Posts Tagged ‘travelog’

W stronę Korei Północnej. 2

Płynąć wzduż brzegu Korei stateczkiem z czerwoną flagą z 5 gwiazdami, lampionami, herbatą i kołami ratunkowymi, patrzeć na delikatne, białe twarze chińskich turystów pod rondami barwnych kapeluszy, daszkami czapeczek i, trochę dalej, smagłe, ostroryse twarze Północnych Koreańczyków, jest oczywiście przeżyciem.

Drugiego i trzeciego dnia naszego pobytu nad Yalu postanawiamy zrobić jednak coś innego. Zwykły autobus (pekaes) i rowery. “Pekaes” jedzie nowiutką drogą wdłuż rzeki, mija ocalały kawałek Wielkiego Muru z czasów Mingów (wrócimy tam nazajutrz rowerem). Mija kurorty, hotele, wioski. W końcu wyrzuca nas pod stacją Sinopec gdzieś na rozstaju dróg i ustami kierowcy poleca stawić się w tym samym miejscu po południu, w celu zabrania się z powrotem do Dandongu. Idziemy w stronę zielonej wyspy na Yalu. Po rzece pływają kaczki, przed wioską mini świątynki – bóstwa gór, bóstwa ziemi.


Idziemy ze 3 kilometry wyspą, wzdłuż brzegu, sadem morelowym, most powinien być właśnie tam. Po lewej stronie zielone (po części nowo zalesione) zbocza strony chińskiej, po prawej łyse, wykarczowane zbocza strony koreańskiej, pośrodku ta wyspa z sadem morelowym i oto…jest. Przerwany most. Przed nim, za sadami, podstawówka imienia Mao Anyinga. I posąg bohatera. Na twarzy, bardzo podobnej do twarzy ojca, wyraz troski. Włosy ułożone tak samo jak u ojca. Wbrew legendom i pomnikom (spiżowi Peng Dehuai i Ochotnicza Armia idący dziarsko w stronę przeprawy + płaskorzeźba Mao w otoczeniu gołąbków pokoju) nawarstwionym dookoła mostu w Dandongu, Peng, młody Mao, jak i pierwsze oddziały właśnie tym mostem tutaj dostali się podczas “odparcia USA i wsparcia Korei” (to oficjalna chińska nazwa Wojny Koreańskiej) na terytorium sprzymierzeńca. Mao Anying nie wrócił ani tym mostem ani żadnym innym, a jego ojciec, pytany, czy pragnie sprowadzenia zwłok do kraju, miał powiedzieć, że Anying, podobnie jak inni zabici, powinien spoczywać tam, gdzie i inni żołnierze. Ostatecznie sprowadzono tylko trochę ziemi z miejsca, gdzie zginął (gotując, wbrew dyscyplinie, obiad poza schronem podczas nalotów, ale sza…).

Na łódce znak fu – bogactwo, dostatek. Po drugiej stronie Korea

Przerwany most i łyse wzgórza po stronie koreańskiej

Przerwany most – po koreańskiej stronie wojskowa budka

Na moście. Peng Dehuai po zielonej stronie chińskiej, Kim Ir Sen po wykarczowanej stronie koreańskiej

Po stronie koreańskiej wioska i koszary. Łyse szczyty, łyse zbocza. “Próbują uprawiać tam ziemię” – mówi starsza pani siedząca obok mostu. Patrzymy przez lornetkę – choć całe zbocza przygotowane pod uprawy, to tylko gdzieniegdzie wyrastają wątłe roślinki. Nie ma nawozów, nie ma nasion? Drzewa był pewnie wycinane i na opał. Rzadkie sosny pozostawione na wzgórzu naprzeciwko mostu, nie tworzą już lasu. Przerzedzone, samotne, mają dziwne i niepokojące kształty.

Przy moście, obok pomnika młodego bohatera, Mao Anyinga i naprzeciw nowiutkiego, złotego pomnika Peng Dehuaia na koniu (widać, że most przygotowuje się do pomnikowej ofensywy przeciwko dandongskiemu “uzurpatorowi”), siedzi trzymając w ręku parasolkę w kropki młoda dziewczyna, Xiaolin i jej chłopak. Chcieliby wynająć motorówkę i popłynąć wzdłuż brzegu, ale potrzebują zebrać jeszcze kilka osób. Co nie jest łatwe, bo turyści, owszem, kłębią się przy moście w Dandongu (wyróżnionym jako “klasyczne miejsce czerwonych wędrówek” i klasą turystyczną AAAAA), ale tutaj jest pusto. W końcu Xiaolin udaje się “złapać” jeszcze jedną parę i motorówka uwozi nas w stronę koreańskiego brzegu.

Podczas tego płynięcia, jak i naszej jazdy rowerem wdłuż brzegów Yalu dnia następnego zobaczymy wiele zakładów przemysłowych. Wszystkie w ruinie. Ziejące pustką okna, szary beton obleziony liszajem, rdza. Nic już nie produkują. Stopień zniszczeń sugeruje, że musiały zostać opuszczone najdalej w połowie lat 90-tych, po śmierci Kim Ir Sena, po zakręceniu (zniknięciu) kurka z radziecką pomocą. Zresztą nie tylko zakłady wyglądają, jakby od 20 lat stały tam już tylko dlatego, że brakuje sił i środków, żeby je rozebrać. Co większe budynki, jakieś bloki – to wszystko wygląda na skazane na powolne obumieranie.

Ale wioski, do których zbliżymy się na odległość niemalże wyciągniętej dłoni, obumarłe nie są. Na brzegu kąpią się żołnierze (machają nam), kobiety robią pranie, na wózku od krowiego zaprzęgu (krowa pasie się kilkadziesiąt metrów w dół rzeki) siedzą dzieci. Nieubitą drogą, wzniecając tumany kurzu, jedzie ciężarówka i wiezie na naczepie ludzi. Wioski są ubogie, ale nie jest to pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, gdy je widzę.

Widziałam różne biedy – biedę chińską, biedę południowoazjatycką (wietnamską, khmerską, filipińską etc.), biedę północnoafrykańską, biedę różnych części Europy, w tym rzecz jasna naszą własną polską biedę. Ale te wioski tutaj od np. biedy chińskiej coś odróżnia. W wiosce chińskiej, nawet naprawdę ubogiej, na drzwiach są ozdoby, w oknach czasem i wycinanki. Rośnie jakiś kwiatek. Wisi jakiś plakat, albo i kilka – bogini Guanyin, Przewodniczący Mao, Tygrys w Roku Tygrysa i Królik w Roku Królika. Czasem ludzie prześcigują się w ozdabianiu bram do obejść – chociaż trochę pociągnąć kolorową farbą, może posadzić jakieś kwiatki, powieścić papierowy znak “szczęście”, żeby wiedziało, którędy ma wchodzić. A w wioskach na koreańskim brzegu nie ma nic, co by wykraczało poza najprościej rozumianą użyteczność. Prosto, surowo, tylko to, co całkowicie niezbędne. Jedyny kolorowy akcent to pranie na sznurku. Wykarczowane zbocza dodają surowości.

Po stronie północnokoreańskiej

“Nie palić ognia, nie uprawiać ziemi, nie przekraczać granicy, nie wycinać potajemnie drzew, chronić las”

żołnierka
żołnierze północnokoreańscy po kąpieli w Yalu

żołnierze – powrót do wioski

na ryby

obserwacja

…obserwacja

i obserwacja

Widoczny częściowo napis mówi: “Ryzykuj własnym życiem chroniąc przodujących uczestników rewolucji!”

zakłady…

…zakłady

Napis na nieczynnym zakładzie: “Zjednoczmy się” – dosł. “zjednoczmy się jak jedno serce

Gdy następnego dnia dojedziemy na naszych rowerach do Wielkiego Muru, którego początkowy odcinek znajduje się na spiętrzonej nad Yalu Górze Tygrysa i wespniemy się na najwyszą basztę, zobaczymy Koreę z lotu ptaka. A ściślej mówiąc smutny, wymarły kołchoz otoczony polami. Tutaj, w przeciwieństwie do wiosek wyżej opisanych, ludzi prawie nie widać, tylko przy brzegu, dosłownie tuż pod nadrzecznym urwiskiem, na którym przysiedliśmy, kilku żołnierzy ciągnie do wioski wózek krowiego zaprzęgu. Trochę dalej niewielki oddział maszeruje brzegiem rzeki, tuż przy polu. Po widmowych uliczkach, pomiędzy betonowymi domami (część nieukończona, bez dachów, wszystkie identyczne w swej szarości) od czasu do czasu przesuwa się pojedyncza sylwetka. Dookoła wioski ogromne połacie pola – wszystko zaorane, ale nic nie wzeszło. A może nic nie zostało posadzone? Jedynym kolorowym akcentem na tej płachcie szarości ziemno-betonowej (w środku lata…) jest traktor z niebieską, prostokątną kabiną.

Przy schodzeniu dosć kretą i bardzo stromą scieżką z góry (po stronie Yalu), musimy przejsć przez mostek wiszacy. Na jego końcu, na tle tego północnokoreańskiego smutku, nagle znajome logo i znajoma sytwetka: “Na tym mostku kręcono sceny z filmy Feicheng wurao 2″ (tutaj zawijasy jak z logo filmu) i zdjęcie pięknej Shu Qi, jak idzie w niebieskiej zwiewnej sukience przez rzeczony mostek. W filmie mostek grał przejście do niezwykle luksusowej górskiej willi-samotni, w której mieszkał bohater grany przez Ge You. Nie wiem, jakim cudem udało im się wyciąć z ujęć północnokoreański kołchoz, w warunkach naturalnych stanowiący dla mosteczka tło. Gdy tak patrzę i próbuje pogodzić sceny z filmu z tym, co widzę poniżej, po rzece (jest w tym miejscu wąziuteńka i jest tuż pod nami) i po jałowych kołchozowych polach poniżej rozlega się nawoływanie. Po niebiesko-zielonej wodzie pod nami przepływają trzy łódeczki chińskich rybaków i ich kormorany (kto nie wie, jak się łowi na -biedne, nieszczęsne- kormorany, niechaj sobie poszuka).

Wymarła wioska/kołchoz

granica po stronie koreańskiej
Yalu tutaj ma kilkanaście metrów szerokości. Po powiększeniu widać słupy graniczne koreańskie (u góry) i chińskie (u dołu)

Granica chińsko-koreańska. “Nie rozmawiać ani nie wymieniać się przedmiotami z osobami po drugiej stronie granicy”

Po chińskiej stronie (na pierwszym planie fragment Muru)

Po chińskiej stronie – zbliżenie na wiejski sklepik

Gdy wracamy naszymi rowerami (mi się dostał czarny, żelazny, kilkudziesięcioletni, ale nieprawdopodobnie wygodny i lekki do prowadzenia rower made in Japan“to dobry, wręcz znakomity rower, jeździłem na nim sam tyle lat, to najlepsze, co mam, wypróbuj koniecznie, jest porządny, bo japoński, diabły z małej Japonijki zrobiły” - zachwala shifu od rowerów. J. dostał oczywiście rower za mały, uderza kolanami o kierownicę, ale jedzie), nie możemy oderwać wzroku od drugiego brzegu. Zarysy wiosek, ruiny jakichś zakładów. Zatrzymujemy się co chwila i patrzymy w lornetkę. To, co wczoraj z autobusu wydawało się niewielkimi kominami, dziś okazuje się być wysokimi stelami z inskrypcjami. Nieoceniona Yeji wpatruje się w nasze zdjęcia i na jednej ze stel (zdjęcie poniżej) udaje jej się odczytać: “Wielki Lider, Towarzysz Kim Ir Sen jest z nami na zawsze”.

Po koreańskiej stronie

Zbliżenie na budynek z lewej strony poprzedniego zdjęcia

zakady i pola – polecam powiekszenie

Taoistyczny mistrz pokazuje uczniowi nieodbudowany most kolejowy i brzeg koreanski

Zwrócony twarzą do koreańskiego brzegu Caishen – bóg bogactwa

Chyba najżywsze i najbarwniejsze miejsce, jakie udało nam się dostrzec po stronie północnokoreańskiej. Yeji, moja nieoceniona tłumaczka, po wpatrywaniu się w ledwie widoczne napisy na tym budynku, twierdzi, że musi być to jakieś wspólnotowe centrum kultury. Choć jakość kiepska, polecam powiększenie, celem przyjrzenia się plakatom – filmowym?

Zafascynowani tym, co mówi do nas Korea, ale wymęczeni kilkugodzinną jazdą na antycznych rowerach (jeden dzień) czy wykonywaniem przez nasz pekaes (inny dzień) powolnych okrążeń wokół jednego z przybrzeżnych miasteczek celem zebrania odpowiedniej ilości pasażerów (chłopak w okularach wysiada, dwa okrążenia później wsiada z siatką owoców, dziewczyna w pomarańczowej sukience wysiada, je makaron w przyulicznej garkuchni, wsiada 5 okążeń później, a my jeździmy jak głupi),  postanawiamy raz jeszcze zasiąść pomiędzy lampiony, herbatki, kapelusze i koła ratunkowe i pojechać w dół rzeki, brzegiem miasta Sinjiuju. Tu juz nie trzeba się specjalnie wpatrywać, blisko jak na wyciągnięcie ręki, Yeji tłumaczy błyskawicznie:

Na łodzi: “Musimy być heroiczni w walce!”

“Wielka polityka Songun, hurra!” (jeśli ktoś przypadkiem jeszcze nie wie, czym jest Songun, polecam zrobić eksperyment – najpierw przeczytać hasło “polityka Songun” na tej stronie, na podstawie tekstu spróbować sformuować definicję Songun, a później poczytać np. w Wiki)

“Na zawsze uhonorujmy wielkie sukcesy w Chinach naszego Wielkiego Lidera, Kim Jong Ila! “

“Wielki Wódz, Kim Ir Sen jest na zawsze z nami”

“Chrońmy życiem liderów rewolucji prowadzonej przez wielkiego Kim Jong Ila!

“Dla tegorocznej bitwy, stwórzmy nowy rytm marszu” (tutaj trochę nie jest pewne, bo na każdym ujęciu zawsze coś napis zasłaniało)

“Słońce 21 wieku, General Kim Jong Il, hurra!” (tych napisów spotkamy w różnych miejsach wybrzeża aż cztery)

Nie będziemy w Korei Północnej. Ale zanim wsiądziemy w pociąg powrotny do Pekinu, możemy być w restauracji Pyongyang. Za żółtymi zasłonkami jest pyszne, aromatyczne jedzenie, są pełne wdzięku, prześliczne i blade jak kreda (tu mówi się “jak jadeit” i to jest wielki komplement) północnokoreańskie kelnerki. Są też goście ze znaczkami z Kim Ir Senem wpiętymi tuż ponad sercem w koszule. Częśc gości ze znaczkami siedzi w wydzielonym pokoiku zasłoniętym bambusową zasłonką. Piękna kelnerka robi minę skazańca, gdy ma donieść tam dania. Koleżanki, szczebiocząc, prowadzą ją za ręce w kierunku zasłonki, chyba dodają otuchy. Dziewczyna znika z talerzami za bambusową zasłonką. Gdy wyjdzie, długo i z zachmurzoną twarzą opowiada coś koleżankom, ale na koniec wybuchają śmiechem, jedna udaje, że bije pozostałe serwetą. Akurat wchodzi klient i jemu też przez pomyłkę się dostanie (serwetą po łysinie). Mina klienta pozostaje niezwruszona, za to dziewczyny skręca ze śmiechu za jego plecami. Kończymy posiłek. Odpoczywamy chwilkę. Gdy J. wraca z toalety, pyta mnie: “co tu znowu były takie salwy śmiechu, co się działo?” Co się działo? Uczyłam dziewczyny polskiego, rozmawiałyśmy o tym, która wygląda młodziej i czemu tak się opaliłam, skoro biała skórka jest najpiękniejsza.

P.S. Z Dworca Pekińskiego wychodzi około 80 osobowa zwarta grupa. Nie rozgląda się na boki, idzie zdyscyplinowanie, szybko, bez zbędnych rozmów. Sami mężczyzni, 80 białych koszul, 80 czerwonych znaczków na piersiach, czarne spodnie, kiepskie buty. Smagłe, ciemne twarze, ostre rysy. Starannie ostrzyżone włosy. 80 identycznych toreb. Pekińczycy – w krótkich spodniach, koszulkach z napisami, w bejsbolówkach, w szpilkach, chwytają komórki i podbiegają do grupy robiąc jej zdjęcia.

Dworzec w Dandongu – czekając na pociąg do Pekinu. Moment luzu – czerwony znaczek na piersi, ale koszula luźno wyłożona na spodnie

 

Special thanks to Yeji – having your precious help, I could hear North’s voice! 감사합니다!!

 

27

06 2011

W stronę Korei Północnej… 1

Zdobyć bilety na kuszetkę do Dandongu, to nie lada wyzwanie. Po dwóch tygodniach nieudanych prób, warowania od siódmej rano przed kasą, mam w końcu w ręku dwa bilety: odległość – 1100 km, górne, “twarde” kuszetki. Moje próby wyobrażenia sobie blisko dwumetrowego J. upakowanego na chińskiej górnej kuszetce, kończą się za każdym razem się jakoś tak:

Jeszcze gdy wchodzimy po pociągu, myślę cały czas o tym, że kuszetkę może da się jakoś zamienić, dogadać się z pasażerami z dolnej, dopłacić. Już mam otworzyć buzię i zagadać, gdy w ciasnym przejściu pojawia się dwóch mężczyzn prowadzących kobietę – krok po kroku, jeden ustawia jedną nogę, drugi drugą, ochraniają, żeby nie upadła. Mają dla niej bilet na kuszetkę środkową. Pasażerowie z dolnych kuszetek naszego przedziału, starsze małżeństwo zrywa się i ustępuje chorej i jednemu z jej opiekunów dolne posłanie. “Dziękuję, to postępujący paraliż, wracamy z leczenia  w Pekinie” – mówi mąż chorej. Układa ją z troską na kuszetce, zdejmuje buty, przebiera w piżamę, karmi udkami kurczaka z KFC. Potem, po kilkunastu godzinach, gdy chora i jej opiekunowie – mąż i ojciec, wysiądą stację przed Dandongiem, rozmawiam ze starszym panem, który ustąpił jej miejsca. Jest z Dandongu.Ech, ciężko u nas, nie to, co tam u Was. Są ze wsi, niby ostatnio wprowadzili to rolnicze ubezpieczenie, ale taką chorobę to trzeba w Pekinie leczyć. Jej może część zwrócą, ale kto zwróci jej rodzinie, z której zdzierają pod szpitalem?” Patrzy na nas, zaciekawia się – “a co jedziecie do Dantongu? Chcecie ich oglądać? Byłem tam, w ich stolicy. Czysto, porządek, nie ma korków, nie ma śmieci, ładnie, nie to co u nas w miastach, taki bałagan. Ludzie zdyscyplinowani, grzeczni, dobrze wychowani. Powietrze świeże, przyjemnie…może i tam na wsiach u nich biednie, ale mają też i dobre strony tego systemu: darmowa edukacja i darmowe leczenie… a u nas co?”

Dojeżdżamy do Dandongu. Umieszczamy graty w hotelu i idziemy w stronę rzeki. Pierwsze zaskoczenie. Nie myślałam, że drugi brzeg jest tak blisko. Stoimy na nowej, kolorowej, ufontannionej promenadzie. Jest poranek, ludzie ćwiczą taijiquan, puszczają latawce, siedzą na zacienionych werandkach i w pawilonach. Na drugim brzegu, niemal na wyciągnięcie ręki wielkie kominy, hale fabryczne (gdy przyjrzymy się dokładniej, odkrywamy, że zruinowane, a zakład opuszczony). Trochę drzew, za nimi nieruchomy, pusty “diabelski młyn” w stylistyce z lat 80-tych. Przez rzekę dwa mosty – jeden cały, choć nieuczęszczany, to Chińsko-Koreański Most Przyjaźni, drugi w połowie zburzony, pozostawiony w takim stanie od 1951 roku, czyli od kiedy został wysadzony przez Amerykanów próbujących utrudnić chińskim “ochotnikom” przedostanie się na drugi brzeg. Rzeka Yalu. Po drugiej stronie Korea Północna.

Diabelski młyn po stronie północnokoreańskiej, po lewej Chińsko-Koreański Most Przyjaźni , pośrodku pozostałości starego mostu.

Chińsko-Koreański Most Przyjaźni. Łączenie części chińskiej i koreańskiej – obie zostały wykonane inną techniką i w innym stylu. W dniach roboczych pojedyncze pojazdy (przeważnie ciężarówki) przejeżdzają od czasu do czasu wolniutko przez most.

nieczynna papiernia w Sinŭiju

Wsiadamy w mały stateczek, który od razu mknie w stronę koreańskiego brzegu. Nie, oczywiście, że nie możemy przekroczyć granicy. Niby jakieś biuro, w “sciśle tajnym” mailu, proponowało nam, że nas “przerzuci” razem z chińską wycieczką, bo dla nich parę lat temu otwarto ruch bezwizowy, do miasta po drugiej stronie rzeki, ale okres awanturniczy mamy już dawno za sobą.

Przewodniczka: w Korei Półniocnej panuje silny kult jednostki, na przykład gdy młodzi ludzie biorą ślub składają przysięgę przez portretem Kim Ir Sena.

Wycieczkowicze (przeważnie w takim wieku, że składanie przysięg małżeńskich przed portretami znają z autopsji, dziś kolorowe kapelusze, lornetki, aparaty): westchnienie

Przewodniczka: w Korei Północnej nadal zdarzają się śmierci głodowe.

Wycieczkowicze: och!

Przewodniczka: Choć warunki są cieżkie, to, ponieważ dla tych ludzi naczelną wartością jest patriotyzm i niepodległość, to chociaz żyją w wielkiej biedzie, są zadowoleni z życia. Zaraz będziemy mijać wille, które pobudowano na brzegu dla dostojników.

Mijamy te wille, w oknach czarno, część otwarta, część ma folię zamiast szyb, w środku nie widac żadnych mebli, tylko puste ściany. Na brzegu kucają ludzie, myją warzywa, piorą. Przewodniczka mówi, że to “baixing”, czyli zwykli ludzie, z domków za willami.

 

Ja (tzn. mi wyrywa się): ale czy na pewno nadal ktoś w tych willach mieszka?

Przewoniczka: tak, jak najbardziej.

Wycieczkowicze (celują aparaty i lornetki, poprawiają okulary): niemożliwe!

Wille po koreańskiej stronie

Na statku jest Peter, właściciel kawiarni “z najlepszą kawą na chińskim brzegu Yalu” – jak informuje wizytówka, którą nam wręcza zapraszając po południu na kawę. Wsiadł na statek z żoną i dziećmi, są tutaj od kilku lat. Peter trzyma w ręku reklamówkę z gigantycznymi parówkami. Gdy przybliżamy się do koreańskiego brzegu, bierze po kolei te parówki i z całej siły, aż napinają mu się żyły na szyi, rzuca w stronę ludzi kucających na brzegu. Parówki lądują w wodzie przed ludzmi, ale nikt jakoś się na nie nie rzuca, dalej myją te swoje warzywa. Ogorzali, smagli, szczupli. Peter ciska tłustą parówkę w stronę 11, 12 letnich chłopców kucających na brzegu. Ich miny tężeją, jeden z nich chwyta przybrzeżne kamienie, słyszymy głośny łomot – trafiają w burtę. Patrzymy po sobie z J. Jest nam bardzo, bardzo niezręcznie. Czy w oczach i myślach chłopców jest oczywiste, że “amerykański szakal” z nienawiścią i wściekłością rzuca w stronę Korańczyków i Korei kamienie? Skoro bestalsko zabijał niewinne dzieci, torturował je podczas wojny a teraz pragnie tylko krzywdy Korei, czy parówka w jego dłoni nieubłaganie zmienia się w oczach ludzi w kamień? A może raczej parówka jest parówką i to złości jeszcze bardziej, ta jałmużna rzucana z łódki ukapeluszonych, obwieszonych aparatami bogaczy?

Chłopiec pośrodku ma w ręku kamień

Patrzymy na te domy, widać że noszą na sobie znaki powodzi z ubiegłego roku. “Tu na brzegu były pola kukurydzy, ale zalało” – mówi przewodniczka. Na szuwarach wyrzucone łodzie i małe statki z północnokoreańską flagą. Patrzymy na chiński brzeg. Wieżowce, drapacze chmur, osiedla, domy towarowe zbudowane zostały na sztucznie podniesionym i utwardzonym brzegu, powódz nawet ich nie tknęła.  Mkniemy z powrotem w stronę wieżowców, reklam i fontann.

strona koreańska, strona chińska

strona chińska

Nocą każdy wieżowiec, każdy dom mieszkalny nadbrzeża będzie podświetlony milionem kolorów, gigantyczna fontanna będzie wyrzucać barwne kaskady wody. Ludzie przyniosą instrumenty, mikrofony, magentofony. Zaczną się tańce, śpiewy (mieszkańcy miasta w pawiloniku nad brzegiem urządzili sobie konkurs śpiewania “czerwonych pieśni” – gorączka śpiewania czerwonych klasyków, jako, że wielkimi krokami zbliża się 90-lecie Partii, sięga właśnie apogeum, wywołując jedocześnie gorącą dyskusję). “Ona prowadzi nas do szczęęęściaaaaa” – niesie się na drugi brzeg. Można kupić latarnię unoszoną płomieniem i puścić ją wolno. Mozna kupić zimne ognie.

Sztuczne ognie w stronę Korei

To nadbrzeże, te podświetlenia, te budynki to prawdobodpobnie jedna z największych i najkosztoswniejszych reklam świata. Reklamowanym produktem są reformy na wzór chiński. Te, o których zawsze wspomina premier Wen, gdy ogarnięci gorączką dziennikarze pędzą przez pół kraju w celu sfotografowania niemal nieuchwytnego pancernego pociągu widma, którym, ostatnio bardzo często, przybywa do Chin Kim Jong Il. “Miejmy nadzieję, że celem tej wizyty jest uczenie się, jak przeprowadzać reformy i otwiarcie kraju” – za każdym razem powiada Wen.

(w stronę Korei Północnej. Drugie zdjęcie pierwszy plan (ciemne zarysy)- pozostałości zbombardowanego mostu

“Macie piękne i nowoczesne miasto” – mówię do mieszkańców, którzy zagadują mnie, gdy tak spaceruję po wieczornym, migającym wybrzeżu. “A ta promenada, to jakby taka wielka reklama Reform i Otwarcia”. “Podoba się?” – ciesza się mieszkancy. “Ale jaka tam reklama, do kogo, skoro po drugiej stronie nikt nie mieszka, jest tylko ta ruina papierni, krzaki i jakaś mała wioska” - patrzą na czarny drugi brzeg, oświetlany dalekim blaskiem “naszej” promenady i światłem wschodzącego właśnie, wielkiego, pomarańczowego księżyca. Na drugim brzegu jest tylko jedno źródło światła. Paredzesiąt metrów od mostu, około 100 metrów wgłąb brzegu, z ciemności wychodzi silny, tajemniczy snop jasności.

Ja (ostroznie): patrzyłam na zdjęcia satelitarne, wydaje się, że tam jest miasto o powierzchni niewiele mniejszej od waszego Dandongu, Sinŭiju, czwarte co do wielkosci miasto Korei Północnej…

Chór starszych panów: niemożliwe!…Miasto??

Ja: Jest duże miasto, tylko mają problemy z elektrycznością…a widzicie panowie tam z ciemności wychodzi snop światła, patrzyłam na tych zdjęciach satelitarnych, tam jest posąg Kim Ir Sena, to właśnie od niego bije to dziwne światło w ciemnościach.

Starszy pan w podkoszulku (gniew na twarzy, potrząsa głową, gestykuluje): a, bo tam rządzi ta sama mafia co i kiedyś u nas…

Pan w koszulce w paski: a, bo on to nasz naczelny buntownik…(klepie pana w podkoszulku w ramię, wszyscy się śmieją, zaczyna się wypytywanie o Polskę)

Dandong (lewy brzeg) i Sinŭiju (prawy brzeg)

Plac Kim Ir Sena w Sinŭiju. Wieczorem jest jedynym widocznym z chińskiej strony źródłem światła w Sinŭiju.

W następnym odcinku: Korea Północna z naprawdę bliska, o tajemniczych “kominach” na koreańskim brzegu, o antycznym rowerze made in “mała Japonijka”, o prawdziwym przerwanym moście i o północnokoreańskich dziewczętach.

 

26

06 2011

Nostalgia, warstwy przeszlosci i duch yananski

Mialo byc o Yananie. Musi byc o Yananie. Ale jesli o Yananie, jesli w ogole o Shaanxi, to przy okazji musi byc troche i o nostalgii. I w ogole o spotkaniach z przeszloscia – ta niedawna, ta dawna, ta mityczna i ta konstruowana na uzytek tego, co dzisiaj.

Na moj trzeci festiwal Smoczych Lodzi w Chinach ucieklam do Shaanxi – prowincji trzech mitycznych poczatkow – jest tam kurhan legendarnego Zoltego Cesarza, Grob Qinshi Huangdi, cesarza, ktory zjednoczyl Chiny i wlasnie Yanan – mityczny poczatek komunistycznych Chin. Ucieczka nie byla tak szybka jak sie spodziewalam (ze niby godzina na Pudong, dwie godziny samolotem do Xianu i po sprawie). Kiedy skierowano nas, pasazerow, do jakiegos bocznego gate’u a na tablicy zaczelo sie pojawiac coraz wiecej czerwonych znakow (lot skasowany, opozniony, skasowany, opozniony), juz wiedzialam, ze nie bedzie dobrze. Gdy po dwoch godzinach rozdano lunchowe pudeleczka i wode, wiedzialam, ze bedzie zupelnie kiepsko. Sprytnie przewidzialam te okolicznosc i zabralam ksiazke - coz by innego - Red Star Over China Edwarda Snowa, osoby, ktora ma niepodwazalne zaslugi w budowaniu legendy Mao na Zachodzie i na Wschodzie (“jak zauwaza wasz znany dziennikarz Snow…”). Snow opisuje swoja podroz do Yananu (miala miejsce w 1937 roku). Robi to jednak (czego mniej sprytnie nie przewidzialam) tak, ze 5 godzin oczekiwania na Pudongu uplynelo mi glownie na spaniu z ksiazka ta pod glowa. I rozmawianiu przez telefon z tymi, ktorzy mieli wiecej szczescia, jesli chodzi o loty i udalo im sie do Xianu dostrzec wczesniej (“mowie Ci, linia X tak ma, oni zielonego pojecia nie maja, co sie tam zespulo, teraz probuja na chybil-trafil, jesli w ogole wyleci, to doleci albo nie doleci…”). W hali odlotow wpada mi w oko reklama:

DSC08712 Tak, karty kredytowe z Transformersami. To pokolenie, ktore liznelo kolorowych, plastikowych dobr gdzies w latach 90-tych, to ktore dorastalo z pierwszymi grami komputerowymi wyhodowalo juz wlasna, osobna nostalgie.  I zaczelo  za pierwsze pensje nabywac produkty do jej podkarmiania. Jak pisze 人物周刊 w cenie (bo nostalgia to jest, jak wiadomo, wielki biznes) u dziesiejszych 25-latkow sa rzeczy tak rozne jak: pierwsze mangi, guma do skakania, ubrania sportowe marki 梅花,(polecam przejrzec cala zalinkowana strone, takze zdjecia ponizej zdjecia samej bluzy), piorniki z klapkami, gra w szklane kulki,znaczki z Mao i torby hongweibinskie. A teraz jeszcze te transformersy. Czyli jak to zwykle - pamiec, ta wlasna i ta zbiorowa zajmuje sie glownie nie przechowywaniem, ale rekonfigurowaniem, sklejaniem, przygotowywaniem paczek z prezentami, ktore maja pomoc oswajac to, co jest dzisiaj.

Dzisiejsi 50-latkowie: ogladanie telenowel migajacych burymi mundurkami i czapkami z gwiazdkami. Dzisiejsi 50-latkowie z pieniedzmi: kolekcjonowanie sztuki. Migajacej burymi mundurkami i czapkami z gwiazdkami (zdjecie zrobione ukradkiem w jednej z modnych szanghajskich galerii, radze zwrocic uwage na rekwizyty tla, w szczegolnosci na pagode na gorce, jeszcze bedzie o niej mowa):

DSC02110

W Chinach trzeba byc przygotowanym na to, ze spotykaja sie ze soba rzeczy, ktore na pozor sie wykluczaja, nie lacza sie, niby nie pasuja. Ale Shaanxi nawet kogos przygotowanego (kto przeszedl szkole “szanghajska”, gdzie generalnie malo co sie z soba laczy) moze przyprawic o zawrot glowy.

Armia terakotowa pierwszego cesarza, ktory zjednoczyl Chiny (Qinshi Huangdi), spotyka sie z cesarzem ostatnim:

DSC09709

Dzisiejsi Chinczycy spotykaja sie z Chinczykami z przeszlosci:

DSC09606

DSC09615

…Chinczycy z przeszlosci spotykaja sie ze szmatami z terazniejszosci:

DSC09544

…Chinczycy dzisiejsi spotykaja sie z legendarnymi Chinczykami z przeszlosci (grobowiec Zoltego Cesarza, chlopak powtorzyl poklon, bo zle na zdjeciu wyszedl):

DSC09495 Przyszywani Chinczycy w swiatyni czczacej wszystkie klany Chin przy kopcu (kurhanie) Zoltego Cesarza spotykaja sie ze swoim przyszywanym klanem i przyszywanymi przodkami:

DSC09513 Posrod rzedow tabliczek z chinskimi nazwiskami odszukuje  ”moja”. Tabliczka zostaje umieszczona na oltarzu, od lampki z napisem “szczescie” zapalam trociczki i zaczyna sie. “Pierwszy poklon!” - pada komenda. Robie. “Drugi poklon!”. Trzeci. “Pierwszy ketou! (kowtow)” etc. Jak normalnie trudno mi w takich sytuacjach uderzyc czolem o ziemie, to przed tymi pokoleniami ludzi o nazwisku Bai jakos latwo mi to przychodzi.

No, ale w Shaanxi naprawde kazde spotkanie jest mozliwe. Idziemy dalej:

Mao i mandaryni:

DSC09806

Stopien trudnosci rosnie: 弥勒佛 —Budda Maitreja, 财神—Bog Bogactwa i generalicja pod przewodnictwem Zhu De na przysklepowym oltarzu:DSC09810

Generalicja w podobnym skladzie osobowym przychodzi z odsiecza zwiedzajacym w niemilosciernym skwarze kwatere armi terakotowej:

DSC09634

Shaanxi to nie tylko spotkanie Chinczykow z roznych epok, z roznych bajek i o roznych statusach ontologicznych. To takze spotkania z laowajami (z rownie roznych bajek i o roznych statusach ontologicznych). Obrazek pierwszy – Obama, Mao i Beckham (chwilowo daruje tu sobie wstawki o kulcie Obamy czy Obamao). Drugi obrazek – stopien trudnosci ponownie wzrasta, jako, ze nastepuje dodatkowo spotkanie tych wszystkich szacownych postaci (polecam powiekszenie) z pania w dolnym rzedzie, druga od lewej. Trzeci obrazek, ech, te laowaje…

DSC09802DSC08886

DSC08733

W samym Yananie wyjatkowych spotkan jest jeszcze wiecej:

DSC09108

DSC09124

DSC09121

Nie, to nie sceny z krecenia ktorejs z popularnych telenowel o czasach wojny z Japonia. To spotkanie komunistow sprzed 70 lat z wycieczka kandydatow na czlonkow Partii z Henanu. Stroje wypozyczyli za 15 kuajow od osoby na stoisku przed wejsciem. Przyjechali do zrodel, poszukac korzeni tego, do czego aspiruja, wypowiedziec przysiege w miejscu mocy, popstrykac wielkimi aparatami te kilka miejsc - symboli:

DSC09137
A to miejsce, ktore jest tlem dla zdjec to symbol jeszcze innego rodzaju spotkania. Kiedys kosciol, po przybyciu komunistow do Yananu zamieniony na miejsce obrad. Na (bylym?) oltarzu Mao i Zhu De:

DSC09111

DSC09100

Nad otlarzem haslo (wyznanie?) “Pod szandarem Mao do zwyciestwa”:

DSC09103 Po bokach oltarza czterech ee…ojcow rewolucji:

DSC09104DSC09112

Niedaleko stare kwatery Mao, Zhou Enlaia, Zhu De. Wszystkie wydrazone w miekkim, zoltym lessie:

DSC09050DSC09150

Hanowie wspolczesni zagladaja z ciekawoscia. Wielkie aparaty cykaja zdjecia. Kilka drewnianych mebli, na lozku Przywodcy rozsypane papierosy. Drewniana miska, dokumenty. To wszystko. Cos faktycznie jest z tej atmosfery skromnosci, zwyczajnosci, dostepnosci, o ktorej pisal Snow (ktorego zdjecie z Mao wisi w jednej z sal wystawowych urzadzonych w jednej z jaskin). Ach, kiedys to bylo autentycznie, romantycznie. Kiedys to wszyscy mieli po rowno. Kiedys to wszyscy byli mlodzi. Dzis juz tak nie ma. Dzis to kopia i produkcja masowa. Dzis duch upadl. Ale zrodla mamy dobre, gdyby wrocic na chwile… Mowi Nostalgia. I pokazuje obity kubeczek Mao i talerzyk Zhou Enlaia w muzeum.

Skoro duch upada, trzeba go szukac na wszelkie sposoby. W Yananie niemal na kazdym kroku a to wygrawerowana kaligrafia Hu a to Jianga, a to slowa Denga. “Trzeba pielegnowac duch yananski” . “Duch yananski nigdy nie zginie”. Co ciekawe, duch ten przebywa w “Yananie (tzn nie to ciekawe, to oczywiste) – swietej ziemi Chinskiej Rewolucji (o, to ciekawe)”. Tablica w yananskim Muzeum Rewolucyjnym, choc to okreslenie mozna w miescie spotkac powszechnie:

DSC09185

Po drugiej stronie miasta kolejne spotkanie. “… i dochowac wiernosci Partii, strzec sekretow Partii…” dochodzi do nas ze szczytu wzgorza, gdyt zblizamy sie do stojacej na nim pagody  (tak, tej zza Mony Lizy, oswieconej sloncem, do ktorej zmierzal Dlugi Marsz, rowniez przedstawiony na dziele). Pagoda to inne jeszcze, oprocz dawnego kosciola, ale nawet bardziej owiane legenda, miejsce spotkan komunistow sprzed 70 lat. Henanczycy i tutaj zdecydowali sie powtorzyc swoja przysiege:

DSC09229 Wracamy powoli do miasta. Na zboczu gory wydrazone domki – takie same, jak te w ktorych 70 lat temu mieszkali Mao i Zhu De. Nic sie nie zmienilo. Najlepszym chlodzeniem jest lessowa ziemia, najlepszym ogrzewaniem w zimie – takze lessowa ziemia. Nawet brudna wode wylewa sie wciaz przed dom. Przed domami malwy i psy, w domach drewniane lozka, na drzwiach tradycyjne chunliany – zyczenio-wiersze na chinski nowy rok.

DSC09429DSC09262DSC09366DSC09347DSC09270P.S. Ale dzisiejszy Yanan to wcale nie wydmuszka po dawnym, wspanialym swiecie. Dzisiejszy Yanan ma cos, w czym  przechowalo sie cos z tej mitycznej dziarskosci, energicznosci, radosci zycia, entuzjazmu. Czyli…yananskiego ducha wlasnie. Ma Yananczykow.

Kiedys przyjda jeszcze takie czasy, ze ludziom nie bedzie chcialo sie tanczyc na ulicy, ze nie bedzie im sie chcialo grac. Ze gdy zabraknie ozdobnej parasolki, nie bedzie chcialo sie plasac ze zwyczajna. Wtedy bedzie mozna ogladac te filmiki ponizej i tesknic za Chinami, ktore w roku 2010 byly energiczne, roztanczone i jakie tam jeszcze Nostalgia podetknie okreslenia. Ja juz tesknie.

yanan4

yanan3

P.P.S. przepraszam za kiepska jakosc filmikow. Kompresowalam na wpol spiaco.

28

06 2010

6 scen syczuanskich

Scena 1 – Leshan

Ide zobaczyc Wielkiego Budde (wykuty w zboczu gory schodzacej do rzeki, 71 metrow wysokosci w pozycji siedzacej, strach pomyslec, ile by mial, jakby wstal). Srednio co minute ktos z (tlumnie zwiedzajacych) odwraca glowe od Buddy, rozdziawia gebe, gapi sie jak ciele w namalowane wrota i wola  niesmiertelne: “O, laowaj!”. Matki sztorcuja dzieci: “patrz, cudzoziemiec, powiedz hello!” . Dzieci wrzeszcza “hello!” Przylepiam wymeczony usmiech na twarz i odpowiadam. Dla dzieci to fajna zabawa – cos jak pociaganie pajacyka za sznurek (kiedys takie byly). Zabiegaja mi droge (ide do swiatyni na gorce obok Buddy) i co sekunda wrzeszcza: “hello!”. Okolo 20 razy. Rodzice zachwyceni – wychowuja dzieci na obywateli swiata.

Dziewczynka pokazuje mnie palcem rodzicom, powtarzajac kilkakrotnie: “mamo patrz, waiguoren”. Rodzice sie gapia z rozdziawionymi gebami, dziecko trzyma wyciagniety palec.

Mloda kobieta mowi do mnie “hello”.  To 16-ta osoba tego dnia, wliczajac w to te wrzeszczace dzieciaki i piszczacych falsecikiem podrostkow (to jakas ogolnonarodowa moda – to samo jest w Szanghaju. Widzac laowaja najpierw poszturchuja sie z rozbawieniem, potem zmieniaja glos na falset i strojac miny “na stara paniusie”, piszcza to cholerne “hello” – ze niby to jest odpowiedni ton w jakim mowi sie do obcokrajowca). Gdy – umordowana – nie odpowiadam, dziewczyna mowi urazonym, obrazonym glosem do znajomych: 她不礼我啦!- ona mnie nie uszanowala!

Scena 2 – Jaskinie Tysiaca Buddow (30 km na zachod od Leshan)

W przeciwienstwie do tych dzikich tlumow przy leshanskim Buddzie, tu nie ma zadnych turystow. Miejsce wyjatkowe – tonie w porannej przyrzecznej mgle, kazdy ze skalnych obrazow z – podobnie jak leshanski Budda -  dynastii Tang, opowiada inna historie. Te z nich, ktore sa w zasiegu ludzkiej reki opowiadaja jeszcze inna historie: wszystkim plaskorzezbom brakuje glow. Zostaly skute przez szabrownikow, zanim Chiny sie zorientowaly, ze to jest cos, co warto otoczyc opieka (swoja droga duzo bym dala, zeby sie dowiedziec, gdzie obecnie sa te wszystkie glowy, gdzie sa ci wszyscy milosnicy sztuki). Na drodze stoi straznik, gdy mnie dostrzega, trzy razy glosniej niz do normalnego czlowieka rzecze: “O keeeej???”  Po czym do stojacego obok niego drugiego faceta: “ona tu byla rok temu”. Ja na to, ze jestem tu pierwszy raz w zyciu. Nastepuje rytualna przepytywanka  (odbywam ja codziennie od kilku do kilkunastu razy, bez wzgledu na miejsce w ktorym jestem, w Szanghaju tez) : skad jestem? Ile juz jestem w Chinach? Potem nieuchronnie nastepuje stwierdzenie, ze moj chinski jest bardzo dobry (na to trzeba sie machinalnie usmiechnac i powiedziec “alez skad”) i czy – to juz opcjonalnie – 中国好玩儿 (cos w stylu czy dobrze bawie sie w Chinach). Po przepytywance straznik rzecze: “no to w takim razie byl tu ktos kompletnie identyczny, jak ty. A wlasciwie to byla ich nawet piatka, kobiet i mezczyzn”

Scena 3 – Sanxingdui (muzeum z przedmiotami z krolestwa Shu – ok 1300 lat p.n.e)

Na wejsciu do muzeum info, ze studenci placa polowe (ceny biletow wstepu w Chinach sa zawrotne, ten kosztuje 80 kuajow, to tak, jakby u nas bilet wstepu do muzeum kosztowal 80 zlotych). Pokazuje legitymacje mojej szanghajskiej uczelni – identyczna jak kazda inna legitymacja w tym kraju. Pani na to sie krzywi, i mowi, ze zagraniczni studenci chinskich uczelni musza kupic caly bilet. Pytam sie, na jakiej podstawie odroznia cudzoziemca. Pani sie smieje, ze takie idiotyczne pytanie, przeciez wiadomo. No wiec sie pytam, jak odrozni Koreanczyka – wygladem zblizony, w legitymacji imiona i nazwiska Koreanczykow zapisywane sa znakami. Sa tez tak samo “skonstruowane” jak chinskie:  najpierw jednoznakowe nazwisko, potem dwuznakowe imie, nazwiska tez te same – koreanski Kim to chinski Jin etc.. Prosze o rozmowe z szefem. Szef jest bardzo grzeczny. Ostroznie sugeruje, ze ”wielu cudzoziemcow w Chinach pracuje i w weekendy sobie chodzi na jakies kursy” . Pyta sie tez, czy moze zobaczyc moja wize. Osoby z obslugi tez zerkaja i robia uwagi, ze w takim wieku 还没毕业 – jeszcze nie ukonczyla studiow (wiekszosci osob nie miejsci sie w glowach, ze mozna studiowac cokolwiek dalej niz licencjat, nie mowiac oczywiscie o doktoracie).   Po godzinie od przyjazdu pod muzeum wchodze do srodka. Mam dosyc i wlasciwie nie chce juz ogladac zadnego muzeum, wydaje mi sie to w tej chwili smieszne a krolestwo Shu jeszcze odleglejsze. Z biletem za pol ceny, lykajac lzy upokorzenia i zmeczenia. W srodku sa rzeczy nieprawdopodobne – czterometrowe “kosmiczne drzewo” z brazu, setki niepokajacyh masek z brazu i zlota. W innych warunkach pewnie piszczalabym z zachwytu. Na zewnatrz – tablice pamiatkowe – kto z wielkich zwiedzal muzeum. Najwieksza na Towarzysza Hu Jintao: “Towarzysz Hu Jintao z uwaga zwiedzil ekspozycje, po czym na koniec, poruszony, powiedzial z uczuciem: Ta wystawa jest naprawde niezla. Konstrukcja budynku (hala wystawowa w formie wiezy, po ktorej sie wspina zwiedzajacy – K.P.) ukazuje postep i rozwoj narodu chinskiego” .

Scena 4 – Chengdu 

Po upokorzeniach Sanxingdui wracam do Chengdu. Chce kupic jablko. Dziewczyna bierze, wazy i mowi cene: 5 yuanow. Jablka w Chinach sa drogie, ale jedno to maksymalnie 2.5 kuaja. Mowie jej to. Zdziwienie: “przeciez wy Amerykanie macie mnostwo pieniedzy”.

Jalbka oczywiscie nie kupie, wracam do hotelu. A tam przy lozku koszyk – a w srodku 2 banany i pomarancza. Z tabliczka: “darmowe owoce od hostelu”.

Scena 6 – tez Chengdu

Jade do centrum hodowli pandy wielkiej – w nadziei, ze chociaz moze zwierzeta beda sie inaczej zachowywac. Wysiadam na gigantycznej petli przesiadkowej, brak oznaczen przystankow. Mam dosc i lapie taksowke.

Taksowkarz, autorytatywnie: Chengdu jest najfajniejszym miastem Chin.

Ja: taaak? (真的吗?)

Taksowkarz: A nasz mandarynski jest najpoprawniejszy w calych Chinach. Mowi to kaleczac wszystkie koncowki wyrazow – np. Meiguo, Ameryka ( taksowkarz bowiem jest przekonany, ze z niej wlasnie pochodze) to w jego ustach “meigui” – “roza”

Ja: Ale cudzoziemcow to u was chyba nieduzo?

Taksowkarz: Nie, przeciwnie, bardzo duzo.

Ja: Ale co chwile ktos wola:”o , laowaj” wiec chyba sa nieprzyzwyczajeni

Taksowkarz, smieje sie: nie, nie, sa przyzwyczajeni, tu jest bardzo duzo obcokrajowcow.

Ja: Jak tak wolaja, to czuje sie jak mapla w zoo, a nie czlowiek

Taksowkarz, zasmiewa sie: to niby co maja wolac?? 

Gdy dojezdzam, ogarnia mnie jeszcze wieksze przygnebienie. W naturze zostalo mniej niz 1000 pand – za malo, zeby przetrwaly – szczegolnie, ze nie moga poruszac sie swobodnie pomiedzy poszczegolnymi, poodzielanymi ludzkimi konstrukcjami, siedliskami. W centrum jest ich okolo 50-ciu, reintrodukcja pandy wychowanej w niewoli do srodowiska naturalnego jeszcze nigdy sie nie powiodla. Po centrum chodza grupki ”laowajow” i seplenia do pand: “jestem taaaki slicny, taki slodziutki, oj, oj, jak siobie lezie i jem, ciu, ciu” . Ogladam tez film dokumentalny o pandach w centrum. Na filmie pandy uspione badane na okolicznosc najbardziej rozniacego sie materialu genetycznego przyszlych rodzicow,  pandy sztucznie zapladniane, panda-matka rodzaca przy 4 kamerach swoje pierwsze dziecko. Zupelnie zdezorientowana patrzy w oslupieniu na malenkie, nowonarodzone zwierzatko, bije raz po raz pazurzasta lapa piszczace rozowe stworzenie wielkosci myszy. Jedna z badaczek wpada do klatki i nie zwazajac na rozwscieczona matke-pande, chwyta “niemowle”, tuli jak dziecko i wybiega z klatki.   

Scena 6 – tez Chengdu

Ide do…klasztoru (jakkolwiek ladnie by to nie brzmialo). Mam nadzieje, ze tam znajde cisze i swiety spokoj, mam nadzieje tez zjesc cos w przyklasztornej jadlodajni i poczytac ksiazke w herbaciarni. Gdy czekam na posilek, pojawia sie 85 letni (sam mowi), ubrany w stary plaszcz Armi Ludowo-Wyzwolenczej mezczyzna, ktory zagaduje do mnie po angielsku, po czym sie przysiada. Prawie nic nie rozumiem, ale ewidentnie opowiada historie swojego zycia. Co chwila zapomina, co juz powiedzial, a czego jeszcze nie, mowi od poczatku to samo, jedzenie tryska na wszystkie strony. Chce temu 大爷 okazac szacunek, odpowiadam kilkakrotnie na te same pytania, slucham, kiwam glowa. Tak naprawde chcialabym sie gdzies ukryc w kacie, tak, zeby nikt mnie nie widzial, zebym mogla w spokoju sobie posiedziec. Gdy posilek dobiega konca, wstaje, zycze wszystkiego dobrego i wymykam sie – do herbaciarni na drugim koncu klasztorengo kompleksu. Siorbie herbate, czytam ksiazke. Ech, szkoda tylko, ze nie wzielam zadnych 瓜子 (pestek) do skubania. No, ale nie mozna miec wszystkiego. Zaglebiam sie w ksiazke, po czym znowu slysze nad soba glos 大爷: “Miss, Miss!”. Podnosze glowe. Dziadek stoi nade mna, a w reku trzyma torebke pestek slonecznika: “przynioslem Ci troche pestek. Pasuje do herbaty”. Kladzie paczke na stole i oddala sie, kustykajac i postukujac laseczka. 

Za dwa dni wracam do Szanghaju.

27

02 2010

Homo viator sinensis i atak bzdury

Po przejechaniu 320 kilometrow w sumie w 12 godzin, po zatrzymaniu sie na 2 dni w miasteczku przy pograniczu wietnamsko-laotansko-chinskim (trojjezyczne napisy na sklepach, jak sie dowiedzialam bynajmniej nie dlatego, ze te trzy narody razem tam zyja, tylko dlatego ze latem narody pozostale przyjedzaja na gigantyczny festiwal, przy okazji zaopatrzajac sie w chinskie dobra), po kilkakrotnym zatrzymywaniu autobusow, ktorymi jechalam przez kilka patroli policyjnych przycupnietych za kurniczkiem przy stoliczku (Birma, Birma! prochy!):

DSC03982

… po przejechaniu nastepnych 180 kilometrow w 8 godzin (calkowicie zerwana nawierzchnia gorskiej drogi, koparki ryja gory zeby poszerzyc droge, nieraz trzeba bylo czekac godzine, zeby zepchnely ziemie do wawozu, to ponizej to nie pustynia Gobi, tylko yunnanska droga):

DSC04113

… jednym slowem po ciezkej podrozy dotalam do regionu zwanego Xishuangbanna. Ta nazwa dlatego brzmi srednio chinsko, ze jest kalka fonetyczna z jezyka dajskiego (czyli jezyka 傣族 daizu, czyli ludu Dai) zamieszkujacego region. Pierwsze miejsce z regionu, do jakiego dotarlam to miasteczko, ktore choc ma tylko 3 ulice, to jednak ma tez najwiekszy w Chinach ogrod botaniczny roslin tropikalnych. Przechodzi sie mostem podwieszanym doplyw Mekongu (na zdjeciu ow doplyw)

DSC04252zeby znalezc sie w olbrzymim, wypielegnowanym ogrodzie, gdzie rosna cuda jak z innego swiata. Poszlam z samego rana, gdy jeszcze mgla sie nie podniosla. Wyjawszy to,  ze z zza krzaka (przeegzotycznego) leciala skrycie Sonata Ksiezycowa, to bylam zachwycona ogromem dziela, pajeczynami wielkosci, ksztaltu i gestosci siatki na zakupy, mnogoscia kwiatow, owocow no i calym natlokiem przyrody. No bo np. taki listek ponizej,  dla lepszego oddania skali, na listku polozony jest paszport Rzeczpospolitej Polskiej:

DSC04325

No wiec bylo milo, dopoki nie pojawil sie gatunek niezwykly, acz coraz szczerzej rozpowszechniony – chinski turysta (homo viator sinensis ):

DSC04360

DSC04339

 Chinski turysta wystepuje gromadnie, przemieszcza sie w stadach od kilku do kilkunastu osobnikow. Gatunek ten wybiera czesto srodek transportu jakim jest bialy meleks-autobusik. Dzwiek jaki towarzyszy pojawieniu sie stada tego gatunku to glos znieksztalcony tubo-megafonem. Chinski turysta ma tez przy sobie szczegolna bron, przy pomocy ktorej poluje na ladne obrazki – aparat fotograficzny wielkosci wiadra. Gdy osobnik alfa wyda ryk bojowy, np. “aaa, motylek na kwiatkuuu!!”, stado galopem udaje sie w kierunku  wskazanym przez przewodnika stada, z broni zas padaja szybkie strzaly migawki (motylek ucieka w panice, zostaje sam kwiatek).

Chinski turysta nie zamieszkuje zwyklych hotelikow – te sa dobre dla robotnikow. Chinski turysta w rzeczonym miasteczku juz niebawem zamieszka w ociekajacym zlotem, pseudotajskim hotelu nad brzegiem rzeki (na wykonczeniu). Tam bedzie mogl wybierac do woli w zachodach i wschodach slonca nad rzeka – robic zdjecia zachodu slonca swietlistego, ale z cieniami, wschodu troche z mgla, ale nie bardzo, miec kontrole nad chmurami, zeby mialy ksztalt ten, co ladnie wychodzi na zdjeciach etc. 

Pojawienie sie stad gatunku homo viator sinensis u innych gatunkow powoduje natychmiastowa chec ucieczki z zawladnietego przez chinskiego turyste ekosystemu. Nie inaczej tez bylo ze mna. Wymknelam sie z ogrodu i jelam zastanawiac sie, gdzie by tu konstruktywnie uciec. Ze (zdradziecka, jak sie pozniej okazalo) pomoca przyszly mi przewodniki – Lonely Planet i przewodnik chinski. Oba jednoznacznie wskazaly na miejsce o niewinnej nazwie “Dolina Lasu Deszczowego” – jako “niewielki ale doskonale zachowany fragment - cos takiego, niespodzianka- lasu deszczowego”. Niewielki, ale doskonale zachowany fragment lasu deszczowego okazal sie wyjatkowo dobrze zachowanym kawalkiem bzdury tak strasznej, kitu tak zenujacego,  ze problemem nie bylo juz nawet, jak to zwykle przy ataku ze strony bzdury bywa, smiac sie czy plakac, ale jak (i dokad??) uciec.

Ze cos  durnego sie swieci, dotarlo do mnie juz na wstepie (niestety juz po zaplaceniu za bilet jak Cygan za matke albo za kogo tam). Dajska przewodniczka (akcent arcyciekawy, tyle ze trudny do zrozumienia, slychac, ze jezyk dajski jest nie tylko jezykiem tonalnym, ale ma tych tonow mnostwo, a najpewniej jeszcze – podobnie jak tajski – i rejestry, co owocuje swoistym “plumkaniem” gdy taki native speaker gada po mandarynsku) wyjawia mi z tajemnicza mina, ze w Dolinie Lasu Deszczowego zyje plemie, ktore nie mowi po mandarynsku (no, takich plemion to ja moge wskazac na peczki nawet bez biletu za 120 kuajow) i trzeba je, znaczy to plemie, pozdrawiac wnoszac do gory  piesc i krzyczac “hu-ha”. Kazala mi przecwiczyc na trzy-cztery. Potem moja blada geba zostaje pomalowana jakims mazidlem, a potem to juz bzdura jela przyrastac w tempie geometrycznym. Nad naszymi glowami przelatuja na lianach ucharakteryzowani na dzikich mlodziency (wiadomo najlepiej wychodzi sie “na dziko” po rozczochraniu i usmarowaniu policzkow sadza). Za jedyne 10 kuajow zostaje zmuszona do zalozenia wianka i chodzenia za raczke z “plemieniem” zawodzacym smetna piesn (pewnie spiewaja “dalej razem, wszyscy spolem, chodzimy z turysta-matolem”, albo cos w tym stylu), wszedzie leza pomalowane czerwonym sprayem krowie czaszki, bo “krowa to ich totem” (i tak sie wala??). Kiedy zostaje usadzona w lesnym amfiteatrze w celu ogladania “tancow plemiennych”, obok mnie siada, w celu przysporzenia mi egzotycznych doznan, rozczochrany mlodzieniec w barwach wojennych (pewnie po pracy zaraz zmyje, no bo jak tak pojdzie do kafejki internetowej?) i klaszcze – dla wiekszej dzikosci i egzotyki – stopami (szkoda, ze nie uszami za to bym jeszcze doplacila chetnie z 50 kuajow) . Siedze chwile, po czym zwyczajnie nie wytrzymuje, wymawiam sie, ze droga daleka, a przed zmrokiem musze do miasteczka wrocic i zwiewam…Katem oka widze jeszcze tylko, ze za mna siedza, czekajac na wystepy, osoby o minach miejskich wyksztalciuchow, na miejskich glowach maja wianki, w rekach te swoje aparaty wielkosci miski i gladko lykaja te bzdury, ktore serwuja im “dzicy” swa dzikoscia i przewodniczki swa mowa. Coz, gdzie w gre wchodzi mozliwosc poplawienia sie w dumie z wlasnego “cywilizowania”, “postepu”, sposobnosc obejrzenia wlasnej cywilizowanej postaci w oczach i na tle “dzikiego”, tam chwilowo zostaje zawieszony chinski uniwersalizm roznych “rozwojow”, “cywilizowan”,  “harmonii spolecznych”, “naukowych podstaw”. Zapomina sie, ze tymi wszystkmi dobrodziejstwami powinien zostac objety takze i ten usmarowany sadza, klaszczacy stopami blizni. Ja nie wytrzymuje i pytam wracajac (uciekajac?) do wyjscia, co wsrod “dzikich” z obowiazkiem szkolnym. Przewodniczka na to gladko: “Rzad chcial ich edukowac, ale oni sie nie zgadzaja na edukacje”. No wiec przestaje zadawac glupie pytania i zwiewam ostatecznie.

Dodam tylko tyle, ze po tych upokorzajacych zdarzeniach i ogolnym przygnebieniu spowodowanym wpadnieciem ze swiata tarasowych pol do swiata piramidalnej bzdury, oraz po kolejnych paru godzinach jazdy, udalo mi sie wreszcie wyrwac w miejsce piekne i sympatyczne. Jestem pare kilometrow od birmanskiej granicy. Jezdze wyjatkowo antycznym rowerem po dajskich wsiach – dookola drzewa kauczukowe, we wsiach drewnane domy na palach, hinajanistyczne swiatynie, stupy z odpadajaca pozlotka, przy nich zlozone jak trzeba ofiary, nastoletni mnisi w pomaranczowych szatach i adidasach robia sobie proce… Gatunek chinski turysta jakos tu nie wystepuje. Za malo cywilizowanie zeby zaszpanowac byciem tutaj, za bardzo cywilizowanie, zeby kontynuowac rozkosze przegladania sie w oczach dzikiego. Dla mnie w sam raz – ale o tym nastepnym razem. Dzis po wczorajszej calodziennej jezdzie moim “dziadkowym” rowerem z trudem moge przybrac pozycje siedzaca.

07

02 2010

Dolina tarasow 2

Z bolem serca wyjezdzam z doliny. Dzis na odchodne polazilam sobie jeszcze troche po okolicy. Poszlam do wioski widocznej z mojego okna. Ech, przez doline wydawalo sie blisko. Tylko ze nie leci sie na przekroj doliny w powietrzu. Do wioski prowadzi jedynie droga piesza, a najwiekszy uczestnicy ruchu jacy sie na niej zmieszcza (i to tylko do pola za wioska) to bawoly wodne:DSC03896

Dalej tylko stroma sciezka wsrod bambusow:

 

DSC03830

Chatki z gliny nie wypalanej – podrapalam sciane i zostala mi glina w reku, dziury pomiedzy takimi cegielkami na przestrzal, wlasciwie to bardziej azur niz sciany. Az strach pomyslec, co by tu bylo, gdyby bylo trzesienie ziemi.

DSC03862

DSC03886

Gdy wracam na tej samej sciezce pod kepa bambusow (ech, dopiero tutaj zrozumialam w pelni, dlaczego mowi sie, ze bambus sie smieje: w tej idealnej ciszy gdy uslyszlam ten dzwiek az podkoczylam, zupelnie jakby ktos za mna byl - a tam tylko kempa bambusow, przy wietrze jeden o drugi uderza i trze i tak wydaje ten niesamowity smiejacy sie dzwiek) siedzi 5 kobiet ludu Yi i wyszywa te swoje cuda. Pytam, czy moge zrobic im zdjecie. Odpowiedz otrzymuje juz w jezyku lokalnym, bo okazuje sie, ze zadna z nich nie mowi po mandarynsku, jedna tylko, nieco mlodsza od reszty (ok 35 lat) wplata pojedyncze slowa i w ten sposob zaczynamy “rozmawiac” (swoja droga jak widze na wioskowych szkolach te napisy: “请说普通话” –  prosze mowic po mandarynsku, to wydaje mi sie ze rownie dobrze mogloby by tam byc “prosze mowic po marsjansku”).

Czasem tak to bywa, ze ludzie nie maja wspolnego jezyka a i tak jakos mozna sie porozumiec lepiej niz niektorymi, co sie z nimi na jedynych czytankach wyroslo. Najstarsza z kobiet klepie reka ziemie obok siebie, bierze mnie za reke (jej reka jest twarda jak nieobrobione drewno) i tak laduje pod bambusami z wyszywajacymi kobietami plemienia Yi.  Zagladaja w moj aparat, smieja sie, po czym jedna zdejmuje wyszywana bluze, druga pas – pawi ogon, trzecia chuste, ustrajaja mnie, smieja sie, klaszcza w dlonie z uciechy, biora w chropowate rece aparat i robia (krzywe) zdjecia. Poniewaz wygladam w tych strojach jak kompletne 傻子, przeto z szacunku do Czytelnika daruje sobie wklejanie.

W kazdym razie jak patrze na te mile kobiety, to przypominam sobie napis na murze, ktory widzialam w ich wiosce: “kobiety nie chca wychodzic za maz za analfabetow”. Ech ciekawe czy oprocz dzieci i osoby o ktorej za chwile, jest w wiosce ktos (mniejsza czy kobieta, czy mezczyzna) kto pofrafi przeczytac ten napis.

Dalej wracam do miasteczka z czworka mieszkancow wioski. Osoby te sa niejako modelowym wcieleniem tego, o czym pisalam wczoraj o tutejszych kobietach i mezczyznach. No wiec ida: mloda dziewczyna z dzieckiem na plecach (pawi ogon, piekne wyszywania, mowi po madarynsku lepiej niz tutejsi Hanowie, choc akurat ta ostatnia cecha jest absolutnie atypowa), jej mlody maz i rodzice dziewczyny. Gdy pytam sie mlodej mamy, jak dziecie (4 miesiace) ma na imie, dziewczyna sie usmiecha i mowi “a, to po prostu nasz maly skarb – 那就是我们小宝宝”. Zastanawiam sie, czy u nich tez jest tak, ze unika sie wymawiania imienia dziecka (jesli jakies juz ma), albo tez nadawania mu “doroslego” imienia, zeby zle duchy nie zwrocily na nie uwagi.  No wiec tak: starsza kobieta ubrana w tradycyjny stroj dzwiga wielki kosz blizej nieokreslonych dobr. Mlodsza - wspomniane dziecko. Ojciec rodziny nie niesie nic, ubrany jest w spodnie od zniszczonego garnituru i kurtke, pali papierosa (troche mowi po madarynsku np. “my tu jestesmy bardzo zacofani, nie?” gdy grzecznie protestuje, ze gory, ze trudnosci, on na to: ” a co tam gadac, jestesmy wyjatkowo zacofani i tyle”. Mlodszy – ojciec “malego skarbu” ma pofarbowane obciete asymetrycznie wlosy, fioletowa bazarowa bluze ze srebrna nitka i kolczyk w uchu. Oczywiscie nie niesie nic.

Szkoda mi opuszczac to miesjce. Tym bardziej, ze wiem, ze jesli tu kiedykolwiek jeszcze przyjade ( a chcialabym zobaczyc jesien, wtedy zamiast malych jeziorek beda zolte dywany ryzu) bedzie to w kazdym razie cos zupelnie innego. Czy uda sie znalezc model tzw. rozwoju dla tego miejsca bez zamiany go w skansen i czy - przede wszystkim – ktorejkolwiek ze stron bedzie na tym zalezalo – nie wiem. Przed jedna z wiosek stoi brama powitalna a na niej dwa napisy: “Lud Hani i partia reka w reke w walce o rozwoj i harmonie spoleczna na wsi” i drugi: “z calej sily walczymy o relatywny dobrobyt (小康)”. Nie wiem, jak te hasla-wytrychy oficjalnego dyskursu stosowane wszedzie jak leci w calych Chinach maja sie do rzeczywistych wyzwan stojacych przed dolina i jej mieszkancami. Boje sie, ze totalizujace “rozwoj”, “relatywny dobrobyt” i “harmonia” przybiora tu postac skansenizacji, modelu w Chinach zdecydowanie najpopularniejszego i stosowanego niemal automatycznie  w odniesieniu o wszelkie “tradycje”. I zalosne i przygnebiajace sceny, ktore widzialam np. w Egipicie, gdzie mieszkancy “beduinskiej wioski” widzac pyl wnoszony na pustyni przez quady turystow beda szybko przykrywac ludowymi kapami telewizory (nie zrozumcie zle, nie to, ze mysle, ze “nie powinni” ogladac czego im sie zywnie podoba) i rzucac sie do “tradycyjnych”, niepotrzebnych juz nikomu zajec, beda mialy miejsce i tutaj. Na wszelki wypadek na koniec posta, kilka zdjec tego, co jest teraz, jakkolwiek by to nazwac:

wybieranie welny na chusty

DSC03735

DSC03773

Zdjecie powyzej – nie znam sie na strojach ludowych, ale wydaje mi sie, ze ta osoba nalezy do grupy nazywanej w Wietnamie Czarnymi Hmongami (tutaj uznawanych za podgrupie ludu Miao). We wsi:

DSC03847

DSC03868Na polu (nadal z “pawimi ogonami” charakterystycznymi dla Yi):

DSC03819

 tarasy:

DSC03233

DSC03386

01

02 2010

Dolina tarasow

Od trzech dni siedze w malym gorskim miasteczku, co paradoksalnie oznacza duzo lepszy dostep do internetu niz w Kunmingu. Jazda trwala 7 godzin, a to co za oknem robilo przygnebiajace wrazenie. Dookola rozciagaly sie widoki cechujace sie roznym stopniem zdewastowania i wyjalowienia. Cale szczescie ze w autobusie bylo ciekawiej. Sklad osobowy stanowili  niemal wylacznie mieszkancy doliny + 3 laowaje. Te dwa pozostale jeszcze dziwaczniejsze, bo Australijka, jak sama przyznala, nie ma domu i wszyskie rzeczy ma ze soba, a drugi laowaj to Francuz, co oznacza ni mniej nie wiecej, ze zdecydowal sie na opuszczenie najlepszego, najwspanialszego naj, naj naj kraju, czyli Francji, czyli ze nie jest typowy. No ale mniejsza z nimi. 7 godzin konwersacji z pasazerami dalo mi niezly wglad w to, jakim tu sie chinskim mowi. Wspolpasazerowie dwoili sie i troili zeby mowic standardowym madrarynskim i juz po jakiejs godzinie zaczelismy osiagac porozumienie niezbedne do prowadzenia konwersacji. A raczej sesji pytan i odpowiedzi.

pasazerowie: u was sie grzebie czy kremuje?

ja: raczej grzebie

pasazerowie: a wykopuje sie po roku?

ja: nie

pasazerowie ( z mina “no tak, to jednak barbarzyncy”): czyli jak juz pogrzebiecie to juz was zmarly nie obchodzi?

ja: tlumacze, ze my tez mamy takie qingmingjie jak u nich, tylko kiedy idziej, ze palimy swieczki, kwiatki kupujemy

pasazerowie: uspokojeni, mozemy rozmawiac dalej.

Jazda dala mi tez niezly wzglad w tutejsze sposoby spedzania wolnego czasu. Wspolpasazer obok wiozl faje bambusowa wielkosci traby slonia i narzekal na bol glowy niewiadomego pochodzenia (niewiadomego, bo nie pamietal, co robil w Kunmingu ostatniego dnia pobytu).

No ale nic – szczegolnie degradacja za oknem – mnie nie przygotowalo na powalajace piekno tego miejsca. Owszem, widzialam w zyciu rozne pola tarasowe, zdjecia ogladalam, ale takiego poczucia przestrzeni, takiej trojwymiarowosci sie nie spodziewalam. Gdy wyslalam ojcu wlasnemu zrobione komorka na fali euforii zdjecie kilkusetmetrowego zbocza z tarasowymi polami myslal, ze to z samolotu.

Zdjec dam wiecej jak wywolam zdjecia z normalnego aparatu, na razie tylko kilka “malpek”:

DSC03213DSC03229DSC03318 DSC03352

DSC03347

DSC03540

Pierwsze dwa zdjecia (wschod slonca) z tarasiku dla turystow (na wschod slonca stawia sie okolo 30 osob,  Chinczykow, maja gigantyczne aparaty i wysokie wymagania: zeby slonce bylo na czerwono, zeby bylo 云海 “morze chmur” ale nie za duze, troche mgly bo to dodaje tajemniczosci, ale nie za duzo no i “odpowiednie” chmury etc.). Cala reszta z drogi, bo takie miejsca “z tarasikiem” staram sie mijac szerokim lukiem, po prostu tym razem ktos mi zaproponowal podwiezienie na miejsce atrakcji – czyli miejsca gdzie powinno sie obserwowac wschod slonca.

Narazie wystarczy doslownie zrobic jeden krok w bok drogi, aby swobodnie chodzic walami pomiedzy polami (jak labirynt, tylko w trzech wymiarach no i niezle cwiczenie na rownowage, raz oscylowalam w strone blota siedzeniem, raz twarza, ale skonczylo sie bezkolizyjnie), krazyc po tonacych w ciszy (no, poza odglosami odzwierzecymi)wioskach zamieszkalymi przez ktoras z tutejszych mniejszosci (ktore w przedstawianej tu dolinie sa wiekszoscia). Czasem tylko natrafia sie na znaczne (gabarytowo) przeszkody w ruchu:

DSC03274

Gdy w koncu zwierz oddala sie kolyszacym krokiem, oczom ukazuja sie np. takie widoki (w wioskach specjalnie nie fotografowalam, chyba ze nikogo nie bylo, albo nikt akurat nie patrzyl, wiec zdjec wioskowych nie mam duzo i nie sa specjalnie reprezentatywne):

DSC03593

DSC03034

DSC03596

W wioskach jest prad, ale nie jest za duzo uzywany, moze jedna zarowka na dom, woda biezaca jest na zewnatrz w postaci strumieni, toalety podobnie. Jako opal sluzy zbierani przez mieszkancow po gorach i noszony na plecach chrust i odchodzy zwierzat (na zdjeciu ponizej wlasnie sie susza)DSC03413

No ale oczywiscie najwazniejsi w tym wszystkim sa mieszkacy tych wsi i autorzy tarasow. Wioski sa zamieszkane przez trzy ludy: Hani, Dai i Yi. Niektore wioski sa wylacznie zamieszkane przez jedno “minzu” niektore przez kilka. Jest kilka wiosek gdzie mieszkaja Hanowie. Rozroznienie tych narodowosci nie nastrecza problemow, jako ze prawie dokladnie pol populacji kazdej z tych ludow nosi stroje etniczne. To pol populacji to po prostu jej kobiety (jako, ze moj snajperski obiektyw zostal w Polsce i przyjedzie do mnie wraz z rodzicem dopiero pod koniec marca, przeto zdjec ludziom tez specjalnie nie robie, chyba, ze nie widza, albo od tylu, ale tak sie sklada ze stroje tutejsze sa naprawde ladne od tylu…):

Lud Hani 哈尼族:

DSC03517

DSC03535DSC03052

Lud Yi 彝族:

DSC03045DSC03527Lud Dai 傣族:

DSC03037

Jak juz wspomnialam to kobiety stanowia sile pociagowa jesli chodzi o identyfkacje wizualna poszczegolnych ludow. Gdy wczoraj jechalam lokalnym transportem (trzykolowka ucharakteryzwana na samochod) pochwalilam piekno stroju prowadzacej pojazd dziewczyny (lud Yi). Byl rzeczywiscie piekny, czewony z “pawim ogonem”, dzowneczkami, srebrnymi aplikacjami. Kompletny tylko bez chusty, bo niewygodnie prowadzic. No wiec chwale, a ona na to, ze jej bardziej sie podoba stroj normalny i dodala z westchnieniem “ale nam nie pasuje”.

Faceci starsi ubieraja sie po roboczemu i wygladaja, gdy tak ida razem z kobietami, jak z innego swiata:

DSC03570

Mlodsi mezczyzni i nastolatki to z kolei pokaz farbowanych wlosow, fikusnych jeansow i innej meskiej proznosci.

Ogolnie to trudno oprzec sie wrazeniu, ze kobiety stanowia sile pociagowa tutejszych minzu takze w wielu inych znaczeniach. Powszechnym widokiem sa kobiety powyzszych ludow (drobniutkie, postura 13-latki) noszace cegly (slupek dlugosci i szerokosci wiekszej niz plecy), kamienie, pracujace przy reperowaniu drog. Oczywiscie wszystko nadal w strojach etnicznych:

DSC03049 A faceci? Fajka wielkosci traby slonia, ktora wiozl z Kungmingu moj wspolpasazer, to tutaj rzecz powszechna. Mezczyzn, przewaznie starszych, absolutnie pochlnietych jej paleniem mozna spotkac na wsiach…

DSC03044

…i w srodku pola (tez mam zdjecie, ale jakos nie moge w tej chwili znalezc). Mlodsi faceci zajeci sa eksponowaniem fryzur i jeansow – najlepiej robi sie to siedzac calymi tabunami na drodze laczacej wioski na motorach i stukajac w komorki. To wszystko + wielkie ilosci sprzedawanego w wioskowych sklepikach alkoholu nie nastraja optymistycznie, jesli chodzi o przyszlosc rzeczonych minzu. Choc patrzac na te wszystkie olsniewajace kolorami i haftami stroje, widzac mlode energiczne kobiety i supersilne, choc drobniutenkie starsze, moze sie wydawac, ze tutejsze minzu przezywaja rozkwit (do tego na wiekszosci odzianych w barwne stroje plecach, jesli akurat nie ma na nich chrustu, cegiel, kosza z warzywami jest haftowane zawiniatko z niemowlakiem), to jednak schylek wisi w powietrzu. A jesli nie schylek to “wuzhenizacja” (od wioski Wuzhen calkowicie odtworzonej na obraz i podobientwo marzen turystow z Szanghaju, o ktorej pisalam w pazdzierniku). Na razie tarasow widokowych, ktore ”uturystyczniaja” piekne widoki jest chyba 3 (a widokow tysiace, wystarczy tylko zejsc i to nawet nie bardzo z glownej drogi). Rok temu zrobiono tez droge i wprowadzono “posterunek” koszacy bilety (na razie dziala tylko w porach najbardziej pozadanych przez chinskiego turyste – przy wschodzie slonca i jego zachodzie).

Wraz z gwaltownym rozwojem turystyki wewnetrznej przed tarasami niby rozciaga sie niezla przyszlosc biznesowa. Ludy zamieszujacy doline byc moze juz za pare lat moglyby zyc z samych biletow wstpeu. Jest tylko jeden problem: Wuzhen nawet bez mieszkancow bylo “ladne”. Ale tutaj, bez codziennej skrajnie ciezkiej pracy mieszkancow, ciaganace sie kilometrami wzdluz doliny (i w jej gore) tarasy, zmienia sie w zwykle zdewastowane zbocza gor, w niczym nie przypominajace ogrodu, ktorym sa teraz. Beda dokladnie takie, jak te wszystkie lyse zbocza ktore mijalam podczas jazdy autobusem.

01

02 2010

Kunming – obserwacja uczestniczaca

Po locie, podczas ktorego uraczono pasazerow lzawym filmem o zeszlorocznym trzesieniu ziemi (dialogi w rodzaju: dziecko uwiezione od gruzami do zolnieza Armi Ludowo-Wyzwolenczej: “Wujku PLA, wiedzialem ze po mne przyjdziecie”, wujek PLA: “Jestes najdzielniejszym dzieckiem na swiecie”, po czym zaslania dziecko wlasnym cialem przed walacym sie sufitem, albo oficer do rzeczonych PLA stojac na gruzach: “kiedy ratowalismy podczas trzesienia ziemi w 1976 mielismy tylko lopaty i wlasne rece, teraz dzieki Reformom i Otwarciu mamy ten nowoczesny sprzet”) zladowalam w Kunmingu. Wczesnej jeszcze tylko samolot ladujac wszedl w zlosliwie tkwiacy posrod pieknej pogody maly front burzowy, ktory spowodowal wyjatkowo ciekawe turbulencje,  pasazerowie jeli jak jeden maz wydawac odglosy gorsze niz najgosza nawet burza, zuzywajac przy tym caly zapas ”torebek czystosci”.

Najciekawszym elementem Kunmingu sa niewatpliwie sami Kunmingczycy. Jest to tak ewidentne, ze po krotkich obserwacjach wstepnych, postanowilam zarzucic tzw. zwiedzanie (nie to, ze kiedykolwiek mialam je specjalnie w planach) i poswiecic sie calkowicie obserwacji uczestniczacej populacji miasta Kunming. Obserwacja uczestniczaca populacji miasta Kunming to wyjatkowo mile i relaksujace zajecie. Jak sama nazwa wskazuje, zaklada uczestniczenie w tym, co robia sami badani. A juz wstepny etap badania wykazal, ze zajmuja sie oni glownie:

1. Graniem w karty:

DSC02558

2. Graniem w go

DSC02789

3. Graniem w blizej niezidentyfikowane gry:

DSC02758

DSC02570

4. graniem w madzonga:

DSC02769

5. Puszczaniem latawcow (wymaga to jak widac zaawansowanego technicznie sprzetu)

DSC02543

6. Wyprowadzaniem ptakow na spacer (wynosi sie klatke z ptakiem spiewajacym, ptak spiewa, sie slucha)

DSC02573

7. Lowieniem zlotych rybek i ponownym ich wypuszczaniu do wody:

DSC02620

8. Piastowaniem dzieci:

DSC02503

9. Paleniem cholera wie czego  (gwoli sprawiedliwosci nalezy zaznaczyc, ze to mniejszosc)

DSC02627

10. czytaniem gazet:

DSC02560

DSC02795

11. siedzeniem godzinami w plenerowej herbaciarni, siorbaniem, dolewaniem sobie wody z 3 litrowego termosika. Czynnosci te moga byc laczone z dowolnymi (no moze z wyjatkiem puszczania latawcow) czynnosciami z listy powyzej.

Poniewaz nie mam latawca, ptaka w klatce, nie pale, nie umiem grac doslownie w nic, pozostalo mi siedzenie i picie herbaty, oberwacja skaczacyh po plenerowej herbaciarni wiewiorek, podsluchiwanie okolicznych rozmow (“cos malo dzis wiewiorek”, “faktycznie” etc.), masaz uliczny dokonywany przez niewidomego masazyste i granie w gry (pozornie) proste, np. rzucanie pilka do piramidy z puszek (mozna bylo zgarnac 200 kuajow za przewrocenie piramidy, zagralam na zasadzie “glupi to ma zawsze szczescie” ale nic nie wygralam) .

Obserwacja nie miala charakteru ilosciowego, bo po kilku godzinach spedzonym na takim zyciu odechciewa sie wszelkich zaawansowanych operacji myslowych. Kunmingowi jestem winna jeszcze conajmniej jeden wpis – architektoniczny, ale, jako, ze jedyna kafejka internetowa, jaka tu znalazlam wymaga jakiejs specjalnej karty internetowo-dozorujacej, ktorej rzecz jasna nie mam (ja: “to moze Wam pokaze moj paszport i bedzie ok?”, oni: “tak to dzis nie, jutro”. No tak, manana dobrze sie wpisuje w krajobraz) a w schronisku (backpackerskie piekielko, tak mi sie jakos zarezerwowalo,  mam nadzieje, ze na dalszej trasie uda mi sie uniknac takich miejsc) trzeba pisac na stojaco, to wszystko to, wraz z przedpotopowa predkoscia schroniskowego komputera (kto z komentujacych pisal, ze tu nawet komputery chodza wolniej?) sprawia, ze sie odechciewa. Kolejnego wpisu naleznego Kunmingowi dokonam wiec juz w kolejnym miejscu (jak znam zycie, tam bedzie z internetem latwiej) do ktorego udam sie jutro – beda to wioski z tarasowymi polami ryzowymi jakies 70 km od granicy wietnamskiej (V. oczywiscie, ze pomacham w strone Yuenanu!)

28

01 2010

Ogłoszenie drobne

Po przesiedzeniu 6 miesięcy w Szanghaju, po napisaniu 2 artykułów i 9 prac semetralnych, po schudnięciu 5 kilo, a następnie przytyciu 2 w wyniku siedzenia i pisania tychże prac, zostawiwszy chałupę w nagrodę osobie, która najdzielniej zczytywała mi te dzieła, jadę, byle dalej (no ale wciąż nie najdalej jak się da, czyli gdzieś pod granicę z Kirgistanem, tak to mi się pewnie zrobi dopiero po drugim semestrze). Miałam jechać do dongbei – na Połnocny Wschód, oglądać harbińskie rzeźby z lodu, obserwować przez wyczesaną lornetkę drugi brzeg rzeki Yalu, którą przepływają wpław do Chin mieszkańcy raju stworzonego rewolucyjmi ręcami Ukochanego Przywódcy Kima i sprobować, czy dongbejska kiszona kapusta rzeczywiście jest taka jak nasza (z opisu produkcji wynika, ze zupełnie taka sama, a jak ostatnio uszczknęłam harbińskiej kiełbasy i okazało się, że ma zupełnie polski smak, wierzę, że i z kapustą mogłoby być podobnie – tzn. nie, że smakuje jak kiełbasa, tylko jak polska kapusta).

Ale ostatecznie jadę do prowincji, gdzie żyje 25 z 56 rozpoznawanych przez ChRL mniejszości etnicznych (stanowią w tejże prowincji ok 40% ludności), gdzie są i południowowschodnie stupy i klasztory lamaistyczne, i palmy i śnieg, i słonie i jaki, no i cała masa przemytników heroiny w pocie czoła wytwarzanej przez sąsiadujący birmański reżim. Czyli do Yunnanu.

Ha, kiedyś, kiedy jeszcze nie było Youtube’a (choć akurat w sumie teraz też i nie ma), ale było już Google (którego też w sumie pewnie niedługo też nie będzie), stałam po wietnamskiej stronie granicy (po której jeszcze wtedy nie było McDonalds’a!), komórka łapała zasięg chińskiego operatora (komórki były, tylko, że w Wietnamie polskie nie działały), za tą granicą był właśnie Yunnan, a do mnie jeszcze wtedy nie dotarło z pełną jasnością, że Azja, niczym malaria, już mi zalazła za skórę i że jak raz już zalazła, już nic się z tym nie da zrobić, trzeba już tylko będzie wracać i wracać.

Parę dni temu kupiłam przewodnik po Yunnanie i Sichuanie i otworzyłam na chybił trafił i pierwsze zdanie na jakie się natknęłam brzmiało: „Zmęczony życiem w Szanghaju?” Kiwam z pokrzywdzoną miną głową, widzę, że to do mnie, a przewodnik na to: „to jedź do Yunnanu!”. Ciekawe, czy w ramach chińskiego Nowego Roku, który przypada w tym roku na 14 lutego, z rady skorzysta również połowa Szanghaju i przyniesie do odległej prowincji kaganek szanghajskiego wenming (cywilizowania) a w ramach odpłaty zabierze wszelkie miejsca sypialne i podrabiane stroje ludowe. Podrabiane stroje ludowe niechaj biorą, a co do miejsc noclegowych akurat jestem dziwnie spokojna, przeczuwając, że fenomenu, jakim jest Chińczyk podróżujący, raczej miejsca noclegowe z mojego przedziału cenowego (dwie pierwsze noce w Kunmingu po 30 kuajów, czyli jakieś 12 złotych każda, niech żyje ten, kto majstruje przy kursie złotego!) nie interesują. W takim dziadowskim miejscu podobno ledwie człowiek przyłoży głowę do poduszki, a ta się podobno nań rzuca i twarz mu obrywa, tak, że potem nie da się załatać nawet największym aparatem cyfrowym ani najlepszą komórką, ani przysłonić najbardziej markowymi okularami. Po prostu dziura.

W każdym razie nie wychodząc z domu i nie odrywając oczu od komputera, kupiłam najpotrzebniejsze do wyjazdu rzeczy, w tym bilet lotniczy (dużo tańszy od pociągu, co wlókłby się 44 godziny) i tonę filmów do mojej antycznej lustrzanki (3 razy taniej niż w rzeczywistości pozainternetowej). Pozostało jeszcze tylko zakupienie czegoś fajnego do czytania na podróż (zdążę, bo księgarnia internetowa Dangdang potrzebuje niecałego dnia na dostarczenie książki). Pewnie będzie to Yu Hua (余华), którego ostatnio, nie bacząc na te wszystkie prace, pochłaniam po nocach, a który jest trochę jak Mrożek, trochę jak baśń, a ogólnie to ocieka jedyną w swoim rodzaju goryczą, groteskowo-przaśnym humoremi i spiętrza dzikie złoża absurdu. Jak Dangdang nie zdąży, kupię już w Kunmingu. Ale pewnie zdąży. Bo chiński internet to oprócz tego wszystkiego, co z daleka się w nim dostrzega czy też chce dostrzec, to przede wszystkim super sprawna, bardzo nowoczesna i wygodna machina konsupcyjno-marketingowa.

W efekcie powyższego, na co najmniej miesiąc blog zmieni trochę profil: na blog podróżniczy. Jeżeli okaże się, że w ramach chińskiego Nowego Roku pół Chin (łącznie z dongbejami, którzy mogą już w tej chwili zasadnie mieć dosyć nawet tych rzeźb z lodu, jeżdżenia kuligiem i ścigania się samochodami po przepływającej, a obecnie raczej nieprzepływającej przez Harbin rzece Songhua) wybrało się do ciepłego (teraz 20 stopni) Yunnanu odtajać i mimo wszystko nie będzie miejsc noclegowych, pewnie będę pisać częściej, bo jedyne miejsca w nocy powszechnie dostępne to kafejki internetowe, a spać się tam nie da, bo bywalcy prowadza z ożywieniem swoje drugie, cyfrowe życie, które ma wiele dramatycznych (i mających odpowiednią oprawę akustyczną) zwrotów – tu cyfrowo zabili, tu cyfrowo żenią, a tu w rozbieranym pokerze bladziutki mangooki awatar stoi jak ofiara już tylko w cyfrowych gatkach…tak więc: na Zachód!!

23

01 2010