Posts Tagged ‘Wielki Mur’

Mur, morze, mur

Po wielu tygodniach podchodów i czyhania, udało nam się wreszcie wyrwać z Pekinu (“tego złego rekinu”, jak pisał Barańczak). Biały, delfinodzioby pociąg Harmonia uwozi nas starą, wytyczoną jeszcze za czasów półkolonialnych, trasą kolei Pekińsko-Mukdeńskiej (Mukden to dzisiejszy Shenyang), na Północny Wschód. W połowie drogi do Shenyangu znajduje się jedyna stacja, na której zatrzymuje się biała nitka Harmonii pomiędzy Pekinem a Shenyangiem – to małe miasteczko Shanhaiguan. Kolej dotarła tutaj w 1893 roku, tutaj Wielki Mur, trochę jak wielka rzeka – wpada do morza.

Widziałam już wiele miasteczek-wydmuszek, miasteczek, gdzie (re)konstruuje się “sztuczną” tradycję – bardziej kolorową, bardziej rzeźbioną, z większą ilością lampionów, ale z mniejszą (znikomą) ilością mieszkańców, życia. Przed przyjazdem do Shanhaiguan wiedziałam już, że miejsce to spotkało szczególnie straszny los – stare siheyuany, stare ulice zostały w 2006 dosłownie wyssane z miejsca, a na ich miejscu powstały 仿古建筑 – rozbuchane podróbki starej architektury. Pozostał tylko (oczywiście po odnowieniu) stary mur miejski (jedna ściana tego muru jest częścią Muru, który parę kilometrów dalej na wschód wpada do morza).

Wychodzimy z dworca przyozdobionego dwoma wieżami z zegarami wielkości karuzeli i doklejonym czerwonokolumnowym pawilonem na szczycie i idziemy w kierunku widocznego muru miejskiego. Widziałam wioski i miasteczka otoczone murami, taki mur to jak skóra zwierzęcia – chroni kompletny organizm o własnym porządku. W Shanhaiguan mur nie chroni już nic – wchodzimy przez wielką bramę i widzimy… rozległy trawnik, kilka wątłych drzewek, powieszone wzdłuż ulicy “tradycyjne” lampiony. Gdzieś dalej kilka starych-nowych budynków rzeźbionych i malowanych bogaciej niż Pałac Letni. Znowu mam poczucie, że się spóźniłam. Jednocześnie czuję wściekłość za zniszczenie miasteczka, choć go nigdy nie poznałam. Czuję też, że powinniśmy wynieść się szybko z powrotem przez bramę, bowiem biegnie do nas tłum naganiaczy, wykrzykując koślawym angielskim nazwy jakichś “atrakcji” do zwiedzenia i hoteli “w których laowaje się zatrzymują”. Boję się, że tym razem mój instynkt wycieczkowy zawiódł i że się przemordujemy zanim wrócimy do Pekinu.

Uciekamy więc z wydmuszki, znajdujemy hotel blisko dworca i, porzuciwszy graty, wyminąwszy nielegalne taksówki oferujące nam uwiezienie w kierunku najróżniejszych atrakcji, jedziemy podmiejskim autobusem na plażę, tam gdzie Mur wpada do morza. Problem w tym wszystkim taki, że Mur prawdziwy już dawno do morza wpadł, zaś to, co obecnie można zobaczyć, to rekonstrukcja z lat 80-tych. Ale chcemy przynajmniej usiąść na plaży i np. zobaczyć horyzont. Wymijamy kolejną porcję naganiaczy, którzy z całych sił chcą nas wepchnąć za jedyne 160 yuanów w obręb “Smoczej Głowy”, czyli końca czy tam początku Muru i idziemy kierując się głównie węchem na plażę. Prowadzi do niej tunel przez Mur.

Na plaży są muszle, są wodorosty, są też wyposzczone i niepojone konie dla turystów i kilku turystów. Na plaży jest rzecz jasna i Mur, z plaży jest widok na gigantyczny port towarowy (już w Liaoningu, czyli po barbarzyńskiej stronie Muru) i na zatokę Bohai. Horyzont usiany jest tankowcami czekającymi na wejście do portu. Patrzymy na majączące w oddali sylwetki portowych dźwigów, pobliską sylwetkę Muru, wrzucamy jeszcze żywe małże do wody.

Po wrzuceniu pewnej ilości małży do wody, znalezieniu muszli w kształcie pandziej głowy i wspięciu się na niebiezpieczne przybrzeżne skały, wracamy tunelem przez Mur, siadamy na przydrożnym murku i przyglądamy się ciężarówkom pędzącym przez tunel w stronę Liaoningu. Po lewej stronie drogi, po lewej stronie tunelu jest rekonstrukcja Muru idąca do morza. Postanawiamy sprawdzić, co jest po prawej stronie drogi i prawej stronie tunelu – czy z Muru cokolwiek zostało? Wspinamy się ścieżką w haszczach po nasypie wzdłuż drogi, odgarniamy jakieś małe akacje. Jeszcze trochę do góry i jesteśmy. Na wąskim, ciągnącym się w dal, w wioski, zielonym podłużnym pagórku o ściętym wierzchu. Skaczą sroki, latają muchy. I jakby nie słychać ciężarówek. Jesteśmy na prawdziwym Murze. Ponad 600-letnim. Wedle mapy, która zaznacza ten fragment charakterystyczną, ząbkowaną linią, że niby baszty, Mur biegnie na wschód, aż przerodzi się w mury miejskie “wydmuszki” a stamtąd pobiegnie jeszcze dalej na wschód, wespnie się na góry i dalej w Chiny, nad Pekinem, przez Shanxi, przez Shaanxi, aż po pustynie. Idziemy, według mapy do miasteczka jakieś 5 kilometrów. Mur rwie się wśród nadbrzeżnych wiosek, jest zasobnikiem piachu do budowania dla okolicznych mieszkańców, wysypiskiem śmieci, momentami ścieżką pomiędzy polami, rosną na nim konopie. Sylwetka portu-kolosa oddala się. Po “barbarzyńskiej” jak i po “cywilizowanej” stronie chlewiki, małe poletka. Od czasu do czasu nad nami huczy wojskowy samolot (za każdym razem jak przelatują, myślę o Lin Biao, który z tego samego lotniska, z którego startują, rozpoczął swoją tajemniczną i tragiczną ucieczkę).

Koniec Muru wyremontowanego, początek dzikiego, w oddali morze

Mur przecięty polną dróżką

…polną dróżką…

Od czasu do czasu Mur przecięty jest polną drogą, którą jadą trójkołówki, idą dzieci. Wtedy schodzimy po zółtym piachu, przechodzimy przez jezdnię/dróżkę/ścieżkę i wspinamy się z powrotem. Mam plażowe klapki, przez które przechodza ciernie od małych akacji. Chwasty tną nam skórę. A i tak nie możemy się powstrzymać, żeby iść dalej. Po każdym wymuszonym przez przecięcie Muru drogą zejściu, stwierdzamy, że jeszcze tylko do następnej dróżki/tylko zobaczymy, co za tym drzewem. I tak dochodzimy do miasta. Teraz po “barbarzyńskiej” stronie otaczają nas bloki, a po “cywilizowanej” chlewiki. Gdzieniegdzie pojawiają się zachowane ceglaste mury, zarysy baszt stają się coraz bardziej wyraźne. A droga coraz cięższa. Nogi mam pocięte przez trawy (ciekawskie kobity nigdy nie będą miały ładnych nóg!), zachodzi słońce a przed nami w oddali majaczą absurdalne wieże dworca. Na trawach Muru łopoczą plastikowe torby. Mur przecina szeroka ulica, trzeba zejść.

zarysy baszt są wciąż bardzo wyraźne

dalej się nie da

Miasteczko jest już blisko, klapki na szczęście nie rozpadły się, kolce wyciągam na bieżąco. Kierujemy się w stronę dworca, przy którym jest nasz hotel. Depresyjne bure osiedla, takie jak mogą być tylko w Dongbei. Mijamy wyglądające jakoś absurdalnie w tym wszystkim budynki. Czerwona cegła, kilkupiętrowe, drewniane okna z kratownicami. Niemieckie. Ale nie, nie takie jak w Niemczech, tylko bardziej jak na Śląsku. Pociemniałe, z dobudówkami, od lat nieremontowane.
“To Wasi to wybudowali” – rozlega się za nami głos, gdy tak patrzymy na te kilka domów – “tylko zejdźcie mi z ogórków”. Patrzę na własne brudne i pokaleczone trawami stopy w nieszczęsnych fioletowych japonkach – faktycznie, niby stoją na skrawku ziemi przy ulicy, ale jednak na mikroskopijnym poletku z kilkoma sadzonkami ogórka. “Tu ci wasi jak kolej budowali, to tutaj mieszkali robotnicy, tam inżynierowie. A tu mieli kościół” – pokazuje na budynek z gotyckimi oknami połatanymi szkłem zwykłym i we wzorki. “To wasi wszystko zrobili” – uśmiecha się.

Ostatkiem sił docieramy pod hotel. Obok miło wyglądająca knajpka. Ponieważ pekińskiego jedzenia mam powyżej uszu, rzucam sie na owoce morza, ryby. “Nie możecie tego nie spróbować” – rzecze szef i przynosi niepytany specjalność zakładu – krewetki z tofu. Rzucam się. Parę godzin później, już w nocy, przyjdzie pierwszy atak zatrucia, żołądek zacznie rzucać się w niepożądanych kierunkach, a zaraza unieruchomi mnie w pokoju hotelowym na następny dzień. No więc następnego dnia słońce świeci przez firanki, morze pewnie gdzieś tam migocze, a ja leżę zielona na twarzy i oglądam program pierwszego kanału CCTV, gdzie eksperci – krytycy sztuki – zjeżdzają do różnych chińskich miasteczek i oceniają autentyczność przedmiotów, które tłumnie znoszą do prowizorycznego studia mieszkańcy – waza z dynastii Yuan oczywiście okazuje sie podróbką, naczynie do picia wina z Shangów rzecz jasna też (“pewnie zaraz wniosą Arkę Przymierza” – kwituje J.). Kaligrafia wielkiego mistrza okazuje się być nędzną podróbką. Waza z bladozieloną emalią jest prawdziwa – oczywiście z Mingów. Oglądamy zachwycone twarze tych, którzy dowiadują się, że rzecz jest warta miliony i zrozpaczone twarze tych, którzy stracili właśnie majątki (skąd ci niepozorni starsi ludzie mają pieniądze?…). Prawdziwe, fałszywe. Tutaj kryteria sa proste. Waza “qingowska” zrobiona dwa lata temu nie jest prawdziwa. A Wielki Mur z lat 80-tych? A miasto, w którym już nic nie ma?

Wieczorem, w dresie, wyczołguję się na ulicę. Miasteczko-wydmuszkę konsekwentnie bojkotujemy, kręcimy się po paskudnej, ale za to żywej nowej części miasteczka. Pod ogłuszająco brzydkim, obłożonym zapyziałym szkłem refleksyjnym domem towarowym (bazarem?) imitującym…baszty Wielkiego Muru, gra muzyka – bębny, trąbki, stoją ludzie. Trzymając rękę na zmordowanym żołądku poddreptuję bliżej. Przy mdłej żarówce w takt hipnotycznej muzyki przesuwa się barwny korowód postaci w strojach z dynastii Qing. Starsze panie, panowie poruszają się dostojnie, majestatycznie trzepoczą wachlarzami. Na końcu korowodu pląsa facet w podkoszulku i damskim stroju z Qingów. Ani się spostrzegam wciągają mnie w środek. Przed chwilą jeszcze ledwie szłam po tym zatruciu, a teraz, proszę bardzo, z potem na czole, ale tańczę – w dresie i z wachlarzem (w tańcu czy tam w biegu kłaniając się publiczności i przepraszając naookoło, że psuję widok), ale tańczę! Ludzie – tak jak mnie zresztą zapewnili, zanim mnie wciągnęli – nie śmieją się, tylko radośnie uśmiechają, pokazują kciuki do góry, machają, krzyczą: “dalej! Super!”. Przyglądam się bliżej strojom “z epoki” – z taniutkich materiałów, koraliki na “koronach” z plastiku, gdzieniegdzie wystaje zwykły podkoszulek, zwykłe tenisówki.

Następnego dnia kolejny odcinek Muru. Tym razem wracamy z podnóża gór, tam, gdzie zaczyna sie “oficjalny” górski turystyczny odcinek Muru, który chcieliśmy zwiedzić jak ludzie, bez kolców i tnących skórę traw, ale był zamknięty. Do miasteczka. Znowu – przekleństwo – 6 kilometrów chaszczami, bo nie mogliśmy się powstrzymać. Na zdjęciach:

Polecam powiększenie zdjęcia, bowiem pokazuje oryginalny sposób sztukowania Muru

przed wejściem na dziki Mur wespniemy się jeszcze na tę basztę

Mur odnowiony spotyka się z dzikim – my pójdziemy dzikim

te białe punkciki to kozy

Mur przecina autostrada do Shenyangu, przy Murze na wysokości autostrady mała wioska ze szpitalikiem z lat 50-tych z rodzaju, który w miastach można oglądać tylko na filmach. Byłam w środku, ale mam wrażenie, że sympatyczni mieszkańcy wioski nie chcieliby, żebym zamieszczała zdjęcia na blogu

Niegdyś hala zebrań, dziś mały zakład naprawczy- z bramy po chwili wychodzi czterech pracowników i nas zagaduje

 

Mury miejskie – jednak tam weszliśmy. O miasteczku-wydmuszce mam nadzieje jeszcze napisać w oddzielnym poście

07

06 2011

Mur. Alternatywne scieżki klasy sredniej

Pekińska jesień, hebejska jesień (Pekin – nienależący administracyjne do Hebei – znajduje się w samym środku Hebei niczym dziurka w pączku z dziurką) to jesień słynna. Pekińska złota jesień, hebejska złota jesień. Od połowy października po pierwszy tydzień listopada, lud stolicy czyni przygotowania, bierze aparaty, plecaczki i wyrusza oglądać hongye – czerwone liście. Telewizja i internet na bieżąco śledzą sytuację czerwonych liści, gdzie są w danej chwili najbardziej czerwone. Lud stolicy przeważnie jeździ zatłoczonym ponad granice wytrzymałosci autobusem lini 331 w Pachnące Góry – Xiang Shan, leżące w obrębie metropolii, z kolejką linową i kilkoma światyniami (po części zostały tylko ruiny w wyniku działań wojsk angielsko-francuskich podczas wojen opiumowych). “Liście się czerwienią, tłumy przybywają podziwiać” – tak reklamują Pachące Góry swoje “Święto Złotych Liści”. Jako, że hasło to wywołuje we mnie głównie przerażenie a nie chęć przybycia, widocznie nie jestem targetem tej reklamy, więc i nie mam co porywać sie na produkt. Na podziwianie czerwonych liści wybieram więc miejsce gdzie tłum nie przyjedzie podziwiać, bo jak już tam wlezie, to tłumnie spadnie.

Na północ od Pekinu jest wiele miejsc, gdzie można wejść na Wielki Mur. Są to przeważnie malutkie odcinki Muru starannie odnowione/odbudowane, z urządzeniami w stylu magnetycznych bramek  i kolejek linowych. Koszulki, czapeczki, cuda na kiju. Turysta może przejść się 20 minut takim Murem i tylko ogarnąć wzrokiem/aparatem cześci Muru zamknięte dla publiki.

Wiekszość Muru jest  zamknięta dla ruchu turystycznego. Obsypujące się kamienie, strażnice w ruinie. Krzaki, kwiatki, woda, słońce w milczącej zgodzie odbierające metr po metrze temu dziełu kultury to, co należne naturze, czyli górską grań. Jiankou jest właśnie takim miejscem. Uznawany za jeden z najbardziej malowniczych odcinków, oficjalnie zamknięty dla ludzi, nieoficjalnie coraz częstszy kierunek wypraw chińskich i nie tylko luyou (luyou – dosl. “przyjaciel osiołek”, od noszonych plecaków, ale i homonim 旅游 – podróż). Do wioski u stóp Muru jeżdzi tylko jeden autobus dziennie i to nie bezpośrednio z Pekinu, najpierw trzeba wydostać się do oddalonego o jakieś 1.5 godziny jazdy od stolicy Huairou.

Jazda w sumie, z przesiadką i błądzeniem po Huairou celem znalezienia miejsca, skąd odjeżdża autobus do wioski u stóp Muru, zajmuje ok. 4.5 godzin, choć to w sumie chyba niewiele ponad 100 km. Gdy jeżdzące do wioski raz dziennie banche wspina się sapiąc po górach, widzę, że wybrałam dobrze. Rude liście, liście czerwone, bordowe, żółte. W autobusie kilku mieszkańców wioski i, oprócz mnie, 5 kolesi z plecaczkami i w polarach. Chińscy luyou. Banche przejeżdża przez przełęcz i wtedy widzę dolinę. W dole szare dachy wioski otoczonej górami jak koroną. A korona obrębiona szarym paseczkiem – to Mur. W wiosce sporo samochodów na pekińskich rejestracjach, mam problem ze znalezieniem miejsca na nocleg (autobus dopiero jutro rano!). 4 z 5 ludzi w polarach to koledzy, byli wspólnie razem na studiach, teraz razem jeżdżą. Pomagają mi znaleźć miejsce noclegowe, w wyniku ich prósb, dostaje mi się pokój, do którego wchodzi się prosto z patio, z 6 osobowym kangiem na mnie jedną.

Tych czterech – przyjeżdżają regularnie, znają drogę. Zawsze zżymałam się na chińskie mapy, zwłaszcza terenów pozamiejskich. Że brak skali, że dróżka i strumyk wyglądają na nich tak samo, że obiekty nie są zaznaczone punktowo, tylko po prostu w białym miejscu gdzieś pomiędzy wsią A a wsią B wkleja się wielki napis “ruiny światyni X” a ja potem jeżdzę po jakichś polach jak głupia rozganiając stada owiec w poszukiwaniu zabytku. Teraz patrzę jak czterech dage – “braci” – sprawnie korzysta ze swojej wydrukowanej z internetu mapki, która wygląda jak kilka makaroników mixian rzuconych luźno na kartkę. Tu jest wejście, tu podejście, tu się okrąża i schodzi połnocnym stokiem do wioski – wskazują na makaroniki na mapce. Wiem, że Mur Jiankou może być niebezpieczny, że część jest nie do przejścia, że część się zawaliła, większosć osypuje. Jemy prosty obiad na patio. Idę z nimi.

bDSC01274

bDSC01076

bDSC01236

bDSC01175

Mur Jiankou jest w ruinie. Przyroda zabiera po cegiełce, po kamyku to, co wnieśli na górę w skrajnym trudzie budowniczy z czasów dynastii Ming. I na miejscu zasiewa rośliny, zagnieżdża ptaki. Korzenie drążą pomiędzy kamieniami, rozrywają zaprawę sprzed prawie 650 lat. Deszcz sączy się  przez kamienne sklepienia strażnic, spływa kamiennymi rynienkami. Gdy strażnica się wali, wprowadzają się do niej węże i jaszczurki. Rok w rok woda deszczowa zamarza jesiennymi nocami w szczelinach, rozsadza je. Ale zważywszy czas od jakiego mur stoi nienaprawiany, zanurzony w dziką górską przyrodę, to i tak cud, że w ogóle stoi. Jeden z braci wodzi palcem po zaprawie pomiędzy mingowskimi cegłami – “to zaprawa guren, starożytnych” – mówi z szacunkiem – “współczesna nigdy by tyle czasu w takich warunkach nie przetrwała”.

bDSC01171

bDSC01098

bDSC01058

bDSC01044

Na murze niespodzianka (dla mnie) – mnóstwo ludzi. Ale bardzo różniących się od typu opisanego przez mnie kiedys we wpisie Homo viator sinensis. Cześć z nich ma wielkie plecaki, karimaty, część z nich rozłożyła je w ruinach strażnic, wyciagnęła kuchenki turystyczne, garnki, warzywa i skupiona przy ogniu gotuje. “Spędzą tutaj noc” – mówi jeden z braci. “My też spaliśmy tutaj latem, w strażnicy pod gołym niebem – ale dziś w nocy będzie zbyt zimno, nie mamy sprzętu”. Sprzęt. Tu nie ma butów na obcasie, ani nawet trampek. Wszyscy w butach górskich. Nie ma torebek na ramię. Są plecaki. Część idących ma czekany a nawet liny. Wiem, że część Jiankou jest wspinaczkowa i uznawana za nadającą się dla doswiadczonych amatorów gór.

bDSC01074

 To, co dookoła, nie da się opisać. Już nawet sama przyroda byłaby warta, żeby tu przyjechać. A Mur – największe ruiny świata, melancholia opuszczonych strażnic, kamiennych rynien po których od stuleci spływa deszcz, strażnice leżące w dole w formie rumowska porośniętych przez rośliny kamieni. To jest coś, co onieśmiela. Nigdzie, w żadnym wypieszczonym zabytku klasy AAAAA , nawet najcenniejszym historycznie, nie widać tak monumentalnosci przemijania wielkich epok. Ona tutaj chwyta za gardło.

bDSC01202

 Gdy tak idziemy, zdaje sobie sprawę, że to pierwsze miesce pełne chińskich turystów, gdzie nikt nie prosi mnie o wspólne zdjęcie (w miejscach takich jak sławne góry, np. Huangshan czy Taishan mam problem z wchodzeniem, bo średnio co 2 minuty muszę wytrącić się z trudem zdobywanego rytmu, zatrzymać się i zapozować, odpowiedzieć z zadyszką po raz 42398479283 na pytanie skąd jestem i skąd tak dobrze znam chiński). Luyou są skupieni ma Murze. Owszem pozdrawiają się, pomagają sobie, rozmawiają, ale nienachalnie, widać, że każdy próbuje jakos Mur przeżywać.

A skupienie się przydaje. Gdy dochodzimy pod miejsce zwane Orzel Wzlatujący ku Górze zaczynam rozumieć, jak to się dzieje, że co roku kilka osób żegna się na Jiankou z aktualnym wcieleniem. Ścianka jest pionowa, jest fragmentem obsypanego Muru. W szczeliny, gdzie zaprawa się wykruszyła, wpasowuje się palce, stopy szukają jakiegokolwiek punktu zaczepienia, co nie łatwe, bo stare cegły potwornie wyslizgane. Na dole grupka luyou: “prawa stopa odrobinę do góry i w prawo, powoli! powoli!” – sekundują. Gdy wreszcie udaje mi się pokonać ściankę, na górze czeka już dwóch z czterech braci w podróży – teraz droga ku Wzlatującemu Orłowi jest już wolna, za chwilę bedziemy, cieszą się.

 Orłów już nie ma. Są za to wielkie wrony. Siadamy na ruinach sklepienia strażnicy i patrzymy jak ptaszyska krążą poniżej nas na tle rudych gór i szarego kamiennego łańcuszka poprzerywanego bujnymi krzakami. Na łańcuszku gdzieniegdzie kolorowe punkciki – to gorteksowe kurtki, polary i plecaki luyou. Pachną liscie, pachną zioła, trawy. W dole szare dachy wioski i dym z pieców unoszący się z kominów. Cisza.

Na szczycie spotykamy piątego z pasażerów autobusu. “Nie schodźcie stąd Murem, to da się zrobić tylko z linami a do tego to skrajnie niebezpieczne, bo Mur się obsypał i teraz schodzi się po rumowisku” – mówi. To facet z Dalian, około 40 letni. Bracia – o dekadę od niego młodsi, biurowo-cherlawi, patrzą z podziwem na gladiatorskie wezły mięśni, które zarysowują się pod  T-shirtem Daliańczyka i z miejsca akceptują go jako nowego przywódcę grupy. Konsultują chwilę wydrukowaną z internetu mapkę przypominającą plataninę nitek makaronu i uzgadniają, że trzeba zejść z grani-Muru przejsc zboczem góry, pomiędzy drzewami, a potem ponownie wspiąć się na Mur. Buty górskie szurają w czerwonych liściach, na chwilę tracimy z oczu Mur, bo idziemy lasem. Ścieżka momentami niknie w stertach liści.

bDSC01035

bDSC01090

bDSC01231

bDSC01518

Wracamy do wioski po 5 godzinach od wymarszu. Z wioski w dolinie patrzymy na drogę granią/Murem i wydaje się śmiesznie krótka, to nawet nie 20% widocznego z wioski na koronie gór Muru. Pionowy odcinek również nie wydaje się z dołu trudny.

W gospodarstwie są już inni luyou. Łączymy stoły i wnosimy je do jednego z pokoi, żeby było cieplej. Cześć osób siedzi na kangu, część przyniosła krzesła. I tutaj Daliańczyk wiedzie prym. “Starszy bracie, jak wyćwiczyłeś takie mieśnie?”, pyta się jeden z luyou nie kryjąc fascynacji i podziwu. “O, wiesz, ja do 35 roku byłem typowym gryzipiórkiem, tylko biuro-dom, biuro-dom, miałem cienkie rączki zdatne do pisania na komputerze i tyle” – zaczyna opowieść. “Potem zaledwie jednego roku odeszli oboje moi rodzice. Wtedy pomyślałem – co oni mieli z życia? Całe życie tylko się poświęcali dla innych – najpierw dla swoich rodziców, potem dla dzieci. Czy byli szczęśliwi? Nigdy nie zadałem im tego pytania, nie miałem odwagi i nie zdążyłem” – mówi. Tu nikt go nie zna, przyjechał sam, jest życzliwie i anonimowo, może mówić otwarcie. “I pomyślałem, że ja chcę trochę pożyć dla siebie, znaleźć w sobie trochę egoizmu, poszukać tego, co mnie cieszy, a nie co cieszy rodzinę czy przełożonych. I wtedy zobaczyłem, że sport daję mi ogromną satysfakcję. I zacząłem mocno ćwiczyć”. Reszta kiwa głową. “Nie chcę na starość żałować, że nic z życia nie miałem”. Dlatego też starszy brat z Dalianu, gdy tylko ma chwilę, wyrywa się z białego kołnierzyka i jedzie. Na Mur, w góry. Poprzednio spał na strażnicy. “Chciałem doświadczyć tego, co guren doświadczali będąc tam, na górze” – mówi.  ”Spałem w strażnicy, bez namiotu, pod gołym niebem, patrzyłem na gwiazdy, na jakie i guren patrzyli podczas warty, słuchałem szelestów jaki i oni słyszeli, paliłem ognisko, tak jak i oni palili nocami, to wielkie szczęscie móc zrobić cos takiego”. Reszta kiwa głowami. Rozumie, skąd biorą się takie pomysł i pragnienia. Rozmowa schodzi – (no dobra, trochę za moim udziałem) na to, czy w Chinach łatwo mieć alternatywne marzenia i dążenia. Niełatwo – wszyscy są zgodni. Niełatwo powiedzieć, że nie zależy mi na nowym samochodzie, bo ten przecież jeździ, więc jest ok, nie łatwo przyznać, że marzy się nie o spaniu w 5 gwiazdkowym hotelu, ale o nocy w strażnicy Wielkiego Muru jak guren. Dage z Dalianu może sobie na taki ekscentryzm pozwolić – jest ważną figurą w firmie produkującej maszyny, firma wysłała go nawet na parę lat do Japonii. Ten wyjazd także przyczynił się to tego, że dostrzegł, jak ludzie, osiągnąwszy wysoki status materialny i społeczny, zaczynają poszukiwać tego, co ich cieszy. Patrzył ze zdumieniem, jak starsze kobiety po odchowaniu dzieci i po całym życiu służenia mężowi i rodzinie nagle żądają rozwodów, zapisują się na milion kursów, zaczynają poszukiwać hobby, realizować marzenia. “Ja nie chcę przerywać tego, co mam, chce to tylko uzupełnić, żeby potem nie żałować” – mówi dage. Reszta kiwa głowami i widać, że myśli podobnie, że to ich tutaj sprowadziło. Kang jest fałszywy (ech…), w środku nie ma pieca, na owczym filcu leży kocyk elektryczny. Betonowa podłoga, betonowe ściany, niskie okna. Dookoła stołu kilkanascie osób. Na stole 65 procentowe erguo tou i kilkanaście talerzy prostych wiejskich, połnocnych dań (pani domu smaży je w kuchni obok na węglowej kuchni i donosi na bieżąco).  Żarówka pod sufitem. Na północnej stronie patio główna częsć dwuskrzydłowego domostwa, tam mieszkają gospodarze. Przez niskie okienka widać wnętrze oswietlane mdłą lampą, portret Mao i kalendarz z pomyslnymi znakami na ścianie. Syn i mąż gospodyni siedzą na kangu i patrzą w telewizor. Za domami czarny cień gór i Muru.  Melancholia wioski dongbei, Północnego Wschodu.

Potem rozmawiamy jeszcze o wielu rzeczach, bo luyou są bardzo ciekawi świata. Skąd się biorą ekstremizmy, po co ludziom sekty jak ta jedna, wielka, budząca tutaj takie przerażenie, a nawet czemu w Polsce jest tak silny kult maryjny (rozmowa bierze się stąd, że jeden z luyou zadaje pytanie: “to wy tam macie tę religię, co czci Maryję i Jezusa?”  Trzeba przyznać, że wyjątkowo mu się udaje to sformułowanie). Jak to jest, gdy są wybory, co się w Polsce stało z postkomunistami etc.

Nocą na podrabianym kangu jest – zgodnie z przewidywaniami – potwornie zimno. Rano gdy udaje mi się wypełznąć i dojsć do kuchni, biorę przygotowaną na na palenisku bułkę mantou, zagryzam kiszonymi warzywami, popijam kleikiem. Idę przez wioskę, ogrzewam ręce plastikowym kubkiem z gorącą wodą. Szybko stygnie, jest zimno. Dynie, kukurydza, papryczka – suszą się pod dachami, na parapetach. Nie mogę się powstrzymać i biegnę przez wioskę i przez pola w kierunku Muru. Zdaże jeszcze na chwilę. Wspinam się, siadam na częsciowo zawalonym kawałku. Dziś jest mgła, wlewa się w ruiny, wcedza się pomiędzy kamienie.

Gdy wracam, przy dróżce widzę trzech z moich towarzyszy podróży stojących pod drzewem i patrzących ze skupieniem w górę. Drzewo szeleści i się porusza. Też zadzieram głowę. Na drzewie najstarszy z dage – zrywa shanzha, małe owoce kształtem przypominające jabłko (smakiem trochę też, tylko bardziej aromatyczne i cierpkie, zrobiłam z shanzha wczoraj marmoladę i jest ona mistrzowska!). Wracamy. Przyjeżdża sapiące zielone banche. Kilka goreteksów i polarów już czeka na kawałku ubitej ziemi pośrodku wioski. Więcej wróci po kolacji samochodami. Jutro dzień pracy, po wizycie na Murze jedni i drudzy będą mieli wiecej sił i entuzjazmu żeby zasiąść za biurkami. Pomyślą, że dzis własnie zarabiają na wysokiej jakosci namiot do nocowania w ruinach mingowskiej strażnicy albo na sprzęt potrzebny do zejścia północną stroną Orła Wzbijającego się ku Górze.

bDSC01129

bDSC01209

 bDSC01478bDSC01263bDSC01115

bDSC01398

Pod pokrywką robią się bułko-placki mantou:bDSC01286bDSC01590

W przypadku zdjęcia powyższego polecam powiększenie. Zdjęcie poniższe – w tym domu już nikt nie mieszka, służy za spichlerz i komórkę:bDSC01598bDSC01425

I w przypadku zdjęcia powyżej warto powiększyć – nie żeby z bliska popatrzeć na kukurydziane szczyty, ale żeby zobaczyć obrębienie grani szczytów na dalszym planie – Mur.

04

11 2010