W stronę Korei Północnej… 1
Zdobyć bilety na kuszetkę do Dandongu, to nie lada wyzwanie. Po dwóch tygodniach nieudanych prób, warowania od siódmej rano przed kasą, mam w końcu w ręku dwa bilety: odległość – 1100 km, górne, “twarde” kuszetki. Moje próby wyobrażenia sobie blisko dwumetrowego J. upakowanego na chińskiej górnej kuszetce, kończą się za każdym razem się jakoś tak:
Jeszcze gdy wchodzimy po pociągu, myślę cały czas o tym, że kuszetkę może da się jakoś zamienić, dogadać się z pasażerami z dolnej, dopłacić. Już mam otworzyć buzię i zagadać, gdy w ciasnym przejściu pojawia się dwóch mężczyzn prowadzących kobietę – krok po kroku, jeden ustawia jedną nogę, drugi drugą, ochraniają, żeby nie upadła. Mają dla niej bilet na kuszetkę środkową. Pasażerowie z dolnych kuszetek naszego przedziału, starsze małżeństwo zrywa się i ustępuje chorej i jednemu z jej opiekunów dolne posłanie. “Dziękuję, to postępujący paraliż, wracamy z leczenia w Pekinie” – mówi mąż chorej. Układa ją z troską na kuszetce, zdejmuje buty, przebiera w piżamę, karmi udkami kurczaka z KFC. Potem, po kilkunastu godzinach, gdy chora i jej opiekunowie – mąż i ojciec, wysiądą stację przed Dandongiem, rozmawiam ze starszym panem, który ustąpił jej miejsca. Jest z Dandongu. “Ech, ciężko u nas, nie to, co tam u Was. Są ze wsi, niby ostatnio wprowadzili to rolnicze ubezpieczenie, ale taką chorobę to trzeba w Pekinie leczyć. Jej może część zwrócą, ale kto zwróci jej rodzinie, z której zdzierają pod szpitalem?” Patrzy na nas, zaciekawia się – “a co jedziecie do Dantongu? Chcecie ich oglądać? Byłem tam, w ich stolicy. Czysto, porządek, nie ma korków, nie ma śmieci, ładnie, nie to co u nas w miastach, taki bałagan. Ludzie zdyscyplinowani, grzeczni, dobrze wychowani. Powietrze świeże, przyjemnie…może i tam na wsiach u nich biednie, ale mają też i dobre strony tego systemu: darmowa edukacja i darmowe leczenie… a u nas co?”
Dojeżdżamy do Dandongu. Umieszczamy graty w hotelu i idziemy w stronę rzeki. Pierwsze zaskoczenie. Nie myślałam, że drugi brzeg jest tak blisko. Stoimy na nowej, kolorowej, ufontannionej promenadzie. Jest poranek, ludzie ćwiczą taijiquan, puszczają latawce, siedzą na zacienionych werandkach i w pawilonach. Na drugim brzegu, niemal na wyciągnięcie ręki wielkie kominy, hale fabryczne (gdy przyjrzymy się dokładniej, odkrywamy, że zruinowane, a zakład opuszczony). Trochę drzew, za nimi nieruchomy, pusty “diabelski młyn” w stylistyce z lat 80-tych. Przez rzekę dwa mosty – jeden cały, choć nieuczęszczany, to Chińsko-Koreański Most Przyjaźni, drugi w połowie zburzony, pozostawiony w takim stanie od 1951 roku, czyli od kiedy został wysadzony przez Amerykanów próbujących utrudnić chińskim “ochotnikom” przedostanie się na drugi brzeg. Rzeka Yalu. Po drugiej stronie Korea Północna.
Diabelski młyn po stronie północnokoreańskiej, po lewej Chińsko-Koreański Most Przyjaźni , pośrodku pozostałości starego mostu.
Chińsko-Koreański Most Przyjaźni. Łączenie części chińskiej i koreańskiej – obie zostały wykonane inną techniką i w innym stylu. W dniach roboczych pojedyncze pojazdy (przeważnie ciężarówki) przejeżdzają od czasu do czasu wolniutko przez most.
Wsiadamy w mały stateczek, który od razu mknie w stronę koreańskiego brzegu. Nie, oczywiście, że nie możemy przekroczyć granicy. Niby jakieś biuro, w “sciśle tajnym” mailu, proponowało nam, że nas “przerzuci” razem z chińską wycieczką, bo dla nich parę lat temu otwarto ruch bezwizowy, do miasta po drugiej stronie rzeki, ale okres awanturniczy mamy już dawno za sobą.
Przewodniczka: w Korei Półniocnej panuje silny kult jednostki, na przykład gdy młodzi ludzie biorą ślub składają przysięgę przez portretem Kim Ir Sena.
Wycieczkowicze (przeważnie w takim wieku, że składanie przysięg małżeńskich przed portretami znają z autopsji, dziś kolorowe kapelusze, lornetki, aparaty): westchnienie
Przewodniczka: w Korei Północnej nadal zdarzają się śmierci głodowe.
Wycieczkowicze: och!
Przewodniczka: Choć warunki są cieżkie, to, ponieważ dla tych ludzi naczelną wartością jest patriotyzm i niepodległość, to chociaz żyją w wielkiej biedzie, są zadowoleni z życia. Zaraz będziemy mijać wille, które pobudowano na brzegu dla dostojników.
Mijamy te wille, w oknach czarno, część otwarta, część ma folię zamiast szyb, w środku nie widac żadnych mebli, tylko puste ściany. Na brzegu kucają ludzie, myją warzywa, piorą. Przewodniczka mówi, że to “baixing”, czyli zwykli ludzie, z domków za willami.
Ja (tzn. mi wyrywa się): ale czy na pewno nadal ktoś w tych willach mieszka?
Przewoniczka: tak, jak najbardziej.
Wycieczkowicze (celują aparaty i lornetki, poprawiają okulary): niemożliwe!
Na statku jest Peter, właściciel kawiarni “z najlepszą kawą na chińskim brzegu Yalu” – jak informuje wizytówka, którą nam wręcza zapraszając po południu na kawę. Wsiadł na statek z żoną i dziećmi, są tutaj od kilku lat. Peter trzyma w ręku reklamówkę z gigantycznymi parówkami. Gdy przybliżamy się do koreańskiego brzegu, bierze po kolei te parówki i z całej siły, aż napinają mu się żyły na szyi, rzuca w stronę ludzi kucających na brzegu. Parówki lądują w wodzie przed ludzmi, ale nikt jakoś się na nie nie rzuca, dalej myją te swoje warzywa. Ogorzali, smagli, szczupli. Peter ciska tłustą parówkę w stronę 11, 12 letnich chłopców kucających na brzegu. Ich miny tężeją, jeden z nich chwyta przybrzeżne kamienie, słyszymy głośny łomot – trafiają w burtę. Patrzymy po sobie z J. Jest nam bardzo, bardzo niezręcznie. Czy w oczach i myślach chłopców jest oczywiste, że “amerykański szakal” z nienawiścią i wściekłością rzuca w stronę Korańczyków i Korei kamienie? Skoro bestalsko zabijał niewinne dzieci, torturował je podczas wojny a teraz pragnie tylko krzywdy Korei, czy parówka w jego dłoni nieubłaganie zmienia się w oczach ludzi w kamień? A może raczej parówka jest parówką i to złości jeszcze bardziej, ta jałmużna rzucana z łódki ukapeluszonych, obwieszonych aparatami bogaczy?
Chłopiec pośrodku ma w ręku kamień
Patrzymy na te domy, widać że noszą na sobie znaki powodzi z ubiegłego roku. “Tu na brzegu były pola kukurydzy, ale zalało” – mówi przewodniczka. Na szuwarach wyrzucone łodzie i małe statki z północnokoreańską flagą. Patrzymy na chiński brzeg. Wieżowce, drapacze chmur, osiedla, domy towarowe zbudowane zostały na sztucznie podniesionym i utwardzonym brzegu, powódz nawet ich nie tknęła. Mkniemy z powrotem w stronę wieżowców, reklam i fontann.
strona koreańska, strona chińska
Nocą każdy wieżowiec, każdy dom mieszkalny nadbrzeża będzie podświetlony milionem kolorów, gigantyczna fontanna będzie wyrzucać barwne kaskady wody. Ludzie przyniosą instrumenty, mikrofony, magentofony. Zaczną się tańce, śpiewy (mieszkańcy miasta w pawiloniku nad brzegiem urządzili sobie konkurs śpiewania “czerwonych pieśni” – gorączka śpiewania czerwonych klasyków, jako, że wielkimi krokami zbliża się 90-lecie Partii, sięga właśnie apogeum, wywołując jedocześnie gorącą dyskusję). “Ona prowadzi nas do szczęęęściaaaaa” – niesie się na drugi brzeg. Można kupić latarnię unoszoną płomieniem i puścić ją wolno. Mozna kupić zimne ognie.
To nadbrzeże, te podświetlenia, te budynki to prawdobodpobnie jedna z największych i najkosztoswniejszych reklam świata. Reklamowanym produktem są reformy na wzór chiński. Te, o których zawsze wspomina premier Wen, gdy ogarnięci gorączką dziennikarze pędzą przez pół kraju w celu sfotografowania niemal nieuchwytnego pancernego pociągu widma, którym, ostatnio bardzo często, przybywa do Chin Kim Jong Il. “Miejmy nadzieję, że celem tej wizyty jest uczenie się, jak przeprowadzać reformy i otwiarcie kraju” – za każdym razem powiada Wen.
(w stronę Korei Północnej. Drugie zdjęcie pierwszy plan (ciemne zarysy)- pozostałości zbombardowanego mostu
“Macie piękne i nowoczesne miasto” – mówię do mieszkańców, którzy zagadują mnie, gdy tak spaceruję po wieczornym, migającym wybrzeżu. “A ta promenada, to jakby taka wielka reklama Reform i Otwarcia”. “Podoba się?” – ciesza się mieszkancy. “Ale jaka tam reklama, do kogo, skoro po drugiej stronie nikt nie mieszka, jest tylko ta ruina papierni, krzaki i jakaś mała wioska” - patrzą na czarny drugi brzeg, oświetlany dalekim blaskiem “naszej” promenady i światłem wschodzącego właśnie, wielkiego, pomarańczowego księżyca. Na drugim brzegu jest tylko jedno źródło światła. Paredzesiąt metrów od mostu, około 100 metrów wgłąb brzegu, z ciemności wychodzi silny, tajemniczy snop jasności.
Ja (ostroznie): patrzyłam na zdjęcia satelitarne, wydaje się, że tam jest miasto o powierzchni niewiele mniejszej od waszego Dandongu, Sinŭiju, czwarte co do wielkosci miasto Korei Północnej…
Chór starszych panów: niemożliwe!…Miasto??
Ja: Jest duże miasto, tylko mają problemy z elektrycznością…a widzicie panowie tam z ciemności wychodzi snop światła, patrzyłam na tych zdjęciach satelitarnych, tam jest posąg Kim Ir Sena, to właśnie od niego bije to dziwne światło w ciemnościach.
Starszy pan w podkoszulku (gniew na twarzy, potrząsa głową, gestykuluje): a, bo tam rządzi ta sama mafia co i kiedyś u nas…
Pan w koszulce w paski: a, bo on to nasz naczelny buntownik…(klepie pana w podkoszulku w ramię, wszyscy się śmieją, zaczyna się wypytywanie o Polskę)
Dandong (lewy brzeg) i Sinŭiju (prawy brzeg)
Plac Kim Ir Sena w Sinŭiju. Wieczorem jest jedynym widocznym z chińskiej strony źródłem światła w Sinŭiju.
W następnym odcinku: Korea Północna z naprawdę bliska, o tajemniczych “kominach” na koreańskim brzegu, o antycznym rowerze made in “mała Japonijka”, o prawdziwym przerwanym moście i o północnokoreańskich dziewczętach.





















































































