Mur, morze, mur
Po wielu tygodniach podchodów i czyhania, udało nam się wreszcie wyrwać z Pekinu (“tego złego rekinu”, jak pisał Barańczak). Biały, delfinodzioby pociąg Harmonia uwozi nas starą, wytyczoną jeszcze za czasów półkolonialnych, trasą kolei Pekińsko-Mukdeńskiej (Mukden to dzisiejszy Shenyang), na Północny Wschód. W połowie drogi do Shenyangu znajduje się jedyna stacja, na której zatrzymuje się biała nitka Harmonii pomiędzy Pekinem a Shenyangiem – to małe miasteczko Shanhaiguan. Kolej dotarła tutaj w 1893 roku, tutaj Wielki Mur, trochę jak wielka rzeka – wpada do morza.
Widziałam już wiele miasteczek-wydmuszek, miasteczek, gdzie (re)konstruuje się “sztuczną” tradycję – bardziej kolorową, bardziej rzeźbioną, z większą ilością lampionów, ale z mniejszą (znikomą) ilością mieszkańców, życia. Przed przyjazdem do Shanhaiguan wiedziałam już, że miejsce to spotkało szczególnie straszny los – stare siheyuany, stare ulice zostały w 2006 dosłownie wyssane z miejsca, a na ich miejscu powstały 仿古建筑 – rozbuchane podróbki starej architektury. Pozostał tylko (oczywiście po odnowieniu) stary mur miejski (jedna ściana tego muru jest częścią Muru, który parę kilometrów dalej na wschód wpada do morza).
Wychodzimy z dworca przyozdobionego dwoma wieżami z zegarami wielkości karuzeli i doklejonym czerwonokolumnowym pawilonem na szczycie i idziemy w kierunku widocznego muru miejskiego. Widziałam wioski i miasteczka otoczone murami, taki mur to jak skóra zwierzęcia – chroni kompletny organizm o własnym porządku. W Shanhaiguan mur nie chroni już nic – wchodzimy przez wielką bramę i widzimy… rozległy trawnik, kilka wątłych drzewek, powieszone wzdłuż ulicy “tradycyjne” lampiony. Gdzieś dalej kilka starych-nowych budynków rzeźbionych i malowanych bogaciej niż Pałac Letni. Znowu mam poczucie, że się spóźniłam. Jednocześnie czuję wściekłość za zniszczenie miasteczka, choć go nigdy nie poznałam. Czuję też, że powinniśmy wynieść się szybko z powrotem przez bramę, bowiem biegnie do nas tłum naganiaczy, wykrzykując koślawym angielskim nazwy jakichś “atrakcji” do zwiedzenia i hoteli “w których laowaje się zatrzymują”. Boję się, że tym razem mój instynkt wycieczkowy zawiódł i że się przemordujemy zanim wrócimy do Pekinu.
Uciekamy więc z wydmuszki, znajdujemy hotel blisko dworca i, porzuciwszy graty, wyminąwszy nielegalne taksówki oferujące nam uwiezienie w kierunku najróżniejszych atrakcji, jedziemy podmiejskim autobusem na plażę, tam gdzie Mur wpada do morza. Problem w tym wszystkim taki, że Mur prawdziwy już dawno do morza wpadł, zaś to, co obecnie można zobaczyć, to rekonstrukcja z lat 80-tych. Ale chcemy przynajmniej usiąść na plaży i np. zobaczyć horyzont. Wymijamy kolejną porcję naganiaczy, którzy z całych sił chcą nas wepchnąć za jedyne 160 yuanów w obręb “Smoczej Głowy”, czyli końca czy tam początku Muru i idziemy kierując się głównie węchem na plażę. Prowadzi do niej tunel przez Mur.
Na plaży są muszle, są wodorosty, są też wyposzczone i niepojone konie dla turystów i kilku turystów. Na plaży jest rzecz jasna i Mur, z plaży jest widok na gigantyczny port towarowy (już w Liaoningu, czyli po barbarzyńskiej stronie Muru) i na zatokę Bohai. Horyzont usiany jest tankowcami czekającymi na wejście do portu. Patrzymy na majączące w oddali sylwetki portowych dźwigów, pobliską sylwetkę Muru, wrzucamy jeszcze żywe małże do wody.
Po wrzuceniu pewnej ilości małży do wody, znalezieniu muszli w kształcie pandziej głowy i wspięciu się na niebiezpieczne przybrzeżne skały, wracamy tunelem przez Mur, siadamy na przydrożnym murku i przyglądamy się ciężarówkom pędzącym przez tunel w stronę Liaoningu. Po lewej stronie drogi, po lewej stronie tunelu jest rekonstrukcja Muru idąca do morza. Postanawiamy sprawdzić, co jest po prawej stronie drogi i prawej stronie tunelu – czy z Muru cokolwiek zostało? Wspinamy się ścieżką w haszczach po nasypie wzdłuż drogi, odgarniamy jakieś małe akacje. Jeszcze trochę do góry i jesteśmy. Na wąskim, ciągnącym się w dal, w wioski, zielonym podłużnym pagórku o ściętym wierzchu. Skaczą sroki, latają muchy. I jakby nie słychać ciężarówek. Jesteśmy na prawdziwym Murze. Ponad 600-letnim. Wedle mapy, która zaznacza ten fragment charakterystyczną, ząbkowaną linią, że niby baszty, Mur biegnie na wschód, aż przerodzi się w mury miejskie “wydmuszki” a stamtąd pobiegnie jeszcze dalej na wschód, wespnie się na góry i dalej w Chiny, nad Pekinem, przez Shanxi, przez Shaanxi, aż po pustynie. Idziemy, według mapy do miasteczka jakieś 5 kilometrów. Mur rwie się wśród nadbrzeżnych wiosek, jest zasobnikiem piachu do budowania dla okolicznych mieszkańców, wysypiskiem śmieci, momentami ścieżką pomiędzy polami, rosną na nim konopie. Sylwetka portu-kolosa oddala się. Po “barbarzyńskiej” jak i po “cywilizowanej” stronie chlewiki, małe poletka. Od czasu do czasu nad nami huczy wojskowy samolot (za każdym razem jak przelatują, myślę o Lin Biao, który z tego samego lotniska, z którego startują, rozpoczął swoją tajemniczną i tragiczną ucieczkę).
Koniec Muru wyremontowanego, początek dzikiego, w oddali morze
Od czasu do czasu Mur przecięty jest polną drogą, którą jadą trójkołówki, idą dzieci. Wtedy schodzimy po zółtym piachu, przechodzimy przez jezdnię/dróżkę/ścieżkę i wspinamy się z powrotem. Mam plażowe klapki, przez które przechodza ciernie od małych akacji. Chwasty tną nam skórę. A i tak nie możemy się powstrzymać, żeby iść dalej. Po każdym wymuszonym przez przecięcie Muru drogą zejściu, stwierdzamy, że jeszcze tylko do następnej dróżki/tylko zobaczymy, co za tym drzewem. I tak dochodzimy do miasta. Teraz po “barbarzyńskiej” stronie otaczają nas bloki, a po “cywilizowanej” chlewiki. Gdzieniegdzie pojawiają się zachowane ceglaste mury, zarysy baszt stają się coraz bardziej wyraźne. A droga coraz cięższa. Nogi mam pocięte przez trawy (ciekawskie kobity nigdy nie będą miały ładnych nóg!), zachodzi słońce a przed nami w oddali majaczą absurdalne wieże dworca. Na trawach Muru łopoczą plastikowe torby. Mur przecina szeroka ulica, trzeba zejść.
zarysy baszt są wciąż bardzo wyraźne
Miasteczko jest już blisko, klapki na szczęście nie rozpadły się, kolce wyciągam na bieżąco. Kierujemy się w stronę dworca, przy którym jest nasz hotel. Depresyjne bure osiedla, takie jak mogą być tylko w Dongbei. Mijamy wyglądające jakoś absurdalnie w tym wszystkim budynki. Czerwona cegła, kilkupiętrowe, drewniane okna z kratownicami. Niemieckie. Ale nie, nie takie jak w Niemczech, tylko bardziej jak na Śląsku. Pociemniałe, z dobudówkami, od lat nieremontowane.
“To Wasi to wybudowali” – rozlega się za nami głos, gdy tak patrzymy na te kilka domów – “tylko zejdźcie mi z ogórków”. Patrzę na własne brudne i pokaleczone trawami stopy w nieszczęsnych fioletowych japonkach – faktycznie, niby stoją na skrawku ziemi przy ulicy, ale jednak na mikroskopijnym poletku z kilkoma sadzonkami ogórka. “Tu ci wasi jak kolej budowali, to tutaj mieszkali robotnicy, tam inżynierowie. A tu mieli kościół” – pokazuje na budynek z gotyckimi oknami połatanymi szkłem zwykłym i we wzorki. “To wasi wszystko zrobili” – uśmiecha się.
Ostatkiem sił docieramy pod hotel. Obok miło wyglądająca knajpka. Ponieważ pekińskiego jedzenia mam powyżej uszu, rzucam sie na owoce morza, ryby. “Nie możecie tego nie spróbować” – rzecze szef i przynosi niepytany specjalność zakładu – krewetki z tofu. Rzucam się. Parę godzin później, już w nocy, przyjdzie pierwszy atak zatrucia, żołądek zacznie rzucać się w niepożądanych kierunkach, a zaraza unieruchomi mnie w pokoju hotelowym na następny dzień. No więc następnego dnia słońce świeci przez firanki, morze pewnie gdzieś tam migocze, a ja leżę zielona na twarzy i oglądam program pierwszego kanału CCTV, gdzie eksperci – krytycy sztuki – zjeżdzają do różnych chińskich miasteczek i oceniają autentyczność przedmiotów, które tłumnie znoszą do prowizorycznego studia mieszkańcy – waza z dynastii Yuan oczywiście okazuje sie podróbką, naczynie do picia wina z Shangów rzecz jasna też (“pewnie zaraz wniosą Arkę Przymierza” – kwituje J.). Kaligrafia wielkiego mistrza okazuje się być nędzną podróbką. Waza z bladozieloną emalią jest prawdziwa – oczywiście z Mingów. Oglądamy zachwycone twarze tych, którzy dowiadują się, że rzecz jest warta miliony i zrozpaczone twarze tych, którzy stracili właśnie majątki (skąd ci niepozorni starsi ludzie mają pieniądze?…). Prawdziwe, fałszywe. Tutaj kryteria sa proste. Waza “qingowska” zrobiona dwa lata temu nie jest prawdziwa. A Wielki Mur z lat 80-tych? A miasto, w którym już nic nie ma?
Wieczorem, w dresie, wyczołguję się na ulicę. Miasteczko-wydmuszkę konsekwentnie bojkotujemy, kręcimy się po paskudnej, ale za to żywej nowej części miasteczka. Pod ogłuszająco brzydkim, obłożonym zapyziałym szkłem refleksyjnym domem towarowym (bazarem?) imitującym…baszty Wielkiego Muru, gra muzyka – bębny, trąbki, stoją ludzie. Trzymając rękę na zmordowanym żołądku poddreptuję bliżej. Przy mdłej żarówce w takt hipnotycznej muzyki przesuwa się barwny korowód postaci w strojach z dynastii Qing. Starsze panie, panowie poruszają się dostojnie, majestatycznie trzepoczą wachlarzami. Na końcu korowodu pląsa facet w podkoszulku i damskim stroju z Qingów. Ani się spostrzegam wciągają mnie w środek. Przed chwilą jeszcze ledwie szłam po tym zatruciu, a teraz, proszę bardzo, z potem na czole, ale tańczę – w dresie i z wachlarzem (w tańcu czy tam w biegu kłaniając się publiczności i przepraszając naookoło, że psuję widok), ale tańczę! Ludzie – tak jak mnie zresztą zapewnili, zanim mnie wciągnęli – nie śmieją się, tylko radośnie uśmiechają, pokazują kciuki do góry, machają, krzyczą: “dalej! Super!”. Przyglądam się bliżej strojom “z epoki” – z taniutkich materiałów, koraliki na “koronach” z plastiku, gdzieniegdzie wystaje zwykły podkoszulek, zwykłe tenisówki.
Następnego dnia kolejny odcinek Muru. Tym razem wracamy z podnóża gór, tam, gdzie zaczyna sie “oficjalny” górski turystyczny odcinek Muru, który chcieliśmy zwiedzić jak ludzie, bez kolców i tnących skórę traw, ale był zamknięty. Do miasteczka. Znowu – przekleństwo – 6 kilometrów chaszczami, bo nie mogliśmy się powstrzymać. Na zdjęciach:
Polecam powiększenie zdjęcia, bowiem pokazuje oryginalny sposób sztukowania Muru
przed wejściem na dziki Mur wespniemy się jeszcze na tę basztę
Mur odnowiony spotyka się z dzikim – my pójdziemy dzikim
Mur przecina autostrada do Shenyangu, przy Murze na wysokości autostrady mała wioska ze szpitalikiem z lat 50-tych z rodzaju, który w miastach można oglądać tylko na filmach. Byłam w środku, ale mam wrażenie, że sympatyczni mieszkańcy wioski nie chcieliby, żebym zamieszczała zdjęcia na blogu
Niegdyś hala zebrań, dziś mały zakład naprawczy- z bramy po chwili wychodzi czterech pracowników i nas zagaduje
Mury miejskie – jednak tam weszliśmy. O miasteczku-wydmuszce mam nadzieje jeszcze napisać w oddzielnym poście







































