Posts Tagged ‘turystyka’

W stronę Korei Północnej… 1

Zdobyć bilety na kuszetkę do Dandongu, to nie lada wyzwanie. Po dwóch tygodniach nieudanych prób, warowania od siódmej rano przed kasą, mam w końcu w ręku dwa bilety: odległość – 1100 km, górne, “twarde” kuszetki. Moje próby wyobrażenia sobie blisko dwumetrowego J. upakowanego na chińskiej górnej kuszetce, kończą się za każdym razem się jakoś tak:

Jeszcze gdy wchodzimy po pociągu, myślę cały czas o tym, że kuszetkę może da się jakoś zamienić, dogadać się z pasażerami z dolnej, dopłacić. Już mam otworzyć buzię i zagadać, gdy w ciasnym przejściu pojawia się dwóch mężczyzn prowadzących kobietę – krok po kroku, jeden ustawia jedną nogę, drugi drugą, ochraniają, żeby nie upadła. Mają dla niej bilet na kuszetkę środkową. Pasażerowie z dolnych kuszetek naszego przedziału, starsze małżeństwo zrywa się i ustępuje chorej i jednemu z jej opiekunów dolne posłanie. “Dziękuję, to postępujący paraliż, wracamy z leczenia  w Pekinie” – mówi mąż chorej. Układa ją z troską na kuszetce, zdejmuje buty, przebiera w piżamę, karmi udkami kurczaka z KFC. Potem, po kilkunastu godzinach, gdy chora i jej opiekunowie – mąż i ojciec, wysiądą stację przed Dandongiem, rozmawiam ze starszym panem, który ustąpił jej miejsca. Jest z Dandongu.Ech, ciężko u nas, nie to, co tam u Was. Są ze wsi, niby ostatnio wprowadzili to rolnicze ubezpieczenie, ale taką chorobę to trzeba w Pekinie leczyć. Jej może część zwrócą, ale kto zwróci jej rodzinie, z której zdzierają pod szpitalem?” Patrzy na nas, zaciekawia się – “a co jedziecie do Dantongu? Chcecie ich oglądać? Byłem tam, w ich stolicy. Czysto, porządek, nie ma korków, nie ma śmieci, ładnie, nie to co u nas w miastach, taki bałagan. Ludzie zdyscyplinowani, grzeczni, dobrze wychowani. Powietrze świeże, przyjemnie…może i tam na wsiach u nich biednie, ale mają też i dobre strony tego systemu: darmowa edukacja i darmowe leczenie… a u nas co?”

Dojeżdżamy do Dandongu. Umieszczamy graty w hotelu i idziemy w stronę rzeki. Pierwsze zaskoczenie. Nie myślałam, że drugi brzeg jest tak blisko. Stoimy na nowej, kolorowej, ufontannionej promenadzie. Jest poranek, ludzie ćwiczą taijiquan, puszczają latawce, siedzą na zacienionych werandkach i w pawilonach. Na drugim brzegu, niemal na wyciągnięcie ręki wielkie kominy, hale fabryczne (gdy przyjrzymy się dokładniej, odkrywamy, że zruinowane, a zakład opuszczony). Trochę drzew, za nimi nieruchomy, pusty “diabelski młyn” w stylistyce z lat 80-tych. Przez rzekę dwa mosty – jeden cały, choć nieuczęszczany, to Chińsko-Koreański Most Przyjaźni, drugi w połowie zburzony, pozostawiony w takim stanie od 1951 roku, czyli od kiedy został wysadzony przez Amerykanów próbujących utrudnić chińskim “ochotnikom” przedostanie się na drugi brzeg. Rzeka Yalu. Po drugiej stronie Korea Północna.

Diabelski młyn po stronie północnokoreańskiej, po lewej Chińsko-Koreański Most Przyjaźni , pośrodku pozostałości starego mostu.

Chińsko-Koreański Most Przyjaźni. Łączenie części chińskiej i koreańskiej – obie zostały wykonane inną techniką i w innym stylu. W dniach roboczych pojedyncze pojazdy (przeważnie ciężarówki) przejeżdzają od czasu do czasu wolniutko przez most.

nieczynna papiernia w Sinŭiju

Wsiadamy w mały stateczek, który od razu mknie w stronę koreańskiego brzegu. Nie, oczywiście, że nie możemy przekroczyć granicy. Niby jakieś biuro, w “sciśle tajnym” mailu, proponowało nam, że nas “przerzuci” razem z chińską wycieczką, bo dla nich parę lat temu otwarto ruch bezwizowy, do miasta po drugiej stronie rzeki, ale okres awanturniczy mamy już dawno za sobą.

Przewodniczka: w Korei Półniocnej panuje silny kult jednostki, na przykład gdy młodzi ludzie biorą ślub składają przysięgę przez portretem Kim Ir Sena.

Wycieczkowicze (przeważnie w takim wieku, że składanie przysięg małżeńskich przed portretami znają z autopsji, dziś kolorowe kapelusze, lornetki, aparaty): westchnienie

Przewodniczka: w Korei Północnej nadal zdarzają się śmierci głodowe.

Wycieczkowicze: och!

Przewodniczka: Choć warunki są cieżkie, to, ponieważ dla tych ludzi naczelną wartością jest patriotyzm i niepodległość, to chociaz żyją w wielkiej biedzie, są zadowoleni z życia. Zaraz będziemy mijać wille, które pobudowano na brzegu dla dostojników.

Mijamy te wille, w oknach czarno, część otwarta, część ma folię zamiast szyb, w środku nie widac żadnych mebli, tylko puste ściany. Na brzegu kucają ludzie, myją warzywa, piorą. Przewodniczka mówi, że to “baixing”, czyli zwykli ludzie, z domków za willami.

 

Ja (tzn. mi wyrywa się): ale czy na pewno nadal ktoś w tych willach mieszka?

Przewoniczka: tak, jak najbardziej.

Wycieczkowicze (celują aparaty i lornetki, poprawiają okulary): niemożliwe!

Wille po koreańskiej stronie

Na statku jest Peter, właściciel kawiarni “z najlepszą kawą na chińskim brzegu Yalu” – jak informuje wizytówka, którą nam wręcza zapraszając po południu na kawę. Wsiadł na statek z żoną i dziećmi, są tutaj od kilku lat. Peter trzyma w ręku reklamówkę z gigantycznymi parówkami. Gdy przybliżamy się do koreańskiego brzegu, bierze po kolei te parówki i z całej siły, aż napinają mu się żyły na szyi, rzuca w stronę ludzi kucających na brzegu. Parówki lądują w wodzie przed ludzmi, ale nikt jakoś się na nie nie rzuca, dalej myją te swoje warzywa. Ogorzali, smagli, szczupli. Peter ciska tłustą parówkę w stronę 11, 12 letnich chłopców kucających na brzegu. Ich miny tężeją, jeden z nich chwyta przybrzeżne kamienie, słyszymy głośny łomot – trafiają w burtę. Patrzymy po sobie z J. Jest nam bardzo, bardzo niezręcznie. Czy w oczach i myślach chłopców jest oczywiste, że “amerykański szakal” z nienawiścią i wściekłością rzuca w stronę Korańczyków i Korei kamienie? Skoro bestalsko zabijał niewinne dzieci, torturował je podczas wojny a teraz pragnie tylko krzywdy Korei, czy parówka w jego dłoni nieubłaganie zmienia się w oczach ludzi w kamień? A może raczej parówka jest parówką i to złości jeszcze bardziej, ta jałmużna rzucana z łódki ukapeluszonych, obwieszonych aparatami bogaczy?

Chłopiec pośrodku ma w ręku kamień

Patrzymy na te domy, widać że noszą na sobie znaki powodzi z ubiegłego roku. “Tu na brzegu były pola kukurydzy, ale zalało” – mówi przewodniczka. Na szuwarach wyrzucone łodzie i małe statki z północnokoreańską flagą. Patrzymy na chiński brzeg. Wieżowce, drapacze chmur, osiedla, domy towarowe zbudowane zostały na sztucznie podniesionym i utwardzonym brzegu, powódz nawet ich nie tknęła.  Mkniemy z powrotem w stronę wieżowców, reklam i fontann.

strona koreańska, strona chińska

strona chińska

Nocą każdy wieżowiec, każdy dom mieszkalny nadbrzeża będzie podświetlony milionem kolorów, gigantyczna fontanna będzie wyrzucać barwne kaskady wody. Ludzie przyniosą instrumenty, mikrofony, magentofony. Zaczną się tańce, śpiewy (mieszkańcy miasta w pawiloniku nad brzegiem urządzili sobie konkurs śpiewania “czerwonych pieśni” – gorączka śpiewania czerwonych klasyków, jako, że wielkimi krokami zbliża się 90-lecie Partii, sięga właśnie apogeum, wywołując jedocześnie gorącą dyskusję). “Ona prowadzi nas do szczęęęściaaaaa” – niesie się na drugi brzeg. Można kupić latarnię unoszoną płomieniem i puścić ją wolno. Mozna kupić zimne ognie.

Sztuczne ognie w stronę Korei

To nadbrzeże, te podświetlenia, te budynki to prawdobodpobnie jedna z największych i najkosztoswniejszych reklam świata. Reklamowanym produktem są reformy na wzór chiński. Te, o których zawsze wspomina premier Wen, gdy ogarnięci gorączką dziennikarze pędzą przez pół kraju w celu sfotografowania niemal nieuchwytnego pancernego pociągu widma, którym, ostatnio bardzo często, przybywa do Chin Kim Jong Il. “Miejmy nadzieję, że celem tej wizyty jest uczenie się, jak przeprowadzać reformy i otwiarcie kraju” – za każdym razem powiada Wen.

(w stronę Korei Północnej. Drugie zdjęcie pierwszy plan (ciemne zarysy)- pozostałości zbombardowanego mostu

“Macie piękne i nowoczesne miasto” – mówię do mieszkańców, którzy zagadują mnie, gdy tak spaceruję po wieczornym, migającym wybrzeżu. “A ta promenada, to jakby taka wielka reklama Reform i Otwarcia”. “Podoba się?” – ciesza się mieszkancy. “Ale jaka tam reklama, do kogo, skoro po drugiej stronie nikt nie mieszka, jest tylko ta ruina papierni, krzaki i jakaś mała wioska” - patrzą na czarny drugi brzeg, oświetlany dalekim blaskiem “naszej” promenady i światłem wschodzącego właśnie, wielkiego, pomarańczowego księżyca. Na drugim brzegu jest tylko jedno źródło światła. Paredzesiąt metrów od mostu, około 100 metrów wgłąb brzegu, z ciemności wychodzi silny, tajemniczy snop jasności.

Ja (ostroznie): patrzyłam na zdjęcia satelitarne, wydaje się, że tam jest miasto o powierzchni niewiele mniejszej od waszego Dandongu, Sinŭiju, czwarte co do wielkosci miasto Korei Północnej…

Chór starszych panów: niemożliwe!…Miasto??

Ja: Jest duże miasto, tylko mają problemy z elektrycznością…a widzicie panowie tam z ciemności wychodzi snop światła, patrzyłam na tych zdjęciach satelitarnych, tam jest posąg Kim Ir Sena, to właśnie od niego bije to dziwne światło w ciemnościach.

Starszy pan w podkoszulku (gniew na twarzy, potrząsa głową, gestykuluje): a, bo tam rządzi ta sama mafia co i kiedyś u nas…

Pan w koszulce w paski: a, bo on to nasz naczelny buntownik…(klepie pana w podkoszulku w ramię, wszyscy się śmieją, zaczyna się wypytywanie o Polskę)

Dandong (lewy brzeg) i Sinŭiju (prawy brzeg)

Plac Kim Ir Sena w Sinŭiju. Wieczorem jest jedynym widocznym z chińskiej strony źródłem światła w Sinŭiju.

W następnym odcinku: Korea Północna z naprawdę bliska, o tajemniczych “kominach” na koreańskim brzegu, o antycznym rowerze made in “mała Japonijka”, o prawdziwym przerwanym moście i o północnokoreańskich dziewczętach.

 

26

06 2011

Mur, morze, mur

Po wielu tygodniach podchodów i czyhania, udało nam się wreszcie wyrwać z Pekinu (“tego złego rekinu”, jak pisał Barańczak). Biały, delfinodzioby pociąg Harmonia uwozi nas starą, wytyczoną jeszcze za czasów półkolonialnych, trasą kolei Pekińsko-Mukdeńskiej (Mukden to dzisiejszy Shenyang), na Północny Wschód. W połowie drogi do Shenyangu znajduje się jedyna stacja, na której zatrzymuje się biała nitka Harmonii pomiędzy Pekinem a Shenyangiem – to małe miasteczko Shanhaiguan. Kolej dotarła tutaj w 1893 roku, tutaj Wielki Mur, trochę jak wielka rzeka – wpada do morza.

Widziałam już wiele miasteczek-wydmuszek, miasteczek, gdzie (re)konstruuje się “sztuczną” tradycję – bardziej kolorową, bardziej rzeźbioną, z większą ilością lampionów, ale z mniejszą (znikomą) ilością mieszkańców, życia. Przed przyjazdem do Shanhaiguan wiedziałam już, że miejsce to spotkało szczególnie straszny los – stare siheyuany, stare ulice zostały w 2006 dosłownie wyssane z miejsca, a na ich miejscu powstały 仿古建筑 – rozbuchane podróbki starej architektury. Pozostał tylko (oczywiście po odnowieniu) stary mur miejski (jedna ściana tego muru jest częścią Muru, który parę kilometrów dalej na wschód wpada do morza).

Wychodzimy z dworca przyozdobionego dwoma wieżami z zegarami wielkości karuzeli i doklejonym czerwonokolumnowym pawilonem na szczycie i idziemy w kierunku widocznego muru miejskiego. Widziałam wioski i miasteczka otoczone murami, taki mur to jak skóra zwierzęcia – chroni kompletny organizm o własnym porządku. W Shanhaiguan mur nie chroni już nic – wchodzimy przez wielką bramę i widzimy… rozległy trawnik, kilka wątłych drzewek, powieszone wzdłuż ulicy “tradycyjne” lampiony. Gdzieś dalej kilka starych-nowych budynków rzeźbionych i malowanych bogaciej niż Pałac Letni. Znowu mam poczucie, że się spóźniłam. Jednocześnie czuję wściekłość za zniszczenie miasteczka, choć go nigdy nie poznałam. Czuję też, że powinniśmy wynieść się szybko z powrotem przez bramę, bowiem biegnie do nas tłum naganiaczy, wykrzykując koślawym angielskim nazwy jakichś “atrakcji” do zwiedzenia i hoteli “w których laowaje się zatrzymują”. Boję się, że tym razem mój instynkt wycieczkowy zawiódł i że się przemordujemy zanim wrócimy do Pekinu.

Uciekamy więc z wydmuszki, znajdujemy hotel blisko dworca i, porzuciwszy graty, wyminąwszy nielegalne taksówki oferujące nam uwiezienie w kierunku najróżniejszych atrakcji, jedziemy podmiejskim autobusem na plażę, tam gdzie Mur wpada do morza. Problem w tym wszystkim taki, że Mur prawdziwy już dawno do morza wpadł, zaś to, co obecnie można zobaczyć, to rekonstrukcja z lat 80-tych. Ale chcemy przynajmniej usiąść na plaży i np. zobaczyć horyzont. Wymijamy kolejną porcję naganiaczy, którzy z całych sił chcą nas wepchnąć za jedyne 160 yuanów w obręb “Smoczej Głowy”, czyli końca czy tam początku Muru i idziemy kierując się głównie węchem na plażę. Prowadzi do niej tunel przez Mur.

Na plaży są muszle, są wodorosty, są też wyposzczone i niepojone konie dla turystów i kilku turystów. Na plaży jest rzecz jasna i Mur, z plaży jest widok na gigantyczny port towarowy (już w Liaoningu, czyli po barbarzyńskiej stronie Muru) i na zatokę Bohai. Horyzont usiany jest tankowcami czekającymi na wejście do portu. Patrzymy na majączące w oddali sylwetki portowych dźwigów, pobliską sylwetkę Muru, wrzucamy jeszcze żywe małże do wody.

Po wrzuceniu pewnej ilości małży do wody, znalezieniu muszli w kształcie pandziej głowy i wspięciu się na niebiezpieczne przybrzeżne skały, wracamy tunelem przez Mur, siadamy na przydrożnym murku i przyglądamy się ciężarówkom pędzącym przez tunel w stronę Liaoningu. Po lewej stronie drogi, po lewej stronie tunelu jest rekonstrukcja Muru idąca do morza. Postanawiamy sprawdzić, co jest po prawej stronie drogi i prawej stronie tunelu – czy z Muru cokolwiek zostało? Wspinamy się ścieżką w haszczach po nasypie wzdłuż drogi, odgarniamy jakieś małe akacje. Jeszcze trochę do góry i jesteśmy. Na wąskim, ciągnącym się w dal, w wioski, zielonym podłużnym pagórku o ściętym wierzchu. Skaczą sroki, latają muchy. I jakby nie słychać ciężarówek. Jesteśmy na prawdziwym Murze. Ponad 600-letnim. Wedle mapy, która zaznacza ten fragment charakterystyczną, ząbkowaną linią, że niby baszty, Mur biegnie na wschód, aż przerodzi się w mury miejskie “wydmuszki” a stamtąd pobiegnie jeszcze dalej na wschód, wespnie się na góry i dalej w Chiny, nad Pekinem, przez Shanxi, przez Shaanxi, aż po pustynie. Idziemy, według mapy do miasteczka jakieś 5 kilometrów. Mur rwie się wśród nadbrzeżnych wiosek, jest zasobnikiem piachu do budowania dla okolicznych mieszkańców, wysypiskiem śmieci, momentami ścieżką pomiędzy polami, rosną na nim konopie. Sylwetka portu-kolosa oddala się. Po “barbarzyńskiej” jak i po “cywilizowanej” stronie chlewiki, małe poletka. Od czasu do czasu nad nami huczy wojskowy samolot (za każdym razem jak przelatują, myślę o Lin Biao, który z tego samego lotniska, z którego startują, rozpoczął swoją tajemniczną i tragiczną ucieczkę).

Koniec Muru wyremontowanego, początek dzikiego, w oddali morze

Mur przecięty polną dróżką

…polną dróżką…

Od czasu do czasu Mur przecięty jest polną drogą, którą jadą trójkołówki, idą dzieci. Wtedy schodzimy po zółtym piachu, przechodzimy przez jezdnię/dróżkę/ścieżkę i wspinamy się z powrotem. Mam plażowe klapki, przez które przechodza ciernie od małych akacji. Chwasty tną nam skórę. A i tak nie możemy się powstrzymać, żeby iść dalej. Po każdym wymuszonym przez przecięcie Muru drogą zejściu, stwierdzamy, że jeszcze tylko do następnej dróżki/tylko zobaczymy, co za tym drzewem. I tak dochodzimy do miasta. Teraz po “barbarzyńskiej” stronie otaczają nas bloki, a po “cywilizowanej” chlewiki. Gdzieniegdzie pojawiają się zachowane ceglaste mury, zarysy baszt stają się coraz bardziej wyraźne. A droga coraz cięższa. Nogi mam pocięte przez trawy (ciekawskie kobity nigdy nie będą miały ładnych nóg!), zachodzi słońce a przed nami w oddali majaczą absurdalne wieże dworca. Na trawach Muru łopoczą plastikowe torby. Mur przecina szeroka ulica, trzeba zejść.

zarysy baszt są wciąż bardzo wyraźne

dalej się nie da

Miasteczko jest już blisko, klapki na szczęście nie rozpadły się, kolce wyciągam na bieżąco. Kierujemy się w stronę dworca, przy którym jest nasz hotel. Depresyjne bure osiedla, takie jak mogą być tylko w Dongbei. Mijamy wyglądające jakoś absurdalnie w tym wszystkim budynki. Czerwona cegła, kilkupiętrowe, drewniane okna z kratownicami. Niemieckie. Ale nie, nie takie jak w Niemczech, tylko bardziej jak na Śląsku. Pociemniałe, z dobudówkami, od lat nieremontowane.
“To Wasi to wybudowali” – rozlega się za nami głos, gdy tak patrzymy na te kilka domów – “tylko zejdźcie mi z ogórków”. Patrzę na własne brudne i pokaleczone trawami stopy w nieszczęsnych fioletowych japonkach – faktycznie, niby stoją na skrawku ziemi przy ulicy, ale jednak na mikroskopijnym poletku z kilkoma sadzonkami ogórka. “Tu ci wasi jak kolej budowali, to tutaj mieszkali robotnicy, tam inżynierowie. A tu mieli kościół” – pokazuje na budynek z gotyckimi oknami połatanymi szkłem zwykłym i we wzorki. “To wasi wszystko zrobili” – uśmiecha się.

Ostatkiem sił docieramy pod hotel. Obok miło wyglądająca knajpka. Ponieważ pekińskiego jedzenia mam powyżej uszu, rzucam sie na owoce morza, ryby. “Nie możecie tego nie spróbować” – rzecze szef i przynosi niepytany specjalność zakładu – krewetki z tofu. Rzucam się. Parę godzin później, już w nocy, przyjdzie pierwszy atak zatrucia, żołądek zacznie rzucać się w niepożądanych kierunkach, a zaraza unieruchomi mnie w pokoju hotelowym na następny dzień. No więc następnego dnia słońce świeci przez firanki, morze pewnie gdzieś tam migocze, a ja leżę zielona na twarzy i oglądam program pierwszego kanału CCTV, gdzie eksperci – krytycy sztuki – zjeżdzają do różnych chińskich miasteczek i oceniają autentyczność przedmiotów, które tłumnie znoszą do prowizorycznego studia mieszkańcy – waza z dynastii Yuan oczywiście okazuje sie podróbką, naczynie do picia wina z Shangów rzecz jasna też (“pewnie zaraz wniosą Arkę Przymierza” – kwituje J.). Kaligrafia wielkiego mistrza okazuje się być nędzną podróbką. Waza z bladozieloną emalią jest prawdziwa – oczywiście z Mingów. Oglądamy zachwycone twarze tych, którzy dowiadują się, że rzecz jest warta miliony i zrozpaczone twarze tych, którzy stracili właśnie majątki (skąd ci niepozorni starsi ludzie mają pieniądze?…). Prawdziwe, fałszywe. Tutaj kryteria sa proste. Waza “qingowska” zrobiona dwa lata temu nie jest prawdziwa. A Wielki Mur z lat 80-tych? A miasto, w którym już nic nie ma?

Wieczorem, w dresie, wyczołguję się na ulicę. Miasteczko-wydmuszkę konsekwentnie bojkotujemy, kręcimy się po paskudnej, ale za to żywej nowej części miasteczka. Pod ogłuszająco brzydkim, obłożonym zapyziałym szkłem refleksyjnym domem towarowym (bazarem?) imitującym…baszty Wielkiego Muru, gra muzyka – bębny, trąbki, stoją ludzie. Trzymając rękę na zmordowanym żołądku poddreptuję bliżej. Przy mdłej żarówce w takt hipnotycznej muzyki przesuwa się barwny korowód postaci w strojach z dynastii Qing. Starsze panie, panowie poruszają się dostojnie, majestatycznie trzepoczą wachlarzami. Na końcu korowodu pląsa facet w podkoszulku i damskim stroju z Qingów. Ani się spostrzegam wciągają mnie w środek. Przed chwilą jeszcze ledwie szłam po tym zatruciu, a teraz, proszę bardzo, z potem na czole, ale tańczę – w dresie i z wachlarzem (w tańcu czy tam w biegu kłaniając się publiczności i przepraszając naookoło, że psuję widok), ale tańczę! Ludzie – tak jak mnie zresztą zapewnili, zanim mnie wciągnęli – nie śmieją się, tylko radośnie uśmiechają, pokazują kciuki do góry, machają, krzyczą: “dalej! Super!”. Przyglądam się bliżej strojom “z epoki” – z taniutkich materiałów, koraliki na “koronach” z plastiku, gdzieniegdzie wystaje zwykły podkoszulek, zwykłe tenisówki.

Następnego dnia kolejny odcinek Muru. Tym razem wracamy z podnóża gór, tam, gdzie zaczyna sie “oficjalny” górski turystyczny odcinek Muru, który chcieliśmy zwiedzić jak ludzie, bez kolców i tnących skórę traw, ale był zamknięty. Do miasteczka. Znowu – przekleństwo – 6 kilometrów chaszczami, bo nie mogliśmy się powstrzymać. Na zdjęciach:

Polecam powiększenie zdjęcia, bowiem pokazuje oryginalny sposób sztukowania Muru

przed wejściem na dziki Mur wespniemy się jeszcze na tę basztę

Mur odnowiony spotyka się z dzikim – my pójdziemy dzikim

te białe punkciki to kozy

Mur przecina autostrada do Shenyangu, przy Murze na wysokości autostrady mała wioska ze szpitalikiem z lat 50-tych z rodzaju, który w miastach można oglądać tylko na filmach. Byłam w środku, ale mam wrażenie, że sympatyczni mieszkańcy wioski nie chcieliby, żebym zamieszczała zdjęcia na blogu

Niegdyś hala zebrań, dziś mały zakład naprawczy- z bramy po chwili wychodzi czterech pracowników i nas zagaduje

 

Mury miejskie – jednak tam weszliśmy. O miasteczku-wydmuszce mam nadzieje jeszcze napisać w oddzielnym poście

07

06 2011

Prawdziwe, fałszywe. Czyli Postój Piejącego Koguta.

Najmilszy Pamiętniczku,

Nie wiesz, jak wielkie męki przeżywa ktoś, kto pisać Cię chce, jednocześnie pisać Cię nie mogąc. Kto biega z miejsca na miejsce całymi dniami, a żeby szybciej latać, w końcu rower kupuje, bo się łudzi, że czas zaoszczędzi. A żeby zaoszczędzić jeszcze więcej, na rowerze tym szybciej jeździ, aż go ból taki szyi chwyta, że następnie czas na uporczywe leczenie traci, a lekarz medycyny chińskiej się na nim znęca. No, ale dobra. Mam Pamiętniczku kartkę, na której wypisałam, co muszę koniecznie tu napisać. O pani profesor z Uniwersytetu Pekińskiego, która na chińskim podwórku odkryła lekarstwo na cierpienia, których źródłem jest ponowoczesnosć, o pewnym pisarzu, o jego niedostępnej już tutaj powiesci i o jego z laowajami rozmowach, o siedzeniu po wódce i nocą na górze w świątyni, o tym, jak kończą zepsuci dyktatorzy, o tym, czy Japonii się należało i o łóżku, na którym po Cesarzowej Cixi już potem nikt nigdy nie spał, choć jeszcze ciepłe. To może zacznę od końca. Czyli od tego łoża nieszczęsnego, bo tak chyba najprosciej.

Pekin tkwi w srodku prowincji Hebei jak dziura w moscie, Hebei wczesną wiosną jest złoto-brązowe, melancholijne. Pociąg wypełniony robotnikami wracającymi na weekend do domów wlecze się przez góry, od czasu do czasu mija ceglane, niskie wioski, przesadza połupane zimnoniebieskie kry na strumieniach, toczy się przez pola z kukurydzianymi kikutami. To nie jest pociąg z gatunku tych, co to muszą dawać twarz (twarz dają ekspresy “Harmonia” i twarz ta, a raczej dziób, jest snieżnobiała, opływowa, imponująca), to pociąg jadący za kulisy – o wygodę wracających nonmingongów nie ma po co dbać i tak będą robić, siedzą więc stłoczeni jak sardynki i przygarbieni na dolnej kuszetce, głową tłukąc o kuszetkę srodkową. My też przycupnęliśmy na kuszetce i wypatrujemy przez okno góry, co ma wyglądać jak odwrócona miska ryżu – to góra Jiming – czyli Góra Piejącego Koguta.

Góra wyłania się po prawej, to znak, że mamy szykować się do wyjscia. Wysiadamy. Pierwszy raz mam wrażenie – wiecej – dowody – że ludzie nie gapią się na mnie. Gapią się na J., którego głowa płynie jakieś pół metra powyżej głów mieszkańców miasteczka. “Ma ze dwa metry!”,wielkie nieba!”, “co to za rozmiar buta?” – rozważa miasteczko, gęby rozdziawia, a my wychodzimy rozklekotaną drogą wzdłuż torów w stronę góry. Jedna ciężarówka zwalnia, trąbi i radośnie macha, po chwili z drugiej wystają obie ręce kierowcy i machają równie radośnie. Naprzeciw nas pojawia się mężczyzna w średnim wieku z rodziną. “Tam - pokazuje w kierunku mniej więcej za torami (po których mija nas własnie trąbiac radośnie pociąg z machającym maszynistą)  - jest CIEKAWE” – mówi z miną tajemniczą acz nieco zrezygnowaną, wiadomo, gadał dziad do laowaju. Okazji do zobaczenia CIEKAWEGO to ja jeszcze nigdy nie przeoczyłam, więc dopytuję, co, jak, gdzie i jak bardzo ciekawe jest. “Matko święta, bxy, tam za nami facet na rowerze jak usłyszał, że po chińsku mówisz, wpadł do rowu!” – szturcha mnie w łokieć J. i pokazuje mi, gdzie widowisko. Ponieważ mam kulturę, to głupio mi się tak odwracać od rozmówcy, żeby zobaczyć, jak ręka sprawiedliwości pokarała tego ciekawskiego człowieka. “Bxy – rany, on leży i jeszcze się na nas patrzy!” – relacjonuje scenicznym szeptem J.  Dopiero gdy kończę rozmowę o CIEKAWYM (jaskinie) zerkam w kierunku rowu. Faktycznie, jakiś otrzepujacy się z rudej ziemi facet gapi się na nas wyciągając rower z rowu a następnie odjeżdża z głową odwróconą w naszym kierunku, czyli tyłem do kierunku jazdy.

Po godzinie marszu widzimy cel wędrówki. Za zwykłymi ceglanymi domami, obok zakurzonej drogi numer 105 wyrasta nagle potężny mur, flanki, bramy. Jesteśmy. To wioska Jimingyi. Za dwóch ostatnich dynastii ważna stacja postojowa. Pełna domów, swiątyń, budynków urzędowych pamiętających jeszcze Mingów, otoczona murem z czterema bramami, też złoto-brązowa.

Nocleg znajdujemy w obrębie murów, w gospodarstwie. Ponieważ w innych izbach jeszcze nie napalone, gospodarze goscinnie odstępują nam izbę własną – z wielkim rodzinnym kangiem z ręcznie robionymi poduszkami z gorczycy, grubymi bawełnianymi kołdrami i małym rudym, nieco przybrudzonym kotem w kącie. Z malowaną drewnianą skrzynią zamiast szafy. Z plakatem z dobroduszną twarzą Przewodniczącego Hu dokonującego legendarnej już inspekcji migów i białych gołabków z okazji 60-lecia ChRL. Zabierają tylko leki (“jestem już stary, muszę te leki brać”) i wódkę (bez wytłumaczenia, wynoszą za plecami). Wyjmujemy zza pleców nasza wódkę i stawiamy na miejscu tamtej.

Za zapyziałym okienkiem izby wielka sterta kukurydzy a na niej butelki po wódce (jakby ktoś pił siedząc na kangu i wyrzucał za siebie przez okienko). Trochę się boję, jak J. przyjmie wychodek. Owszem był już w Chinach, nawet trochę tu mieszkał, jednak po wsiach jakos nie miał okazji jeździć. Jak zniesie brak bieżącej wody, jakim okiem spojrzy na wychodek, który jest po prostu płytką dziurą w ziemi ledwo osłoniętą glinianymi ścianami, bez drzwi i dachu (później się jeszce okaże, że wnętrze wychodka widać doskonale z wioskowego muru)? Jak zniesie fakt, że przed wychodkiem jest mały, acz zły Burek, który wszystkich, który się znajdą w tej czesci podwórka do tegoż wychodka ze wściekłą miną zagania? J. jednakże wraca z wychodka z tak samo niewzruszoną ekspresją, z jaką doń szedł. Czyli, że tylko ja uciekam przed Burkiem z wrzaskiem do wychodka i boję się wyjść? (cgyba jednak tak, a w rezultacie zostanę uznana przez gospodarzy za wydelikaconego mieszczucha i dostanę na noc mieszczuchowy atrybut – nocnik).

Jak to już mi kilka razy się zdarzyło i co opisywałam na blogu, jadąc do jakiejś wioski, spóźniałam się o rok, o dwa lata – wioska ze skrzypiącej, zakurzonej, głęboko osadzonej w ziemi, z której wyrasta, zmieniała się w wypreparowaną dla turystów wydmuszkę pozbawioną tresci. Jimingyi jest właśnie na początku tej drogi. Ziemny, rozpadający się mur jest własnie obudowywany szarymi cegłami, takimi jak na “cywilizowanych” kawałkach Wielkiego Muru, wieżyczki-pawilony na bramach jeszce 1.5 roku temu miały postać sterczących na wietrze przekrzywionych szkieletów. Teraz pogięte przez wiatr kikuty zostały zastąpione przez konsktrukcje całkowicie nowe. W wiosce wybrukowano główną uliczkę, reszta nadal jest z ubitej ziemi. Jedną czy dwie świątynie odnowiono, a przed jedną z bram (nie przed tą, którą weszlismy, nikt się najwyraźniej nie spodziewał, że turysta nadejdzie na piechotę z miasteczka) ustawiono budkę z biletami. Ale reszta budynków z gliny i ziemnych murów zabudowań nadal rozmaka w deszczu (fakt, że ostatni był 8 miesięcy temu…)

 

Rano dorywa nas osoba umownie i roboczo ochrzczona przez nas Sołtysem. Sołtys nas oprowadzi, sołtys weźmie kluczyk od świątyni boga bogactwa od fryzjera, kluczyk od świątyni Konfucjusza od człowieka z twarzą jak filtr od papierosa i przed nim demontracyjnie będzie na nas pokrzykiwał: “tylko nie róbcie zdjęć tym freskom z dynastii Ming!”, a za jego plecami: “no, teraz szybko róbcie, mnie tam nie zależy, ale staruch sie piekli, jak kto robi”. Sołtys roztoczy przed nami tajemną wiedzę historyczną: “te rzeźbienia sa z dynastii Ming. Zostały wyrzeźbione na czesć odwiedzin cesarzowej Cixi, bowiem pszczółki wymawia się feng, czyli tak samo jak Feniks, a małpki hou jak taihou, czyli Cesarzowa”. Zamiast zadać podchwytliwe pytanie o to, jakim cudem za Mingów wiedzieli, że pareset lat później będzie tu nocować jakas baba z barbarzyńskiej dynastii i, co gorsza, czemu uznali za sensowne uczczenie tego faktu rzeźbą, przypominam sobie, co się stało, jak zaprotestowałam, gdy swego czasu marokański przewodnik gdzies pod Marakeszem opowiadał, że dana willa rzymska, której to ruiny właśnie oglądaliśmy, nazywa się dom Orfeusza, bo swego czasu mieszkał tam (zresztą zakochany w sztuce berberyjskiej) Monsieur D’Orfee. Za pszczółkami i małpkami wąskie przejście, Sołtys wpakowuje się z nami do czyjegoś obejscia. W starych murach znowu sterta kukurydzy, znowu butelki wódczane, gospodyni paruje mantou, na przykangowym piecyku grzeje się czajnik. “Na tym kangu spała cesarzowa Cixi” – obwieszcza Sołtys, a gospodyni dalej paruje te mantou. “Od tej pory na tym kangu nikt już nie spał”. Kiwamy głowami dotykając jeszcze ciepłej wygniecionej poduszki leżacej na tymże kangu i wdychamy zapach swieżych mantou. 15 dnia 4 miesiąca księzycowego w wiosce będzie miaohui - festiwal swiątynny. Nie z takich jak w Pekinie, które odbywają się nie przy świątyniach, ale w parkach i mają tytuły w stylu “festiwal swiątynny w stylu europejskim” ale prawdziwy. Na Górze Piejącego Koguta otworzą wszystkie trzy świątynie, będzie muzyka, tańce, jedzenie. Jedziemy. Ta resztka muru dookoła wioski, która pozostała za tego pobytu jeszcze ziemna, pewnie do tego czasu zostanie już pokryta nową-starą szarą cegłą.

P.S. Szata graficzna under construction.

Tags:

09

04 2011

Mur. Alternatywne scieżki klasy sredniej

Pekińska jesień, hebejska jesień (Pekin – nienależący administracyjne do Hebei – znajduje się w samym środku Hebei niczym dziurka w pączku z dziurką) to jesień słynna. Pekińska złota jesień, hebejska złota jesień. Od połowy października po pierwszy tydzień listopada, lud stolicy czyni przygotowania, bierze aparaty, plecaczki i wyrusza oglądać hongye – czerwone liście. Telewizja i internet na bieżąco śledzą sytuację czerwonych liści, gdzie są w danej chwili najbardziej czerwone. Lud stolicy przeważnie jeździ zatłoczonym ponad granice wytrzymałosci autobusem lini 331 w Pachnące Góry – Xiang Shan, leżące w obrębie metropolii, z kolejką linową i kilkoma światyniami (po części zostały tylko ruiny w wyniku działań wojsk angielsko-francuskich podczas wojen opiumowych). “Liście się czerwienią, tłumy przybywają podziwiać” – tak reklamują Pachące Góry swoje “Święto Złotych Liści”. Jako, że hasło to wywołuje we mnie głównie przerażenie a nie chęć przybycia, widocznie nie jestem targetem tej reklamy, więc i nie mam co porywać sie na produkt. Na podziwianie czerwonych liści wybieram więc miejsce gdzie tłum nie przyjedzie podziwiać, bo jak już tam wlezie, to tłumnie spadnie.

Na północ od Pekinu jest wiele miejsc, gdzie można wejść na Wielki Mur. Są to przeważnie malutkie odcinki Muru starannie odnowione/odbudowane, z urządzeniami w stylu magnetycznych bramek  i kolejek linowych. Koszulki, czapeczki, cuda na kiju. Turysta może przejść się 20 minut takim Murem i tylko ogarnąć wzrokiem/aparatem cześci Muru zamknięte dla publiki.

Wiekszość Muru jest  zamknięta dla ruchu turystycznego. Obsypujące się kamienie, strażnice w ruinie. Krzaki, kwiatki, woda, słońce w milczącej zgodzie odbierające metr po metrze temu dziełu kultury to, co należne naturze, czyli górską grań. Jiankou jest właśnie takim miejscem. Uznawany za jeden z najbardziej malowniczych odcinków, oficjalnie zamknięty dla ludzi, nieoficjalnie coraz częstszy kierunek wypraw chińskich i nie tylko luyou (luyou – dosl. “przyjaciel osiołek”, od noszonych plecaków, ale i homonim 旅游 – podróż). Do wioski u stóp Muru jeżdzi tylko jeden autobus dziennie i to nie bezpośrednio z Pekinu, najpierw trzeba wydostać się do oddalonego o jakieś 1.5 godziny jazdy od stolicy Huairou.

Jazda w sumie, z przesiadką i błądzeniem po Huairou celem znalezienia miejsca, skąd odjeżdża autobus do wioski u stóp Muru, zajmuje ok. 4.5 godzin, choć to w sumie chyba niewiele ponad 100 km. Gdy jeżdzące do wioski raz dziennie banche wspina się sapiąc po górach, widzę, że wybrałam dobrze. Rude liście, liście czerwone, bordowe, żółte. W autobusie kilku mieszkańców wioski i, oprócz mnie, 5 kolesi z plecaczkami i w polarach. Chińscy luyou. Banche przejeżdża przez przełęcz i wtedy widzę dolinę. W dole szare dachy wioski otoczonej górami jak koroną. A korona obrębiona szarym paseczkiem – to Mur. W wiosce sporo samochodów na pekińskich rejestracjach, mam problem ze znalezieniem miejsca na nocleg (autobus dopiero jutro rano!). 4 z 5 ludzi w polarach to koledzy, byli wspólnie razem na studiach, teraz razem jeżdżą. Pomagają mi znaleźć miejsce noclegowe, w wyniku ich prósb, dostaje mi się pokój, do którego wchodzi się prosto z patio, z 6 osobowym kangiem na mnie jedną.

Tych czterech – przyjeżdżają regularnie, znają drogę. Zawsze zżymałam się na chińskie mapy, zwłaszcza terenów pozamiejskich. Że brak skali, że dróżka i strumyk wyglądają na nich tak samo, że obiekty nie są zaznaczone punktowo, tylko po prostu w białym miejscu gdzieś pomiędzy wsią A a wsią B wkleja się wielki napis “ruiny światyni X” a ja potem jeżdzę po jakichś polach jak głupia rozganiając stada owiec w poszukiwaniu zabytku. Teraz patrzę jak czterech dage – “braci” – sprawnie korzysta ze swojej wydrukowanej z internetu mapki, która wygląda jak kilka makaroników mixian rzuconych luźno na kartkę. Tu jest wejście, tu podejście, tu się okrąża i schodzi połnocnym stokiem do wioski – wskazują na makaroniki na mapce. Wiem, że Mur Jiankou może być niebezpieczny, że część jest nie do przejścia, że część się zawaliła, większosć osypuje. Jemy prosty obiad na patio. Idę z nimi.

bDSC01274

bDSC01076

bDSC01236

bDSC01175

Mur Jiankou jest w ruinie. Przyroda zabiera po cegiełce, po kamyku to, co wnieśli na górę w skrajnym trudzie budowniczy z czasów dynastii Ming. I na miejscu zasiewa rośliny, zagnieżdża ptaki. Korzenie drążą pomiędzy kamieniami, rozrywają zaprawę sprzed prawie 650 lat. Deszcz sączy się  przez kamienne sklepienia strażnic, spływa kamiennymi rynienkami. Gdy strażnica się wali, wprowadzają się do niej węże i jaszczurki. Rok w rok woda deszczowa zamarza jesiennymi nocami w szczelinach, rozsadza je. Ale zważywszy czas od jakiego mur stoi nienaprawiany, zanurzony w dziką górską przyrodę, to i tak cud, że w ogóle stoi. Jeden z braci wodzi palcem po zaprawie pomiędzy mingowskimi cegłami – “to zaprawa guren, starożytnych” – mówi z szacunkiem – “współczesna nigdy by tyle czasu w takich warunkach nie przetrwała”.

bDSC01171

bDSC01098

bDSC01058

bDSC01044

Na murze niespodzianka (dla mnie) – mnóstwo ludzi. Ale bardzo różniących się od typu opisanego przez mnie kiedys we wpisie Homo viator sinensis. Cześć z nich ma wielkie plecaki, karimaty, część z nich rozłożyła je w ruinach strażnic, wyciagnęła kuchenki turystyczne, garnki, warzywa i skupiona przy ogniu gotuje. “Spędzą tutaj noc” – mówi jeden z braci. “My też spaliśmy tutaj latem, w strażnicy pod gołym niebem – ale dziś w nocy będzie zbyt zimno, nie mamy sprzętu”. Sprzęt. Tu nie ma butów na obcasie, ani nawet trampek. Wszyscy w butach górskich. Nie ma torebek na ramię. Są plecaki. Część idących ma czekany a nawet liny. Wiem, że część Jiankou jest wspinaczkowa i uznawana za nadającą się dla doswiadczonych amatorów gór.

bDSC01074

 To, co dookoła, nie da się opisać. Już nawet sama przyroda byłaby warta, żeby tu przyjechać. A Mur – największe ruiny świata, melancholia opuszczonych strażnic, kamiennych rynien po których od stuleci spływa deszcz, strażnice leżące w dole w formie rumowska porośniętych przez rośliny kamieni. To jest coś, co onieśmiela. Nigdzie, w żadnym wypieszczonym zabytku klasy AAAAA , nawet najcenniejszym historycznie, nie widać tak monumentalnosci przemijania wielkich epok. Ona tutaj chwyta za gardło.

bDSC01202

 Gdy tak idziemy, zdaje sobie sprawę, że to pierwsze miesce pełne chińskich turystów, gdzie nikt nie prosi mnie o wspólne zdjęcie (w miejscach takich jak sławne góry, np. Huangshan czy Taishan mam problem z wchodzeniem, bo średnio co 2 minuty muszę wytrącić się z trudem zdobywanego rytmu, zatrzymać się i zapozować, odpowiedzieć z zadyszką po raz 42398479283 na pytanie skąd jestem i skąd tak dobrze znam chiński). Luyou są skupieni ma Murze. Owszem pozdrawiają się, pomagają sobie, rozmawiają, ale nienachalnie, widać, że każdy próbuje jakos Mur przeżywać.

A skupienie się przydaje. Gdy dochodzimy pod miejsce zwane Orzel Wzlatujący ku Górze zaczynam rozumieć, jak to się dzieje, że co roku kilka osób żegna się na Jiankou z aktualnym wcieleniem. Ścianka jest pionowa, jest fragmentem obsypanego Muru. W szczeliny, gdzie zaprawa się wykruszyła, wpasowuje się palce, stopy szukają jakiegokolwiek punktu zaczepienia, co nie łatwe, bo stare cegły potwornie wyslizgane. Na dole grupka luyou: “prawa stopa odrobinę do góry i w prawo, powoli! powoli!” – sekundują. Gdy wreszcie udaje mi się pokonać ściankę, na górze czeka już dwóch z czterech braci w podróży – teraz droga ku Wzlatującemu Orłowi jest już wolna, za chwilę bedziemy, cieszą się.

 Orłów już nie ma. Są za to wielkie wrony. Siadamy na ruinach sklepienia strażnicy i patrzymy jak ptaszyska krążą poniżej nas na tle rudych gór i szarego kamiennego łańcuszka poprzerywanego bujnymi krzakami. Na łańcuszku gdzieniegdzie kolorowe punkciki – to gorteksowe kurtki, polary i plecaki luyou. Pachną liscie, pachną zioła, trawy. W dole szare dachy wioski i dym z pieców unoszący się z kominów. Cisza.

Na szczycie spotykamy piątego z pasażerów autobusu. “Nie schodźcie stąd Murem, to da się zrobić tylko z linami a do tego to skrajnie niebezpieczne, bo Mur się obsypał i teraz schodzi się po rumowisku” – mówi. To facet z Dalian, około 40 letni. Bracia – o dekadę od niego młodsi, biurowo-cherlawi, patrzą z podziwem na gladiatorskie wezły mięśni, które zarysowują się pod  T-shirtem Daliańczyka i z miejsca akceptują go jako nowego przywódcę grupy. Konsultują chwilę wydrukowaną z internetu mapkę przypominającą plataninę nitek makaronu i uzgadniają, że trzeba zejść z grani-Muru przejsc zboczem góry, pomiędzy drzewami, a potem ponownie wspiąć się na Mur. Buty górskie szurają w czerwonych liściach, na chwilę tracimy z oczu Mur, bo idziemy lasem. Ścieżka momentami niknie w stertach liści.

bDSC01035

bDSC01090

bDSC01231

bDSC01518

Wracamy do wioski po 5 godzinach od wymarszu. Z wioski w dolinie patrzymy na drogę granią/Murem i wydaje się śmiesznie krótka, to nawet nie 20% widocznego z wioski na koronie gór Muru. Pionowy odcinek również nie wydaje się z dołu trudny.

W gospodarstwie są już inni luyou. Łączymy stoły i wnosimy je do jednego z pokoi, żeby było cieplej. Cześć osób siedzi na kangu, część przyniosła krzesła. I tutaj Daliańczyk wiedzie prym. “Starszy bracie, jak wyćwiczyłeś takie mieśnie?”, pyta się jeden z luyou nie kryjąc fascynacji i podziwu. “O, wiesz, ja do 35 roku byłem typowym gryzipiórkiem, tylko biuro-dom, biuro-dom, miałem cienkie rączki zdatne do pisania na komputerze i tyle” – zaczyna opowieść. “Potem zaledwie jednego roku odeszli oboje moi rodzice. Wtedy pomyślałem – co oni mieli z życia? Całe życie tylko się poświęcali dla innych – najpierw dla swoich rodziców, potem dla dzieci. Czy byli szczęśliwi? Nigdy nie zadałem im tego pytania, nie miałem odwagi i nie zdążyłem” – mówi. Tu nikt go nie zna, przyjechał sam, jest życzliwie i anonimowo, może mówić otwarcie. “I pomyślałem, że ja chcę trochę pożyć dla siebie, znaleźć w sobie trochę egoizmu, poszukać tego, co mnie cieszy, a nie co cieszy rodzinę czy przełożonych. I wtedy zobaczyłem, że sport daję mi ogromną satysfakcję. I zacząłem mocno ćwiczyć”. Reszta kiwa głową. “Nie chcę na starość żałować, że nic z życia nie miałem”. Dlatego też starszy brat z Dalianu, gdy tylko ma chwilę, wyrywa się z białego kołnierzyka i jedzie. Na Mur, w góry. Poprzednio spał na strażnicy. “Chciałem doświadczyć tego, co guren doświadczali będąc tam, na górze” – mówi.  ”Spałem w strażnicy, bez namiotu, pod gołym niebem, patrzyłem na gwiazdy, na jakie i guren patrzyli podczas warty, słuchałem szelestów jaki i oni słyszeli, paliłem ognisko, tak jak i oni palili nocami, to wielkie szczęscie móc zrobić cos takiego”. Reszta kiwa głowami. Rozumie, skąd biorą się takie pomysł i pragnienia. Rozmowa schodzi – (no dobra, trochę za moim udziałem) na to, czy w Chinach łatwo mieć alternatywne marzenia i dążenia. Niełatwo – wszyscy są zgodni. Niełatwo powiedzieć, że nie zależy mi na nowym samochodzie, bo ten przecież jeździ, więc jest ok, nie łatwo przyznać, że marzy się nie o spaniu w 5 gwiazdkowym hotelu, ale o nocy w strażnicy Wielkiego Muru jak guren. Dage z Dalianu może sobie na taki ekscentryzm pozwolić – jest ważną figurą w firmie produkującej maszyny, firma wysłała go nawet na parę lat do Japonii. Ten wyjazd także przyczynił się to tego, że dostrzegł, jak ludzie, osiągnąwszy wysoki status materialny i społeczny, zaczynają poszukiwać tego, co ich cieszy. Patrzył ze zdumieniem, jak starsze kobiety po odchowaniu dzieci i po całym życiu służenia mężowi i rodzinie nagle żądają rozwodów, zapisują się na milion kursów, zaczynają poszukiwać hobby, realizować marzenia. “Ja nie chcę przerywać tego, co mam, chce to tylko uzupełnić, żeby potem nie żałować” – mówi dage. Reszta kiwa głowami i widać, że myśli podobnie, że to ich tutaj sprowadziło. Kang jest fałszywy (ech…), w środku nie ma pieca, na owczym filcu leży kocyk elektryczny. Betonowa podłoga, betonowe ściany, niskie okna. Dookoła stołu kilkanascie osób. Na stole 65 procentowe erguo tou i kilkanaście talerzy prostych wiejskich, połnocnych dań (pani domu smaży je w kuchni obok na węglowej kuchni i donosi na bieżąco).  Żarówka pod sufitem. Na północnej stronie patio główna częsć dwuskrzydłowego domostwa, tam mieszkają gospodarze. Przez niskie okienka widać wnętrze oswietlane mdłą lampą, portret Mao i kalendarz z pomyslnymi znakami na ścianie. Syn i mąż gospodyni siedzą na kangu i patrzą w telewizor. Za domami czarny cień gór i Muru.  Melancholia wioski dongbei, Północnego Wschodu.

Potem rozmawiamy jeszcze o wielu rzeczach, bo luyou są bardzo ciekawi świata. Skąd się biorą ekstremizmy, po co ludziom sekty jak ta jedna, wielka, budząca tutaj takie przerażenie, a nawet czemu w Polsce jest tak silny kult maryjny (rozmowa bierze się stąd, że jeden z luyou zadaje pytanie: “to wy tam macie tę religię, co czci Maryję i Jezusa?”  Trzeba przyznać, że wyjątkowo mu się udaje to sformułowanie). Jak to jest, gdy są wybory, co się w Polsce stało z postkomunistami etc.

Nocą na podrabianym kangu jest – zgodnie z przewidywaniami – potwornie zimno. Rano gdy udaje mi się wypełznąć i dojsć do kuchni, biorę przygotowaną na na palenisku bułkę mantou, zagryzam kiszonymi warzywami, popijam kleikiem. Idę przez wioskę, ogrzewam ręce plastikowym kubkiem z gorącą wodą. Szybko stygnie, jest zimno. Dynie, kukurydza, papryczka – suszą się pod dachami, na parapetach. Nie mogę się powstrzymać i biegnę przez wioskę i przez pola w kierunku Muru. Zdaże jeszcze na chwilę. Wspinam się, siadam na częsciowo zawalonym kawałku. Dziś jest mgła, wlewa się w ruiny, wcedza się pomiędzy kamienie.

Gdy wracam, przy dróżce widzę trzech z moich towarzyszy podróży stojących pod drzewem i patrzących ze skupieniem w górę. Drzewo szeleści i się porusza. Też zadzieram głowę. Na drzewie najstarszy z dage – zrywa shanzha, małe owoce kształtem przypominające jabłko (smakiem trochę też, tylko bardziej aromatyczne i cierpkie, zrobiłam z shanzha wczoraj marmoladę i jest ona mistrzowska!). Wracamy. Przyjeżdża sapiące zielone banche. Kilka goreteksów i polarów już czeka na kawałku ubitej ziemi pośrodku wioski. Więcej wróci po kolacji samochodami. Jutro dzień pracy, po wizycie na Murze jedni i drudzy będą mieli wiecej sił i entuzjazmu żeby zasiąść za biurkami. Pomyślą, że dzis własnie zarabiają na wysokiej jakosci namiot do nocowania w ruinach mingowskiej strażnicy albo na sprzęt potrzebny do zejścia północną stroną Orła Wzbijającego się ku Górze.

bDSC01129

bDSC01209

 bDSC01478bDSC01263bDSC01115

bDSC01398

Pod pokrywką robią się bułko-placki mantou:bDSC01286bDSC01590

W przypadku zdjęcia powyższego polecam powiększenie. Zdjęcie poniższe – w tym domu już nikt nie mieszka, służy za spichlerz i komórkę:bDSC01598bDSC01425

I w przypadku zdjęcia powyżej warto powiększyć – nie żeby z bliska popatrzeć na kukurydziane szczyty, ale żeby zobaczyć obrębienie grani szczytów na dalszym planie – Mur.

04

11 2010

Homo viator sinensis i atak bzdury

Po przejechaniu 320 kilometrow w sumie w 12 godzin, po zatrzymaniu sie na 2 dni w miasteczku przy pograniczu wietnamsko-laotansko-chinskim (trojjezyczne napisy na sklepach, jak sie dowiedzialam bynajmniej nie dlatego, ze te trzy narody razem tam zyja, tylko dlatego ze latem narody pozostale przyjedzaja na gigantyczny festiwal, przy okazji zaopatrzajac sie w chinskie dobra), po kilkakrotnym zatrzymywaniu autobusow, ktorymi jechalam przez kilka patroli policyjnych przycupnietych za kurniczkiem przy stoliczku (Birma, Birma! prochy!):

DSC03982

… po przejechaniu nastepnych 180 kilometrow w 8 godzin (calkowicie zerwana nawierzchnia gorskiej drogi, koparki ryja gory zeby poszerzyc droge, nieraz trzeba bylo czekac godzine, zeby zepchnely ziemie do wawozu, to ponizej to nie pustynia Gobi, tylko yunnanska droga):

DSC04113

… jednym slowem po ciezkej podrozy dotalam do regionu zwanego Xishuangbanna. Ta nazwa dlatego brzmi srednio chinsko, ze jest kalka fonetyczna z jezyka dajskiego (czyli jezyka 傣族 daizu, czyli ludu Dai) zamieszkujacego region. Pierwsze miejsce z regionu, do jakiego dotarlam to miasteczko, ktore choc ma tylko 3 ulice, to jednak ma tez najwiekszy w Chinach ogrod botaniczny roslin tropikalnych. Przechodzi sie mostem podwieszanym doplyw Mekongu (na zdjeciu ow doplyw)

DSC04252zeby znalezc sie w olbrzymim, wypielegnowanym ogrodzie, gdzie rosna cuda jak z innego swiata. Poszlam z samego rana, gdy jeszcze mgla sie nie podniosla. Wyjawszy to,  ze z zza krzaka (przeegzotycznego) leciala skrycie Sonata Ksiezycowa, to bylam zachwycona ogromem dziela, pajeczynami wielkosci, ksztaltu i gestosci siatki na zakupy, mnogoscia kwiatow, owocow no i calym natlokiem przyrody. No bo np. taki listek ponizej,  dla lepszego oddania skali, na listku polozony jest paszport Rzeczpospolitej Polskiej:

DSC04325

No wiec bylo milo, dopoki nie pojawil sie gatunek niezwykly, acz coraz szczerzej rozpowszechniony – chinski turysta (homo viator sinensis ):

DSC04360

DSC04339

 Chinski turysta wystepuje gromadnie, przemieszcza sie w stadach od kilku do kilkunastu osobnikow. Gatunek ten wybiera czesto srodek transportu jakim jest bialy meleks-autobusik. Dzwiek jaki towarzyszy pojawieniu sie stada tego gatunku to glos znieksztalcony tubo-megafonem. Chinski turysta ma tez przy sobie szczegolna bron, przy pomocy ktorej poluje na ladne obrazki – aparat fotograficzny wielkosci wiadra. Gdy osobnik alfa wyda ryk bojowy, np. “aaa, motylek na kwiatkuuu!!”, stado galopem udaje sie w kierunku  wskazanym przez przewodnika stada, z broni zas padaja szybkie strzaly migawki (motylek ucieka w panice, zostaje sam kwiatek).

Chinski turysta nie zamieszkuje zwyklych hotelikow – te sa dobre dla robotnikow. Chinski turysta w rzeczonym miasteczku juz niebawem zamieszka w ociekajacym zlotem, pseudotajskim hotelu nad brzegiem rzeki (na wykonczeniu). Tam bedzie mogl wybierac do woli w zachodach i wschodach slonca nad rzeka – robic zdjecia zachodu slonca swietlistego, ale z cieniami, wschodu troche z mgla, ale nie bardzo, miec kontrole nad chmurami, zeby mialy ksztalt ten, co ladnie wychodzi na zdjeciach etc. 

Pojawienie sie stad gatunku homo viator sinensis u innych gatunkow powoduje natychmiastowa chec ucieczki z zawladnietego przez chinskiego turyste ekosystemu. Nie inaczej tez bylo ze mna. Wymknelam sie z ogrodu i jelam zastanawiac sie, gdzie by tu konstruktywnie uciec. Ze (zdradziecka, jak sie pozniej okazalo) pomoca przyszly mi przewodniki – Lonely Planet i przewodnik chinski. Oba jednoznacznie wskazaly na miejsce o niewinnej nazwie “Dolina Lasu Deszczowego” – jako “niewielki ale doskonale zachowany fragment - cos takiego, niespodzianka- lasu deszczowego”. Niewielki, ale doskonale zachowany fragment lasu deszczowego okazal sie wyjatkowo dobrze zachowanym kawalkiem bzdury tak strasznej, kitu tak zenujacego,  ze problemem nie bylo juz nawet, jak to zwykle przy ataku ze strony bzdury bywa, smiac sie czy plakac, ale jak (i dokad??) uciec.

Ze cos  durnego sie swieci, dotarlo do mnie juz na wstepie (niestety juz po zaplaceniu za bilet jak Cygan za matke albo za kogo tam). Dajska przewodniczka (akcent arcyciekawy, tyle ze trudny do zrozumienia, slychac, ze jezyk dajski jest nie tylko jezykiem tonalnym, ale ma tych tonow mnostwo, a najpewniej jeszcze – podobnie jak tajski – i rejestry, co owocuje swoistym “plumkaniem” gdy taki native speaker gada po mandarynsku) wyjawia mi z tajemnicza mina, ze w Dolinie Lasu Deszczowego zyje plemie, ktore nie mowi po mandarynsku (no, takich plemion to ja moge wskazac na peczki nawet bez biletu za 120 kuajow) i trzeba je, znaczy to plemie, pozdrawiac wnoszac do gory  piesc i krzyczac “hu-ha”. Kazala mi przecwiczyc na trzy-cztery. Potem moja blada geba zostaje pomalowana jakims mazidlem, a potem to juz bzdura jela przyrastac w tempie geometrycznym. Nad naszymi glowami przelatuja na lianach ucharakteryzowani na dzikich mlodziency (wiadomo najlepiej wychodzi sie “na dziko” po rozczochraniu i usmarowaniu policzkow sadza). Za jedyne 10 kuajow zostaje zmuszona do zalozenia wianka i chodzenia za raczke z “plemieniem” zawodzacym smetna piesn (pewnie spiewaja “dalej razem, wszyscy spolem, chodzimy z turysta-matolem”, albo cos w tym stylu), wszedzie leza pomalowane czerwonym sprayem krowie czaszki, bo “krowa to ich totem” (i tak sie wala??). Kiedy zostaje usadzona w lesnym amfiteatrze w celu ogladania “tancow plemiennych”, obok mnie siada, w celu przysporzenia mi egzotycznych doznan, rozczochrany mlodzieniec w barwach wojennych (pewnie po pracy zaraz zmyje, no bo jak tak pojdzie do kafejki internetowej?) i klaszcze – dla wiekszej dzikosci i egzotyki – stopami (szkoda, ze nie uszami za to bym jeszcze doplacila chetnie z 50 kuajow) . Siedze chwile, po czym zwyczajnie nie wytrzymuje, wymawiam sie, ze droga daleka, a przed zmrokiem musze do miasteczka wrocic i zwiewam…Katem oka widze jeszcze tylko, ze za mna siedza, czekajac na wystepy, osoby o minach miejskich wyksztalciuchow, na miejskich glowach maja wianki, w rekach te swoje aparaty wielkosci miski i gladko lykaja te bzdury, ktore serwuja im “dzicy” swa dzikoscia i przewodniczki swa mowa. Coz, gdzie w gre wchodzi mozliwosc poplawienia sie w dumie z wlasnego “cywilizowania”, “postepu”, sposobnosc obejrzenia wlasnej cywilizowanej postaci w oczach i na tle “dzikiego”, tam chwilowo zostaje zawieszony chinski uniwersalizm roznych “rozwojow”, “cywilizowan”,  “harmonii spolecznych”, “naukowych podstaw”. Zapomina sie, ze tymi wszystkmi dobrodziejstwami powinien zostac objety takze i ten usmarowany sadza, klaszczacy stopami blizni. Ja nie wytrzymuje i pytam wracajac (uciekajac?) do wyjscia, co wsrod “dzikich” z obowiazkiem szkolnym. Przewodniczka na to gladko: “Rzad chcial ich edukowac, ale oni sie nie zgadzaja na edukacje”. No wiec przestaje zadawac glupie pytania i zwiewam ostatecznie.

Dodam tylko tyle, ze po tych upokorzajacych zdarzeniach i ogolnym przygnebieniu spowodowanym wpadnieciem ze swiata tarasowych pol do swiata piramidalnej bzdury, oraz po kolejnych paru godzinach jazdy, udalo mi sie wreszcie wyrwac w miejsce piekne i sympatyczne. Jestem pare kilometrow od birmanskiej granicy. Jezdze wyjatkowo antycznym rowerem po dajskich wsiach – dookola drzewa kauczukowe, we wsiach drewnane domy na palach, hinajanistyczne swiatynie, stupy z odpadajaca pozlotka, przy nich zlozone jak trzeba ofiary, nastoletni mnisi w pomaranczowych szatach i adidasach robia sobie proce… Gatunek chinski turysta jakos tu nie wystepuje. Za malo cywilizowanie zeby zaszpanowac byciem tutaj, za bardzo cywilizowanie, zeby kontynuowac rozkosze przegladania sie w oczach dzikiego. Dla mnie w sam raz – ale o tym nastepnym razem. Dzis po wczorajszej calodziennej jezdzie moim “dziadkowym” rowerem z trudem moge przybrac pozycje siedzaca.

07

02 2010

Ogłoszenie drobne

Po przesiedzeniu 6 miesięcy w Szanghaju, po napisaniu 2 artykułów i 9 prac semetralnych, po schudnięciu 5 kilo, a następnie przytyciu 2 w wyniku siedzenia i pisania tychże prac, zostawiwszy chałupę w nagrodę osobie, która najdzielniej zczytywała mi te dzieła, jadę, byle dalej (no ale wciąż nie najdalej jak się da, czyli gdzieś pod granicę z Kirgistanem, tak to mi się pewnie zrobi dopiero po drugim semestrze). Miałam jechać do dongbei – na Połnocny Wschód, oglądać harbińskie rzeźby z lodu, obserwować przez wyczesaną lornetkę drugi brzeg rzeki Yalu, którą przepływają wpław do Chin mieszkańcy raju stworzonego rewolucyjmi ręcami Ukochanego Przywódcy Kima i sprobować, czy dongbejska kiszona kapusta rzeczywiście jest taka jak nasza (z opisu produkcji wynika, ze zupełnie taka sama, a jak ostatnio uszczknęłam harbińskiej kiełbasy i okazało się, że ma zupełnie polski smak, wierzę, że i z kapustą mogłoby być podobnie – tzn. nie, że smakuje jak kiełbasa, tylko jak polska kapusta).

Ale ostatecznie jadę do prowincji, gdzie żyje 25 z 56 rozpoznawanych przez ChRL mniejszości etnicznych (stanowią w tejże prowincji ok 40% ludności), gdzie są i południowowschodnie stupy i klasztory lamaistyczne, i palmy i śnieg, i słonie i jaki, no i cała masa przemytników heroiny w pocie czoła wytwarzanej przez sąsiadujący birmański reżim. Czyli do Yunnanu.

Ha, kiedyś, kiedy jeszcze nie było Youtube’a (choć akurat w sumie teraz też i nie ma), ale było już Google (którego też w sumie pewnie niedługo też nie będzie), stałam po wietnamskiej stronie granicy (po której jeszcze wtedy nie było McDonalds’a!), komórka łapała zasięg chińskiego operatora (komórki były, tylko, że w Wietnamie polskie nie działały), za tą granicą był właśnie Yunnan, a do mnie jeszcze wtedy nie dotarło z pełną jasnością, że Azja, niczym malaria, już mi zalazła za skórę i że jak raz już zalazła, już nic się z tym nie da zrobić, trzeba już tylko będzie wracać i wracać.

Parę dni temu kupiłam przewodnik po Yunnanie i Sichuanie i otworzyłam na chybił trafił i pierwsze zdanie na jakie się natknęłam brzmiało: „Zmęczony życiem w Szanghaju?” Kiwam z pokrzywdzoną miną głową, widzę, że to do mnie, a przewodnik na to: „to jedź do Yunnanu!”. Ciekawe, czy w ramach chińskiego Nowego Roku, który przypada w tym roku na 14 lutego, z rady skorzysta również połowa Szanghaju i przyniesie do odległej prowincji kaganek szanghajskiego wenming (cywilizowania) a w ramach odpłaty zabierze wszelkie miejsca sypialne i podrabiane stroje ludowe. Podrabiane stroje ludowe niechaj biorą, a co do miejsc noclegowych akurat jestem dziwnie spokojna, przeczuwając, że fenomenu, jakim jest Chińczyk podróżujący, raczej miejsca noclegowe z mojego przedziału cenowego (dwie pierwsze noce w Kunmingu po 30 kuajów, czyli jakieś 12 złotych każda, niech żyje ten, kto majstruje przy kursie złotego!) nie interesują. W takim dziadowskim miejscu podobno ledwie człowiek przyłoży głowę do poduszki, a ta się podobno nań rzuca i twarz mu obrywa, tak, że potem nie da się załatać nawet największym aparatem cyfrowym ani najlepszą komórką, ani przysłonić najbardziej markowymi okularami. Po prostu dziura.

W każdym razie nie wychodząc z domu i nie odrywając oczu od komputera, kupiłam najpotrzebniejsze do wyjazdu rzeczy, w tym bilet lotniczy (dużo tańszy od pociągu, co wlókłby się 44 godziny) i tonę filmów do mojej antycznej lustrzanki (3 razy taniej niż w rzeczywistości pozainternetowej). Pozostało jeszcze tylko zakupienie czegoś fajnego do czytania na podróż (zdążę, bo księgarnia internetowa Dangdang potrzebuje niecałego dnia na dostarczenie książki). Pewnie będzie to Yu Hua (余华), którego ostatnio, nie bacząc na te wszystkie prace, pochłaniam po nocach, a który jest trochę jak Mrożek, trochę jak baśń, a ogólnie to ocieka jedyną w swoim rodzaju goryczą, groteskowo-przaśnym humoremi i spiętrza dzikie złoża absurdu. Jak Dangdang nie zdąży, kupię już w Kunmingu. Ale pewnie zdąży. Bo chiński internet to oprócz tego wszystkiego, co z daleka się w nim dostrzega czy też chce dostrzec, to przede wszystkim super sprawna, bardzo nowoczesna i wygodna machina konsupcyjno-marketingowa.

W efekcie powyższego, na co najmniej miesiąc blog zmieni trochę profil: na blog podróżniczy. Jeżeli okaże się, że w ramach chińskiego Nowego Roku pół Chin (łącznie z dongbejami, którzy mogą już w tej chwili zasadnie mieć dosyć nawet tych rzeźb z lodu, jeżdżenia kuligiem i ścigania się samochodami po przepływającej, a obecnie raczej nieprzepływającej przez Harbin rzece Songhua) wybrało się do ciepłego (teraz 20 stopni) Yunnanu odtajać i mimo wszystko nie będzie miejsc noclegowych, pewnie będę pisać częściej, bo jedyne miejsca w nocy powszechnie dostępne to kafejki internetowe, a spać się tam nie da, bo bywalcy prowadza z ożywieniem swoje drugie, cyfrowe życie, które ma wiele dramatycznych (i mających odpowiednią oprawę akustyczną) zwrotów – tu cyfrowo zabili, tu cyfrowo żenią, a tu w rozbieranym pokerze bladziutki mangooki awatar stoi jak ofiara już tylko w cyfrowych gatkach…tak więc: na Zachód!!

23

01 2010

Miasteczko duchów

Miasteczko Wuzhen 乌镇 leży w prowincji Zhejiang, dwie godziny jazdy na południowy zachód od Szanghaju. Jest sławne z powodu “wschodniej zagrody” i “zachodniej zagrody” – jak informuje strona internetowa miasteczka – dwóch wspaniale zachowanych tradycyjnych osad.

Ja ląduję najpierw w części zachodniej. Mając w pamięci zdjęcia przestawiające pochylone ze starości domki i mosteczki nad kanałem jestem nieco (ale tylko nieco) zdziwiona, gdy widzę supernowoczesny budynek z napisem “Witamy w Wuzhen”. Ustawiam się w kolejce jak na dworcu i nabywam magnetyczny bilet za 150 RMB (to zachowując proporcje mniej więcej tyle co w Polsce 150 złotych) i jestem kierowana do bramki. Takiej jak w metrze. Przejście bramki oznacza przejście do innego Wuzhen, tego obiecanego. Oczom odsłania się staw, płaczące wierzby, przy brzegu już czeka barka, która powiedzie nas, turystów na drugi brzeg, na którym widać stare, drewniane domy. I tam rzeczywiście jest jak na obrazku – pochylone domki,  przytulone do kamiennych mostków przez kanał, drewniane rzeźbienia, świątynki, stare dachówki, lampiony, płaczące wierzby i jesień. I sami turyści. Chodzą z gigantycznymi aparatami (ja sama przemierzyłam nerwowo “zachodnią zagrodę” kilka razy w poszukiwaniu filmu do mojej dwunastoletniej lustrzanki aż w końcu znalazłam i wykupiłam cały skład, tzn. oba filmy, w tym jeden trefny, nie wyszło ani jedno zdjęcie). Wykupiwszy, tym samym pewnie zakończyłam definitywnie erę  fotografii analogowej w wiosce. Udane zdjęcia gwarantowane (no poza moimi) – w “zachodniej zagrodzie” nie ma niemalowniczych miejsc. Gdzie się nie cyknie, będzie ładnie:

DSC01637DSC016611191001311910011

Dziwna sprawa, bo nikt nie zachęca do kupna niczego. I w ogóle większość domków zamknięta jest na głucho, nie wisi pranie. W kilku miejscach tylko sprzedaje sie “tradycyjne wyroby”. W światynnych w kadzielnicach nie ma popiołu, nikt nie pali kadzideł, przed bóstwami lezą pojedyczne i podwiędłe porcje ofiar. Tu po prostu prawie nikt nie mieszka. Wzdłuż rzeki rozlokowane są 民宿 - minsu – coś niby kwatery prywatne. Szybko jednak okazuje się, że kwatery wcale nie są takie prywatne – można w nich zanocować tylko, gdy wykupić nocleg w “centralnej recepcji”, a pracownicy nie mają nawet kluczy do pokojów. No właśnie pracownicy – tylko czego? “Centralna recepcja” mieści się w jednym z pochylonych ze starości domeczków. W środku domku nowoczesne centrum turystyczne – na dotykowym ekranie można obejrzeć wszystkie pokoje, porównując atrakcyjność widoku z ich okien (oczywiście na rzekę i mostki), zapłacić kartą jedyne 230 RMB, dostać magnetyczną kartę do pokoju i udać się wraz z przybyłym pracownikiem danego minsu na miejsce.

Pokój urządzony jest tradycyjnie, solidnie i ze smakiem. Podziwiam drewniany telefon z widełkami, którego elektroniczna tarcza ukryta jest w specjalnej szufladce, żeby nie psuć widoku swoją nowoczesnością. Zadbano o każdy szczegół – nawet na ołóweczku jest dyskretna naklejka “Wuzhen”. Odpoczywam chwilę i wychodzę. Drugi spacer po “zachodniej zagrodzie”, już bez nerwowego poszukiwania filmu do aparatu, pokazuje, że cała zagroda jest dokładnie taka, jak ten telefon. W  “zmurszałych ze starości” drewnianych rzeźbionych klatkach ukryte są klimatyzatory. To, co wygląda na naturalne załamanie w kamiennych schodkach okazuje się ukrytą lampką, która rozbłyśnie po zmroku, żeby budować nastrój. Pod każdym z drzewek podświetlenie. Na gałęziach lampy do wybijania komarów. W “porzuconej” omszałej kamiennej stągwi kran z wodą pitną z informacją po chińsku i angielsku. Moją uwagę przykuwa niezwykła, wysoka sosna majacząca na końcu wioski:

DSC01623

Gdy dochodzę na skraj i wytężam wzrok,  odkrywam, że w rzeczywistości jest pomalowanym na brązowo kominem i zarazem nadajnikiem, do którego dorobione są gałęzie. Gdy próbuję do niej dojść, czuję się coraz bardziej jak w filmie Truman Show. Uliczki zwężają się i ślepo kończą, napotykam na murki albo kanałki bez mostów. Na końcu natykam się na pas zaoranej ziemi niczyjej a za nią porządny mur. W końcu znajduję jakąś dróżkę z napisem “wstęp wzbroniony”, idę opustoszałym placem, aż dochodzę do wyjścia. Za nim widać zakurzoną ulicę, poklecone pojazdy, brudne bloki, światło jarzeniówek w gołych oknach, uliczne psy. W przejściu facet, mówi, że…. przejścia nie ma. Ale ja tylko na chwilę – upieram się. “Jak wyjdziesz bilet będzie nieważny” – mówi facet i to przeważa, że zostaję po bajkowej stronie.

W książeczce “Sprawy Wuzhen”, którą znajdę później w pokoju przeczytam, że sposób w jaki odrestaurowano “zachodnią zagrodę” jest absolutnie wiodący i został ustanowiony wzorem dla całego kraju przy rewitalizacji starych miejscowości. Prace zakończono w 2001 roku. Próżno jednak szukać informacji o tym, jak rzecz wyglądała wcześniej, przed odnową np. 30, 40 lat temu, czy takie miejsce jak to obecnie, w ogóle kiedykolwiek tu istniało. Chociaż wychodząc wieczorem napotykam na ślad, że wioska ma jednak jakąś, zatartą, bo zatartą, przeszłość. Przytarty (ostatniego znaku już nie widać, przedostatni ledwo, ledwo kawałek) napis głosi: “Niech Przewodniczący Mao żyje dziesięć tysięcy lat” (podobnie jak nasze “sto lat”, “dziesięć tysięcy” to metafora – znaczy się po prostu bardzo długo). Zważywszy na emanujący z rzeczy duch epoki i patynę czasu, jest to po prostu napis z czasów Rewolucji Kulturalnej:

mao1000sui

W nocy panuje głęboka ciemność i cisza. Nic dziwnego. Oprócz kilku pracowników i garstki turystów w wiosce nie ma nikogo. No ale cisza jest tylko do czasu. Budzi mnie uparty chrobot. Gdy zapalam światło, patrzą na mnie małe oczka szczurka, który obrabia moje ciasteczka sezamowe. Wszedł przez otwarte okno. A jednak nie przewidziano wszystkiego! Nie jest to najstraszniejsze ze zwierząt, jakie można spotkać, gaszę światło i próbuję spać. Jednak zwierz robi się coraz bardziej zuchwały i dosłownie plądruje mi pokój. Gdy zeskakuje z firanki na łóżko, mam dosyć. Konieczne stają się przenosiny. Pracowniczka mojej gospody powiadamia o fakcie “centralną recepcję” bez której zgody nawet mysz się nie prześlizgnie, a recepcja, pomimo środka nocy, ma super oficjalny i biurowy głos.  Dostajemy nowa kartę magnetyczną, sprawdzam kilka razy torbę, czy nie zabieram szczurka ze sobą i rozpoczynamy spacer z latarką, w piżamach, ulicami idealnie ciemnego, opustoszałego miasteczka. Podświetlenia już wyłączone. Tak samo urządzenie do wytwarzania mgły (!) pod jednym z mostków. Mój nowy pokój, w innej gospodzie, jest wierną kopią poprzedniego. Taki sam telefon z ukrytą tarczą (wkrótce dzwoni, a oficjalny i grzeczny głos “centralnej recepcji” przeprasza za niedogodności i życzy miłej nocy), te same meble, te same lampy z wiklinowych koszyków. Tak, jakby ktoś rozparcelował wielki sieciowy hotel na kilka mniejszych.

Rano przenoszę się do “wschodniej zagrody”, której rewitalizacji dokonano 10 lat wcześniej niż rewitalizacji części zachodniej, zaś  książeczka “sprawy Wuzhen” nie chwali się jakoś specjalnie operacją.

Tutaj, w przeciwieństwie do części zachodniej, nie jest tak czysto i pięknie. Położenie tej części jest takie, że nie udało się ustawić szczelnych zapór jak w poprzedniej z zagród. Miasto szarych bloków, terkoczących pojazdów i światła jarzeniowego wciska się w starą cześć tak, że zrezygnowano ze ścisłej kontroli i bramek, jedna i druga część miasta mogą się wzajemnie przenikać. Tu też są kamienno-drewniane domy, tylko że w nich żyją (obfotografowywani przez turystów, czyli i przeze mnie) ludzie.

11910021

Robią pranie, kołdrę z jedwabiu (zdjęcie poniżej – pan odwija larwy jedwabników z kokonów, larwy wyrzuca do rzeki, a jedwab z kokonów niesie tam, gdzie kobiety rozciągają kokony tak, że te formują warstwy kołdry – kolejne zdjęcie):

DSC01805koldra

…na Nowy Rok przyklejają na drzwiach 春联 chunlian (coś pomiędzy wierszami a życzeniami pomyślności) i grają w madżonga. Ściany wyklejone plakatami z Mao i boginią Guanyin. Na drewnianych drzwiach tabliczki “dom członka partii” “dom bohatera” i “cywilizowany dom” (zgodnie z szanghajską definicją mieszkańcy zapewne nie pchają się w środkach komunikacji, nie plują na ulicę, a jak chcą coś kupić, ustawiają się w kolejce, a może tu chodzi o coś innego?). W światyni na centralnym placu (naprzeciw drewniano-kamiennego teatrzyku) tłum modlących się, część kłania się z zapalonym kadzidłem tylko tyle, żeby do zdjęcia, za co musztruje ich dozorca świątyni, każąc bić pokłony jak trzeba.

Książeczka “sprawy Wuzhen” mówi, że restauracji obu zagród podjęli się profesorowie i inżynierowie z szanghajskiego Jiaotong Daxue (Uniwersytetu Komunikacyjnego). Mam wrażenie, że stworzyli te dwie części wioski nie na obraz i podobieństwo przeszłości, ale tego, czego potrzebuje ktoś umęczony życiem w Szanghaju.

Tags:

24

10 2009