprytnym planie przeprowadzenia eksperymentu z roznic kulturowych. Eksperyment usilowalam wykonac na pewnej probie jednoosobowej. Osoba ta to Chinczyk, profesor, lat ok 45, szycha  pewnego znakomitego wydzialu pewnego znakomitego szanghajskiego uniwersytetu. Eksperyment polegal na wreczeniu mu pracy semestralnej z przedmiotu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”, w ktorej wytykam bledy metodologiczne (nieuzasadnione generalizacje, bledny dobor proby etc.), esecjonalistyczne podejscie do kultury i takie tam w ksiazkach, ktore polecil studentom przeczytac, aby sie ubogacili. A nie sie madrzyli. Wynik mialam oglosic tutaj, na blogu. Jak zwykle rzeczywistosc napeczniala tak, ze przecisnela sie juz dawno przez siatke mozliwych rozwiazan  (hipotez badawczych), ktore przychodzily mi do glowy. Prawde mowiac napeczniala tak, ze az odechcialo mi sie ja zbierac w slowa. Wyrzucilam te historie z siebie wlasciwie raz, w emocjach, po zakupieniu 2 butelek produktow marki “Wielki Mur” i paczki prodktu marki “Zhongnan hai” (dzieki Ci, drogi sluchaczu, wiem, ze gdzies tak od poczatku drugiej butelki zrozumienie mnie bylo czyms na ksztalt rozwiazywania rownania ze 100 niewiadomymi). No i, co tu duzo mowic, jakos to wszystko bolalo, uwieralo. No i blog to niby zapis wrazen i doswiadczen, ale z doswiadczaniami polegajacycm na strzykaniu przez doswiadczanego zolcia, trzeba jednak uwazac. Bo co wystrzyknie, moze zastygnac np. w generalizacje. Wracajac do tej konkretnej sprawy – pisze teraz bo a) juz nie boli, raczej smieszy b) rozstrzygnela sie ona dopiero teraz. No wiec – wynik, owszem, mam, ale wszystko potoczylo sie zupelnie nie tak, jak sobie sprytnie  pomyslalam.

Droga z zawijasami zaczela sie od tego, ze w trakcie zajec profesor ow wymyslil, ze praca, co ja oddalismy, to nie wszystko, ze odbedzie jeszcze egzamin pisemny i ze ocena koncowa bedzie wypadkowa tychze. Dobrze, niech bedzie i egzamin pisemny.

Wyznaczonego dnia stawiam sie przed wyznaczona sala. To moj ostatni dzien, gdy widze wspolstudiujacych, ostatni dzien w tych salach, gdzie zima z wyziebienia krecilo mi sie w glowie na zajeciach pomimo kurtki puchowej i rekawiczek, to ostatnie odwiedziny w tym budynku, gdzie siedzialam przez rok popijajac z plastikowego kubka z przykrywka oferowana przez uniwersytet wode o smaku zawiesiny z dna akwarium. Patrze na wspolstudiujacych czekajacych na egzamin. Kazdy z nich ma wielka torbe ksiazek z listy lektur, w reku trzyma wydruk prezentacji w powerpoincie, ktore profesor wyswietlal na zajeciach.

Przychodzi. Moj obiekt badania. Wpuszcza do sali. Siadam w pierwszym rzedzie, czekam na rozdanie arkuszy. Sa. Kilka pytan dotyczacych tego, co bylo na zajeciach (jakie typy kultur wyroznil badacz X, jakie modele wspolpracy miedzykulturowej wyroznil Y), dwa pytania otwarte, polegajace na analizie zamieszczonego w arkuszu tekstu. Wyciagam olowek, probuje sobie przypomniec te nazwiska, klasyfikacje, podzialki, te wszystkie ubrane w “naukowe” paltka stereotypy “Innego”. Sieciowy, wielotorowy, srodowiskowy, niskokontekstowy, wysokokontekstowy…Niech Wam juz bedzie… Ogladam sie za siebie, bo szum wertowanych kartek nie ustaje. Doslownie kazdy z egzaminowanych zajety jest rozkladaniem dookola siebie przyniesionych podrecznikow i wydrukow ppt. W wiezyczki, w stertki, w wachlarzyki, w zakladeczki. Az powietrze drzy od tego zbiorowego poruszenia kartek. Kto rozlozy, w swoich wiezyczkach, wachlarzykach, stertkach odszukuje dokladnie ten slajd ppt co trzeba, przytrzymuje paznokietkiem gdzie trzeba i z wysunietym jezykiem rozpoczyna kopiowanie slowo w slowo – jakie typy kultur wyroznil badacz X. Jakie modele pracy miedzykulturowej wyroznil Y. Znak po znaku. Ja mam a) arkusz b) olowek z gumka c) dlugopis d) wybaluszone ze zdumienia oczy e) opadniete rece. Zastanawiam sie, czy 4 faza akulturacji wyrozniona przez badacza Z, tzn. “przystosowanie”, kiedys milosiernie na mnie zstapi. Na razie tkwie tak z opadnietymi rekoma w fazie drugiej, okreslanej przez tegoz badacza jako “calkowite odrzucenie”.

Trudno opisac wrazenie, ktore sie ma, gdy na oczach profesora 50 osob przepisuje slowo w slowo z wniesionych na sale materialow, zwlaszcza, gdy cale zycie mialo sie wtlaczane do glowy, ze sciagac jest zle, a juz na pewno jest zle, gdy nauczyciel TO WIDZI. A teraz te 50 osob z elitarnego wydzialu elitarnego uniwersytetu po prostu przepisuje, siedzac bezpiecznie w okopach podrecznikow, notatek, wydrukow wykladow. 50 Chinczykow plci obojga paznokietkiem przytrzymuje, glowke przechyla, spisuje znak po znaku, a ja, jedyny laowaj na sali, ktory nieraz musi napisac jeden znak na marginesie kilka razy, zeby miec pewnosc, jak sie go zapisuje poprawnie (pozostalosc po nauce znakow tradycyjnych zamiast stosowanych w ChRL uproszczonych i latach pisania na komputerze zamiast recznie) siedze z arkuszem i olowkiem. Startujemy w tej samej konkurencji? Nie startujemy. Pamietam, mam usmiech zazenowania i krece glowa, gdy wstaje i zaczynam mowic (jak glupia) do profesora: “przepraszam, ale czemu oni nie chowaja ksiazek?” . On: “bo tak mozna, Ty tez mozesz wyjac”. I rosnaca wscieklosc: “To to w takim razie jest w ogole egzamin? Czemu mi nikt nie powiedzial, ze to tak bedzie sie odbywac?”. Szycha wydzialu widzi co sie swieci (“zhuyi anquan, laowaje potrafia nie zwazajac na hierarchie i zaleznosci okazywac wlasna zlosc i krytyke”!) i prosi mnie o wyjscie na rozmowe.

“Nie ma sie co denerwowac” - zaczyna na korytarzu – “napisz tylko odpowiedzi na pytania otwarte, polegajace na analizie tekstu, a ja Ci to uznam”. Po czym pada sakramentalne pytanie: “ale rozumiesz chinski pisany?”. Przyzwyczajona, ze tutaj nawet po oddaniu przeze mnie kilku parutysiecznoznakowych esejow, po wygloszeniu kilku referatow wylacznie po chinsku moze w kazdej chwili pasc to pytanie, “ktore jest wyrazem troski o mojej tutaj dobre samopoczucie”, po prostu je ignoruje. “Ale mi nie o to chodzi, zeby mi pan teraz dawal taryfe ulgowa pozwalajac czegos nie pisac – usiluje tlumaczyc – tylko o to, dlaczego mi nikt nie powiedzial, ze to bedzie sie tak odbywalo”. Odpowiada: “To bylo na stronie internetowej tych zajec”. Aha, tej do ktorej nie mam dostepu, bo nie jestem w systemie, dzieki czemu zawsze prosilam Pana o zaladowanie mi materialow na USB? “Jesli czegos nie wiesz, albo nie rozumiesz, to moglas sie zapytac” – przechodzi do ataku profesor.  I dodaje: “To jest specjalny rodzaj egzaminu, kaijuan —- 开卷儿, dzieki temu, ze maja materialy, moga sie skupic na poglebionej analizie”. Jakiej do cholery analizie, w ktora strone poglebiona, skoro widze, ze pisza znak w znak to, co bylo podczas wykladu? Czy to w ogole jest w takim razie egzamin? Profesor ze smiechem: “To nie tak, to nie tak. Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji. No ale przeciez powiedzialem, zebys nie pisala tamtych odpowiedzi i tez Ci to uznam”. A ja czuje, ze wlasnie skumulowalo mi sie wszystko – zlosc za ten rok upupiania, za ten rok, gdzie nikt nawet nie zapytal, czym ja sie zajmuje, przyjmujac za oczywiste ze zajmuje sie nauka jedzenia paleczkami, za ten rok, gdzie profesor, inna slawa wydzialu, moje okupiony duzymi nerwami pierwszy referat (o Shumpeterze) skwitowal: “o , i nawet laowaj cos powiedzial”. Rok, gdzie obecnie patrzacy na mnie z usmieszkiem profesor nauczal: “laowaje maja w zwyczaju…”, “laowaje nie potrafia…” nie zapytawszy nigdy jedynego siedzacego w sali laowaja o odczucia (o opiniach nie mowiac). Rok kogos, kto nie byl tam nikomu potrzebny. Czuje jak zolc doslownie podchodzi mi pod oczy, mowie, a wlasciwie sycze to wszystko jedno po drugim. Takze i to, ze nigdy raczej nie poznam tej kultury edukacji, poniewaz nigdy nie zechcieliscie nawet ze mna porozmawiac. W pewnym momencie dociera do mnie, ze wlasciwie to teraz od syku przeszlam do darcia sie, do rugania naczelnej szychy wydzialu, ze stracilam kontrole nad gniecionymi tyle czasu negatywnymi emocjami i ze zwyczajnie wylewam na tego czlowieka zal i frustracje calego roku. Miedle nerwowo jakas kartke w dloni i trzaskam nia dla podkreslenia tego, co mowie w porecz krzesla, ktore stoi obok. Rzucam okiem na kartke . To arkusz egzaminacyjny. Rozkladam, chwila milczenia z obu stron. Zeby wrocic do rzeczywistosci skanuje niemal bezwiednie tekst przeznaczony do analizy. Teskt nosi tytul: “Bycie zona laowaja to nic latwego”. Przeslizuje sie po tekscie. Autorka opisuje “beztroskie”, “powierzchowne” zachowanie swego brytyjskiego wybranka. Cenil romantyczne gesty, a w domu nie chcial pomagac. Na koniec wykonczona dziewczyna wnosi sprawe o rozwod. Polecenie: “Zinterpretuj to, co wydarzylo sie autorce z perspektywy roznic kulturowych”. “Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji” – powtarza profesor. To moze pan kiedys tez cos zrozumie. Ja pana tez na koniec czegos naucze. Prosze zapamietac,  ze jak w klasie bedzie siedzial choc jeden cudzoziemiec, to niech pan nie mowi przy nim <<laowai>> , a juz na pewno nie podczas kursu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Unosi brwi, jakbym zamienila sie w zupelna wariatke, taka co ma urojenia i tanczy na stole. Jestem zmeczona, wszystko we mnie dygoce, przestalo mi juz zalezec na napisaniu tego egzaminu, chce juz tylko rzucic tym wszystkim, wyjsc i isc przed siebie. No ale tlumacze. A  wiec laowaj – 老外 — (dosl. stary zewnetrzny) podkresla tylko i wylacznie moja wzgledem Was obcosc, zewnetrznosc, wazne jest tylko to, ze w waszych oczach jestem inna niz Wy. I prosze sobie darowac tlumaczenia, jak to wyraz stary “w chinskiej kulturze” podkresla szacunek. Drugie ze stosowanych w Chinach wyrazen – ktorego niestety pan nigdy podczas zajec nie zastosowal to 外国人. 外 – zewnetrzny, 国 – kraj, 人 — czlowiek. Czlowiek z zewnetrznego kraju. Ma swoj kraj, tylko inny niz Kraj Srodka.  No i jest co, badz co badz, czlowiek., a nie stary zewnetrzny. Czlowiek, tylko po prostu z organizmu panstwowego ulokowanego gdzies indziej.

Wychodze. Ide troche jak otumaniona ta sama droga, ktora chodzilam przez ten rok codziennie dwa razy. Cukiernia, rodzinna knajpka mniejszosci Hui, zaklad fryzjerski. Fryzjer ma dzis fioletowa fale nad czolem. 2 butelki Wielkiego Muru. Poczta i bank. Paczka Zhongnanhai. Moje osiedle. Ludzie w pizamach. Pieski z farbowanymi uszami. Odrapana klatka.

P.S. Gdy wyjezdzalam, poinformowano mnie, ze oceny z tego przedmiotu, jak i innych egzaminow beda wystawione dopiero jesienia. Wlasciwie to juz tylko dla siebie chcialam zobaczyc, co na tej karcie bedzie, bo niespecjalnie licze, ze ktos mi kiedys w Polsce te cuda uzna w poczet zajec. Jako, ze mamy jesien, zaczelam do mojej, bylej juz, szanghajskiej uczelni pisac. Odpowiedz pierwsza – jedynym sposobem, zebym dostala karte ocen jest osobisty przyjazd do Szanghaju, znalezienie kazdego z nauczycieli z osobna (jeden odszedl na emeryture, jeden przestal uczyc z dosc ciekawych powodow, prawie nikt z nich nie czyta ani nie odpowiada na maile ani nie pojawia sie na dyzurach) i poproszenie o wpis. Odpowiadam grzecznie, ze mnie juz w Szanghaju nie ma i ze prosze o sprawdzenie, czy juz sa oceny. Brak odpowiedzi. Przypominam sie uprzejmie. Brak odpowiedzi. To samo potwarza sie x 3. Pisze mniej uprzejmie. Odpowiedz: ocen jeszcze nie ma w systemie, nie mozemy przyslac. Zbieram sie w sobie i pisze “po szanghajsku”: ze w zyciu nie spotkalam takiego braku kompetencji i zrozumienia, zeby lepiej, zeby na razie w ogole nie przyjmowali zagranicznych studentow, bo to tylko dla nas potem klopot etc. Odzwyczailam sie przez te kilka miesiecy od takiego rugania, besztania i nadymania, znowu czuje znajome “szanghajskie” gniecenie w zoladku, znowu czuje absurd tego mojego samotnego tluczenia glowa o sciane. Po doslownie 20 minutach przychodzi skan dokumentu. To lista ocen. Napisana recznie, ale ze stemplem, tak jak chcialam. Przejezdzam wzrokiem oceny. Szukam jednego przedmiotu. Jest. “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Ocena: B. Czyli czworka. To tak, jakbym skopiowala te wszystkie odpowiedzi z powerpointowej wersji wykladu, ale nie dosc dokladnie. Jakbym nie dosc dokladnie rozrysowala mape przeciwienstw pomiedzy kolektywistycznie, sieciowo nastawiona i zorientowana na wysokokontekstowy jezyk chinska dziewczyna a indywidualistycznym, egoistycznym, niskokontekstowym laowajem, z ktorym tak strasznie trudno byc.

I to jest juz koniec eksperymentu. I koniec zupelny mojej przygody z szanghajska uczelnia. Pozostali uczestnicy egzaminu, przyszli dziennikarze, dostali kolejne pozytywne wzmocnienie – przepisuj slowo w slowo, a czeka Cie nagroda. Ja dostalam po wspomnianym zestawie produktow porzadnego kaca. Chociaz nie, chwilka, to jeszcze nie koniec! Gdy dostaje przedwczoraj skan wykazu ocen (jest niekompletny, bo niektorych ocen wciaz nie ma) odpisuje dziekujac i prosze o wyslanie kompletnego wykazu na moj polski adres. Przychodzi odpowiedz – “konwencja szkoly jest aby zagraniczny student sam zalatwil sprawe wykazu ocen (学校惯例是留学生自己办 理) - ale szkola zgadza sie Ci pomoc i wysle Ci dokument”. Padam na twarz i szepcze slowa wdziecznosci, a rece ukladaja mi sie same w… chinski gest podziekowania!

To moze nastepnym razem opisze moja pekinska uczelnie? Nie, nastepnym razem zostawie na chwile sprawy mego edukowania sie w Chinach i napisze o mojej dzisiejszej wyprawie w hutongi, ktora niespodziewanie zakonczyla sie w malutkim domku z gliniana dachowka pelnym rozwrzeszczanych hongweibinow i …rumianych Tybetanek.

26

09 2010

Chinska Republika Parkowa

Chinska Republika Parkowa (zwana dalej ChRP) ma przyczolki rozlokowane  w obrebie znacznej czesci Chinskiej Republiki Ludowej (ChRL). Podobnie jak ChRL, ChRP jest zroznicowana geograficznie i kulturowo. Piszaca te slowa za kazdym razem, gdy jest w jakims zakatku ChRL odleglym od Udzielnego Ksiestwa Hu (Hu 沪 – Szanghaj) stara sie przeprowadzac obserwacje zachowan populacji ChRP na danym terenie (vide post Kunming-obserwacja uczestniczaca czy – czesciowo  - ten post)

W zasadzie okreslenie “populacja ChRP” jest nieprawidlowe. Ludnosc ChRP to ludnosc w calosci naplywowa. Sredni czas pozostawania na terenie ChRP wynosi okolo kilku godzin. Granice ChRP zazwyczaj przekraczane sa przez ludnosc ChRL masowo w weekendy. Ale nawet wtedy czas oczekiwania na granicy nie jest zbyt dlugi. Ot, dajesz przygotowane 15 czy 10 kuajow, dostajesz, z reguly zielony, bilecik i przekraczasz granice. Nikt nie pyta o wiek, o status spoleczny, ilosc drobnych w kieszeni, co zamierzac w ChRP robic.

Nie masz walizki. No chyba, ze targasz w niej sprzet fotograficzny. Mozesz miec namiot, torbe piknikowa a nawet przygotowane juz szaszlyki i rozen. Mozesz miec tez sprzet do przekraczania powietrznej granicy ChRP - latawiec. Przyczolki ChRP to prawdopodobnie jedyne miejsce na swiecie, w ktorym do lotu wzbijaja sie pingwiny a nawet zlote rybki.

ChRP ma flage podobna do flagi ChRL. Choc moze to zolte to kwiaty?

DSC08564

Poszczegolne przyczolki ChRP cechuja sie bogatym zroznicowaniem geograficznym: obecne sa jeziora, wodospady, rzeczki, gorki a nawet bagna. Na terenie ChRP mozna spotkac powszechnie rosnace maki - Papaver somniferum (nawet w przyczolku ChRP ktory kiedys byl bastionem obrony Chin w wojnach opiumowych – park Paotai Wan nad Jangcy). Maki te rosna sobie jak gdyby nigby nic. Na terenie ChRP mak jest makiem… jest makiem… jest makiem:

DSC08512

Pomimo bogactwa form uksztaltowania terenu, orientacja w  ChRP jest zazwyczaj bardzo prosta – centrum kazdego z przyczolkow ChRP znajduje sie w miejscu, nad ktorym unosza sie latawce.

Transport w ChRP. ChRP posiada zroznicowane srodki transportu. Od roweru wzmacniajacego wiezi rodzinne/partnerskie:

DSC08664

przez rower wzmaniajacy poczucie indywidualizmu:

DSC08542

po meleksy i inne takie tam, az po transport kolejowy (w wybranych osrodkach)

DSC08605

i lodz piratow. Piszaca te slowa wybrala srodek traportu, ktory wydal jej sie najbardziej eksytujacy - wielka wsciekle machajaca lape, na koncu ktorej znajdowal sie jakby wiatrak, na ktorego skrzydlach znajdowaly sie krzeselka. Wiatrak machal rownie wsciekle co lapa i to we wszystkich mozliwych plaszczyznach. Piszaca te slowa leciala bokiem, do gory nogami, twarza do dolu, nad drzewami, w kierunku “pnia” potwornego urzadzenia. Po zakoneczniu podrozy, po oddaleniu sie kilka metrow od miejsca kazni  zaobserwowala, ze ciagle jest w tym samym miejscu, nadal w ChRP, tylko tym razem w pozycji polklecznej, przewieszonej przez barierke. Zaobserwowala tez, ze stan w jakim sie znalazla po tej podrozy wywoluje smiech politowania ludnosci ChRP i chec utrwalenia stanu piszacej za pomoca aparatow fotograficznych.

Ludnosc ChRP reprezentuje wszystkie warstwy spoleczne i przedzialy wiekowe. Podstawowe formy organizacji rodzinnej i spolecznej:

I. Klasyczny model 2+1:

DSC08659

II. 2+2:

DSC08665

III. Model kolektywny (tak, flaga z tylu to flaga Partii):

DSC08598

Typem nadprezentowanym na terenach ChRP jest

IV. Podstawowa komorka spoleczna in statu nascendi:

DSC08626

DSC08630

DSC08632

tzn nie mloda para + fotografowie+ ciagnik+ ogrodnik, tylko mloda para po prostu. Jak w przypadku kazdej komorki in statu nascendi - moze z niej jeszcze wyrosnac wszystko.

Na podstawie obserwacji przeprowadzonej w dniach 5-6.06.2010 na terenie dwoch przyczolkow ChRP (park Paotai Wan na rzeka Jangcy i Park Lesny w dzielnicy Yangpu) na terenie Ksiestwa Udzielnego Hu, mozna zaobserwowac, ze ludnosc populujaca ChRP trudni sie wieloma zajeciami, np.

1. Lowiectwem. Grupy lowieckie sa z reguly male, rodzinne.

DSC08519

Zaobserwowano tez mezczyzn, ktorzy w celu wykazania sie zwinnoscia i zaradnoscia (czyli cechami pozadanymi w organizacji rodzinnej na terenie ChRL), poluja samodzielnie pod okiem wybranej kobiety.

DSC08514

2. Puszczaniem latawcow. Wyniki eksperymentu, jaki przeprowadzila piszaca te slowa,  polegajacego na samodzielnych probach puszczania latawca, wykazaly, ze czynnosc ta moze jednoczesnie stanowic dobra namiastke zarowno zeglowania jak i wyprowadzania (niezbyt grzecznego) psa na spacer.

3. Konstrowaniem prowizorycznych domostw odzwierciedlajacych podstawowe struktury spoleczne ChRL (formy organizacji spolecznej: od komorek dwuosobowych po kolektywy):

DSC08560DSC08541

4. Zbieractwem zdjec (kwiatkow, motylkow etc.)

ChRP - jak niegdysiejsze cesarstwo chinskie, cechuje sie duza zdolnoscia do asymilacji przybyszow z zewnatrz. Np. piszaca te slowa po obserwacjach prowadzonych na terenie ChRP poczula prawdziwie przemozna, wprost nie do zwalczenia chec nabycia i puszczania latawca (czyli przeprowadzenia w/w wspomnianego eksperymentu). Tutaj nalezy zauwazyc, ze proces asymilacji, pomimo zyczliwego nastawienia trudniacej sie wypasem latawcow czesci populacji ChRP, w tym konkretnym przypadku nie przebiegal szczegolnie pomyslnie. Podczas eksperymentu dalo sie zaobserwowac trzy czynniki odrozniajace puszczanie latawca w wykonaniu piszacej te slowa od wykonywania tej czynnosci przez ludnosc regularnie przkerajaczaja granice ChRP:

1. O ile stali przybysze podczas puszczania latawca przyjmowali pozycje statyczna, o tyle piszaca te slowa latala jak glupia po calej lace gubiac buty

2. Latawce stalych bywalcow ChRP  szybowaly wysoko i stabilnie. Latawiec piszacej te slowa nie szybowal, tylko wykonywal ruchy Browna (czyt. latal na wszystkie strony w 3D), czesto w locie korkociagowym w kierunku ziemi, dziobem do dolu.

3. Stali bywalcy nie byli cali oplatani linka, tylko jakims cudem nawijali ja na kolowrotek…

W kazdym z przypadkow ChRP sasiaduje z ChRL. Tutaj np. granica na rzece Jangcy:

DSC08569

Czasami obie Republiki dzieli mur, ktory nie od razu pozwala dostrzec z terenow ChRP republike przylegla.  Jednak srodki przedsiewziete przez piszaca te slowa, w postaci podskokow i ustawiania kamieni jeden na drugim pozwolily mimo wszystko na pobiezna obserwacje terenu po drugiej stronie granicy:

DSC08636

Tak, jednej Republiki nie byloby bez drugiej.

08

06 2010

Polska sie… usmiecha

Tak, wiem, mialo byc wiecej/mniej o polityce, bardziej/mniej o zyciu codziennym, bardziej z perspektywy mikro/makro/sredniego zasiegu, mniej/bardziej eseistycznie. To (dla odmiany) bedzie o …Expo, a konkretnie o polskim pawilonie. To przedostatni wpis o Expo, obiecuje.

Projekt naszego pawilonu byl tutaj w Szanghaju chwalony, czesto sie pojawial na roznych reklamowkach, plakatach. Bialy, azurowy, lekki, swietlisty. Na azurowym dachu spacerujacy ludzie. Widok projektu stwarzal nadzieje, ze Polska jest w stanie wystapic z nowa, spojna strategia dotyczaca wizerunku i ze to jest pierwszy krok.

Ze cos wyszlo nie tak, zaczelam podejrzewac, gdy zobaczylam pierwsze zdjecia instalowanej elewacji pawilonu. Biale sciany z duzym azurem zostaly zastapione przez kremowo-herbaciane, z duzo mniejszym stopniem azurowosci. Co za licho? Pierwotny projekt przewidywal, ze sciany beda blaszane. Tymczasem po wkroczeniu na teren Expo i wraz z przyblizaniem sie do pawilonu zaczela do mnie docierac straszna prawda - tu seczek, tu sloj, tu trocina. Nie, nie nawet nie z drewna. Sciany sa z dykty.  Jak trabant, jak kajak, jak mebloscianka. Z dykty surowej, niepomalowanej. Nie dalo sie w niej wyciac tak duzych azurow jak mialoby to miejsce przy blasze. O chodzeniu po dachu nawet nie ma co marzyc.

polskipawilon3

DSC08344

Dykta ta – wedlug technologa drewna, ktory rozbudzil sie po latach na widok tych pokladow sklejki w jednej z osob, ktorym mialam przyjemnosc towarzyszyc podczas wizyty w Szanghaju (Drodzy! Dziekuje Wam za wspanialy tydzien, mam nadzieje, ze dobrze odpoczywacie po naszym chinskim maratonie) - w panujacym tutaj klimacie najpierw zacznie sie rozwarstwiac. Potem zczernieje. Na koniec splesnieje. “Polska sie usmiecha”. To haslo naszego pawilonu.

Ze cos moglo wyjsc naprawde nie tak, zaczelam podejrzewac takze, gdy pierwsze ze znajomych mi osob zaczely odwiedzac nasz pawilon. Pamietajac moj zbity wyraz twarzy po katastrofie smolenskiej, moje znajome Chinki po odwiedzinach pawilonu powiedzialy tylko, zeby bxy (czyli ja)  idac tam, lepiej nie ogladala pokazywanego tam filmu “bo odnowi jej sie trauma”.

Trauma? Na Expo?? No ale i tak ide. No wiec zblizam sie do pawilonu i uswiadamiam sobie, ze to zblizanie, to jednoczesnie wejscie w strefe dzwiekowa, ktora jest otoczony. Z poteznych glosnikow na zewnatrz plynie glosna muzyka – cos wznioslo-narodowego (a moze to w sumie to Rubik?) Tak jakby pawilon chcial sobie wywalczyc troche dodatkowej przestrzeni, jakby przygotowywal sie na wojne audio z pawilonem niemieckiem obok. Tylko, ze tamten milczy. Podziwiam ludzi, ktorzy w tym halasie stoja i czekaja na swoja kolejke do wejscia. Jeden raz, drugi, trzeci, siodmy. Ten sam utwor.

Po wejsciu zdumienie. Azur z definicji jest po to, aby przepuszczal - swiatlo, powietrze. Laczyl to co na zewnatrz i wewnatrz etc. Jednak w naszym pawilonie panuja ciemnosci. Azurek to tylko zewnetrzna powloka. W srodku jest budynek o scianach nie przepuszczajacych swiatla. Sciany w srodku sa koloru…czarnego, po azurze dachu i scian ani sladu. Wszystko czarne, tylko wyciete ze - niespodzianka -  sklejki kontury drzew i (jakby) pajeczyn sa bialo-szare. Czekam czy gdzies sie pojawi zarys np. jezdzca bez glowy. Albo damy w bieli. W powietrzu cos jakby dym teatralny. Na czarnym tle napis: “Polska sie usmiecha”.

No ale skoro sie usmiecha, to ide szukac tego usmiechu. Faktycznie - na scianach sa puszczane filmiki, gdzie kilka rodaczych twarzy sie…usmiecha i macha. To nie jest interpretowanie hasla tylko ilustrowanie go w najmniej pomyslowy z mozliwych sposob. Zaklinanie rzeczywistosci malo wymyslnym zakleciem. Potem udam sie jeszcze do pawilonu czeskiego – w sumie skromnego, ale spojnego, sprawnie zrealizowanego. Jednak – cos takiego – aby pokazac poczucie humoru Czechow nie dano filmikow z zanoszacymi sie od smiechu ludzmi, ale np. kilka polaczonych ze soba ekranow, na ktorych odwiedzajacy moga podmieniac fragmenty dzieciecych rysunkow przedstawiajacyh rozne zwierzeta, tak, ze wycodzi im a to swinia z kurza glowa i zebrzymi nogami, a to ryba z krowim tulowiem. To odwiedzajacy  zanosza sie od smiechu. Przekaz jest jasny – Czechy to kraj, ktory potrafi myslec nieszablonowo, ma wyobraznie, lubi absurdalne poczucie humoru, chce, zeby inni sie dobrze bawili. No ale udane budowanie wizerunku jest mozliwe tylko wtedy, gdy przekroczy sie prog doslownosci i wkroczy w sfere odnoszenia sie, skojarzen. A zdolnosc do takiego przekraczania i wkraczania w budowaniu wizerunku to nie tyle sprawa funduszy (fakt, dramatycznie w naszym pawilonie, ale i zapewne i w czeskim, okrojonych), ile pomyslu i swiadomosci. Niemiecki pawilon, do ktorego jeszcze pozniej przedre sie przez strefe razenia Rubikiem, oferuje gosciom mozliwosc przymierzenia czapki krasnala ogrodowego i bokobrodow a la Bismarck. Czapka i bokobrody sa chyba tanie.  Lajkonik, syrenka czy stroj goralski nie bylyby wiele drozsze. Obserwuje ludzi cykajacych sobie zdjecia z bokobrodami i w krasnalskiej czapce i znowu przekaz jest jasny - potrafimy sie smiac z siebie, z wlasnej estetyki (obecnej czy minionej) oraz dbamy o to, zebyscie sie dobrze bawili.

A u nas? Clou wszystkiego mial byc film 3D Baginskiego przedstawiajacy w kilka minut historie Polski. Dostajemy okularki i ogladamy. Pomijam kwestie, czy ten film w ogole moze jakkolwiek zachwycic technologicznie Chinczykow namietnie grajacych w barokowo i bajecznie zaawansowane gry komputerowe. Gdy robie jeden dzien przerwy od pobytu na Expo i wpadam na moj chinski uniwersytet, dowiaduje sie od moich wspolstudiujacych, ze film

a) przekazuje negatywne emocje (no dobra, to juz bylo wiadomo, kiedy dziewczyny wyjechaly z ta “trauma”). O ile na poczatku pokazuje dosc konwencjonalne sceny walk w otoczeniu sredniowiecznym, to potem widac juz tylko rozbiory, powstania, okupacje, obozy koncentracyjne, szarosc komunizmu, by na koniec ukazac dosc mglista wizje szklanych domow rosnacych jak grzyby pod deszczu w XXI wieku

b) jest kompletnie niezrozumialy. Niezrozumialy nie tylko dla studentow dziennikarstwa (podobno najlepszego w Chinach), ktorzy generalnie nie wiedza o Polsce wlasciwie nic (sprawdzilam: Solidarnosc? nie-e. Przynaleznosc do NATO? Nie-e, Katyn? nie-e). Jest tez niezrozumialy dla profesora tychze, prawdziwego erudyty, ktorego wiedza o naszym kraju wykracza radykalnie poza srednia krajowa ChRL. Profesor pyta mnie: a Ty ten film rozumiesz? I podsumowuje: martyrologia, umartwianie sie, koncentrowanie na tym, co tragiczne, mroczne. I konczy: Expo to nie miejsce na cos takiego. To faux pas. I znowu pyta sie, co ja o tym mysle.

Owszem, sa kampanie, ktore sa konstruowane w oparciu o negatywne emocje, ale to jest po cos. Np.  taka reklama sprzed paru lat pewnego koncernu sportowego, ktora ukazywala m in. biegacza wymiotujacego w bolu na boku trasy i biegnacego dalej. To bylo po cos - zeby ukazac milosc do sportu, pasje i wole, ktore przezwycieza wszystko. A tutaj? Jaki byl cel? Odpowiedzi “no, zeby poznali nasza historie” nie biore na powaznie. Expo jest sprzedawaniem (uprzednio wyznaczonego!) wizerunku przez dostarczanie wrazen, przez rozrywke, uklonem w strone potrzeb odwiedzajacego, a nie odwiedzanego. W naszym pawilonie jest tylko jeden element, ktory spelnia takie zadanie – to wirtualny smok wawelski, ktory z ekranu toczy rozmowy z widzami. Wychowani z komputerem przy twarzy, poruszajacy sie sprawnie po swiatach wirtualnych mlodzi ludzie i dzieciaki gadaja ze smokiem, podchodza i glaszcza jego wirtualna, wycinankowa gebule. To fajnie. Ale stanowczo za malo jak na 40 minut stania w kolejce do pawilonu.

Jaki wizerunek sprzedaje Polska tym pawilonem? Moj profesor mowi, ze dosc mroczny, smutny (“Polska sie usmiecha”!), niezrozumialy, skierowany na siebie i swoje bolaczki. “A przeciez macie tyle dobrego do pokazania!” I kolejny raz pyta sie, czy sie z nim zgadzam. Tak, zgadzam sie. A oprocz tego wykreowanego (chyba) nieswiadomie mrocznego wizerunku, widze jeszcze dobijajaca niespojnosc – azur po to, by w srodku byla ciemnosc (najwieksza na pietrze, czyli najblizej azuru), usmiech Polski + film zanurzony w martyrologii stosowanej. Nie potrafie zrekonstruowac mysli przewodniej ani etapow dochodzenia do takiego wygladu/skladu wnetrza.To wszystko sie rwie, nawet ja, Polka, nie odczytuje tych kodow (przy zalozeniu, ze w ogole tam sa), mam wrazenie, jakbym obcowala z jakims dzielem sztuki wspolczesnej, ktorego nie rozumiem, operujacego obcymi dla mnie kontekstami – moze np. z jakiegos obcego mi kulturowo kraju.

Wizerunek. Brak swiadomosci, ze ten nasz polski w Chinach trzeba tworzyc gruntownie od podstaw, ze najpierw trzeba okreslic cele i sie ich trzymac. Brak swiadomosci, ze wizerunek to nie zarty. I ze taka szansa w Chinach juz nam sie w ciagu najblizszych lat nie przydarzy.

Siadamy przy wyjsciu i czekamy na nasz polski obiad z przypawilonowej restauracji. Z poteznego glosnika leci ogluszjacy polonez z “Pana Tadeusza”. Jeden raz (czekamy na zupe). Drugi raz (jemy zupe). Trzeci raz (czekamy na drugie). Czwarty… Po drugiej stronie alejki wychodza z niemieckiego pawilonu usmiechnieci ludzie, ktorzy byli na pokazie jakiejs magicznej, latajacej, kolorowej kuli. Jemy drugie. Pijemy piwo. Polonez leci jak zdarta plyta.

Zdjecia:

DSC08366DSC08370

Filmiki:

gadajacy smok, dobrze, ze jest chociaz on. No dobrze, tu akurat para sie dydaktyka:

MOV08381

ale tutaj milo gada z ludzmi:

smok1

drugie pietro – to, co jawi sie na koncu, to…wystawa designu polskiego (kilka krzesel i lampek, niestety z zarowkami malej mocy). Przepraszam, ze dobrze nie sfilmowalam, ale mnie zwyczajnie zatkalo – zwlaszcza, ze to doslownie jedyne wystawione w pawilonie przedmioty:

MOV08376

P.S. Tak, wiem, mialam byc na dniu polskiego pawilonu. Nie dalam rady, po pracowitym tygodniu, przy koncu zlanym nankinskim deszczem w sobote udalo mi obudzic dopiero na wieczorna gale w szanghajskim Teatrze Wielkim…

23

05 2010

Polsko…Polsko…

Tytuł zajęć: “Marksistowsko-leninowski pogląd na media”. Ocena: A (maksymalna).  Poglądy wyrażone w pracy: bynajmniej nie marksistowsko-leninowskie. Napisałam po prostu, co się stało z marksizmem-leninizmem jako rodzajem dyskursu w Polsce po 89′ i jak to sie ma do postrzegania w niej Chin. Profesor: wyjątkowa postać (i na tym poprzestane, oby uczyl jak najdluzej).

Tytuł zajęć: “Globalizacja i kultura transnarodowa”. Ocena: jeszcze nie ma, bo to początek semestru. Profesor: Japończyk, chyba najlepiej mówiący po chińsku cudzoziemiec, jakiego było mi dane spotkać. Mówi o tożsamości narodowej i mediach w Japonii, jedzie (ale nie tak strasznie jak poprzedni zaproszony na gościnny wykład Japończyk, który pouczał, że “bez wolnej prasy nie osiągniecie demokratyzacji” – większego zmasowania faux pas nie mogę sobie wyobrazić) trochę i dośc dyskretnie (ach, to wyczucie jezykowe) po systemie medialnym Chin i tym, z czego on wyplywa.  Gdy zajęcia się kończą, myślami jestem już gdzie indziej (no dobra, w klubie sportowym, zastanawiam się, ile powinnam dziś przebiec i w jakim tempie) po czym słyszę jak zza zasłony: “A pani skąd jest?” Ponieważ na sali, na której jest 60 osób jest tylko jedna osoba, której mozna zadać to pytanie, więc nawet nie musze sie nawet specjalnie rozgladac, czy to do mnie. Odpowiadam. Na to  japoński profesor: “Aaa, z Polski, i co, macie takie media, jak w Chinach?”

Wmurowuje mnie kompletnie (bieżnia na pochyło? jak bardzo pochylo? lekki trucht? potem z maksymalna predkoscia? w sumie 50 minut? Jak w Chinach? Japończycy naprawdę są z innej planety?). I kiedy wmurowuje mnie jako badacza Chin, mój wewnętrzny Polak (a raczej Polka) czuwa. I zanim się spostrzegam, wewnetrzny Polak odpowiada machinalnie: “Nie, już nie mamy”. Po sali szmer. Jakaś dziumdzia kilka krzeseł dalej wyciąga aparacik cyfrowy i mi robi zdjęcie - że tak to egzotycznie mamy na zajęciach. Odwracam się do niej z przyklejonym uśmiechem od ucha do ucha i dwoma palcami “V” (typowy gest chińsko-fotograficzny). Ponieważ diabelski Japończyk ma wyczekującą minę, że coś powiem dalej, przeto formuję jakiś kłąb socjologiczno-bełkotliwej przedzy (ze tozsamosc, ze rekonstrukcja, ze pole i inne motanie), żeby nie bylo, ze nie reaguje. A w srodku cos sie we mnie gotuje. Jestem wsciekla na Japonczyka (za porownanie, za wypowiedzenie go jako pierwszego i jedynego zdania skierowanego do mnie, no i za to, ze wystawil mnie na ustosunkowanie sie do tej absurdalnej i na dodatek drazliwej dla wszystkich, oprocz jego japonskiej osoby, kwestii-nie-kwestii przy 60 Chinczykach, w tym moich znajomych, no i oczywiscie za to, ze zrobil to, kiedy wlasnie myslalam o biezni, no ale to juz nie jego wina). Ale jeszcze bardziej jestem wsciekla na siebie. Ze wylazl ze mnie machinalny, wewnetrzny, podswiadomy Polak. Choc w sumie to powinnam sie cieszyc, ostatnio sie przeciez skarzylam, ze przez te wszystkie krzyki na ulicy - “o , laowaj”, te wszystkie poczatki konwersacji w stylu, “bo, wy, Amerykanie”, moja polska tozsamosc czuje sie stlamszona. A tu nagle taki Polak pelna geba, pelen polskiej dumy i uprzedzenia, operujacy systemem zero-jedynkowym, wylazi. A tak naprawde to jestem zla na siebie, za to, ze wylazl ten mechaniczny Polak zamiast nadbudowanego nad nim badacza. Ktory powinien po pierwsze spytac: “A w jakim sensie podobne? Ze tez po chinsku? Ze mamy i Renmin Ribao i Nanfang Zhoumo? Czy ze takie duze?”. Czyli zmusic diabelskiego Japonczyka, zeby sam wyartykulowal to, co chcial (tzn chcial, sadzac z kontekstu calego jego wykladu) mi w rece wpakowac. Ide do klubu sportowego i przebiegam wiecej i szybciej, ale paskudny humor nie mija.

Gdy wracam do domu, przebiegaja mi dodatkowo, migawkowo te wszystkie mini dialogi, gdy ktos przygodnie poznany dowiaduje sie, ze jednak nie jestem z Ameryki, tylko z Polszczy. Typy idealne ponizej:

Typ 1:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “z Polski”

Osoba, po namysle: “Polska to zdaje sie bardzo maly kraj?” (polskie tlumaczenie nie oddaje uroku chinskiego oryginalu, ktory, przynajmniej w moich uszach, ma spory ladunek komizmu, bo jakos tak sytuuje Polske gdzies razem z malymi dziecmi, malymi kotkami etc.)

Typ 2:

Osoba: “Skad jestes?”

ja: “z Polski”

Osoba, glosem jakby gluchy do gluchego: “Skad?! Z Holandii??” (Holandia - Helan, Polandia - Bolan)

Typ 3:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “O, stosunki naszych krajow sa bardzo dobre! Przeciez byliscie krajem socjalistycznym”

Kiedys, zaraz po wydarzeniach w pewnej zachodniej prowincji Chin (niemal dokladnie sprzed dwoch lat), zrobilam analize tekstow trzech polskich glownych dziennikow - jak, za pomoca jakich srodkow, przy uzyciu jakich slow opisuje sie ten konflikt, jak definiuje sie strony i ich dzialania. Wyszlo (przynajmniej w dwoch dziennikach), ze to nie tyle rzecz o Chinach i pewnej ich prowincji, ile odswiezanie naszych narodowych opowieści, np. tej o stanie wojennym (te wszystkie tytuly: “Czolgi na ulicach” etc.) i opowiadanie ich na powrot tak, aby nie bylo watpliwosci, ze dane medium stoi po stronie swiatla. Czyli odswiezanie wlasnego (przykurzonego jakby) mandatu, masowanie ego wlasnego i czytelniczego. No bo np. mozna na powrot tak latwo zostac obronca (slowo powtorzone 43 razy, i to do tego w gazecie przed duze “G”, staje sie prawda!) czegos np. krzyczac na ulicy.

No wiec tak to jest, m in., byc w przeszlosci krajem socjalistycznym. Tutaj (no chyba, ze, o ironio, na kursie marksizmu-leninizmu) tego nie powiem (choc czasem mnie kusi, zwlaszcza jak ktos opowiada, jak to cały swiat Chiny podziwia za ten caly rozwoj i lubi). W Polsce tez tego nie powiem (dyskusje z zacietrzewionymi obroncami i zwolennikami, czegokolwiek by nie bronili, mnie po prostu nie interesuja). I japonskiemu profesorowi tez nie. Nie przy ludziach.

P.S. W weekend poszlam do parku Zhongshan (czyli Sun Yat-sena). Stoi tam ni mniej ni wiecej tylko pomnik Szopena (dwa tygodnie temu minela 200 rocznica urodzin!). Pomnik ten stoi posrodku tej calej Chinskiej Republiki Parkowej, tych wszystkich latawcow, karaoke z magentofonu, straszych ludzi spotykajacych sie by pospiewac arie z oper pekinskich, pograc na tradycyjnych intrumentach. Tkwi posrodku tych tlumow pochylajacych sie z aparatem nad paczkiem kwiatka, posrod grupy Ujgurek w strojach ludowych i z magnetofonem, ktore przygotowuja sie do parkowego wystepu. Zostal ufundowany przez strone polska, wykonawczynia jest Chinka, ktora studiowala na warszawskiej ASP. Szopen szanghajski robi dosc przygnebiajace wrazenie, on po prostu spadl z nieba, jak meteoryt, utknal posrodku Chnskiej Republiki Parkowej niczym cialo obce. Wbil sie w ziemie przy kepce krzakow, po drodze rozpadl na serie metalowych pretow, na ktorych utkwila glowa biednego Fryderyka. Gdy odslaniano pomnik 3 lata temu, byly szumne zapowiedzi strony polskiej, ze bedzie miejsce spotkan kulturalnych, koncerty na wolnym powietrzu, muzeum. Nie ma po tym sladu. Jest tylko wylysiala trawa dookola.

P.P.S. Tak, to prawda, ze nasz polski pawilon na Expo bardzo sie tu podoba.  I ze w wielu miejscach jego wycinankowe, biale oblicze wisi obok pawilonu-matki (pisalam o nich tutaj) jako wizytowka Expo. Dyskusje o tym, czy to dobrze czy zle, ze jest to przetworzenie ludowej wycinanki sobie daruje, gdzie indziej jest o tym co niemiara. Dla mnie wazniejsze jest pytanie o to, czy w srodku tego pawilonu znajdzie sie, choc prowizoryczna i przygotowana na potrzeby publicznosci, odpowiedz na pytanie z czwartego typu idealnego gadki o “skad”. A wyglada ona tak:

Typ 4

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “A co jest wasza specjalnoscia (techan)?”

P.P.P.S. Piata odslona gadki o “skad”, uslyszalam ja dzis. Nie wiem, na ile jest reprezentatywna, ale za to niezmiernie mi sie podoba. Uczestnicy to moj kumpel, uczacy dzieciaki w jednej z chinskich prowincji oraz owe dzieciaki.

Typ 5

Dzieci: “Bo ty jestesz z Polski, tak?”

Kumpel: “Tak”

Dzieci: ” Ile bomb atomowych ma Polska?”

Kumpel: “Zadnej”

Dzieci: “To co zrobicie, gdy ktos was zaatakuje?” (po chwili refleksji): “zaraz… przeciez to my mozemy was zaatakowac!! I pobic bez problemu, bo my bomb atomowych mamy mnostwo!!” (po nastepnej chwili refleksji): “ale spokojnie, nie zaatakujemy was, bo my kochamy pokoj!”

A na zupelny koniec posta – ani (chyba, chociaz?…) nie orzel, ani (raczej) nie golabek pokoju, ale (chyba jednak) sokol (a moze jednak orzel?…lub raróg…) na tle szanghajskiego Fryderyka:

DSC07652

18

03 2010

Z powrotem w Szanghaju. Sceny konsumpcyjne

Po ponad miesiącu jestem znowu w Szanghaju. Wydostanie się z Chengdu nie było takie proste. Ponad połowa wszystkich lotów była opóźniona, w tym i mój nieszczęsny lot. Z przyczyn niejasnych. Nie znam się, ale na mój gust lotnisko w Chengdu (niemałe przecież) jest na granicy wydolności we wszystkich aspektach. Dokładnie o tej samej godzinie i minucie wylatuje po kilka samolotów (wszystkie krajowe), z jednego gate’u w odstępie 10 minutowym dwa loty, brakuje krzesełek dla oczekujących (to są Chiny, obok kuszą więc za to fotele masujące za jedyne 20 kuajów za 15 minut). W Szanghaju jest jeszcze intensywniej (gdy przy wylocie do Yunnanu samolot stał na lotnisku Pudong czekając na okienko, na niebie utworzył się niemalże korek, ledwie jeden samolot dotykał ziemi, już w oczy świeciły intentywne światła do lądowania następnego, i tak przez 25 minut), ale Pudong to lotniskowy megagigant, no i jest jeszcze drugie lotnisko, Hongqiao.

Alternatywy dla samolotów są takie, jakie są (patrz post pt. “Chiny na kołach” ;-) ), ruch wewnetrzny olbrzymi, Chiny mają więc masę przewoźników. Którzy się dosłownie biją o klienta, co przybiera nieraz nieco groteskowe formy i daje efekt odwrotny do zamierzonego. Bo tak: nasz samolot miał wylecieć o 10 wieczorem. Ale o 9:30 pojawiła się informacja, że odleci o pierwszej trzydzieści. Przewoźnik zareagował błyskawicznie…transportując pasażerów na te marne kilka godzin do hotelu. Zanim z powrotem pasażerowie przedarli się (tym razem w drugą stronę) przez bramki i odprawę, zanim upakowano ich w autobusy, zanim dowieziono do hotelu, była 10:30. A o 12-tej obudzono celem wykonania powyższych czynności tylko w odwrotnej kolejności. Część pasażerów w sennym widzie, wybudzona znienacka odmówiła wyjazdu, stwierdzając, że poleci jutro (tłumaczenie na hiszpański: manana!), część, złorzecząc przewoźnikowi (dać spać, a potem obudzić, daje chyba jeszcze gorszy efekt psychologiczny niż uwiezienie w nocy na lotnisku, żadnej wdzięczności, tylko resentyment i uraza) udała się na lotnisko. W tym ja. Dzięki czemu już o czwartej rano mknęłam taksówką (w cenie niewiele ustępującej biletowi lotniczemu) po niekończących się estakadach i w niekończących się tunelach w stronę pogrążonego w śnie mojego kawałka Szanghaju. Dzięki czemu już tego samego dnia mogłam doświadczyć mocy doznania “wiecznego powrotu”. Jak w poprzednim semestrze, plan znowu wisiał na ścianie sekretariatu, panie znowu nie chciały mi go wydrukować, radząc, żebym sobie spisała, “co mi tam pasuje”. I niestety, podobnie jak w poprzednim semestrze znowu zapomniałam o wspaniałej radzie kolegi Campera W. (kochani tajwańscy 同胞! Kto Wam te angielskie imiona nadaje?? Choć przypadku pewnego Livera Zh. nic nie pobije), żeby wziąć aparat i zrobić rzeczy zdjęcie.

Powrót do cywilizacji (a raczej “cywilizowania”) wymógł też dokonanie pewnych czynności z zakresu konsumpcji. Pierwszą z nich było pójście do fryzjera. O, fryzjerzy i zakłady fryzjerskie Szanghaju! Na każdej ulicy jest po kilka takich zakładów. Ich znakiem rozpoznawczym są obrotowe, barwne neony. W środku fosforyzuje, toczy blask i olśniewa jeszcze coś innego - fryzury samych fryzjerów. W poprzednim semestrze, idąc codziennie na uniwersytet, mijałam po drodze lokalne trzyzakłady i z zapartym tchem śledziłam ewolucję tego, co na głowach mają tamtejsi mistrzowie grzebienia (i kubła z farbą). Moją uwagę zwrócił (a jest to trudne, gdy każda z głów zachwyca formą i olśniewa kolorem niczym kwiaty w ogrodzie botanicznym) fryzjer, który w momencie mojego przyjazdu miał na głowie czerwoną lwią grzywę wysokości ludzkiej twarzy. Potem sobie podgolił boczki i miał czerwonego irokeza. Potem irokez stał się blond, bardziej blond niż ja, a fryzjer gdy mijałam jego zakład, wysyłał mi porozumiewawcze spojrzenia, że niby my, blondyni…po czym mu się znudziło i blond irokez, pobywszy chwilę blond kitką na czubku głowy zmienił się na coś kształtem i kolorem przypominające szczotkę do butów. Po tym były już tylko dwie opcje - zgolić na łyso albo dokleić. Zgolił. Taka szkoda…W każdym razie co innego podziwiać dzieła sztuki na fryzjerskiej głowie, co innego oddać głowę własną komuś takiemu w rece…Wybrałam więc zakład, w którym autoekspresja fryzjerów ograniczyła się głównie do nadawania własnym włosom niezwykłych form, z tendencją do zachowania stosunkowo naturalnych kolorów (tzn. bez zielonego, niebieskiego etc.).

No więc strzyże mnie młode chłopie (poza tym, że ma jakby trójkąt z włosów na twarzoczaszce, to w miare normalnie wyglądające). Strzyże chwilę, strzyże trochę, po czym stwierdza, że on tu za wiele już nie wystrzyże, trzeba by trwałą zrobić. Oczywiście się nie godzę (oczami wyobraźni widzę już własną glacę). Zaciska zęby, strzyże dalej, ale widać, że coś kombinuje. W końcu: “jest taki prosty trick, to chwilę potrwa, a efekt będzie olśniewający”. Ja (podejrzliwie): “ale nie trwała?”. Fryzjer z trójkątem na twarzoczaszce: “Nie, nie”. Ja (idiotycznie): “Sposób naturalny?”. Fryzjer (entuzjastycznie)   : “tak, tak!!”. Ani się oglądam, fryzjer coś instaluje mi na głowie (jakby antenę, ale może się nie znam). Siedzę z tą anteną, a ten już niesie jakąś miksturę. I cennik. Otwiera. Mnie skokowo dopada szlag, bo widzę, że oczywiście otwiera na stronie pt.: “trwałe”. Drugi szlag trafia, gdy widzę ceny. Od 700 kuajów do 1300. Patrząc na siłę nabywczą, to jakby u nas 700 i 1300 złotych. Trzeci i czwarty szlag trafia mnie odpowiednio gdy fryzjer rzecze, że “chociaż tu jest napis trwałe, to jednak nie są to trwałe” oraz gdy stwierdza, że on już rozpoczał i nie mogę się już wycofać. Ze względu na dziką konkurencję wśród lwiogrzywich zakładów fryzjerskich ciecie to głupie 20 kuajów. On teraz chce, żebym wydała na coś, czego nie chcę ani nie potrzebuję, kilkudziesięciokrotność tej sumy. Bo tak będę ładniej wyglądać. Gdy mówię, że ja po prostu nie chcę, fryzjer zawiedziony pyta: “a co, po prostu nie masz przy sobie tyle gotówki? Bo można kartą”. Gdy się wściekam (bo się wściekam) i twarz zaczyna mi chodzić z nerwów, fryzjer wystosowuje argumenty, że kto mu tera zapłaci za tą pracę, co już wykonał w celu zrobienia trwałej-nietrwałej. Staje na tym, że dopłacę mu 10 kuajów za dezinstalację anteny. Do końca strzyżenia trzymam twarz w dłoniach. Choć raz prawie już, że dłonie zdejmuję celem przywalenia fryzjerowi (albo odebrania mu nożyczek i wyrządzenia krzywdy), gdy ten, niezrażony, proponuje mi kartę członkowską zakładu, “bardzo tanią”, bo za jedyne 500 kuajów.

Gdy wściekłość mija i wychodzę z zakładu z ewidentną plerezą (ach, te dłonie na twarzy…), zaczynam się zastanawiać, jak to jest (oprócz tego, że zakład każe fryzjerom na siłę szukać zarobku, żeby wyjść w tej dżungli fryzjerskiej na swoje), że ten chłopak, który zarabia maksymalnie 1200 kuajów na miesiąc oczekuje ode mnie kompulsywnego zakupienia usługi za równowartości jego miesięcznej pensji, tak po prostu, bo moje włosy będą po tym lepiej wyglądały. Odpowiedzieć tak jak znaczna częśc jego rodaków: “bo wy, Amerykanie macie mnóstwo pieniędzy” (więc płaćcie), to tylko kawałek odpowiedzi.

Gdy patrzy się na młodych Chińczyków – pokolenia 80 i 90, to oni w dużej mierze tak właśnie kupują. Impulsywnie, bez planowania, “bo będę w tym ładnie wyglądać”, bo tamto “było keai” (słodkie, milusie), “bo to jest cool –  酷 “, bez wyrzutów sumienia, bez myślenia o przyszłości. Nierzadko dziewczyna kupuje i oczekuje od chłopaka spłacania. Karty kredytowej. Można by powiedzieć, że nie mają innych wzorów konsumowania, że nie mogli takich wzorów wynieść z domów, bo konsumpcja dla pokolenia ich rodziców była czymś zupełnie innym (ach, dostać przydział na ten rower!), bo wielu z nich dostarczano wszystko na talerzu (co zaawocowało m in. powstaniem kenlaozu – dosłownie “grupy wysysającej starych”, nawet nie próbują czegokolwiek zarabiać, prace dorywcze, niskopłatne to obciach). Tylko, że np. na Tajwanie to wszystko wygląda jeszcze skrajniej, jeszcze bardziej przypomina szaleńczy karnawał. Z wykorzystaniem kart kredytowych. Do tego stopnia, że władze swego czasu (o ile pamiętam, chyba na krótko przed ostatnim kryzysem) zorganizowały kampanię przeciwko zadłużaniu się młodych i propagującą ostrożne korzystanie z kart kredytowych.

Więc co to jest? Boję się, że w dużej mierze jest to, specyficznie pojmowana, twarz. To zachowanie twarzy daje poczucie kontroli nad własnym losem (a nie spłacanie jakiejś karty). Żeby twarz zachować, pewne rzeczy (okreslane najczęściej przez zmienną modę, choć są elementy, które się nie zmieniają, tak jak nakaz posiadania w pewnym wieku w pewnych kręgach torebki Louis Vuitton na Tajwanie) po prostu trzeba mieć, pokazać, robić. Są osoby, które żeby określony marker statusu zdobyć, będą latami sprawdzać ceny papieru toaletowego i pielgrzymować tam, gdzie jest o 1 mao tańszy. Są też osoby, które rzecz kupią na raz, za pomocą karty, którą jakoś się kiedyś spłaci.

Choć kontynentowi na razie daleko do Tajwanu (nie mówiąc o Stanach), jeśli chodzi o stopień niespłaconego zadłużenia przeciętnego posiadacza karty, to już widać, co się szykuje. Ilość posiadaczy kart rośnie w zawrotnym tempie, a najaktywniejszymi ich użytkownikami są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (za część spłacą rodzice, taka nowa, bankowo zapośredniczona forma kenlao). Jak podaje CNN, w pierwszym półroczu 2009 roku odsetek osób z długiem niespłacanym przez co najmniej 2 miesiące wzrósł o 133%. A na kampusie uniwersyteckim przy ścieżkach banki rozkładają stoliki, rozdają długopisiki i oferują studentom karty. Niektórzy mają ich po kilkanaście. Oczywiście jest też druga strona fenomenu młodych konsumentów. Armie młodych wyszukujące w sieci najtańsze oferty (moje koleżanki najpierw mierzą ubrania w sklepach, potem wyszukują identyczne w sieci, przeważnie na megaserwisie Taobao, w księgarniach książki tylko kartkują, a kupują na Dangdangu o dobrych parenaście procent taniej). Są też młodzi umawiający się za pośrednictwem serwisów społecznościowych na…grupowe zakupy (grupa nieznanych sobie wcześniej osób stawia się, niczym jak na flash-mob przed domem towarowym, udaje do wybranego sklepu, wybiera potrzebne dobra po czym stanowczo żąda zniżki grupowej). Pragmantyczni, potrafiący poskromnić impuls nagłego “chcenia”, planujący (inna sprawa, że w planach lwiej części zarówno tych zorganizowanych, jak i w marzeniach kompuslywnie kupujących dziewczyn to facet ma wykazać się na początku “nowej drogi życia” mieszkaniem – w dużych miastach wręcz niewyobrażalnie drogim - a najlepiej jeszcze i samochodem, po czym natychmiast przepisać to na oboje, a najlepiej to po prostu na nią…)

Tajwanowi marzy się konsumpcja taka jak w Japonii. Która, czy oficjalna wersja pokolonialna tego chciała, czy nie (nie chciała i to bardzo), była postrzegana jako wzór nowoczesności, raj konsumpcyjny, taka nasza Ameryka. Co zaoowocowało m in. powstaniem harizu , “grupy hurra-japońskiej”, szerokim przejęciem japońskiej estetyki (kawaii, manga), zachwytem nad japońskim skryptem (dzieci wstawiają w wypracowaniach japońskie の zamiast chińskiego 的, bo tak było w komiksie). Dla Chin takim ucieleśnieniem konsumpcyjnego raju jest trochę Tajwan (tu się tajwańskie telenowele ogląda jak japońskie na Tajwanie), obecnie w większej chyba mierze Korea (cały fenomen koreańskiej fali, telenowele jak podręczniki dotyczące stylu życia etc.), no i oczywiście mityczna Ameryka. No więc skoro w skromnych chińskich warunkach mozna wydać (za pomocą karty kredytowej) na zachcianki na raz 1000 yuanów, to ja, jako Amerykanka, powinnam pokazać wzór konsumpcji dużego kalibru, rzucić się w amok zakupów i wydatków za grube tysiące. Nie pytając za wiele, bo to zdradza małostkowość. Patrząc na listę tych nieszczęsnych trwałych za setki kuajów powinnam poczuć się jak w domu, wybierać jak z menu restauracyjnego, wodzić palcem, decydować, pytać, w której mi będzie ładniej. Fryzjer by biegał dookoła mnie z jakimiś buteleczkami, doradzał. A nie zrobiłam tego. Zamiast tego ukryłam twarz w dłoniach. W zasadzie to ją w oczach fryzjera straciłam. Ale tysiaka sobie nie dałam wyrwać – wystarczy prawie na miesiąc jedzenia w osiedlowych knajpkach.

07

03 2010

Różnica (i powtórzenie)

Zagadka (szalenie trudna): z jakiego kraju pochodzą poniższe zdjęcia?

DSC02396

DSC02373

DSC02393DSC02407

DSC02310

Jeśli jeszcze się ktoś nie zorientował, to ostatnie zdjęcie w nieco innym kadrowaniu:

DSC02310

A jeśli jest wśród czytających szczęśliwiec, któremu niebieskie coś wyskakujące z boku zdjęcia nic nie mówi, to śpieszę (neutralnie) donieść, że to (wszędobylskie) Haibao, (pokraczna) maskotka szanghajskiego Expo 2010.

Podobno już nie ma oryginalnych i dubbingowanych wersji nowoczesności. A jak się patrzy na Chiny, to można szczególnie łatwo zrozumieć, że podział na kopie i oryginały stracił ostrość i sens i to na wielu wymiarach. W najprostszym wcieleniu: podróbki towarów – coraz trudniej powiedzieć, co jest oryginałem, a co podróbą. Przy czym nawet nie chodzi już o to, że nie da się na oko rozróżnić, tylko o problem eeee… ontologiczny. No dobrze, telefon marki NCIKIA i SVMSVNG są po prostu podróbami. Ale przy całej gamie rzeczy typu:

a) oryginalny materiał wyprowadzony z fabryki, wykonane gdzie indziej + logo wykonane na boku

b) trochę oryginalnego, trochę nieoryginalnego materiału + logo na boku

c) towar robiony na lewo (a czasem i nie koniecznie) na tych samych maszynach i tym samym know-how w fabryce oryginałów + nowe logo

d) oryginalny towar z odrzutu + lewe logo

e) i tak dalej, i tak dalej, kombinacji może być jeszcze dużo

rozróżnienie takie przestaje mieć sens.

Są jednak takie kopie, co do których nie ma wątpliwości, że kopiami są, ale ze strzępiącą się po dwóch użyciach NCIKIĄ mają niewiele wspólnego. Np. miejsce, w którym byłam dziś, a z którego pochodzą powyższe zdjęcia – to osiedle Thames Town w Songjiang (miasteczko – obecnie fragment aglomeracji Szanghaju, ma kilka wspaniałych zabytków: np. Kwadratową Pagodę, której duże fragmenty pochodzą z dynastii Song). Ale właśnie na takich kopiach dokładnych jak Thames Town widać wyraźnie, że kopiowanie wcale nie musi być wyrazem zależności kopiującego od „oryginalnej wersji”, tylko konkretną strategią marketingową, mocą wykrawania z „oryginału” kawałka i sprzedawania go ku korzyści i wzrostowi kawałka własnego. Mówiło się niegdyś (zwłaszcza w Japonii), że takie „zarządzanie obcością” to specjalność Kraju Kwitnącej Wiśni (nawet w takich miejscach, gdzie wydawałoby się, że to obcość zarządza Japonią, np. jak w Disneylandzie – polecam klasyk takiego podejścia: Re-Made in Japan, J. Tobin). Ale jak spojrzeć na Thames Town i miasteczko przedstawione parę postów wcześniej – bliźniacze w pomyśle, ale szwedzkie, to widać, że i Chiny się tej sztuki właśnie uczą. Inna sprawa, że jak pokazuje przykład tych dwóch osiedli, jeśli chodzi o budownictwo, chyba jeszcze się za dobrze nie nauczyły. Podobnie jak w przypadku “Szwecji” inwestor Thames Town również poniósł spektakularną klapę i osiedle – wybudowane 4 lata temu – świeci pustkami, może w jednym na 30 okien widać oznaki życia.

Pomijając powszechny tutaj problem przeinwestowania, może tenże inwestor zrobił nieudaną ekstrapolację pędu do nauki angielskiego (“skoro kują słówka, wmuszają w dzieci od najmłodszych lat yingyu, będą chcieli mieszkać w małej Anglii”), zapominając, że ta całą nauka jest na użytek wewnętrzny i tym, co na zewnątrz Chin ma niewiele wspólnego.

Może próbował sprzedawać nostalgię. Faktycznie, sprzedawanie nostalgii – nawet (a może zwłaszcza) za tym, czego publiczność nie doświadczyła – jest dziś dobrym pomysłem marketingowym (np. na nim zasadza się wielomiliardowodolarowa obecna miłość Japonek do koreańskich telenowel). W Thames Town na każdym kroku jeszcze nowe, ale już zestarzałe tablice głoszą:

DSC02315

…enjoy your life & holiday. Dreaming of Britain live in Thames Town!

Jeśli tak, to rozumowanie znowu niefortunne. To, co jest dobrym pomysłem na sprzedaż telenoweli czy utworu muzycznego, nie musi być dobre przy sprzedaży całego kompletnego entourage’u do życia. Krótko mówiąc inne wybory człowiek czyni, gdy jest publiką, a inne gdy ma być aktorem. Może po prostu nikt z praktycznych Szanghajczyków nie chce przeżyć życia marząc i tęskniąc do nieznanej, dalekiej Brytanii? Tudzież zwyczajnie dzisiejsze chińskie nostalgie mają inny kierunek (gdyby chcieć jedną z nich, nostalgię za czasami Rewolucji Kulturalnej, ubrać w postać architektoniczną, trzeba by pewnie zaraz po wybudowaniu wybić okna, zerwać podłogę, albo coś w tym stylu). Nostalgia europejska dobrze za to wychodzi na fotografii ślubnej, na tej akurat widać 50% dziś fotografujących się w Thames Town par (nb. na witrażach “kościoła” Jezus ukrzyżowany, zstąpienie Ducha Świętego, krzyże, ciekawe co jest w środku):

DSC02354

Ale wracając do kopii i oryginałów – czy telefon NCIKIA, czy Louis Vuitton w 32% składający się z oryginalnych materiałów, czy kopia szwedzkiego, czy angielskiego miasteczka, jak dla mnie, każda z tych rzeczy ma inne znaczenie, inną wymowę, a wszystkie razem paradoksalnie składają się na unikatowość chińskiej wersji nowoczesności.

15

01 2010

Trzeci Najwyższy

Semestr, który rozpoczął się od pytań o to, czym wiem, kim był Mao, skończył się na wypomnieniu mi publicznie przez pana od konfucjańskich narzekań literówki, jaką popełniłam w mailu do niego (edytor trzasnął 皇帝 cesarz zamiast 黄帝 Żółty Cesarz – wprowadza się tak samo – a ja, jako, że ledwie na oczy widzę ze zmęczenia, nie zauważyłam). Oczywiście reakcją sali był śmiech, a pan od konfucjańskich miał przyjemność tłumaczyć mi publicznie, kto zacz Żółty Cesarz, że to takie 黄 huang, jak kolor żółty. Oboje utwierdziliśmy się w swoim przekonaniu dotyczącym tej drugiej strony i tak się rozeszliśmy. Jednym słowem nic nowego. No, ale ja nie o tym tutaj. Tylko o najwyższych budynkach świata, jako, że  w ramach odreagowywania wyrobniczego i taśmowego pisania prac semestralnych wybrałam się do Trzeciego Najwyższego, Szanghajskiego Światowego Centrum Finansowego, alias Wielki Otwieracz . Tutaj nieco za panem ćwiczącym taiji quan:

otwieracz

W Dubaju z pompą otworzono Burj Khalifa. No, zaiste, jest wysoki/gigantyczny/przeogromny/wielgaśny, ale jakoś trudno (przynajmniej mi) powiedzieć coś o nim w kategoriach czysto architektonicznych. Mam wrażenie, że rzecz każdym swym fragmentem komunikuje tylko jedno: „do góry, do góry, byle wyżej, jeszcze trochę” i ani na chwilę nie wykracza poza to dosyć monotonne samo-odniesienie i obsesję na własnym punkcie. Oczywiście, jak to z terytoriami, które pragną konstruować „alternatywne nowoczesności”, a co za tym idzie szukają sposobu wyrażania tychże poprzez architekturę, Dubaj wieści, że cudak ma podstawę na trzy dzieloną, że to takie islamskie etc.

Jak patrzę na trzy obecnie najwyższe budynki świata, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tylko nasz szanghajski Otwieracz prezentuje sobą jakąś architekturę. Gdy z Drugim, tajwańskim Taipei 101 tak wirtualnie stoją obok siebie (np. tutaj) na jakimś neutralnym gruncie, bez całych „stosunków przez cieśninę”i reszty to widać, że Taipei 101, choć projektowo młodszy od Otwieracza, zestarzał się błyskawicznie (choć pamiętam, że już w roku swego otwarcia jawił mi jakoś cepeliowato). To pewnie kara za naiwność, za dosłowność, za powiększanie do monstrualnych rozmiarów „typowych elementów kultury chińskiej” jako środka ekspresji architektonicznej (o tym przemyślnym i subtelnym sposobie na architekturę pisałam już trochę kilka postów wcześniej). Dopiero przy trzecim miejscu, tj. przy Otwieraczu wraca sens operowania podstawowymi kategoriami architektonicznymi – proporcjami bryły, linią, detalem (no, chyba, że detalem nazywamy obwieszanie budynku “symbolicznym” treściami jak choinkę – Taipei 101). Otwieracz z każdej strony wygląda inaczej i z każdej ciekawie:

otwieracz4

Czasami tylko nieco osobliwie wpisuje się w krajobraz:

otwieracz1

Tu np. lepiej by się w krajobraz wpisały jakieś warzywa, oczywiście mniejsze:

otwieracz2

Ale skąd by nie wychynął, nie traci proporcji, równowagi, czystości linii, ma w sobie jakiś spokój i – pomimo rozmiarów – skromność.

A jego losy wcale spokojne nie były. Przeciwnie – to, co się działo z Otwieraczem od momentu narodzin projektu, to jakby trochę historia regionu w ostatnich latach w pigułce. W przeciwieństwie do drugiego (Taipei 101), czwartego i piątego budynku świata (Petronas Towers z Kuala Lumpur i Willis Tower z Chicago) nasz Otwieracz nigdy nie zaznał zaszczytu bycia najwyższym. Chociaż gdy go projektowano (projekt był gotowy w 1997 roku) rzecz jasna mierzono najwyżej. 460 metrów, jakie wyznaczyli architekci w pierwotnym projekcie, wystarczało spokojnie do pobicia Petronasu i zapisania się w annałach. Ale gdy wbito w grząską ziemię Pundongu kilkaset głębokich na 80 metrów pali i rozpoczęto spektakularną budowę, przyszedł kryzys azjatycki, wielki plany pozamieniały się w równie wielkie klęski, japoński inwestor popadł w tarapaty, przedsięwzięcie przerwano, a kikut Otwieracza smutno straszył. Gdy wreszcie po 6 dlugich latach (na Pudongu to cala epoka) możliwa była kontynuacja, gdy znowu zaczęto podejmować śmiałe wizje, okazało się, że japoński kolos już wcale nie jest najwyższy, najlepszy i w ogóle nie jest już naj. I trzeba było wysupłać jeszcze więcej kasy i wycisnąć z projektu jeszcze dodatkowe 30 metrów, żeby się w ogóle w powodzi architektonicznej regionu się nie rozpłynął. Więcej się nie dało, bo z racji jego formy to nie sprawa dostawienia wyższej iglicy czy iglicowieży (jak w przypadku 30% Burj Dubai), ale budowy całych ciężkich pięter (kuszono zresztą projektantów wizją dostawienia wieżyczki, ale się nie dali). W rezultacie Otwieracz przegrał zaistnienie w kronikach i księgach z Taipei 101 o głupie 16 metrów (i nieważne, że w 101 ostatnie 50 metrów to iglica, a w Otwieraczu można wjechać dosłownie pod sam dach).

W międzyczasie, jak to tutaj, odezwały się demony przeszłości i pierwotny projekt, który przewidywał otwór okrągły (do zobaczenia tutaj, skrajnie po prawej) został oskarżony o podstępne a bezczelne przypominanie japońskiej flagi. Flaga japońskiego imperium w najwyższym skonstruowanym przez człowieka punkcie Chin, co z kolan powstały – no pasara w żaden sposób! I na nic się zdały tłumaczenia, że nie mieli nic zdrożnego na myśli, że to bardziej miała być chińska księżycowa brama, że to wedle tutejszych prastarych założeń: prostokąt reprezentuje ziemię a okrąg niebo…Zmieniono na prostokątny. Teraz więc przypomina kształtem dowolną flagę. Ale dobrze się stało, bo ta wesoła, okrągła dziurka wyglądałaby, jakby przeleciała przez nią czerwona kula pobliskiej Wieży Perłowej przed ostatecznym utknięciem na tejże wieży (patrzac po trajektorii, rzecz leciala – no tak, oczywiscie - z Okinawy i miala wyladowac gdzies w tych szemranych salonach masazu przy Shanghai Mansions). Z tą śmieszną dziurką Otwieracz pewnie lepiej by się wpasował w nieco infantylną architekturę Pudongu (kolorowe szkło odbijające światło, kolumienki, stożkowate dachy). A tak wyznacza wciąż niedościgniony standard (co przy jakosci wiekszosci dokonan architektonicznych na Pudongu nie jest znowu az takie trudne). Swoją drogą taka czerwona kuleczka Wieży Perłowej, to dopiero wygląda jak z flagi japońskiej, a dwie takie kule, to właściwie jak dwie takie flagi.

Otwieracz został otwarty (no…tak) w ubiegłym roku. I choć jest nowoczesny, piękny i bardzo, bardzo wysoki, już nigdy nie będzie naj – przynajmniej w sposób wymierny. Bo jego czas jako giganta minął, zanim na dobre nadszedł. Profesor od konfucjańskich narzekań mówi, że to wszystko (np. i ten pożar, co wybuchł w 2007 w prawie ukończonym budynku i to, że jeden z głównych inwestorów nie doczekał i przeniósł się podobno z powodu raka na łono Izanami, czy gdzie tam się przenoszą Japończycy) dlatego, że fengshui jest złe i w ogóle kto w takim miejscu (ha!), w takim otwarciu na wiatr buduje. No, ale ten sam profesor mówi, że wszystkie nieszczęścia jakie spotkały Koreę, to dlatego, że mają na fladze tylko cztery z ośmiu trygramów i to do tego na pokręconych pozycjach i że taijitu leży u nich na boczku no i nie ma kropek – zalążków. I za każdym razem jak to mówi, to radzi…koreańskim studentom chodzącym na wykład rozważenie zmiany flagi. A oni kiwają głowami, że ok, że zrobią.

A nasz Otwieracz – może to i dobrze, że nie jest naj– dzięki temu można spokojnie cieszyć się architekturą. Ale zwolennicy japońskiego Cesarza czuwają i od czasu do czasu podtykają miastu (w zakamulfowaniu, jeśli można mówić o kamuflażu w przypadku 580 metrowego czegoś) jakieś jego drobiazgi. Tutaj na szczęście zaczęło się i skończyło na mrzonakch. Podobnie jak w przypadku Wielkiego Żółtego Psa. No, a Otwieracz dominuje dopóki nie skończą budować rzeczy, która przysłoni wszystkie inne budynki Pudongu. Oto konstrukcja, wedle słów architekta (tego samego co od Burj Khalifa), prawdziwie oddająca “dynamiczny charakter chińskiego ducha”. Bez japońskiej flagi ani innych takich. Oto  największy kieł sojowy świata.

Póki nic (no, oprócz lekkiej nieprzeźroczystości powietrza) jeszcze nie zasłania widoku:

DSC02210 I widok na Jin Mao, osobliwą (acz o dziwo relatywnie znośną) kombinację stylu pagodowo-bambusowego, secesji i.. sztuki islamu (czego rzecz jasna tu nie widać, wejścia do budynku są w ksztalcie mihrabu w stylu mauretańskim):

otwieracz3

09

01 2010

Akomodacja oka

Nie chce ubogacać sieci stutysięcznym tekstem typu „jakie to są straszne różnice społeczne w Chinach”i jak to „bogacze żyją obok/na plecach biedaków”, ale te różnice są frapujące juz na poziomie kategorii poznawczych – mozg notuje za duże skrajności w zbyt krótkim odstępie czasu – problem jak akomodacja oka, które wariuje przy probie natychmiastowego przestawienia się z „makro” na obserwacje dalekiego krajobrazu i z powrotem.

To tak po wizycie u znajomych, którzy zajmują dwa ostatnie pietra apartamentowca na osiedlu nad brzegiem dopływu dopływu – czyli rzeczki Suzhou. Po ostatnich dwóch tygodniach prawie bez przerwy spędzonych pomiędzy uczelnia a moim zwyczajnym, pizamowo, targowo, rowerowym osiedlu pełnym parujących straganów z jedzeniem, umorusanych dzieciaków i starszych ludzi wysiadujących na rogu, zapomniałam, ze w ogóle mieszkam w mieście, i to takim.

Ale ten kontrast to jeszcze nic. Nasza wizyta skłoniła gospodarzy do zmuszenia nas do zostania na kolacje (oni grzecznie zmuszali, a my grzecznie odmawialysmy, choc od poczatku bylo wiadomo, ze pan domu gotuje tak, ze nie trzeba nikogo zmuszać, a raczej wypędzać i ze mamy ochote sie najesc tego wszystkiego). Żeby nam się nie dłużyło podczas gotowania, gospodyni zachęciła nas do zwiedzenia okolicy. Najpierw zrobiliśmy rozpoznanie z loggi apartamentu (20 piętro). Dookoła wszystko poznawczo pasuje do tego, co w mieszkaniu – apartamentowce, przynależny do nich klub fitness, parczki, wyreżyserowane kawałeczki zieleni, tylko z jednej strony jakby wcinający się w to wszystko nieregularny obszar ciemnych dachów, dymiących kominów, słabo migoczących światełek, wszystko z odległości 20 pietra i w zapadającym mroku jakieś takie organiczne i splatane. Stary Szanghaj. Apartamentowce od skrawka starocia oddziela pas gruzów – część starych domów została już wyburzona pod następne apartamentowce.

No ale zjeżdżamy na dol i udajemy się w stronę poplątanych uliczek. Z poziomu ulicy trudniej sobie w ogole zdac sprawe, ze za niepozornym wejsciem przy sklepie obuwniczym w ogole znajduje sie jakas inna galaktyka. Uliczki wąskie na najwyżej dwa metry, nieregularne, domki, choć pełne dobudówek (w gore, w bok, w przód, jak wyjdzie, dobudówki często tak małe, ze chyba mieści się w nich tylko łózko) nie przekraczają wysokości regularnego jednopiętrowego budynku. Pokładzione pod najróżniejszymi katami dachy stykają się tak, ze jak się spojrzy w gore, to światła apartamentowców-gigantów ledwo gdzieś tam majaczą. Pomiędzy dachami ze starej dachówki jeszcze płachty, folie, dykty, blachy faliste – żeby nie padało na stragany, klatki z kurami, perliczkami, na baterie, grzebienie i inne dobra. Krolestwo plastikowych misek, cerat i szczotek na kiju. I cala plątanina drutów. Domy nie odnawiane od co najmniej kilkudziesięciu lat. Okienka przebijane w ścianach gdzie akurat byla potrzeba. Gdzieniegdzie zwisa gola żarówka i tak oświetla uliczkę. Choć w sumie to trudno nieraz powiedzieć, gdzie jeszcze jest uliczka, a gdzie zaczyna się mikroskopijny sklepik, jadłodajnia, mini zakład fryzjerski czy mieszkanie. Przez niziutko umieszczone zaparowane okna widać wnętrza – łózka ze spiętrzonymi pierzynami, zwisające z sufitu gole żarówki, jarzące na zimno świetlówki, na brudnych ścianach stare wyblakłe portrety ślubne, przy stolach, na pierzyniastych łózkach ludzie w kurtkach (tu akurat nic nowego – w apartamentowcu znajomych tez trzeba siedzieć w kurtce, ciekawe czy szkodzi to np. sprzętowi grającemu za ciężkie dziesiątki tysięcy). Ciemne uliczki odgałęziają się jedna od drugiej, domki piętrzą się nieregularnie do góry – trochę nad głową malutkie okienka ze słabym światem w środku. Na zewnątrz kamienne zlewy i krany z woda. Wchodzimy do ciemnej, niemiłosiernie brudnej i mikroskopijnej jadłodajni – za 6 kuajow (niecałe 3 złote) w 4 osoby podjadamy (nie za bardzo, żeby się jeszcze zmieściło to, co się w tym czasie przygotowuje 20 pieter wyżej) trochę tang yuan (coś jak kluseczki z nadzieniem z masy z czarnego sezamu). Jeszcze tylko sprzedawca ryb robi nam mini wykład o tym, jak sie nazywają ryby, która sprzedaje (oczywiście inaczej niż na Tajwanie a nawet inaczej niz Północy, skąd oprócz mnie, wywodzi się nasza ekipa) i robimy krok na powierzchnie – z mikroświata do makroświata – czyli w stronę 20 piętrowego apartamentowca najeżonego elektronika, designerskimi meblami, dziełami sztuki i z rozpieszczanym labradorem na spacer ubieranym w kurteczkę z kapturem.

A tak w ogóle ta dzisiejsza wyprawa zaczęła się w szpanerskich loftach, gdzie powstało zagłębie sztuki nowoczesnej, do którego się udałyśmy w celu dopingowania koleżanki, która szla tam na rozmowę kwalifikacyjna. W galerii z dziełami za ciężkie dziesiątki tysięcy RMB (duża część to odmienianie mega ikony, Mao Zedonga, przez wszystkie przypadki i rodzaje – Mao w porcelanie pomalowany we wzory jak za Qingow, Mao przerobiony na Buddę Maitreje, Mona Liza z opaska Hongwejbinow na reku i dzierżąca Czerwona Książeczkę, Mao jak bóstwo drzwi etc. – widać nostalgie klasy wyższej za czasami Rewolucji Kulturalnej) wpadł mi w ręce album ze zdjęciami z Chin niejakiego Edwarda Burtynsky’ego (Kanadyjczyk pochodzenia ukraińskiego), któremu raczej bez nachalności, ale za to z widoczna fascynacja estetyczna, udało się tak ustawić obiektyw, ze zmieściły się na nim i jeden i drugi świat (i dużo pomiędzy) i uchwycić schyłek, kurczenie sie i obumieranie tego starego świata. Zdjęcia z albumu (zakladka ‘China’) trzeba koniecznie oglądać w maksymalnym powiększeniu.

05

12 2009

Expo 2010 – cesarskie korony i blaszaki

Expo się zbliża, Expo się buduje. Wszędzie na mieście elektroniczne zegary odliczające ile jeszcze dni zostało do rozpoczęcia (teraz chyba coś około 170). Wszędzie coś rozkopane, wszędzie się robi, a duch Haibao unosi się nad całą sytuacją:Szanghaj Expo i Haibao

Haibao pojawia się na wszystkim (także tym rozkopanym). Jak szłam z klubu sportowego do domu (10 minut, rozkopanie niezłe, bo robi się nowa linia metra) Haibao mignęło kolejno: jako rzeźba ku ku czci samego siebie (x3), jako 2 metrowa naklejka na drzwi do lokalnego centrum handlowego (x 6), jako pluszowa zabawka na straganie ulicznym (x nie wiem ile), a przed samym domem przedefilowało narysowane na śmieciarce w towarzystwie nieśmiertelnego napisu: „Przoduj w byciu kulturalnym”. Haibao pojawił(o) się też na tym oto plakacie zawieszonym na lokalnym kinie i przedstawione jest tym razem chyba jako dumny ojciec (no bo ta zaczeska, karnacja, poza tym wzrok Haibao na tym zdjęciu mówi wszystko):Haibao i potomek

Jak się człowiek tyle na to napatrzy…..

DSC01053…napatrzy…..DSC01056

… to potem widzi ten niemiły oku kształt nawet w przypadkowej kępce krzaków:

Haibao

Drugi z wszechobecnych kształtów to ten (oczywiście nie chodzi o jakąś tam Pearl Tower, tylko o to, co na ogrodzeniu przesłaniającym przebudowywany Bund):DSC00146 To pawilon chiński. Na moim wydziale nawet kwietniki są w jego kształcie:

DSC02077

Jest wysoce prawdopodobne, że, tak jak marzy projektant, prof. He Jingtang, budynek stanie się nowym symbolem Szanghaju. Dzieło nawiązuje swym kształtem do 斗拱 dougong (wielkie brawa dla naszych polskich wikipedystów – polski jest jednym z czterech niechińskich języków, w których jest przedstawiony ten element architektoniczny). Przechrzczono też dzieło “cesarską koroną”. Niektórym kojarzy się też z nakryciem głowy cesarskich urzędników. Rzecz pokryta jest materiałem w różnych odcieniach czerwieni (tutaj to widać), ale z daleka wydaje się, że odcień jest tylko jeden (ciekawie, czy tych odcieni jest 56, jak grup etnicznych?). Jak przedstawia się tutaj ten projekt, mówi się o wydobyciu, podkreśleniu i zintensyfikowaniu chińskich elementów narodowych: czerwieni, dougongu etc. Mam wrażenie, że jest to raczej podniesienie do którejś potęgi. A ja mam problem (zresztą opisany w poprzendnim poście) z traktowaniem podnoszenia do którejś potęgi jako środka ekspresji architektonicznej. Ale wydaje się, że we współczesnej architekturze chińskiej - zwłaszcza w wielkich, pokazowych dziełach, to norma.

Tak potraktowany został np. motyw bambusa (aż dziw, że tego “nieśmiertelnego” motywu nikt nie napakował do pawilonu, no nic, może będzie w środku) np. w  Taipei 101, do niedawna najwyższym wieżowcu świata. W wersji trochę subtelniejszej (choć nie na tyle, aby nie zaburzyć równowagi wspaniałego skyline’u miejsca) w przypadku 国际金融中心 (International Finance Centre) w Hongkongu.

Ale w odniesieniu do wielkiego dougonga mam jeszcze jeden problem. Dougong  w oryginale jest czymś, co pozwala na podtrzymanie dachu, łączy, spaja budynek z jego zadaszeniem – górę z dołem. W pawilonie ten wielki dougong pozostawiony jest sam sobie - nie spaja budynku (bo tego prawie nie ma, są tylko 4 cieniutkie w porównaniu z całością nóżki) z dachem (bo tego też nie ma, no chyba, że za dach uznać niebo). Krótko mówiąc z punktu widzenia harmonii góry z dołem, wierzchołka z podstawą, jest jakoś…osobliwie.

W każdym razie wczoraj nadarzyła mi się okazja odwiedzenia terenów budowy Expo osobiście. Oczywiście nie ma mowy o łażeniu sobie luzem, bo to faktycznie gigantyczy plac budowy:

Szanghaj Expo budowa Jeździmy więc wolniutko autokarem, a pan z biura prasowego Expo opowiada, przed czyim pawilonem właśnie się znaleźliśmy.  Tutaj oczywiście wiadomo:

szanghaj expo chiński pawilonszanghaj expo chiński pawilonszanghaj Expo chiński pawilonRzecz jako bodaże jedyna jest z zewnątrz właściwie ukończona i w sposób absolutny i niepodważalny dominuje nad całą resztą. Pawilony Stanów czy Rosji choć wieglaśnie, nie sięgają nawet cienkich nóżek wielkiego dougonga.

Pawilony poszczególnych krajów są pogrupowane według kontynetów. Bogate kontynenty, jak Europa, to właściwie całe miasto, w którym poszczególne budynki reprezentują konkretne kraje. Nasz pawilon jest wciśnięty pomiędzy gigantyczny pawilon niemiecki a (niespodzianka!)… francuski. I prezentuje się na razie tak (to pośrodku, na drugim planie):Expo polski pawilon

Generalnie, choć może z tego szkieletu jeszcze dużo nie widać, jest to fajny pawilon, również zwielokratniający coś dla Polski tradycyjnego: wycinanki, koronki, pisanki, ale robiący to w nienachalny, lekki, przyciągający sposób. Tutaj w Szanghaju zdecydowanie uznawany za jeden z atrakcyjniejszych – czego dowodem może być prezentowanie go we wszelkich spotach reklamowych czy na banerach na równi z multimedialnym pawilonem Anglii czy nieziemskimi kształtami pawilonu Emiratów Arabskich. A na poniższym plakacie dostąpił nawet zaszczytu wystąpienia przy budynku - gospodarzu:Szanghaj Expo polski i chiński pawilon Czego ten baner (litościowie) nie oddaje, to tego, że wielki dougong jest od naszej wycinanki jakieś 15 razy wiekszy (choć w sumie proporcja i tak dla nas korzystna).

No więc kraje zasobniejsze snują jakieś tam własne - mniej lub bardziej udane – opowieści architektoniczne na temat własnej cudowności. Na kontynenty i obszary ubogie – Afrykę, ale i Amerykę Łacińską (z wyjątkami np. Chile i Meksyku) -  już czekają wielkie, zbiorowe blaszaki. Po wielkim dougongu, pozerskiej Europie, Stanach, Kanadzie, po nadymającej się Rosji, przykro było patrzeć na fioletowy hangar z blachy falistej pomalowany w pomarańczowe słońca, żyrafy i słonie. Tu nie będzie żadnej architektonicznej niespodzianki - hangar jest już wybudowany, w porównaniu z japońską wielką komórką nerwową/amebą czy nawet polskimi ażurami, nie było to skomplikowane. Żyrafka i słoń robią przy tych wszystkich złożonych projektach odbijających trendy “dorosłej” architektury i narodowe dyskusje o symbolice, dziecinne wrażenie.

Znajoma Kostarykanka mówi, że to Chiny opłacą urządzenie i utrzymanie kostarykańskiego stoiska (w zbiorowym pawilonie Ameryki Łacińskiej). Nie wiem, jak w przypadku Afryki-blaszaka, ale podejrzewam, że bardzo podobnie.

27

11 2009

Estetyka protestancka i duch kapitalizmu (chińskiego)

To małe szwedzkie miasteczko  położone jest na północnych peryferiach Szanghaju. Dalej już tylko zakurzone drogi, ciężarówki, świeżo wykarczowane pola i magazyny zaorane pod jeszcze nie powstałe osiedla, a na końcu Jangcy.

Wsiadam w metro lini 3  (jest już 10, robią 11 tą),  jadę do końca. Oczywiście nie znam konkretnego adresu, wiem tylko, że to część osiedla Xin Luodian. Opisuję taksówkarzowi, to, co widziałam na zdjęciach (Mariusz, wielkie dzięki za te linki!):  no więc rzecz ma przypominać Skandynawię, ma być czerwona kościelna wieża z zegarem, kamieniczki z dachówkami. A taksówkarz nadal nie bardzo wie, gdzie to, więc jedziemy na czuja. Po 15 minutach kierowca skręca w drogę przez pola, mówi, że to pewnie tutaj, bo tam dalej wdłuż tej dróżki “są te wszystkie takie osiedla”. Mam nadzieję, że poszukiwana wieża z zegarem po prostu zaraz wychynie i będzie wiadomo. Tymczasem, gdy zbliżamy się do domniemanego celu  zaczynam rozumieć, dlaczego facet po prostu nie mógł mieć jasności.

“Wieża ceglasta? To to?” – pyta się taksówkarz:

DSC01955Nie, nie to. Fakt, nie mogę wymagać przecież od taksówkarza z dzielnicy Baoshan, żeby odróżniał kopię Europy od kopii kopii Europy, jak przeciętny Europejczyk też nie odróżnia.

“Z zegarem, europejskie? To to!” – wskazuje taksówkarz:

DSC01961

No nie, to to raczej Bund naśladuje. Po drodze mijamy jeszcze zamek krzyżacki:

DSC01958I ja też powoli przestaje się łapać w bogactwie kopii, kopii kopii i architektonicznych bajań na temat dalekiej Europy. No, ale jak już zamek krzyżacki, to znaczy w dobrym kierunku jedziemy. W końcu taksówkarz wypatruje baner reklamowy z napisem: “Żyj w stylu północnoeuropejskim! Sprzedaż mieszkań, atrakcyjne ceny!” Jedziemy w kierunku wskazanym przez baner, aż znajdujemy to, czego szukałam.

Osiedle ponoć zostało zainspirowane wyglądem najstarszego miasteczka Szwecji – Sigtuny. Pierwsze wrażenie, jak dla mnie, jest powalające (trochę jak omamy):

DSC01899Ide więc rączo w stronę fatamorgany, a tam tak:

DSC01898DSC01908DSC01915DSC01928Nie wiem, czy to rzeczywiście kopia Sigtuny (M. jeśli w końcu zdążyłeś wtedy na autobus do rzeczonego miasteczka, to weź się wypowiedz), ale to miasteczko to nie tyle kolejna chińska fantazja na temat stylów architektonicznych Europy, ale po prostu transplantacja – proporcji, kolorów, układu ulic i budynków.

Tylko, że ja znowu mam wrażenie, że znalazłam się, podobnie jak w przypadku Wuzhen, w miasteczku duchów. Wszystko się zgadza – jest jakaś z pietyzmem odrestaurowana/wybudowana na wzór przeszłości/europejskości do bólu spójna całość, wszystko jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tylko jakoś życia nie ma. Tak jak w Wuzhen zaglądałam przez zmurszałe okiennice do pustych zamkniętych na głucho wnętrz kamiennych chatek, tak teraz zaglądam w okna budynków wzdłuż głównej jie gatan, do “kościoła” – wszędzie pusto, chyba tylko jedne okna sprawiają wrażenie, że ktoś tam mieszka. Osiedle ukończono w 2007 i ewidentnie tak do do tej pory stoi. Jak się bliżej przyjrzeć, na dobrą sprawę wymaga już remontu, barierki pordzewiałe, zacieki z rynien, framugi okien poczerniałe. “Bary” i “kawiarnie”, które pozakładano jako element europejskości pozamykane na głucho, witryny puste:

DSC01936odbicie budynków w witrynie sklepu do wynajęcia:

DSC01926

DSC01937

wszędzie nagie okna, i tylko reklama akupresury stóp działa (czyje stopy i kto tam masuje? Może ludzie z miasta przyjeżdzają specjalnie, żeby w okolicznościach skandynawskich stopy wymasować, bo mają takie wyrafinowane upodobanie?):

DSC01913No właśnie. Kto? Oprócz mnie na osiedlu zauważyłam chyba  jeszcze tylko dwie modelki w sukniach, parę ślubną i fotografów tychże. Kilku chłopaków, chyba z wioski, którą mijało się w drodze do metra, gra w siatkówkę. Jeszcze jeszcze pan pucujący uliczne rzeźby. Czyli, że na zdjęcia ” w stylu europejskim” to tak, ale żeby tak mieszkać, to już nie? Jak jechaliśmy, taksówkarz mówił, że to dojazd fatalny (do centrum będzie ok godziny metrem+ 20 minut samochodem) i ceny bardzo wysokie.

Ale myślę, że to nie tylko to. Gdy wracam na piechotę do drogi głównej (nie ma taksówek na tym pustkowiu, poza tym wreszcie piękna pogoda, powietrze świeże, więc idę) z biednego porzuconego, zanim na dobre zajętego, chińskiego skandynawskiego miasteczka, mijam po drodze różne osiedla – tym razem nie wierne kopie, ale lokalne wariacje na temat zachodniości. A tam domy zamieszkane, samochody na podjazdach, a dojazd do miasta dokładnie ten sam, po prostu 400 metrów dalej:

DSC01957Mijam  ponownie “Bund” w szczerym polu. Obok niego wre praca, powstaje gigantyczne osiedle w stylu “art deco-wiktoriańskie rokoko-modernizm-pałac francuski-kamienica angielska”, pierwsze z brzegu już ukończone (polecam powiększenie):

DSC01964Wcale nie bliżej centrum, pewnie jeszcze drożej, no bo tyle kolumn, rzeźbień, to wszystko drogie. A praca wre, “gargamelki” poustawiane w kilka rzędów:

DSC01965Czy znowu inwestor się przeliczy? Nie sądzę. Mam wrażenie, ci, którzy mogą sobie pozwolić na drogie mieszkanie za miastem, to zwyczajnie ostatni w kolejce do poszukiwań purytańskich, prostych wzorów, umiaru i skromności. Szukają czegoś dokładnie przeciwnego – wyrażanego przez kolumny, marmury, rzeźbienia. I czy te marmury i złote lwy to kopia dokładna, czy wariacja na temat obrazów luksusu Europy, to  nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. W sumie brzmi i wygląda to wszystko trochę znajomo, nie?

P.S. Jeśli luksus mierzyć ilością kolumn (coż, miara to znana z polskich przedmieść, wsi i miasteczek), to wygrywa (chyba i międzynarodowo) ten dopiero co wykończany budynek na Pudongu (Pudong – dzielnica-symbol chińskiego odrodzenia ekonomicznego). W takich przypadkach naprawdę nie wiem, co artysta miał na myśli. Czy to próba zdyskontowania napakowanego zachodnią architekturą Bundu po przeciwnej stronie rzeki? Czy próba pokazania, że jest się bardziej, więcej i lepiej niż Ateny i Rzym razem wzięte? A może odwrotnie – hołd europejskiej architekturze (coś jak powtórzenie 1200 razy “niech żyje”)? W każdym razie mnie takie wyrwania z kontekstu (żeby jeszcze, jak przewiduje teoria hybrydyzacji, te nieszczęsne kolumny lądowały w jakimś innym, twórczym kontekście…) nie przestaną chyba nigdy zadziwiać. Polecam kliknięcie celem zbliżenia :

DSC01120

21

11 2009