Posts Tagged ‘twarz/utrata twarzy’

Mężczyzna powinien…(część 1 – dramat)

非诚勿扰 - Feicheng wurao (mniej więcej „jeśli nieszczerze, to nie zawracaj głowy”) to program telewizji prowincji Jiangsu. Telewizje poszczególnych prowincji, w dużo większym stopniu niż programy telewizji centralnej, rządzą się zasadami rynkowymi, a dzięki możliwościom technologicznym są dostępne niemal wszędzie i zawsze. Większość (bardzo licznych) wielbicieli Feicheng wurao ogląda program w sieci. Ja nie wielbię, mnie on….ja…., ja go czasem oglądam do śniadania w niedzielę. Postanowiłam dziś przybliżyć program miłemu Czytelnikowi bez dodatków, pseudosocjologicznych gadek i ciętych podsumowań. Po prostu wiernie odtworzę treść pierwszej części i kawałeczek drugiej części programu z 14 grudnia, czyli najnowszego. Dla większej przejrzystości treść owych części programu przedstawię w formie dramatu. Wypowiedzi Dramatis Personae są tłumaczone niemal dosłownie, 90% wypowiedzi osób uczestniczących w programie zostało przytoczonych, jeśli czego nie przytoczyłam, to streszczam w didaskaliach. Wpis pomyslany jest jako pierwszy z dwóch (ten wpis to raczej preludium i dostarczyciel kontekstu) na temat tego, co…no własnie…co powinien mężczyzna. Drugi wpis, o ile chińskie bóstwa pozwolą, niedługo.

DRAMATIS PERSONAE:


PROWADZĄCY                łysy, na oko 40-letni facet

KOMENTUJĄCY               łysy na oko 35-letni facet

KOMENTUJĄCA              na oko 35-letnia kobieta podobna do byłej żony Michała Wiśniewskiego (której dokładnie żony, nie ma akurat większego znaczenia, sama nie wiem, dlaczego mi się tak napisało)

UCZESTNICZKI przez PROWADZĄCEGO i KOMENTUJĄCYCH nazywane „numerami”, dlatego tak też będziemy je określać. Wśród nich:

NUMER 2                       bluzka połyskliwa z jednym ramieniem odsłoniętym, z Nankinu.

NUMER 9                       bluzka różowa, udrapowana

NUMER 11                     bluzka w serdusia, kantoński seplen

NUMER 14                     tiara na głowie, spojrzenie pełne sztucznych rzęs

NUMER 16                     bluzka czarna, naszyjnik

MĘŻCZYZNA                  łysy, lat 28, inżynier, z Chengdu

MĘŻCZYZNA 2               bujne włosy, lat 26, zarządza ruchem statków w porcie, prowincja Hunan

PUBLICZNOSC               jak publicznosć

CEL                                unosi się nad całą sceną, a jest nim dobranie MĘŻCZYZNY z którymś z NUMERÓW a jeśli wystąpi splot korzystnych zdarzeń, wysłanie ich na egzotyczne wakacje.

Rzecz dzieje się w studiu telewizji prowincji Jiangsu. W studiu ustawione są w formie łuku 24 stanowiska z zapalonymi lampami, przy każdym z nich stanie jeden NUMER. Na środku sceny świetlista winda, nią wjedzie na scenę MĘŻCZYZNA (a potem MĘŻCZYZNA 2, a nawet 3 i 4, ale tego już w dramacie nie przedstawimy, bo nie ma sensu. Przez środek studia przechodzi wybieg podswietlany, przy którym ustawiona jest czerwona kanapa dla KOMENTATORÓW.

AKT 1

SCENA PIERWSZA (i ostatnia w tym Akcie)

Przy dźwiękach muzyki popularnej wjeżdża na scenę windą wspomnianą MĘŻCZYZNA. Najpierw widać jego ugarniturzone nogi i rozlega się na sali pisk, potem marynarę, pisk nie ustaje, a na końcu łysą głowę. Pisk milknie. Podczas pojawiania się głowy kilka NUMERÓW zasłania rękoma usta.

PROWADZĄCY (do KOMENTUJĄCYCH): Chyba już mieliśmy gości tego rodzaju?

KOMENTUJĄCY: Tak, chyba ze czterech.

PROWADZĄCY (do MĘŻCZYZNY): Ładnie się dziś uczesałeś.

(MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Jak na ciebie patrzę, to mam wrażenie, że patrzę w lustro.

(MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY (do MĘŻCZYZNY): no dobra, która wpadła ci w oko?

(daje MĘŻCZYŹNIE do ręki aparat z ekranikiem, aparat przypomina kształtem barchanowe gacie, mężczyzna wystukuje na nim numer NUMERU: 14, rzecz nie zostaje wyjawiona DRAMATIS PERSONAM, chyba ten przypadek, nie? Przepraszam, zapomniałam te wszystkie odmiany. No więc rzecz zostaje wyjawiona jedynie nam, zgromadzonym przed ekranami)

PROWADZĄCY (DO NUMERÓW): Dziewczęta, zastanówcie się, jakie na was wywarł wrażenie.

(W odpowiedzi 6 lamp gaśnie, oznacza to brak zainteresowania tych NUMERÓW MĘŻCZYZNĄ)

PROWADZĄCY: Numer 9, dlaczego?

NUMER 9: Po prawdziwosci to sadzę, że ta zgolona głowa ani trochę nie jest ładna, ponieważ twoja głowa ani trochę nie jest wystarczająco okrągła, jak patrzę na łyse przecież głowy PROWADZĄCEGO i KOMENTUJĄCEGO to jest to tym bardziej wyraźne, że przypomina ona piłkę do rugby, więc mi się nie podoba.

(Brawa i śmiech na sali, MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Łatwo powiedzieć, jak się ma głowę pełną włosów (po czym wdaje się z KOMENTUJĄCYM w pogawędkę dotyczącą łysosci, po czym zwraca się do PUBLICZNOSCI) : Ale wiecie co? Stojąc tutaj obok niego przeprowadziłem oględziny i odkryłem, że na jego głowie jest dziurka.

(Histeryczny śmiech na sali, MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Wy tego nie widzicie, tylko ja to widzę. (do MĘŻCZYZNY:) Skąd ta dziurka?

MĘŻCZYZNA: Sam golę głowę…

PROWADZĄCY: Umiejętności nie dość dobre, trzeba ćwiczyć. Ale jeżeli uda ci się stąd wyprowadzić jakąś dziewczynę, to powierz jej to zadanie.

(histeryczny śmiech na sali)

PROWADZĄCY: Zobaczmy zatem filmik opowiadający o jego życiu.

(pokazują filmik, gdzie MĘŻCZYZNA w żółtym kasku na czaszce chadza po budowie, opowiada o tym, że z powodu pracy, jaką wykonuje był już w 187 miastach, dwa razy samolot, którym leciał miał awarię, a ostatnim razem to wyjął nawet kartkę i ołówek i zaczął pisać testament, smiechy Komentujących, gadki o tym, że nawet jak się go statkiem wysle na wycieczkę i tak go cos trafi)

PROWADZĄCY: numer 16, jakies pytania?

NUMER 16: Czy uważasz się za człowieka inteligentnego?

MĘŻCZYNA: Chciałbym być, cały czas się uczę.

NUMER 16: No, a czy nienawidzisz głupich ludzi?

MĘŻCZYZNA: Nie, nie nienawidzę, na przykład lubię głupie dziewczyny.

KOMENTUJĄCY: Gratuluję. Pytająca jest najgłupsza z nas wszystkich.

(histeryczny śmiech na sali, NUMER 16 też się śmieje. Jakby trochę głupio…puszczony zostaje kolejny filmik, pt.: „Pogląd na pieniądze”)

MĘŻCZYZNA (tym razem z ekranu): Większość mojej pensji składam na koncie. Jeśli chodzi o finanse mojej przyszłej rodziny, to mam pewną myśl – dopóki nie urodzi się dziecko każdy rozporządza swoimi pieniędzmi (większość lamp gaśnie), dopiero jak urodzi się dziecko, powierzam jej moje pieniądze. Chcę tak zrobić, bo mam swój powód – jeśli ona zabierze moje pieniądze i ucieknie z innym, bardzo mnie to zrani.

PROWADZĄCY i KOMENTUJĄCY (chórem): A co jeżeli ona po urodzeniu dziecka zwieje z Twoimi pieniędzmi i innym facetem?

MĘŻCZYZNA (kategorycznie): To niemożliwe.

KOMENTUJĄCY: A czemuż to? (kategorycznie) Całkowicie możliwe.

MĘŻCZYZNA: Wierzę, że nie.

PROWADZĄCY: Cóż za niepoparta niczym wiara.

MĘŻCZYZNA: Niezręcznie mi wam wyjawić powód.

KOMENTUJĄCA: Ale czemuż to, co w tym nieręcznego?

MEŻCZYZNA: Wierzę, że małżeństwo jest jedno na całe życie, inaczej to niepoważne.

PROWADZĄCY: Znam tylu ludzi, co tak mówili, a teraz już się rozwiedli, drugi raz pożenili. Czy zgadzasz się, że nie powinno się mówić tak kategorycznych słów?

MĘŻCZYZNA: Zgadzam się, ale mam swoje zasady.

(teraz to PROWADZĄCY wznosi oczy do góry, prosi NUMER 2 o zadanie pytania)

NUMER 2 – Jako kobieta łącząca w sobie piękno i inteligencję mam pytanie, czy zgodziłbyś się, aby być ze mną, przeprowadzić się z Chengdu do Nankinu, gdzie mieszkam?

MĘŻCZYZNA (kategorycznie): A to przepraszam, ale moim planem jest zabranie dziewczyny do Chengdu, nie zgodzę się na żadne przeprowadzki.

Numer 2 (kategorycznie): A to przepraszam, ja planuje zostać w Nankinie. (NUMER 2 gasi lampę, po niej gasi lampy jeszcze kilka NUMERÓW, zostaje już tylko 1 lampa, jakimś zrządzeniem losu NUMERU 14, tego, który wybrał MĘŻCZYZNA na początku)

PROWADZĄCY: Numer 14, czy masz jakieś pytania?

NUMER 14 (słodkim, zalotnym głosem): Chciałabym jeszcze posłuchać więcej o kandydacie.

(w odpowiedzi na ekranie zostaje puszczony filmik)

MĘŻCZYZNA (z ekranu) Mój ideał kobiety to: wzrost od 162 do 170 cm, waga do 52 kilo. Jeżeli zamierzasz przytyć, to 52 kilo to górna granica, która mogę zaakceptować. Chcę, żeby była dla mnie podporą w pracy i w domu a nie, żeby była nu qiangren – strongwoman (gaśnie ostatnia lampa – NUMERU 14, tego przecie, co wpadł MEŻCZYŹNIE na początku w oko! Tymczasem z ekranu nieprzerwanie płynie głos) Jeśli będzie zarabiała więcej ode mnie, miałbym wielkie poczucie klęski. Chciałbym, żeby była słodka i głupiutka, gdy czegoś nie rozumie, żeby przybiegała z tym do mnie. Gdyby było odwrotnie, miałbym wielkie poczucie klęski, twarz bym tak stracił, że nie dałoby się z powrotem przywiesić.

(Filmik kończy się, w studio leci podniosły motyw z Carmina Burana Carla Orffa, oznacza to klęskę MĘŻCZYZNY, żadne NUMER się na niego nie połasił)

PROWADZĄCY (do NUMERU 14): Czemu zgasiłaś lampę?

NUMER 14: Bo ja mam swoje zdanie, nie jestem małą słabą kobietką, w przyszłosci oznaczać to będzie różne spory. I jeszcze jedna, mała, malutka rzecz (pokazuje różowymi paznokciami, jak mała jest ta rzecz)- moje wymiary nie mieszczą się w Twoich wymaganiach.

(MĘŻCZYZNA opuszcza scenę przy dźwiękach melancholijnej muzyki pop, po wybiegu lata reklama sieci komórkowej, na banerze przy wyjściu do którego się udaje MĘŻCZYZNA lata reklama sieci komórkowej)

MĘŻCZYZNA (już zza sceny) : Przyczyną mojej dzisiejszej porażki było to, że moje poglądy na rodzinę i finanse były nieco inne niż poglądy uczestniczek. Ale jeśli w przyszłości będę szukał dziewczyny, to nie zrezygnuję ze swoich zasad i ideałów, bo bardzo je szanuję.

PROWADZĄCY (wciąż na scenie) Podczas programu odkryłem, że tak naprawdę to miał na czaszce trzy dziurki. Co za budzący strach koles.

(histeryczny śmiech na sali)

koniec aktu pierwszego

KURTYNA

PRZERWA NA REKLAMY

AKT DRUGI

(Te same uczestniczki. Znowu opuszcza się winda, na niej wjeżdża MĘŻCZYZNA 2. Wita się, przedstawia, mówi skąd jest, a jest z Hunanu, z Changsha. Wybiera na ekraniku w kształcie barchanowych gaci numer NUMERU, który wpadł mu w oko, następnie NUMERY proszone są o ocenę MĘŻCZYZNY. W odpowiedzi gasną 2 lampy – NUMERÓW 16 i 11)

NUMER 11: Przepraszam, ale ja lubię wyższych facetów, a jeśli są niżsi, ale by byli nieco przypakowani, to też ok, tak więc…(rozkłada ręce)

NUMER 16 (z kantońskim seplenieniem): Bo nie lubię Hunańczyków.

AKT DRUGI toczy się dalej, ale jakoś zapada

KURTYNA

20

12 2010

Z powrotem w Szanghaju. Sceny konsumpcyjne

Po ponad miesiącu jestem znowu w Szanghaju. Wydostanie się z Chengdu nie było takie proste. Ponad połowa wszystkich lotów była opóźniona, w tym i mój nieszczęsny lot. Z przyczyn niejasnych. Nie znam się, ale na mój gust lotnisko w Chengdu (niemałe przecież) jest na granicy wydolności we wszystkich aspektach. Dokładnie o tej samej godzinie i minucie wylatuje po kilka samolotów (wszystkie krajowe), z jednego gate’u w odstępie 10 minutowym dwa loty, brakuje krzesełek dla oczekujących (to są Chiny, obok kuszą więc za to fotele masujące za jedyne 20 kuajów za 15 minut). W Szanghaju jest jeszcze intensywniej (gdy przy wylocie do Yunnanu samolot stał na lotnisku Pudong czekając na okienko, na niebie utworzył się niemalże korek, ledwie jeden samolot dotykał ziemi, już w oczy świeciły intentywne światła do lądowania następnego, i tak przez 25 minut), ale Pudong to lotniskowy megagigant, no i jest jeszcze drugie lotnisko, Hongqiao.

Alternatywy dla samolotów są takie, jakie są (patrz post pt. “Chiny na kołach” ;-) ), ruch wewnetrzny olbrzymi, Chiny mają więc masę przewoźników. Którzy się dosłownie biją o klienta, co przybiera nieraz nieco groteskowe formy i daje efekt odwrotny do zamierzonego. Bo tak: nasz samolot miał wylecieć o 10 wieczorem. Ale o 9:30 pojawiła się informacja, że odleci o pierwszej trzydzieści. Przewoźnik zareagował błyskawicznie…transportując pasażerów na te marne kilka godzin do hotelu. Zanim z powrotem pasażerowie przedarli się (tym razem w drugą stronę) przez bramki i odprawę, zanim upakowano ich w autobusy, zanim dowieziono do hotelu, była 10:30. A o 12-tej obudzono celem wykonania powyższych czynności tylko w odwrotnej kolejności. Część pasażerów w sennym widzie, wybudzona znienacka odmówiła wyjazdu, stwierdzając, że poleci jutro (tłumaczenie na hiszpański: manana!), część, złorzecząc przewoźnikowi (dać spać, a potem obudzić, daje chyba jeszcze gorszy efekt psychologiczny niż uwiezienie w nocy na lotnisku, żadnej wdzięczności, tylko resentyment i uraza) udała się na lotnisko. W tym ja. Dzięki czemu już o czwartej rano mknęłam taksówką (w cenie niewiele ustępującej biletowi lotniczemu) po niekończących się estakadach i w niekończących się tunelach w stronę pogrążonego w śnie mojego kawałka Szanghaju. Dzięki czemu już tego samego dnia mogłam doświadczyć mocy doznania “wiecznego powrotu”. Jak w poprzednim semestrze, plan znowu wisiał na ścianie sekretariatu, panie znowu nie chciały mi go wydrukować, radząc, żebym sobie spisała, “co mi tam pasuje”. I niestety, podobnie jak w poprzednim semestrze znowu zapomniałam o wspaniałej radzie kolegi Campera W. (kochani tajwańscy 同胞! Kto Wam te angielskie imiona nadaje?? Choć przypadku pewnego Livera Zh. nic nie pobije), żeby wziąć aparat i zrobić rzeczy zdjęcie.

Powrót do cywilizacji (a raczej “cywilizowania”) wymógł też dokonanie pewnych czynności z zakresu konsumpcji. Pierwszą z nich było pójście do fryzjera. O, fryzjerzy i zakłady fryzjerskie Szanghaju! Na każdej ulicy jest po kilka takich zakładów. Ich znakiem rozpoznawczym są obrotowe, barwne neony. W środku fosforyzuje, toczy blask i olśniewa jeszcze coś innego - fryzury samych fryzjerów. W poprzednim semestrze, idąc codziennie na uniwersytet, mijałam po drodze lokalne trzyzakłady i z zapartym tchem śledziłam ewolucję tego, co na głowach mają tamtejsi mistrzowie grzebienia (i kubła z farbą). Moją uwagę zwrócił (a jest to trudne, gdy każda z głów zachwyca formą i olśniewa kolorem niczym kwiaty w ogrodzie botanicznym) fryzjer, który w momencie mojego przyjazdu miał na głowie czerwoną lwią grzywę wysokości ludzkiej twarzy. Potem sobie podgolił boczki i miał czerwonego irokeza. Potem irokez stał się blond, bardziej blond niż ja, a fryzjer gdy mijałam jego zakład, wysyłał mi porozumiewawcze spojrzenia, że niby my, blondyni…po czym mu się znudziło i blond irokez, pobywszy chwilę blond kitką na czubku głowy zmienił się na coś kształtem i kolorem przypominające szczotkę do butów. Po tym były już tylko dwie opcje - zgolić na łyso albo dokleić. Zgolił. Taka szkoda…W każdym razie co innego podziwiać dzieła sztuki na fryzjerskiej głowie, co innego oddać głowę własną komuś takiemu w rece…Wybrałam więc zakład, w którym autoekspresja fryzjerów ograniczyła się głównie do nadawania własnym włosom niezwykłych form, z tendencją do zachowania stosunkowo naturalnych kolorów (tzn. bez zielonego, niebieskiego etc.).

No więc strzyże mnie młode chłopie (poza tym, że ma jakby trójkąt z włosów na twarzoczaszce, to w miare normalnie wyglądające). Strzyże chwilę, strzyże trochę, po czym stwierdza, że on tu za wiele już nie wystrzyże, trzeba by trwałą zrobić. Oczywiście się nie godzę (oczami wyobraźni widzę już własną glacę). Zaciska zęby, strzyże dalej, ale widać, że coś kombinuje. W końcu: “jest taki prosty trick, to chwilę potrwa, a efekt będzie olśniewający”. Ja (podejrzliwie): “ale nie trwała?”. Fryzjer z trójkątem na twarzoczaszce: “Nie, nie”. Ja (idiotycznie): “Sposób naturalny?”. Fryzjer (entuzjastycznie)   : “tak, tak!!”. Ani się oglądam, fryzjer coś instaluje mi na głowie (jakby antenę, ale może się nie znam). Siedzę z tą anteną, a ten już niesie jakąś miksturę. I cennik. Otwiera. Mnie skokowo dopada szlag, bo widzę, że oczywiście otwiera na stronie pt.: “trwałe”. Drugi szlag trafia, gdy widzę ceny. Od 700 kuajów do 1300. Patrząc na siłę nabywczą, to jakby u nas 700 i 1300 złotych. Trzeci i czwarty szlag trafia mnie odpowiednio gdy fryzjer rzecze, że “chociaż tu jest napis trwałe, to jednak nie są to trwałe” oraz gdy stwierdza, że on już rozpoczał i nie mogę się już wycofać. Ze względu na dziką konkurencję wśród lwiogrzywich zakładów fryzjerskich ciecie to głupie 20 kuajów. On teraz chce, żebym wydała na coś, czego nie chcę ani nie potrzebuję, kilkudziesięciokrotność tej sumy. Bo tak będę ładniej wyglądać. Gdy mówię, że ja po prostu nie chcę, fryzjer zawiedziony pyta: “a co, po prostu nie masz przy sobie tyle gotówki? Bo można kartą”. Gdy się wściekam (bo się wściekam) i twarz zaczyna mi chodzić z nerwów, fryzjer wystosowuje argumenty, że kto mu tera zapłaci za tą pracę, co już wykonał w celu zrobienia trwałej-nietrwałej. Staje na tym, że dopłacę mu 10 kuajów za dezinstalację anteny. Do końca strzyżenia trzymam twarz w dłoniach. Choć raz prawie już, że dłonie zdejmuję celem przywalenia fryzjerowi (albo odebrania mu nożyczek i wyrządzenia krzywdy), gdy ten, niezrażony, proponuje mi kartę członkowską zakładu, “bardzo tanią”, bo za jedyne 500 kuajów.

Gdy wściekłość mija i wychodzę z zakładu z ewidentną plerezą (ach, te dłonie na twarzy…), zaczynam się zastanawiać, jak to jest (oprócz tego, że zakład każe fryzjerom na siłę szukać zarobku, żeby wyjść w tej dżungli fryzjerskiej na swoje), że ten chłopak, który zarabia maksymalnie 1200 kuajów na miesiąc oczekuje ode mnie kompulsywnego zakupienia usługi za równowartości jego miesięcznej pensji, tak po prostu, bo moje włosy będą po tym lepiej wyglądały. Odpowiedzieć tak jak znaczna częśc jego rodaków: “bo wy, Amerykanie macie mnóstwo pieniędzy” (więc płaćcie), to tylko kawałek odpowiedzi.

Gdy patrzy się na młodych Chińczyków – pokolenia 80 i 90, to oni w dużej mierze tak właśnie kupują. Impulsywnie, bez planowania, “bo będę w tym ładnie wyglądać”, bo tamto “było keai” (słodkie, milusie), “bo to jest cool –  酷 “, bez wyrzutów sumienia, bez myślenia o przyszłości. Nierzadko dziewczyna kupuje i oczekuje od chłopaka spłacania. Karty kredytowej. Można by powiedzieć, że nie mają innych wzorów konsumowania, że nie mogli takich wzorów wynieść z domów, bo konsumpcja dla pokolenia ich rodziców była czymś zupełnie innym (ach, dostać przydział na ten rower!), bo wielu z nich dostarczano wszystko na talerzu (co zaawocowało m in. powstaniem kenlaozu – dosłownie “grupy wysysającej starych”, nawet nie próbują czegokolwiek zarabiać, prace dorywcze, niskopłatne to obciach). Tylko, że np. na Tajwanie to wszystko wygląda jeszcze skrajniej, jeszcze bardziej przypomina szaleńczy karnawał. Z wykorzystaniem kart kredytowych. Do tego stopnia, że władze swego czasu (o ile pamiętam, chyba na krótko przed ostatnim kryzysem) zorganizowały kampanię przeciwko zadłużaniu się młodych i propagującą ostrożne korzystanie z kart kredytowych.

Więc co to jest? Boję się, że w dużej mierze jest to, specyficznie pojmowana, twarz. To zachowanie twarzy daje poczucie kontroli nad własnym losem (a nie spłacanie jakiejś karty). Żeby twarz zachować, pewne rzeczy (okreslane najczęściej przez zmienną modę, choć są elementy, które się nie zmieniają, tak jak nakaz posiadania w pewnym wieku w pewnych kręgach torebki Louis Vuitton na Tajwanie) po prostu trzeba mieć, pokazać, robić. Są osoby, które żeby określony marker statusu zdobyć, będą latami sprawdzać ceny papieru toaletowego i pielgrzymować tam, gdzie jest o 1 mao tańszy. Są też osoby, które rzecz kupią na raz, za pomocą karty, którą jakoś się kiedyś spłaci.

Choć kontynentowi na razie daleko do Tajwanu (nie mówiąc o Stanach), jeśli chodzi o stopień niespłaconego zadłużenia przeciętnego posiadacza karty, to już widać, co się szykuje. Ilość posiadaczy kart rośnie w zawrotnym tempie, a najaktywniejszymi ich użytkownikami są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (za część spłacą rodzice, taka nowa, bankowo zapośredniczona forma kenlao). Jak podaje CNN, w pierwszym półroczu 2009 roku odsetek osób z długiem niespłacanym przez co najmniej 2 miesiące wzrósł o 133%. A na kampusie uniwersyteckim przy ścieżkach banki rozkładają stoliki, rozdają długopisiki i oferują studentom karty. Niektórzy mają ich po kilkanaście. Oczywiście jest też druga strona fenomenu młodych konsumentów. Armie młodych wyszukujące w sieci najtańsze oferty (moje koleżanki najpierw mierzą ubrania w sklepach, potem wyszukują identyczne w sieci, przeważnie na megaserwisie Taobao, w księgarniach książki tylko kartkują, a kupują na Dangdangu o dobrych parenaście procent taniej). Są też młodzi umawiający się za pośrednictwem serwisów społecznościowych na…grupowe zakupy (grupa nieznanych sobie wcześniej osób stawia się, niczym jak na flash-mob przed domem towarowym, udaje do wybranego sklepu, wybiera potrzebne dobra po czym stanowczo żąda zniżki grupowej). Pragmantyczni, potrafiący poskromnić impuls nagłego “chcenia”, planujący (inna sprawa, że w planach lwiej części zarówno tych zorganizowanych, jak i w marzeniach kompuslywnie kupujących dziewczyn to facet ma wykazać się na początku “nowej drogi życia” mieszkaniem – w dużych miastach wręcz niewyobrażalnie drogim - a najlepiej jeszcze i samochodem, po czym natychmiast przepisać to na oboje, a najlepiej to po prostu na nią…)

Tajwanowi marzy się konsumpcja taka jak w Japonii. Która, czy oficjalna wersja pokolonialna tego chciała, czy nie (nie chciała i to bardzo), była postrzegana jako wzór nowoczesności, raj konsumpcyjny, taka nasza Ameryka. Co zaoowocowało m in. powstaniem harizu , “grupy hurra-japońskiej”, szerokim przejęciem japońskiej estetyki (kawaii, manga), zachwytem nad japońskim skryptem (dzieci wstawiają w wypracowaniach japońskie の zamiast chińskiego 的, bo tak było w komiksie). Dla Chin takim ucieleśnieniem konsumpcyjnego raju jest trochę Tajwan (tu się tajwańskie telenowele ogląda jak japońskie na Tajwanie), obecnie w większej chyba mierze Korea (cały fenomen koreańskiej fali, telenowele jak podręczniki dotyczące stylu życia etc.), no i oczywiście mityczna Ameryka. No więc skoro w skromnych chińskich warunkach mozna wydać (za pomocą karty kredytowej) na zachcianki na raz 1000 yuanów, to ja, jako Amerykanka, powinnam pokazać wzór konsumpcji dużego kalibru, rzucić się w amok zakupów i wydatków za grube tysiące. Nie pytając za wiele, bo to zdradza małostkowość. Patrząc na listę tych nieszczęsnych trwałych za setki kuajów powinnam poczuć się jak w domu, wybierać jak z menu restauracyjnego, wodzić palcem, decydować, pytać, w której mi będzie ładniej. Fryzjer by biegał dookoła mnie z jakimiś buteleczkami, doradzał. A nie zrobiłam tego. Zamiast tego ukryłam twarz w dłoniach. W zasadzie to ją w oczach fryzjera straciłam. Ale tysiaka sobie nie dałam wyrwać – wystarczy prawie na miesiąc jedzenia w osiedlowych knajpkach.

07

03 2010

Wrzeszcze, wiec jestem

Ze cos sie ze mna dzieje, podejrzewalam, gdy przestaly mna wstrzasac mdlosci za kazdym razem, gdy ktos obok mnie charcząc plunal na ulice. Po prostu przeszly jak reka odjal, moge nawet w czasie takich charchow, gromadzenia, formowania i odpluwania swobodnie jesc, nie musze wykonywac nadludzkich wysilkow, zeby rzecz zatrzymac w buzi.

Moje podejrzenia, ze cos sie zmienia, wzmocnila sytuacja sprzed tygodnia. Gdy moja regularna oprawczyni, banzhang (gospodarz klasy) studiow doktoranckich uraczyla mnie kolejnym klamstwem, ktore mialo uratowac jej kolege przed pisaniem artykulu ”razem z tym laowajem” (oklamala mnie co do woli profesora w tej sprawie, zwalajac nieuchronny problem, jaki bym miala postępując wedle jej wskazowek, na moje “nierozumienie chinskiego”), poszlam do niej i zaczelam sie drzec. Na poczatku miala swoja zwykla arogancko-znudzona mine, to zaczelam sie drzec jeszcze glosniej i z jeszcze wieksza wsciekloscia. Akurat przyszlo mi latwo, bo zlosci uzbieralo mi sie tyle, ze ledwo widzialam na oczy i po raz drugi chyba w zyciu doświadczyłam, że wyrazenie “zolc zalewa” nie jest metaforą, ale opisem tego, co ma przed oczami czlowiek ogarniety skrajna wsciekloscia. Arogancka dziewucha, ktora traktowala mnie zawsze jak pozbawiony odczuc opozniony w rozwoju chodzacy problem i mafan, pod wplywem wrzasku stopniala i poryczala sie. I zaczela przepraszac. Dopiero jak sie wydarlam, dotarlo chyba do niej, ze pomimo dziwnego wygladu jestem…istotą ludzką (tytulowe wrzeszcze, wiec jestem). Ale najdziwniejsze bylo to, ze po takim wrzasku wszedzie indziej (w Polsce, nie mowiac o Tajwanie, gdzie taki darcie twarzy to ekspresowy sposob na jej utrate) spalilabym sie ze wstydu, miala wyrzuty sumienia i wdawalabym sie w inne podobne niuanse. A tu po prostu wyszlam i poszlam do biblioteki (pewnie tylko za pare dni wypadnie mi resztka wlosow, ktora jeszcze sie ostala po przedostatnim seansie upupiania).

Ale, świadomość, że coś się naprawdę zmieniło, uderzyła wczoraj, gdy zanoslam  do reklamacji buty, ktorych obcasy po miesiacu od kupna ulegly rozkladowi zupelnemu. Kobieta w sklepie na sam dzwiek slowa “reklamacja” zaczela machac rekoma, robic skrajnie znudzona mine, zajmowac sie czym innym, udawac, ze nie slyszy i odganiac mnie jak natretna muche i mowic, ze to nie ich problem, ze to ja pewnie zle po ulicy chodzilam. Wtedy stanelam na srodku sklepu i rzucilam tymi butami o ziemie, co juz dało pewien efekt, jako, ze wszyscy zaczeli sie patrzec.  Po czym wydarlam sie tak, ze nigdy bym sie o to nie podejrzewala. “To sa buty? To smieci, nie buty! Prosze popatrzec (do innych klientow) co tutaj sprzedaja, (do obslugi) sami sobie w tym chodzcie” i inne zenujace bazarowe teksty. Efekt byl natychmiastowy, im bardzej bylam chamska i przekupkowata, tym oni badziej grzeczni. Stanelo na tym, “ze nie trzeba sie tak denerwowac, buty oddadza do naprawy, zmienia obcas na zrobiony z innego lepszego materialu, a jak nie bede zadowolona, to zastanowimy sie nad innym rozwiazaniem”. Ciekawe, czy do nich w dziecinstwie tez rodzicie szczekali, a nie mowili (vide: dwa posty nizej), ze teraz trzeba zaszczekac, zeby zobaczyli/usłyszeli w czlowieku czlowieka. Albo przynajmniej sprawę do załatwienia.

Jak opowiedzialam o tym ostatnim zdarzeniu znajomej Tajwance (0 stopni, a ja przyszlam w trampkach, no bo przeciez cholerne buty w naprawie, wiec musialam skladac geste wyjasnienia, pic gaoliang w duzych ilosciach celem rozgrzania i takie tam), posluchala, pokiwala glowa, uścisnęła moja dloń i powiedziala: “gratulacje, zostalas zharmonizowana”.

P.S. H4rmonijne spol3czenstwo - jeden z centalnych konceptow dzisiejszej polityki chinskiej, bardzo lansowany. Na plakatach promujacych tenze, splecione rece z wystajacymi mankietami mniejszosciowych strojow ludowych, przepuszczanie z usmiechem starszych osob w autobsach, podnoszenie papierkow i wrzucanie ich do kosza, ogolna milosc wszystkich do wszystkich. Samo slowo “harmonia” znajduje sie jednak na liscie slow filtrowanych w internecie, po tym, gdy ludzie zmodyfikowali jego znaczenie i wyrazeniami typu “ten serwis internetowy zostal zharmonizowany” zaczeli okreslac zamykanie i blokowanie stron i internetowych.

21

12 2009

różnice kulturowe…

…to słowo, którego wyjątkowo nie lubię. Tak samo jak słowa “westernizacja” i hasła “安全第一”, anquan diyi , czyli “po pierwsze bezpieczeństwo” wywieszanego w formie transparentów na najbardziej chybotliwych budowach i ogólnie wszędzie tam, gdzie w wyjątkowo rażący sposób ignorowane są przepisy BHP  (pewnie największe było na tym budowanym wieżowcu, co to się parę miesięcy temu przewrócił).

A “rożnice kulturowe” – jak przydarza się za granicą coś dziwnego i nie wiadomo, o co poszło, to żeby nie zagłębiać się za bardzo, i żeby nie wyszło, że”innych kultur” nie szanujemy, można po prostu z zadumą rzec: “ot, różnice kulturowe”. I pokiwać głową.

Tylko, że niektóre zdarzenia jakoś nie da się za bardzo inaczej określić, niż właśnie “różnice kulturowe”.

Bo tak - wychodzę dziś głodna z biblioteki (siedziałam tam prawie sama, pisałam kolejny artykuł, wszyscy już pouciekali z racji świąt – jutro 60 rocznica ChRL, a za 3 dni Festiwal Środka Jesieni), chwiejnie idę zjeść. Wchodzę do knajpy, biorę menu, wybieram, podchodzę do pani w kasie, a ta gada przez telefon. Patrzę na nią a ona nic – gada. “I 50 jinów ryżu zamówilismy i mniej przyszło i nienajlepszego”. Czekam i nic. Przeglądam bezradnie ponownie menu. “Ale weźcie teraz więcej przywieźcie, no bo to przyszło to nie było 50 jinów”. Przyglądam się jej intensywnie, próbuję zajrzeć w oczy i nic. No to znowu patrzę tępo w menu. I tak chyba ze 4 minuty. Aż nagle przypominam sobie, że to nie Tajwan, tylko kontynent i że tu można głos podnosić i okazać złość (na Tajwanie to duży wstyd i utrata twarzy dla krzyczącego). No więc podniesionym głosem ze złością mówię: “To ładnie o klientów dbacie! Takie ignorowanie, idę do konkurencji!” i teatralnym gestem zabieram torbę i ruszam do wyjścia. Kobieta nagle odkłada słuchawkę, zbiegają się kelnerki i zaczynają wszyscy zbiorowo przepraszać. Bo ja tak stałam i nic nie mówiłam, tak tę kartę bezradnie oglądałam, myśleli, że po prostu jestem jakaś wybitnie niezdecydowana. No to ja na to: “a co miałam robić, jak tak gadała? Śpiewać i tańczyć?”. Śmieją się, złość topnieje (tutaj tak jest, że złość i podnoszenie głosu szybko przychodzi, ale też szybko mija bez śladu). Ojej, tak im przykro, nie, nie, nigdzie nie idź, gratis sałatkę z ogórka dodamy.

No więc sie uspokajam, odkładam torbę i zaczynamy rozmawiać. Że Chińczyk po prostu by krzyknął (głównie to warknął): “chcę zamówić!” a nie tak czekał. A ja na to, że u nas to raczej ten przy kasie by przerwał bez moich krzyków. I dalej, mówię, że nigdy jeszcze się tutaj nie przemogłam, żeby przez całą salę wrzasnąć “Kelner! Rachunek”, a dyskretne znaki, które ku kelnerom czynię prawie nigdy nie są dostrzegane.  Kelnerki się śmieją. A ja nie potrafię wrzasnąć ani klasnąć. Po wzajemnych przeprosinach siadam i jem swoje.

A jeśli już o “różnicach kulturowych” mowa, to tę pomiędzy ChRL a Tajwanem odnoszącą się do przyzwolenia na okazywanie złości przyjęłam z ulgą (oczywiście wielką masę tajwanizmów wspominam z rozrzewnieniem).  Tutaj te złości, których do tej pory byłam świadkiem i adresatem (mam nadzieję, że także te, których byłam nadawcą), są przeważnie (oczywiście nie zawsze, czasem po prostu ktoś się na kimś wyżywa, jeszcze kiedyś opiszę, jak się nade mną pani doktor w Biurze Kwarantanny znęcała!) ubrane w pewne formy, czasem wręcz mam wrażenie, że złoszczący się zmusza, aby złość okazać, aby stało się zadość porządkowi rzeczy. I że taka “złość rytualna” przy cichym porozumieniu, jakie tutaj panuje co do jej form, przebiegu i zakończenia, jest czymś cennym. Szczególnie jak np. w mieście mieszka 25 milionów ludzi.

Parę tygodni temu nawrzeszczał na mnie konduktor. Krzyczał, bo w puściutkim pociągu wlazłam na środkowe, a nie najniższe – jak wynikało z biletu – łóżko i nie chciałam zejść argumentując m in. pustotą całkowitą pociągu i tym, że tu mi bardziej się podoba. No więc z niejakim zmęczeniem i z urzędu wykrzesał z siebie złość:

On: “Co, było w bilecie, co nie widać? Wlazła i pościel brudzi! Złazić stamtąd natychmiast i tę pobrudzoną pościel zamienić!”

Ja: “O, to jednak pan mówi po chińsku?”. Wcześniej, przy wsiadaniu, chociaż się go pytałam kilka razy, dlaczego mam iść do 6 zamiast 7 wagonu, jak było w bilecie, nie podpowiedział ani słowa tylko pokazywał uparcie na migi na 6 wagon nawet na mnie nie patrząc.

On: “Złazić! Pościel zabierać!” .

Ja: “Proszę przestać wrzeszczeć, to zejdę”.

On (wrzeszcząc): “Nie wrzeszczę!!”

Po czym jak wrzeszczał, tak się zaraz uspokaja, ja schodzę, on daje mi spokój. Musiał okazać władzę należną mundurowi.

A ja wolę takie krzyki niż milczenie, chowanie urazy i nagłe wybuchy, których doświadczałam niekiedy na Tajwanie, a będące przeciwieństwem tej kontynentalnej “złości rytualnej”.

Byłam raz adresatem takiej szczególnie bezradnej i niekontrolowanej złości. Złoszczący najpierw zrobił uwagę o jakiejś codziennej błahostce (typu niepozmywany talerz czy nie odłożona na miejsce rzecz), potem ogólniej - o cudzoziemcach jako takich, potem o młodszych (2 lata, ale zawsze) kobietach, które go nie respektują, i o tym, że właściwie nikt go nie respektuje. Raz otworzony worek ze złością nie dał się już zamknąć. Zakończył, siedząc na podłodze, krzycząc przez łzy, że całe jego życie jest porażką i jeszcze parę innych przeraźliwie smutnych rzeczy. Ta złość faktycznie była tego rodzaju, że krzyczący, gdy raz się pojawiła, nie mógł już nic zrobić, a już z pewnością zachować twarzy, a ja nie mogłam na nią odpowiedzieć. Oczywiście nie wiedziałam tego i wyciągnęłam do płaczącego dłoń, proponując rozmowę. Co było najgorszym z niewielu rozwiązań, jakie w tej sytuacji zostały i skończyło ucieczką nieszczęsnego w jesienny deszcz tak jak stał – w szortach i koszulce. Potem zachowywał się, jakby mnie nie było i  już nigdy się nie odezwał.

01

10 2009

Wykrzycz głośno swoją miłość

Niedzielnym wieczorem w Telewizji Szanghajskiej (chyba, sprawdzę jeszcze w tę niedzielę) jest program o właśnie takim tytule. Uczestnicy w jakimś miejscu publicznym, np.  stojąc na balkonie na Nanjing Dong lu, ulicy Nankińskiej, głównym pasażu Szanghaju, albo pojawiając się na pontonie w środku występu delfinów w oceanarium, z tubą przy ustach robią właśnie to, co sugeruje tytuł: krzyczą słowa miłości do stojącej pod balkonem dziewczyny, siedzącego wśród publiczności oceanarium męża. Potem krzyczący/a schodzi z balkonu/wychodzi na brzeg i rzucają się sobie w ramiona. Kamera filmuje jedno, drugie i reakcje publiki.

Następny etap ma miejsce w studio - trzy wybrane pary wyznają sobie miłość już z bardzo bliskim zbliżeniem kamery rejestrującym ich każdy grymas twarzy, czerwieniejące ze wzruszenia nosy, łzy. Potem jury wybiera najbardziej wzruszającą parę.

Tym razem wygrała para, gdzie chłopak, we łzach, klękając, wyciągnął z kieszeni pierścionek  i wyznał płacząc, że to tani pierścionek, bo nie ma pieniędzy, ale jest w nim cała jego miłość do dziewczyny i że oczywiście prosi o rekę. Wtedy ona szlochając i drżąc (nigdy nie widziałam, żeby ktoś drżał naprawdę w telewizji), najpierw wyciągnęła do niego ręce, a potem też uklękła i padli sobie w objęcia. Kamera pokazywała na przemian twarz jednego i drugiego.

Na  oko 50-letni facet, który wyznał żonie, że choć jego miłość do niej nie jest tak doskonała, jak miłość, którą otrzymywała ze strony jej niedawno zmarłego ojca, to jednak błaga ją, żeby przyjęła tę chociaż trochę ułomną, to jednak gorącą miłość, przegrał. Choć płakał on, ona zanosiła się od spazmów, a wraz z nimi oczy ocierała cała moja zaprzyjaźniona knajpa, (łącznie ze mną, a kucharz przerwał na chwilę przygotowywanie najlepszej w okolicy zupy rybnej, wyszedł z okopconej kuchni i zagryzał wargi stojąc pod zawieszonym przy suficie telewizorem), to w oczach jury nie było wystarczająco poruszająco.

Trzecia para – dziękująca sobie za wspólne życie, zapewniająca, że jest dla siebie wszystkim, że nie żałują, już w ogóle nie miała szans.

Zwycięzcy wygrali wycieczkę luksusowym statkiem i – tym razem już bardzo drogi – pierścionek. Pozostałe dwie pary straciły twarz – dosłownie i w przenośni, nigdy jeszcze w telewizji nie widziałam na czyjejś twarzy wyrazu tak strasznego i zupełnego zawodu.

W całej knajpie tylko jedna osoba nie patrzyła na telewizor - chłopak, który przychodzi tam codziennie, bo jest zakochany w kelnerce. Siedział jak posąg i patrzył w ścianę na wprost. Jak na razie o tym, dlaczego kocha właśnie tę dziewczynę (bo, że bardzo mu się podoba, to wiedzą wszyscy, chociażby po tym, że niemal wprowadził się do knajpy), wiem z bywalców tylko ja (mi powiedział, i to już podczas pierwszej rozmowy, to, czego innym w ogóle się nie mówi, bo jestem z innego kontekstu).

24

09 2009