Posts Tagged ‘Yunnan’

Koszmary Lijiangu i z niego ucieczki

Ech, no i tak jak wczesniej dane mi bylo doswiadczyc fantastycznych stron chinskiego Nowego Roku, tak od kilku dni doswiadczam w koncu jego stron mniej milych.  

Po trzech tygodniach wloczenia sie docieram do Lijiangu, ktory jest skrzyzowaniem Krupowek i Cepelii podniesionym do siodmej potegi plus  chinskie lampiony i chinska “tradycyjna” architektura. Miasto jest faktycznie cudnie polozone (o rzut beretem lodowiec Yulong o wysokosci 5600 metrow):

DSC06630

DSC06668

Ma platanine uliczek, dopracowane w najdrobniejszych szczegolach “stara” architekture (wszystkie dachy starego miasta, ktore jest bardzo rozlegle, maja podswietlenie nocne etc., wszystkie domy niejako z urzedu maja takie same czerwone lampy noworoczne). Po tej plataninie biega w amoku zakupow wyciagajacy stukuajowki, jak by to byly jednokuajowki, tlum. Ja, chcac nie chcac musze sie dolaczyc, bo chce znajomym kupic z podrozy jakies upominki. I jest problem – okazuje sie, ze pamiatki, ktore mozna kupic w Lijiangu sa dokladnie takie/te same jak w shuixiangach (miasteczka nad kanalami) Zhejiangu i Jiangsu, czy hunanskim Fenghuang – ogolnochinski standard reprezentujacy wyobrazenia ogolu o tym, jak powinna wygladac pamiatka z podrozy. Styl niby etniczno-ludowy, co by to nie bylo, bedzie troche podrzezbione, dodac fredzelki, batiki, tanie wyszywanie etc. W Hunanie robilo toto za wytwory ludu Miao, w Lijiangu robi za wyroby ludu Naxi, w Zhejiangu za wyrob ogolnie ludowy. Po mekach chodzenia po cepeliowatym “starym miescie”, w koncu wybieram cos o najmniej niestrawnym poziomie kiczu. Po czym z entuzjazmem dostrzegam wynajem rowerow.

Rower chcialam wynajac w celu dojazdu do lamaistycznej stupy zlocacej sie na gorce za miastem. Wsiadam na rozklekotany, oczywiscie za maly rower gorski (to ja juz 1000 razy bardziej wole yongjiu pai!) i jade. W miedzyczasie znikad pojawia sie wielka chmura:

DSC06600

 i nieuprzejmie opaduje mnie gradem. A stupa jak gdyby nigdy nic po drugiej stronie krajobrazu pieknie sie zloci  i zacheca do odwiedzin:

DSC06595

 Gdy docieram na miejsce, poraza mnie ogrom, przestronnosc, ale i calkowita odludnosc calego kompleksu. Po kreceniu sie po wielkich, pustych placach, natykam sie w koncu na gospodarzy – kilku mnichow. Najmlodszy z nich – na oko 17, 18 letni, oprowadza mnie po kompleksie i robi to z radoscia i duma. To, co z daleka wygladalo na kilkusetletnia swiatynie okazuje sie miec zaledwie 3 lata. Poprzednia swiatynia, ktora byla na gorze, zostala (podobnie jak inne przybytki religijne w okolicach, szczegolnie te nalezace do buddyzmu tybetanskiego, ktorego poludniowe granice oddzialywania zaczynaja sie wlasnie w okolicach Lijiangu) kompletnie zniszczona podczas Rewolucji Kulturalnej. “Zabrali nawet kamienie ze sciezek i zrobili z nich tary do prania” – opowiada mlody mnich.  Ale to, co powstaje teraz, powstaje z wielkim rozmachem, a mlodego mnicha rozpiera prawdziwa duma, gdy pokazuje to, co wlasnie sie robi. Stupa ktora mnie tu przyciagnela, z bliska jest nie mniej imponujaca:

DSC06606

W srodku prezentuje sie tez wspaniale, z wszystkimi freskami przedstawiajacymi sceny z zycia Sakyamuniego, flagami modlitewnymi, barwnym sklepieniem. Powstaje tez ogrod z mniejszymi stupami wzdluz sciezek. Stupy juz stoja, w pustych jeszcze zaglebieniach pojawia sie niedlugo posazki Boddishatwow. Jest tez wielki – na razie kompletnie pusty – z wyjatkiem mojego klekota – parking. Puste na razie budynki mieszkalne dla mnichow. Spory budynek biblioteki na wykonczeniu.   ”Bedziemy centrum religijnym i badawczym na duza skale” - mowi mnich i widac, ze naprawde sie cieszy i ma nadzieje, ze tak sie stanie. W miedzyczasie odbiera telefon i rozmawia po chinsku (tzn. oczywiscie nie standardowa mandarynszczyzna, tylko czyms innym, ale wyraznie chinskim) ze swoim ojcem, ktory mieszka 200 km na polnoc od Lijiangu, komentuja ze smiechem wielkie opady sniegu, ktory spadl w ich rodzinnej miejscowosci.

O ile mlody mnich jest Hanem, to Mistrz, do ktorego po zwiedzeniu kompleksu prowadzi mnie mniszek, jest rodowitym Tybetanczykiem. “Jestem tu juz szosty rok i wciaz nie nauczylem sie dobrze mowic po mandarynsku” - mowi z przepraszajacym usmiechem. Mistrz jest bardzo sympatyczny i tez jest dumny z tego miejsca, ktore powstaje: “jestesmy najbardziej wysunietym przyczolkiem buddyzmu tybetanskiego na poludnie”, usmiecha sie tak, jak usmiecha sie ktos, kto walczyl ciezko i na koniec wygral w wyscigu. Brzmi tez to troche tak, jak niegdysiejsze polskie “przedmurze chrzescijanstwa”. Mistrz i kilku innych mnichow siedzi w swiezo wykonczonej stolowce ubrany w podszyta misiem bordowa szate, ogrzewa sie przy piecyku, na ktorym stoi czajnik z herbata z mlekiem jaka. Na rozgrzanie po opadaniu gradem przed podla chmure, dostaje kubek tego nieprawdopodobnie strasznego, jakby zjelczalego, slonego swinstwa. Usmiecham sie, ze niby pyszne i pije. Dostaje dolewke. I nastepna. I nastepna. “To dobre na rozgrzanie, choc jak sie pije pierwszy raz mozna dostac mdlosci” – powiada z troska Mistrz, a ja, walczac z fala mdlosci, zaprzeczam, ze a skad, ze wrecz odwrotnie.  

Mnichow na razie jest tylko siedmiu - oprocz Mistrza wszyscy bardzo mlodzi.  W stupie i stolowce zdjecia akceptowanych w Chinach rinpocze. Mistrz sciaga z reki bransolete mala, ktora daje mi w prezencie. Dostaje tez kalendarz z cytatami z rozmaitych rinpocze i z jakze chinskimi zaleceniami na kazdy dzien (dzis np. dobrze jest isc do fryzjera, a zle kopac w ziemi, o jakiekolwiek kopanie by nie chodzilo). Dostaje tez broszurke pt.: “Kochac kraj i Budde” (nie moge odzalowac, ze gdzies ja zostawilam przed przeczytaniem). Jak te wszystkie napisy na meczetach - “爱国爱教 ” – kochac kraj i religie. Szczerze gratuluje Mistrzowi i mnichom dokonanych prac i ruszam w droge powrotna. Ja tez sie ciesze – razem z mnichami – z tego odrodzenia. Jakie by nie bylo.

Tym razem opaduje mnie deszcz, potem jeszcze klucze przez godzine po starym miescie w celu odnalezienia wypozyczalni rowerow. Po godzinie jestem tak wsciekla, ze na serio rozwazam (jezeli we wscieklosci w ogole mozna rozwazac), ze jak juz nie dam rady zwrocic klekota jego macierzy i odzyskac 100 luajow yajinu - zakladu, to przynajmniej pofolguje desperacji i wscieklosci i gada rytualnie zniszcze. Po czym, jak juz przymierzam sie do pierwszego ciosu gorskim buciorem w zdezelowane koleczko, uswiadamiam sobie ze wstydem, ze to zachowanie wysoce niegodne osoby, ktora wlasnie byla wrocila z buddyjskiego przybytku. Po czym wchodze do pierwszego lepszego sklepiku z turystycznym badziewiem, opisuje wypozyczalnie rowerow jak najdokladniej potrafie (co jest trudne, bo tu wszedzie sa wylacznie “stare” uliczki, “centra turystyczne”, czyli firemki organizujace wycieczki po okolicach i sklepiki z badziewnymi pamiatkami) i prosze o pomoc. Podejmuje sie jej mlody chlopak, ktory prowadzi mnie po tych cholernych uliczkach prosto do mojej wypozyczalni. Bo w Lijiangu pomimo cepelizacji gatunek szeroko w Yunnanie rozpowszechniony, czyli porzadny czlowiek, nie zaniknal.

Oprocz ogolnej meczliwosci Lijiang ma tez i dobre strony. Naleza do nich, oprocz wspomianego juz lodowca Yulong i mozliwosci odwiedzin lamaistycznego klasztoru bez jazdy do Tybetu (zagraniczni turysci wylacznie w grupach zorganizowanych, scisle nadzorowanych, wlasciwie bez czasu wolnego i mozliwosci kontaktu z mieszancami, za koszmarne pieniadze) ani przedzierania sie przez malo dostepne o tej porze roku polnocne drogi Yunanu i zachodnie Sichuanu:

1. Szeroka dostepnosc kulinarnego dorobku ogolnochinskiego. Po raz pierwszy od 3 tygodni (nie liczac blyskawicznego przelotu przez Dali) znajduje sie w miejscu, gdzie w knajpach jest normalne menu. W miejscach, ktore do tej pory odwiedzilam w Yunnanie, wybor wygladal tak, ze za pania kucharka lezala sterta roznych rzeczy do jedzenia (np. cos co z ksztaltu przypomina cebule a w smaku ziemniaka, jakies blizej nieokreslone liscie, jakies klacza) i trzeba sobie bylo wybrac, co owa pani kucharka z czym ma zmieszac. A ja chyba zawsze wybieralam nie te liscie, co trzeba. Poniewaz po takich trzech tygodniach za 鱼香茄子, 京浆肉丝 i  油条 tesknie bardziej niz za pierogami ruskimi, przeto rzucilam sie na ten ogolnonarodowy dorobek kulinarny z szalenstwem w oczach, jedzac dwa sniadania (油条 i mleko sojowe!!) i dwa obiady dziennie.

2. Prawdopodobnie jeden z lepszych widokow z kafejki internetowej, jaki mozna sobie wyobrazic:

DSC06652

Przydaje sie, gdy na dzien musze osiasc w kafejce i skonczyc – a jakze – prace semetralna.

3. Dosc smieszny Engrish:

DSC06592

DSC06696

DSC06697

Po tym wszystkim z ulga kupuje bilet autobusowy w celu przeprawienia sie do Syczuanu. Co okazuje sie nie takie proste. Po wjechaniu na wyzlobiona przez biegnacy w czasie deszczow przez droge strumien – jeden z malutkich doplywow Jangcy w jej gornym biegu – w przedniej osi autobusu-klekota cos sie urywa. No ale o dantejskiej, a zarazem dosc symbolicznej podrozy, ktora zakonczyla sie ostatecznie w Leshan, siedzibie najwyzszego na swiecie posagu Buddy, nastepnym razem.

24

02 2010

Nowy Rok wioskowo-swiatynny

Shaxi to miasteczko okolo 20 km od opisanego w poprzednim poscie Jianchuanu. “Doskonale zachowane miasteczko starego szlaku herbacianego” (moj chinski przewodnik) - mialo byc wyjatkowe. W przeciewienstwie do Lijiangu (brrr, wrr, ale to w nastepnym odcinku) mialo byc szczesliwie ominiete przez nowy szlak – turystyczny. Z dala od autostrady, lezace przy lokalnej drodze odchodzacej w bok od starej drogi Dali-Lijiang rzeczywiscie budzilo nadzieje.

Dotarlam za pozno – pewnie o jakies 3 lata. Miasteczko zostalo wyrwane z tkanki w ktorej sie znajdowalo i przygotowane niczym preparat z sali biologicznej. Juz pierwsze kroki przekonaly mnie, ze nie jest dobrze – na wejsciu ustawiono bramke z biletami. Dalej to, co znam z innych guzhenow (starych miasteczek) Chin – brak mieszkancow, domy pozamieniane na kawiarenki etc. W porownaniu z okopconym noworocznymi kadzidlami, malujacym chunliany, ostrzeliwujacym sie z fajerwerkow Jianchuanem, preparatowatosc Shaxi szczegolnie kluje w oczy. Choc do spreparowania kompletnego jeszcze daleko. Miasteczko - nawet w Nowy Rok – bylo jak nowo otwarte muzeum w ktorym jeszcze brakuje zwiedzajacych. Po Shaxi kreci sie maksymalnie kilkadziesiat osob, niehalasliwych, w malych grupkach, kawiarenki puste, siedza w nich co najwyzej male grupki z gitara i cicho spiewaja. Spotykam dwie Chinki podrozujace kazda oddzielnie (no, te jesli jeszcze laowajowi ujdzie bo ogolnie jest dziwny w swej laowajskosci, to w ich przypadku jest juz aktem skrajnego nonkonformizmu). Rozmawiamy o miejscach spreparowanych i nie. Jedna z nich – dziennikarka z Kantonu zachwyca sie Guizhou: “wyobraz sobie, ze tam sa ludzie ktorzy nie maja imion i nie wiedza ile maja lat! Jest tam tylko handel wymienny!” po czym wyglasza zaangazowana tyrade przeciwko “globalizacji, ktora sprawia, ze wszystko robi sie takie same”. Slucham i nic nie mowie, bo fakt, nie gustuje w preparowanych atrakcjach, ale i nie potrafie sie zachwycac tym, ze w srodku odtrabionego wszedzie chinskiego uniwersalizmu “postepow” i “cywilizowan” (nawiasem mowiac to to dopiero sprawia, ze wszystko robi sie takie samo…), sa grupy, o ktorych jakos przypadkiem zapomniano.

 No, ale w przypadku Shaxi wyrwanie z kontekstu nie jest jeszcze tak glebokie jak w przypadku niektorych guzhenow. Krotko mowiac po zrobieniu zaledwie kilku krokow latwo wraca sie  z powrotem do normalnego swiata. A jest to swiat, do ktorego warto wrocic. Swiat wiosek narodowosci Bai. Moglam tam dalej uprawiac moj ulubiony rodzaj turystyki. Czyli isc do pobliskiej wsi, z do nastepnej, potem do nastepnej etc. W dolinie, gdzie lezy Shaxi mozna tak chodzic i chodzic.  Jak juz sie gdzies dojdzie, to wylania sie w niedalekiej odleglosci cos ciekawego – a to swiatynia na skraju (choc nie ma tam juz zadnych posagow, w Nowy Rok o siwatyni na wszelki wypadek nie zapomniano, na ziemi lezy pelno ofiar – cukierkow, mandarynek, sa wypalone kadzidla)

DSC06173

 a to budynek o nieznanym przeznaczeniu (proby dowiedzenia sie po mandarynsku nic nie daja)

DSC06225

Oprocz tego napisu nawolujacego do stworzenia cywilizowanej wsi, na drugiej ze scian konstrukcja owa ma wyjatkowo konkretny napis: “Walczmy ze slimakami przenoszacymi choroby, dbajmy o nawozenie (粪便), walczmy z przywrami” (pasozyty rezydujace w wodzie, np. takiej ktora stoi na polu ryzowym, niebezpieczne) ”. Gdy sie dotrze do takiej wsi, w niedalekiej odleglosci zawsze wylania sie cos ciekawego – np. niesamowity, opuszczony  budynek za wsia, w ktorym wiatr gwizdze w taki sposob, ze ciarki przechodza po plecach:

DSC06091

albo pagoda na gorce:

DSC06047

a to ladna wies:

DSC05896

DSC05886

DSC06163

Mozna by tak chodzic bez konca. Ale sygnal do zakonczenia i szybkiej ewakuacji nastepuje ze strony szefa drewnianego, “starego” (czyt. spreparowanego, ale bardzo sympatycznego) hoteliku w Shaxi. Szef ten drugiego dnia mojego pobytu oznajmia, ze niestety dalej zostac nie moge, bo przyjezdza wielka wycieczka , ktora zarezerwowala wszystkie miejsca noclegowe w wiosce. Nie ma co zwlekac, trzeba uciekac. No wiec uciekam do wspomnianych w poprzednim poscie swiatyn w gorach. Ledwie 14 kilometrow od Shaxi.

Miejsce to znane jest glownie z rzezb skalnych przypominajacych o wielkiej przeszlosci regionu – z czasow w ktorych ten byl krolestwem Nanzhao a pozniej Dali. Jest tez co najmniej 5 swiatyn i jeden klasztor. Ide droga w kierunku doliny gdzie mozna spotkac najwiecej grot z rzezbami, po drodze mijam tabliczke, ktora jako jedna z atrakcji przynaleznych do miejsca wymienia wystepowanie na terenie 野生猴群  – stad (tabunow? watah? hord??) dzikich malp.

O, stada/tabuny/watahy/hordy dzikich malp – juz ja was znam z Tajwanu. Te inteligentne, zle oczka – po takiej formie zycia mozna spodziewac sie wszystkiego. Moze toto rownie dobrze po zwierzecemu ugryzc, jak i po ludzku – wsadzic palec w oko, czy tam przywalic z liscia. Naturalny odruch to zwiac na drzewo.  Tylko zimny pot czleka oblewa jak sobie uswiadomi, ze potwor moze przy pomocy malego palca u lewej stopy wspiac sie na drzewo szybciej niz czlek przy pomocy wszystkiego co ma.

No wiec biore kij i ide zwiedzac relikty kultury. Makakow faktycznie jest cala armia, ale sa zupelnie niezainteresowane ludzmi, koncentruja sie na pladrowaniu oltarzy:

DSC06522

i przemysleniach ogolnych:

DSC06457

Popoludniem laduje wreszcie w miejscu, gdzie mam spedzic noc. Swiatynia buzuje uroczystoscia – pala sie kadzidla, swiece, odprawiane sa obrzedy, czytane sutry, dookola ciagna sie pielgrzymki z tacami z ofiarami. Miejsce jest we wladaniu tajemniczego konsorcjum (pewnie by nie bylo tak tajemnicze, gdybym mogla sie z nimi dogadac) narodowosci wylacznie bajskiej. Konsorcjum sklada sie z kilku mezczyzn o blizej nieokreslonej funkcji dozorco-straznikow oraz duzej grupy bajskich kobiet, przewaznie straszych:

DSC06438

DSC06576

 Caly czas z doliny dochodza nowe osoby – na plecach maja koszyki z ofiarami, zapas kadzidel, najpotrzebiejsze rzeczy:

DSC06574

DSC06580

 Skladaja ofiary, gotuja w przyswiatynnej kuchni, zamiataja, poleruja Budde, Guanyin, uczniow Buddy i kogo tam jeszcze szmata, okazjonalnie wroza sobie z rak. Z tego, co udaje mi sie dogadac (jedna z osob mowi jedno zrozumiale slowo, druga uzupelnia o drugie, ja klece zdanie w stylu “czyli mowicie, ze…” i patrze czy kiwaja glowami, czy zaprzeczaja), w swiatyniach nie ma juz nigdzie mnichow ani mniszek (jest jeden czlowiek, ktory odprawia obrzedy), zarzadzane sa wspolnotowo, opiekuja sie nimi ochotnicy – a zwlaszcza ochotniczki z pobliskich wsi. Teraz -w Nowy Rok tych osob jest naprawde mnostwo. Korzystajac z koncowki dnia, po umieszczeniu rzeczy na slomianej pryczy i zamknieciu na klodke (stada/hordy/tabuny malp!), ide na szczyt gory. Towarzysza mi makaki. Po drodze mijam byly klaszotr zenski (nikogo w nim nie ma, obecnie zarzadza nim stado/tabun makakow dziko latajacy po dachach, oltarzach i czym sie da), Budde wyrzezbionego w skale (na glowie siedzi Buddzie, niespodzianka, makak) i docieram na sam szczyt gory. Swiatynia ta rzadzi jeszcze bardziej tajemnicze konsorcjum. Wodka na stole, ukopcone posagi w podupadlej swiatyni,  zastygle gory wielokolorowej steraryny, powykrzywiane twarze bostw, powykrzywiane i wysmagane gorskim wiatrem sciany:

DSC06537

DSC06544

DSC06535 

Wszystko to przypomina bardziej sabat czarownic i skojarzenia z Lysa Gora nasuwaja sie poniekad same. Sabat jest jednakowoz bardzo mily i goscinny – mowi, ze oni tak tu mieszkaja, opiekuja sie tym miejscem, prawie nikt tu do nich nie zachodzi, wiec tym milej, ze mi sie chcialo. Czlonkowie sabatu tytuluja sie wobec mnie per towarzysz, wmuszaja we mnie obiad, po czym odprowadzaja (nie wiem, jak mozna w takim tempie latac po gorach) mnie sciezka na skroty do miejsca noclegu. Kadzidla kopca, posagi oswietla niemrawe swieczkowe swiatlo, w weglowym pieco-garnku (pewnie jest na to jakas nazwa, ale sie nie znam) grzeje sie woda do umycia twarzy, wychodek kilkadziesiat metrow w las (troche bzdurna, ale mimo wszystko niepokojaca wizja malpy skaczacej mi znienacka po ciemku na glowe sprawia, ze sie jednak nie udam). Konsorcjum kaze mi solidnie zamknac drzwi (malpy!).

Niestety zamkniecie na poly przeswitujacych drzwi na nic sie nie zda. Nigdy nie myslalam ze w swiatyni w gorach przydalyby sie…korki do uszu. Po zmroku siwete miejsce huczy jak ul. Bynajmniej nie mantrami. Rozmowy, smiechy, telewizja. Krece sie na mojej slomianej macie do pozna. Gdy udaje mi sie wreszcie zasnac, budza mnie malpie skoki na dachu i koniecznosc powrotu do Jianchuan celem zlapania autobusu do Lijiangu (brr). Konsorcjum wpycha we mnie wielkie sniadanie, na reke wtyka buddyjska brasolete modlitewna mala (pelniaca w przyblizeniu funkcje podobna do naszego roznanca, druga dostane w klasztorze tybetanskim pod Lijiangiem) , a do reki pajde grilowanego niangao (forma placko-ciasto-makaronu,  no, niech mnie jaka malpa sprobuje to zabrac). 

Bilet kupuje z marszu, dzieki czemu po 3 godzinach laduje w koszmarnym lunaparku, mateczniku homo viator sinensis. Gdy probuje sie z niego wyrwac na rowerze do widocznego z tarasu hostelowego klaszotru lamaistycznego (tego gdzie dostane nastepna mala), opaduje mnie…grad (jak w Truman Show!) . Ale o osobliwych urokach Lijiangu w nastepnym odcinku.

21

02 2010

恭喜恭喜发财!

新年快乐!Niech Wam Tygrys przyniesie zdrowie, optymizm, wspaniale plany i rownie dobre ich realizacje!

No i mamy Tygrysi Rok. Na poczatek musze sie pochwalic – otwieram po kilku dniach skrzynke a tam list od profesora Daya Thussu (wybitny znawca mediow azjatyckich), ktory mnie informuje, ze moj referat zostal przyjety na signapurska konferencje poswiecona nowym mediom chinskim i indyjskim. Mnie przyjeli – mnie, na cudownej shanghajskiej uczelni traktowanej jak przyglup, mnie, ktorej nie dano napisac artykulu do uczelnianego pisma, z gory wiedzac, ze ”wymagania sa za wysokie”. No wiec po powrocie czeka mnie cyzelowanie moich “rewelacji”, zeby przybraly prezentowalna forme. Echhhhh, media chinskie w teorii i praktyce. Mam po tym opisanym dwa posty wczesniej taki uraz, ze nawet nie zachodze do kawiarenek (zreszta tu, gdzie teraz jestem, ich nie ma). Na szczescie fantastyczny szef hoteliku w malutkim Shaxi usadzil mnie na recepcyjnym komputerze (i tak hotelik jest pelen, wiec nie trzeba przyjmowac nowych gosci) i powiedzial, ze moge sobie korzystac ile wlezie. To opisze moja Wigilie chinskiego Nowego Roku.

Moj tegoroczny chinski Nowy Rok bija na glowe wszystkie konce roku, jakie przeszlam do tej pory – czy to chinskie, czy zachodnie. Wszystko dzieki wyjatkowym ludziom. Ciekawe ile z Was zastanawialo sie, co by zrobilo, gdyby w Wigilie Bozego Narodzenia rzeczywiscie zapukal wedrowiec. I to egzotyczny. Czy zaprosilibyscie do srodka? Ugoscilibyscie? No, ale po kolei.

Wigilia chinskiego Nowego Roku to cos jak nasza Wigilia.  Swieto rodzinne, oczekiwanie na przyjscie Nowego. W wigilie Nowego Roku bylam w Jianchuan – gdzies posrodku Dali i Lijiangu, ale przy “starej” drodze,  nie przy autostradzie. Gdy laduje sie w Jianchuan, sprawia przygnebiajace wrazenie – ot miasteczko jednej, i to do tego zakurzonej, drogi. Gigantyczny hotel, w ktorym sie zatrzymalam jest kompletnie pusty. Ale wystarczy pojsc 50 metrow w bok – i zegar zaczyna tykac inaczej. Uliczki ciasno napakowane piekna stara architektura – nawet z srodkowych Qingow. 

DSC05540

DSC05517

Domy pochylone ze starosci, omszale, pociemniale, ale zywe, zamieszkale. Przed kazdym domem ogromne noworoczne kadzidla, trwa wlasnie naklejanie na drzwi 春联 chunlian – ozdobnych paskow z wierszami – zyczeniem na Nowy Rok. I to nie takich miastowych chunlianow produkowanych masowo, ale pisanych recznie. Czesto towarzysza im jeszcze recznie malowane obrazy o tematyce noworocznej.

DSC05401

Duza czesc chunlianow jest biala – to znak, ze w minionym rok ktos z domownikow zmarl. Tam nie ma radosnych zaproszen szczescia do wkroczenia do domu, nadziei na lepszy czas, tylko smutne wiersze w rodzaju “ptasi spiew jak placz, strumien smutno szemrze, dziekujemy przechodniu za zrozumienie naszego bolu” . Mysle, ze takie chunliany, takie memento mori, to wartosciowy sposob oswajania ludzi ze smiercia, obudowywania jej w kulturowe ramy, pokazywania, ze jest czyms tak zwyczajnym, jak drzwi do sasiedniego domu. No, ale nie mialo byc smetnie, mialo byc o Nowym Roku!

 No wiec zagladam ciekawie do swiatynki przytulonej do budynkow. Co ustawia mi calkowicie caly dzien. Pojawia sie usmiechnieta, wysoka kobieta w wieku okolo 60 lat, na glowie ma bialy kapelusz – znak rozpoznawczy kobiet narodowosci Bai, po tym, gdy wiekszosc z nich zarzucila noszenie bialych, puszystych koron. Zaczynamy rozmawiac o swiatynce, po czym pani Zhao – czyli owa osoba – niemal sila mnie ciagnie do siebie do domu, po drodze serdecznie zapraszajac do spedzenia Nopwego Roku razem z jej rodzina. Po chwili – mieszkaja tuz obok swiatynki – jestem juz w obsadzonym doniczkami z warzywami i ziolami podworzu. Na wprost wzdluz jednego ramienia podworka niewielki dom – ganek z czerwonymi kolumnami, pokoj centralny, dwa po bokach. Na drugim ramieniu ogrodu budynek kuchenny, kuchnia weglowa – w srodku krzata sie corka pani Zhao – gdy wchodze pozdrawia mnie jak starego znajomego. Corka pani Zhao przyjechala wraz z rodzina – mezem i 9 letnia coreczka z Kunmingu.  Poniewaz sie zmierzcha, za chwile rozpoczna sie obchody. Narodowosc Bai ma swoja wlasne, unikalne obrzedy. Obie kobiety przygotowaly juz cos dla bajskich obchodow naczelnego – pieczona swinska glowe, czy tam swinski ryj- zhutou 猪头. Zhutou ten ma smutne spojrzenie, ryj zastygniety jakby w niezrecznym usmieszku. Obok niego w misce jest tez swinski ogon. Zeby wszystko mialo poczatek i koniec – zeby kazdy z domownikow tak jak doswiadczyl poczatku tego roku – byl tez i swiadkiem jego zakonczenia. Zhutou, ogonek jak i ryba (wymawia sie tak samo jak dostatek – yu), tofu (fu - jak szczescie), ryz i 2 filizanki herbaty wynoszone sa przed wejscie i stawiane obok wielkich dymiacych kadzidel. Panie domu rozrzucaja swiezo sciete siano, na ktorym zaraz przyklekna. Herbata wylewana jest dla duchow, wszystkie ofiarne produkty ustawiano kolejno na wszystkie strony swiata, kobiety skladaja poklony.

DSC05418

Swinska glowa wjezdza z powrotem do domu – mozna juz jesc. Ryj je sie rekoma, miska stoi na ziemi. Pan domu “przeszukuje” ryj na okolicznosc smaczniejszych kaskow (policzek ryja jest w smaku zupelknie inny niz np. podniebienie), podtyka gosciom najlepsze kaski. Jak sie pozniej dowiem, to jedzenie rekoma, ta miska na ziemi, ma to wszystko bardzo gleboki sens. “Naszymi przodkami sa malpy” – tlumaczy mi pani Zhao, ktora w miedzyczasie prosi, by nazywac ja mama Zhao – “jedzac rekoma jestesmy jak nasi przodkowie, dopiero pozniej stajemy sie ludzmi” (i stad tez i to klekanie na sianie, ze to jeszcze nie cywilizacja). No wlasnie – podczas bajskiego Nowego Roku czlowiek nie tylko przypomina sobie o porzadku rzeczy, poczatkach i koncach, ktore napotyka we wlasnym zyciu, przypomina sobie takze, – niby banalna sprawa – ze bycie czlowiekeim jest procesem, stawaniem sie, nie jest dane raz na zawsze. Gdy juz sobie przypomnimy, nastepuje regularna kolacja wigilijna. Panie wnosza na stol goracy kociolek – huoguo - gotowany na szyszkach i galazkach sosnowych, ktore same uzbieraly w gorach. Kociolek jest gotowany na rosole z prosiaczego ryja, ma w srodku niebotyczna liczbe roznych warzyw – symbolizuja obfitosc i roznorodnosc rzeczy , ktore beda sie przytrafiac uczestnikom kolacji. Oczywiscie najpierw dwie miseczki dla duchow – rzucone w powietrze. Rodzina ta jest tak serdeczna, bezpretensjonalna i sympatyczna, ze czas mija blyskawicznie, rozmawiamy, pokazuje im zdjecia, ktore wlasnie przyslal na komorke moj tata (gora sniegu przy domu rodzicow, osniezony dach, swierki z czapami sniegu, moj niemaly przeciez pies wygladajacy przy haldzie sniegu jak szczurek), w telewizji Hu Jintao z gospodarska wizyta podajze w Wenchuan, tam gdzie bylo wielkie trzesienie. Tuz przed polnoca mama Zhao – zarliwa buddystka – wezmie kadzidla i pojdzie do pobliskiej swiatyni. Pomodli sie pewnie za swoja zmarla w tym roku matke – na drzwiach przykleila juz biale chunliany. Gdy tylko sie sciemnilo, rozpoczelo sie szalenstwo fajerwerkow – to, co chinski (takze i bajski)  lud wytacza na ulice z okazji Nowego Roku to nie tylko rakiety, ale pelny arsenal militarny. No wiec jest cos w rodzaju bazuk, granatow, sa dzialka szybkostrzelne. Wszystko w rekach podrostkow i dzieci. Lataja po waziutkich oswietlonych czerwonymi latarniami uliczkach i strzelaja tym do siebie. Choc ”moja” bajska rodzina usiluje mnie zmusic do nocowania u nich, czuje, ze to za duzo – dom jest niewielki, musi pomiescis 5 osob, jeszcze ja na dokladke, to juz troche za duzo. Na droge dostaje caly plecak walowki (przyda mi sie nastepnego dnia, gdy pojde do swiatyn w gorach), zostaje wysciskana, mama Zhao odporowadza mnie na skraj miasteczka, tam gdzie zaczyna sie zakurzona droga – teraz tonaca w czerwonych papierkach po ”strzelajacych bambusach”. Sciskami sie jak serdeczne przyjaciolki, zyczymy sobie wszystkiego co najlepszego w Tygrysim Roku, jest mi trudno rozstawac sie z ta prominiejaca dobrocia osoba.

Nie wiem jakim cudem Jianchuan – male, niemal calkowiecie zamieszkale przez ludnosc Bai, lezace w koncu na trasie pomiedzy dwoma hipercentrami turystycznymi - Dali a Lijiangiem – miasteczko, zdolalalo zachowac swoj charakter. Ja naprawde w ten Nowy Rok bylam chyba jedyna tusrytka w tym wspanialym miejscu. A co bedzie potem? Co sie stanie, gdy na drzwiach mamy Zhao  jeszcze dwa razy (oby jak najpozniej) pojawia sie biale chunliany? Corka mamy Zhao mieszka w Kunmingu, wyszla za Hana, jej coreczka – ku smutkowi bajskich dziadkow – nie mowi ani slowa po bajsku.   “U dziadkow jest ladnie i milo, szkoda tylko, ze  nie ma sie gdzie myc i nie ma ubikacji” – mowi mi mala meimei, wnuczka mamy Zhao. Faktycznie – jest milo i slicznie jak malo gdzie, ale wychodek jest 3 ulice dalej. Zeby sie wykapac, mieskzancy jezdza do pobliskich goracych zrodel. Wode do umycia rak trzeba grzac na weglu i nalewac do miednicy z termosu. Potem wylac w kwiatki. Przeciez nastepne pokolenia (a przy domach w Jianchuan stoja samochody z rejestracjami z Kunmingu – dzieci przyjechaly do rodzicow na swieta) juz tu nie wroca. Biale chunliany sa chyba niemal na co trzeich drzwiach. Co potem? Ogrodzenie “atrakcji”, przerobienie slicznych domow na kawiarenki, sprzedawanie biletow wstepu? Ja, korzystajac z okazji, zycze “mojej” bajskiej rodzinie, mieszkancom Jianchuan, jak i temu calemu wspanialemu miasteczku, aby jak najdluszej byli tacy, jak sa teraz.

DSC05442

P.S. Poniewaz na recepcyjnym komputerze zdjecia laduja sie jak z laski na ucieche, wkleje wiecej (miasteczko zasluguje na osobna galerie)  jak tylko dobiore sie do szybszego polaczenia (co predko nie nastapi, jak ze jutro z calymi gratami wspinam sie do skalnego…klasztoru)

15

02 2010

Homo viator sinensis i atak bzdury

Po przejechaniu 320 kilometrow w sumie w 12 godzin, po zatrzymaniu sie na 2 dni w miasteczku przy pograniczu wietnamsko-laotansko-chinskim (trojjezyczne napisy na sklepach, jak sie dowiedzialam bynajmniej nie dlatego, ze te trzy narody razem tam zyja, tylko dlatego ze latem narody pozostale przyjedzaja na gigantyczny festiwal, przy okazji zaopatrzajac sie w chinskie dobra), po kilkakrotnym zatrzymywaniu autobusow, ktorymi jechalam przez kilka patroli policyjnych przycupnietych za kurniczkiem przy stoliczku (Birma, Birma! prochy!):

DSC03982

… po przejechaniu nastepnych 180 kilometrow w 8 godzin (calkowicie zerwana nawierzchnia gorskiej drogi, koparki ryja gory zeby poszerzyc droge, nieraz trzeba bylo czekac godzine, zeby zepchnely ziemie do wawozu, to ponizej to nie pustynia Gobi, tylko yunnanska droga):

DSC04113

… jednym slowem po ciezkej podrozy dotalam do regionu zwanego Xishuangbanna. Ta nazwa dlatego brzmi srednio chinsko, ze jest kalka fonetyczna z jezyka dajskiego (czyli jezyka 傣族 daizu, czyli ludu Dai) zamieszkujacego region. Pierwsze miejsce z regionu, do jakiego dotarlam to miasteczko, ktore choc ma tylko 3 ulice, to jednak ma tez najwiekszy w Chinach ogrod botaniczny roslin tropikalnych. Przechodzi sie mostem podwieszanym doplyw Mekongu (na zdjeciu ow doplyw)

DSC04252zeby znalezc sie w olbrzymim, wypielegnowanym ogrodzie, gdzie rosna cuda jak z innego swiata. Poszlam z samego rana, gdy jeszcze mgla sie nie podniosla. Wyjawszy to,  ze z zza krzaka (przeegzotycznego) leciala skrycie Sonata Ksiezycowa, to bylam zachwycona ogromem dziela, pajeczynami wielkosci, ksztaltu i gestosci siatki na zakupy, mnogoscia kwiatow, owocow no i calym natlokiem przyrody. No bo np. taki listek ponizej,  dla lepszego oddania skali, na listku polozony jest paszport Rzeczpospolitej Polskiej:

DSC04325

No wiec bylo milo, dopoki nie pojawil sie gatunek niezwykly, acz coraz szczerzej rozpowszechniony – chinski turysta (homo viator sinensis ):

DSC04360

DSC04339

 Chinski turysta wystepuje gromadnie, przemieszcza sie w stadach od kilku do kilkunastu osobnikow. Gatunek ten wybiera czesto srodek transportu jakim jest bialy meleks-autobusik. Dzwiek jaki towarzyszy pojawieniu sie stada tego gatunku to glos znieksztalcony tubo-megafonem. Chinski turysta ma tez przy sobie szczegolna bron, przy pomocy ktorej poluje na ladne obrazki – aparat fotograficzny wielkosci wiadra. Gdy osobnik alfa wyda ryk bojowy, np. “aaa, motylek na kwiatkuuu!!”, stado galopem udaje sie w kierunku  wskazanym przez przewodnika stada, z broni zas padaja szybkie strzaly migawki (motylek ucieka w panice, zostaje sam kwiatek).

Chinski turysta nie zamieszkuje zwyklych hotelikow – te sa dobre dla robotnikow. Chinski turysta w rzeczonym miasteczku juz niebawem zamieszka w ociekajacym zlotem, pseudotajskim hotelu nad brzegiem rzeki (na wykonczeniu). Tam bedzie mogl wybierac do woli w zachodach i wschodach slonca nad rzeka – robic zdjecia zachodu slonca swietlistego, ale z cieniami, wschodu troche z mgla, ale nie bardzo, miec kontrole nad chmurami, zeby mialy ksztalt ten, co ladnie wychodzi na zdjeciach etc. 

Pojawienie sie stad gatunku homo viator sinensis u innych gatunkow powoduje natychmiastowa chec ucieczki z zawladnietego przez chinskiego turyste ekosystemu. Nie inaczej tez bylo ze mna. Wymknelam sie z ogrodu i jelam zastanawiac sie, gdzie by tu konstruktywnie uciec. Ze (zdradziecka, jak sie pozniej okazalo) pomoca przyszly mi przewodniki – Lonely Planet i przewodnik chinski. Oba jednoznacznie wskazaly na miejsce o niewinnej nazwie “Dolina Lasu Deszczowego” – jako “niewielki ale doskonale zachowany fragment - cos takiego, niespodzianka- lasu deszczowego”. Niewielki, ale doskonale zachowany fragment lasu deszczowego okazal sie wyjatkowo dobrze zachowanym kawalkiem bzdury tak strasznej, kitu tak zenujacego,  ze problemem nie bylo juz nawet, jak to zwykle przy ataku ze strony bzdury bywa, smiac sie czy plakac, ale jak (i dokad??) uciec.

Ze cos  durnego sie swieci, dotarlo do mnie juz na wstepie (niestety juz po zaplaceniu za bilet jak Cygan za matke albo za kogo tam). Dajska przewodniczka (akcent arcyciekawy, tyle ze trudny do zrozumienia, slychac, ze jezyk dajski jest nie tylko jezykiem tonalnym, ale ma tych tonow mnostwo, a najpewniej jeszcze – podobnie jak tajski – i rejestry, co owocuje swoistym “plumkaniem” gdy taki native speaker gada po mandarynsku) wyjawia mi z tajemnicza mina, ze w Dolinie Lasu Deszczowego zyje plemie, ktore nie mowi po mandarynsku (no, takich plemion to ja moge wskazac na peczki nawet bez biletu za 120 kuajow) i trzeba je, znaczy to plemie, pozdrawiac wnoszac do gory  piesc i krzyczac “hu-ha”. Kazala mi przecwiczyc na trzy-cztery. Potem moja blada geba zostaje pomalowana jakims mazidlem, a potem to juz bzdura jela przyrastac w tempie geometrycznym. Nad naszymi glowami przelatuja na lianach ucharakteryzowani na dzikich mlodziency (wiadomo najlepiej wychodzi sie “na dziko” po rozczochraniu i usmarowaniu policzkow sadza). Za jedyne 10 kuajow zostaje zmuszona do zalozenia wianka i chodzenia za raczke z “plemieniem” zawodzacym smetna piesn (pewnie spiewaja “dalej razem, wszyscy spolem, chodzimy z turysta-matolem”, albo cos w tym stylu), wszedzie leza pomalowane czerwonym sprayem krowie czaszki, bo “krowa to ich totem” (i tak sie wala??). Kiedy zostaje usadzona w lesnym amfiteatrze w celu ogladania “tancow plemiennych”, obok mnie siada, w celu przysporzenia mi egzotycznych doznan, rozczochrany mlodzieniec w barwach wojennych (pewnie po pracy zaraz zmyje, no bo jak tak pojdzie do kafejki internetowej?) i klaszcze – dla wiekszej dzikosci i egzotyki – stopami (szkoda, ze nie uszami za to bym jeszcze doplacila chetnie z 50 kuajow) . Siedze chwile, po czym zwyczajnie nie wytrzymuje, wymawiam sie, ze droga daleka, a przed zmrokiem musze do miasteczka wrocic i zwiewam…Katem oka widze jeszcze tylko, ze za mna siedza, czekajac na wystepy, osoby o minach miejskich wyksztalciuchow, na miejskich glowach maja wianki, w rekach te swoje aparaty wielkosci miski i gladko lykaja te bzdury, ktore serwuja im “dzicy” swa dzikoscia i przewodniczki swa mowa. Coz, gdzie w gre wchodzi mozliwosc poplawienia sie w dumie z wlasnego “cywilizowania”, “postepu”, sposobnosc obejrzenia wlasnej cywilizowanej postaci w oczach i na tle “dzikiego”, tam chwilowo zostaje zawieszony chinski uniwersalizm roznych “rozwojow”, “cywilizowan”,  “harmonii spolecznych”, “naukowych podstaw”. Zapomina sie, ze tymi wszystkmi dobrodziejstwami powinien zostac objety takze i ten usmarowany sadza, klaszczacy stopami blizni. Ja nie wytrzymuje i pytam wracajac (uciekajac?) do wyjscia, co wsrod “dzikich” z obowiazkiem szkolnym. Przewodniczka na to gladko: “Rzad chcial ich edukowac, ale oni sie nie zgadzaja na edukacje”. No wiec przestaje zadawac glupie pytania i zwiewam ostatecznie.

Dodam tylko tyle, ze po tych upokorzajacych zdarzeniach i ogolnym przygnebieniu spowodowanym wpadnieciem ze swiata tarasowych pol do swiata piramidalnej bzdury, oraz po kolejnych paru godzinach jazdy, udalo mi sie wreszcie wyrwac w miejsce piekne i sympatyczne. Jestem pare kilometrow od birmanskiej granicy. Jezdze wyjatkowo antycznym rowerem po dajskich wsiach – dookola drzewa kauczukowe, we wsiach drewnane domy na palach, hinajanistyczne swiatynie, stupy z odpadajaca pozlotka, przy nich zlozone jak trzeba ofiary, nastoletni mnisi w pomaranczowych szatach i adidasach robia sobie proce… Gatunek chinski turysta jakos tu nie wystepuje. Za malo cywilizowanie zeby zaszpanowac byciem tutaj, za bardzo cywilizowanie, zeby kontynuowac rozkosze przegladania sie w oczach dzikiego. Dla mnie w sam raz – ale o tym nastepnym razem. Dzis po wczorajszej calodziennej jezdzie moim “dziadkowym” rowerem z trudem moge przybrac pozycje siedzaca.

07

02 2010

Dolina tarasow 2

Z bolem serca wyjezdzam z doliny. Dzis na odchodne polazilam sobie jeszcze troche po okolicy. Poszlam do wioski widocznej z mojego okna. Ech, przez doline wydawalo sie blisko. Tylko ze nie leci sie na przekroj doliny w powietrzu. Do wioski prowadzi jedynie droga piesza, a najwiekszy uczestnicy ruchu jacy sie na niej zmieszcza (i to tylko do pola za wioska) to bawoly wodne:DSC03896

Dalej tylko stroma sciezka wsrod bambusow:

 

DSC03830

Chatki z gliny nie wypalanej – podrapalam sciane i zostala mi glina w reku, dziury pomiedzy takimi cegielkami na przestrzal, wlasciwie to bardziej azur niz sciany. Az strach pomyslec, co by tu bylo, gdyby bylo trzesienie ziemi.

DSC03862

DSC03886

Gdy wracam na tej samej sciezce pod kepa bambusow (ech, dopiero tutaj zrozumialam w pelni, dlaczego mowi sie, ze bambus sie smieje: w tej idealnej ciszy gdy uslyszlam ten dzwiek az podkoczylam, zupelnie jakby ktos za mna byl - a tam tylko kempa bambusow, przy wietrze jeden o drugi uderza i trze i tak wydaje ten niesamowity smiejacy sie dzwiek) siedzi 5 kobiet ludu Yi i wyszywa te swoje cuda. Pytam, czy moge zrobic im zdjecie. Odpowiedz otrzymuje juz w jezyku lokalnym, bo okazuje sie, ze zadna z nich nie mowi po mandarynsku, jedna tylko, nieco mlodsza od reszty (ok 35 lat) wplata pojedyncze slowa i w ten sposob zaczynamy “rozmawiac” (swoja droga jak widze na wioskowych szkolach te napisy: “请说普通话” –  prosze mowic po mandarynsku, to wydaje mi sie ze rownie dobrze mogloby by tam byc “prosze mowic po marsjansku”).

Czasem tak to bywa, ze ludzie nie maja wspolnego jezyka a i tak jakos mozna sie porozumiec lepiej niz niektorymi, co sie z nimi na jedynych czytankach wyroslo. Najstarsza z kobiet klepie reka ziemie obok siebie, bierze mnie za reke (jej reka jest twarda jak nieobrobione drewno) i tak laduje pod bambusami z wyszywajacymi kobietami plemienia Yi.  Zagladaja w moj aparat, smieja sie, po czym jedna zdejmuje wyszywana bluze, druga pas – pawi ogon, trzecia chuste, ustrajaja mnie, smieja sie, klaszcza w dlonie z uciechy, biora w chropowate rece aparat i robia (krzywe) zdjecia. Poniewaz wygladam w tych strojach jak kompletne 傻子, przeto z szacunku do Czytelnika daruje sobie wklejanie.

W kazdym razie jak patrze na te mile kobiety, to przypominam sobie napis na murze, ktory widzialam w ich wiosce: “kobiety nie chca wychodzic za maz za analfabetow”. Ech ciekawe czy oprocz dzieci i osoby o ktorej za chwile, jest w wiosce ktos (mniejsza czy kobieta, czy mezczyzna) kto pofrafi przeczytac ten napis.

Dalej wracam do miasteczka z czworka mieszkancow wioski. Osoby te sa niejako modelowym wcieleniem tego, o czym pisalam wczoraj o tutejszych kobietach i mezczyznach. No wiec ida: mloda dziewczyna z dzieckiem na plecach (pawi ogon, piekne wyszywania, mowi po madarynsku lepiej niz tutejsi Hanowie, choc akurat ta ostatnia cecha jest absolutnie atypowa), jej mlody maz i rodzice dziewczyny. Gdy pytam sie mlodej mamy, jak dziecie (4 miesiace) ma na imie, dziewczyna sie usmiecha i mowi “a, to po prostu nasz maly skarb – 那就是我们小宝宝”. Zastanawiam sie, czy u nich tez jest tak, ze unika sie wymawiania imienia dziecka (jesli jakies juz ma), albo tez nadawania mu “doroslego” imienia, zeby zle duchy nie zwrocily na nie uwagi.  No wiec tak: starsza kobieta ubrana w tradycyjny stroj dzwiga wielki kosz blizej nieokreslonych dobr. Mlodsza - wspomniane dziecko. Ojciec rodziny nie niesie nic, ubrany jest w spodnie od zniszczonego garnituru i kurtke, pali papierosa (troche mowi po madarynsku np. “my tu jestesmy bardzo zacofani, nie?” gdy grzecznie protestuje, ze gory, ze trudnosci, on na to: ” a co tam gadac, jestesmy wyjatkowo zacofani i tyle”. Mlodszy – ojciec “malego skarbu” ma pofarbowane obciete asymetrycznie wlosy, fioletowa bazarowa bluze ze srebrna nitka i kolczyk w uchu. Oczywiscie nie niesie nic.

Szkoda mi opuszczac to miesjce. Tym bardziej, ze wiem, ze jesli tu kiedykolwiek jeszcze przyjade ( a chcialabym zobaczyc jesien, wtedy zamiast malych jeziorek beda zolte dywany ryzu) bedzie to w kazdym razie cos zupelnie innego. Czy uda sie znalezc model tzw. rozwoju dla tego miejsca bez zamiany go w skansen i czy - przede wszystkim – ktorejkolwiek ze stron bedzie na tym zalezalo – nie wiem. Przed jedna z wiosek stoi brama powitalna a na niej dwa napisy: “Lud Hani i partia reka w reke w walce o rozwoj i harmonie spoleczna na wsi” i drugi: “z calej sily walczymy o relatywny dobrobyt (小康)”. Nie wiem, jak te hasla-wytrychy oficjalnego dyskursu stosowane wszedzie jak leci w calych Chinach maja sie do rzeczywistych wyzwan stojacych przed dolina i jej mieszkancami. Boje sie, ze totalizujace “rozwoj”, “relatywny dobrobyt” i “harmonia” przybiora tu postac skansenizacji, modelu w Chinach zdecydowanie najpopularniejszego i stosowanego niemal automatycznie  w odniesieniu o wszelkie “tradycje”. I zalosne i przygnebiajace sceny, ktore widzialam np. w Egipicie, gdzie mieszkancy “beduinskiej wioski” widzac pyl wnoszony na pustyni przez quady turystow beda szybko przykrywac ludowymi kapami telewizory (nie zrozumcie zle, nie to, ze mysle, ze “nie powinni” ogladac czego im sie zywnie podoba) i rzucac sie do “tradycyjnych”, niepotrzebnych juz nikomu zajec, beda mialy miejsce i tutaj. Na wszelki wypadek na koniec posta, kilka zdjec tego, co jest teraz, jakkolwiek by to nazwac:

wybieranie welny na chusty

DSC03735

DSC03773

Zdjecie powyzej – nie znam sie na strojach ludowych, ale wydaje mi sie, ze ta osoba nalezy do grupy nazywanej w Wietnamie Czarnymi Hmongami (tutaj uznawanych za podgrupie ludu Miao). We wsi:

DSC03847

DSC03868Na polu (nadal z “pawimi ogonami” charakterystycznymi dla Yi):

DSC03819

 tarasy:

DSC03233

DSC03386

01

02 2010

Dolina tarasow

Od trzech dni siedze w malym gorskim miasteczku, co paradoksalnie oznacza duzo lepszy dostep do internetu niz w Kunmingu. Jazda trwala 7 godzin, a to co za oknem robilo przygnebiajace wrazenie. Dookola rozciagaly sie widoki cechujace sie roznym stopniem zdewastowania i wyjalowienia. Cale szczescie ze w autobusie bylo ciekawiej. Sklad osobowy stanowili  niemal wylacznie mieszkancy doliny + 3 laowaje. Te dwa pozostale jeszcze dziwaczniejsze, bo Australijka, jak sama przyznala, nie ma domu i wszyskie rzeczy ma ze soba, a drugi laowaj to Francuz, co oznacza ni mniej nie wiecej, ze zdecydowal sie na opuszczenie najlepszego, najwspanialszego naj, naj naj kraju, czyli Francji, czyli ze nie jest typowy. No ale mniejsza z nimi. 7 godzin konwersacji z pasazerami dalo mi niezly wglad w to, jakim tu sie chinskim mowi. Wspolpasazerowie dwoili sie i troili zeby mowic standardowym madrarynskim i juz po jakiejs godzinie zaczelismy osiagac porozumienie niezbedne do prowadzenia konwersacji. A raczej sesji pytan i odpowiedzi.

pasazerowie: u was sie grzebie czy kremuje?

ja: raczej grzebie

pasazerowie: a wykopuje sie po roku?

ja: nie

pasazerowie ( z mina “no tak, to jednak barbarzyncy”): czyli jak juz pogrzebiecie to juz was zmarly nie obchodzi?

ja: tlumacze, ze my tez mamy takie qingmingjie jak u nich, tylko kiedy idziej, ze palimy swieczki, kwiatki kupujemy

pasazerowie: uspokojeni, mozemy rozmawiac dalej.

Jazda dala mi tez niezly wzglad w tutejsze sposoby spedzania wolnego czasu. Wspolpasazer obok wiozl faje bambusowa wielkosci traby slonia i narzekal na bol glowy niewiadomego pochodzenia (niewiadomego, bo nie pamietal, co robil w Kunmingu ostatniego dnia pobytu).

No ale nic – szczegolnie degradacja za oknem – mnie nie przygotowalo na powalajace piekno tego miejsca. Owszem, widzialam w zyciu rozne pola tarasowe, zdjecia ogladalam, ale takiego poczucia przestrzeni, takiej trojwymiarowosci sie nie spodziewalam. Gdy wyslalam ojcu wlasnemu zrobione komorka na fali euforii zdjecie kilkusetmetrowego zbocza z tarasowymi polami myslal, ze to z samolotu.

Zdjec dam wiecej jak wywolam zdjecia z normalnego aparatu, na razie tylko kilka “malpek”:

DSC03213DSC03229DSC03318 DSC03352

DSC03347

DSC03540

Pierwsze dwa zdjecia (wschod slonca) z tarasiku dla turystow (na wschod slonca stawia sie okolo 30 osob,  Chinczykow, maja gigantyczne aparaty i wysokie wymagania: zeby slonce bylo na czerwono, zeby bylo 云海 “morze chmur” ale nie za duze, troche mgly bo to dodaje tajemniczosci, ale nie za duzo no i “odpowiednie” chmury etc.). Cala reszta z drogi, bo takie miejsca “z tarasikiem” staram sie mijac szerokim lukiem, po prostu tym razem ktos mi zaproponowal podwiezienie na miejsce atrakcji – czyli miejsca gdzie powinno sie obserwowac wschod slonca.

Narazie wystarczy doslownie zrobic jeden krok w bok drogi, aby swobodnie chodzic walami pomiedzy polami (jak labirynt, tylko w trzech wymiarach no i niezle cwiczenie na rownowage, raz oscylowalam w strone blota siedzeniem, raz twarza, ale skonczylo sie bezkolizyjnie), krazyc po tonacych w ciszy (no, poza odglosami odzwierzecymi)wioskach zamieszkalymi przez ktoras z tutejszych mniejszosci (ktore w przedstawianej tu dolinie sa wiekszoscia). Czasem tylko natrafia sie na znaczne (gabarytowo) przeszkody w ruchu:

DSC03274

Gdy w koncu zwierz oddala sie kolyszacym krokiem, oczom ukazuja sie np. takie widoki (w wioskach specjalnie nie fotografowalam, chyba ze nikogo nie bylo, albo nikt akurat nie patrzyl, wiec zdjec wioskowych nie mam duzo i nie sa specjalnie reprezentatywne):

DSC03593

DSC03034

DSC03596

W wioskach jest prad, ale nie jest za duzo uzywany, moze jedna zarowka na dom, woda biezaca jest na zewnatrz w postaci strumieni, toalety podobnie. Jako opal sluzy zbierani przez mieszkancow po gorach i noszony na plecach chrust i odchodzy zwierzat (na zdjeciu ponizej wlasnie sie susza)DSC03413

No ale oczywiscie najwazniejsi w tym wszystkim sa mieszkacy tych wsi i autorzy tarasow. Wioski sa zamieszkane przez trzy ludy: Hani, Dai i Yi. Niektore wioski sa wylacznie zamieszkane przez jedno “minzu” niektore przez kilka. Jest kilka wiosek gdzie mieszkaja Hanowie. Rozroznienie tych narodowosci nie nastrecza problemow, jako ze prawie dokladnie pol populacji kazdej z tych ludow nosi stroje etniczne. To pol populacji to po prostu jej kobiety (jako, ze moj snajperski obiektyw zostal w Polsce i przyjedzie do mnie wraz z rodzicem dopiero pod koniec marca, przeto zdjec ludziom tez specjalnie nie robie, chyba, ze nie widza, albo od tylu, ale tak sie sklada ze stroje tutejsze sa naprawde ladne od tylu…):

Lud Hani 哈尼族:

DSC03517

DSC03535DSC03052

Lud Yi 彝族:

DSC03045DSC03527Lud Dai 傣族:

DSC03037

Jak juz wspomnialam to kobiety stanowia sile pociagowa jesli chodzi o identyfkacje wizualna poszczegolnych ludow. Gdy wczoraj jechalam lokalnym transportem (trzykolowka ucharakteryzwana na samochod) pochwalilam piekno stroju prowadzacej pojazd dziewczyny (lud Yi). Byl rzeczywiscie piekny, czewony z “pawim ogonem”, dzowneczkami, srebrnymi aplikacjami. Kompletny tylko bez chusty, bo niewygodnie prowadzic. No wiec chwale, a ona na to, ze jej bardziej sie podoba stroj normalny i dodala z westchnieniem “ale nam nie pasuje”.

Faceci starsi ubieraja sie po roboczemu i wygladaja, gdy tak ida razem z kobietami, jak z innego swiata:

DSC03570

Mlodsi mezczyzni i nastolatki to z kolei pokaz farbowanych wlosow, fikusnych jeansow i innej meskiej proznosci.

Ogolnie to trudno oprzec sie wrazeniu, ze kobiety stanowia sile pociagowa tutejszych minzu takze w wielu inych znaczeniach. Powszechnym widokiem sa kobiety powyzszych ludow (drobniutkie, postura 13-latki) noszace cegly (slupek dlugosci i szerokosci wiekszej niz plecy), kamienie, pracujace przy reperowaniu drog. Oczywiscie wszystko nadal w strojach etnicznych:

DSC03049 A faceci? Fajka wielkosci traby slonia, ktora wiozl z Kungmingu moj wspolpasazer, to tutaj rzecz powszechna. Mezczyzn, przewaznie starszych, absolutnie pochlnietych jej paleniem mozna spotkac na wsiach…

DSC03044

…i w srodku pola (tez mam zdjecie, ale jakos nie moge w tej chwili znalezc). Mlodsi faceci zajeci sa eksponowaniem fryzur i jeansow – najlepiej robi sie to siedzac calymi tabunami na drodze laczacej wioski na motorach i stukajac w komorki. To wszystko + wielkie ilosci sprzedawanego w wioskowych sklepikach alkoholu nie nastraja optymistycznie, jesli chodzi o przyszlosc rzeczonych minzu. Choc patrzac na te wszystkie olsniewajace kolorami i haftami stroje, widzac mlode energiczne kobiety i supersilne, choc drobniutenkie starsze, moze sie wydawac, ze tutejsze minzu przezywaja rozkwit (do tego na wiekszosci odzianych w barwne stroje plecach, jesli akurat nie ma na nich chrustu, cegiel, kosza z warzywami jest haftowane zawiniatko z niemowlakiem), to jednak schylek wisi w powietrzu. A jesli nie schylek to “wuzhenizacja” (od wioski Wuzhen calkowicie odtworzonej na obraz i podobientwo marzen turystow z Szanghaju, o ktorej pisalam w pazdzierniku). Na razie tarasow widokowych, ktore ”uturystyczniaja” piekne widoki jest chyba 3 (a widokow tysiace, wystarczy tylko zejsc i to nawet nie bardzo z glownej drogi). Rok temu zrobiono tez droge i wprowadzono “posterunek” koszacy bilety (na razie dziala tylko w porach najbardziej pozadanych przez chinskiego turyste – przy wschodzie slonca i jego zachodzie).

Wraz z gwaltownym rozwojem turystyki wewnetrznej przed tarasami niby rozciaga sie niezla przyszlosc biznesowa. Ludy zamieszujacy doline byc moze juz za pare lat moglyby zyc z samych biletow wstpeu. Jest tylko jeden problem: Wuzhen nawet bez mieszkancow bylo “ladne”. Ale tutaj, bez codziennej skrajnie ciezkiej pracy mieszkancow, ciaganace sie kilometrami wzdluz doliny (i w jej gore) tarasy, zmienia sie w zwykle zdewastowane zbocza gor, w niczym nie przypominajace ogrodu, ktorym sa teraz. Beda dokladnie takie, jak te wszystkie lyse zbocza ktore mijalam podczas jazdy autobusem.

01

02 2010

Kunming – obserwacja uczestniczaca

Po locie, podczas ktorego uraczono pasazerow lzawym filmem o zeszlorocznym trzesieniu ziemi (dialogi w rodzaju: dziecko uwiezione od gruzami do zolnieza Armi Ludowo-Wyzwolenczej: “Wujku PLA, wiedzialem ze po mne przyjdziecie”, wujek PLA: “Jestes najdzielniejszym dzieckiem na swiecie”, po czym zaslania dziecko wlasnym cialem przed walacym sie sufitem, albo oficer do rzeczonych PLA stojac na gruzach: “kiedy ratowalismy podczas trzesienia ziemi w 1976 mielismy tylko lopaty i wlasne rece, teraz dzieki Reformom i Otwarciu mamy ten nowoczesny sprzet”) zladowalam w Kunmingu. Wczesnej jeszcze tylko samolot ladujac wszedl w zlosliwie tkwiacy posrod pieknej pogody maly front burzowy, ktory spowodowal wyjatkowo ciekawe turbulencje,  pasazerowie jeli jak jeden maz wydawac odglosy gorsze niz najgosza nawet burza, zuzywajac przy tym caly zapas ”torebek czystosci”.

Najciekawszym elementem Kunmingu sa niewatpliwie sami Kunmingczycy. Jest to tak ewidentne, ze po krotkich obserwacjach wstepnych, postanowilam zarzucic tzw. zwiedzanie (nie to, ze kiedykolwiek mialam je specjalnie w planach) i poswiecic sie calkowicie obserwacji uczestniczacej populacji miasta Kunming. Obserwacja uczestniczaca populacji miasta Kunming to wyjatkowo mile i relaksujace zajecie. Jak sama nazwa wskazuje, zaklada uczestniczenie w tym, co robia sami badani. A juz wstepny etap badania wykazal, ze zajmuja sie oni glownie:

1. Graniem w karty:

DSC02558

2. Graniem w go

DSC02789

3. Graniem w blizej niezidentyfikowane gry:

DSC02758

DSC02570

4. graniem w madzonga:

DSC02769

5. Puszczaniem latawcow (wymaga to jak widac zaawansowanego technicznie sprzetu)

DSC02543

6. Wyprowadzaniem ptakow na spacer (wynosi sie klatke z ptakiem spiewajacym, ptak spiewa, sie slucha)

DSC02573

7. Lowieniem zlotych rybek i ponownym ich wypuszczaniu do wody:

DSC02620

8. Piastowaniem dzieci:

DSC02503

9. Paleniem cholera wie czego  (gwoli sprawiedliwosci nalezy zaznaczyc, ze to mniejszosc)

DSC02627

10. czytaniem gazet:

DSC02560

DSC02795

11. siedzeniem godzinami w plenerowej herbaciarni, siorbaniem, dolewaniem sobie wody z 3 litrowego termosika. Czynnosci te moga byc laczone z dowolnymi (no moze z wyjatkiem puszczania latawcow) czynnosciami z listy powyzej.

Poniewaz nie mam latawca, ptaka w klatce, nie pale, nie umiem grac doslownie w nic, pozostalo mi siedzenie i picie herbaty, oberwacja skaczacyh po plenerowej herbaciarni wiewiorek, podsluchiwanie okolicznych rozmow (“cos malo dzis wiewiorek”, “faktycznie” etc.), masaz uliczny dokonywany przez niewidomego masazyste i granie w gry (pozornie) proste, np. rzucanie pilka do piramidy z puszek (mozna bylo zgarnac 200 kuajow za przewrocenie piramidy, zagralam na zasadzie “glupi to ma zawsze szczescie” ale nic nie wygralam) .

Obserwacja nie miala charakteru ilosciowego, bo po kilku godzinach spedzonym na takim zyciu odechciewa sie wszelkich zaawansowanych operacji myslowych. Kunmingowi jestem winna jeszcze conajmniej jeden wpis – architektoniczny, ale, jako, ze jedyna kafejka internetowa, jaka tu znalazlam wymaga jakiejs specjalnej karty internetowo-dozorujacej, ktorej rzecz jasna nie mam (ja: “to moze Wam pokaze moj paszport i bedzie ok?”, oni: “tak to dzis nie, jutro”. No tak, manana dobrze sie wpisuje w krajobraz) a w schronisku (backpackerskie piekielko, tak mi sie jakos zarezerwowalo,  mam nadzieje, ze na dalszej trasie uda mi sie uniknac takich miejsc) trzeba pisac na stojaco, to wszystko to, wraz z przedpotopowa predkoscia schroniskowego komputera (kto z komentujacych pisal, ze tu nawet komputery chodza wolniej?) sprawia, ze sie odechciewa. Kolejnego wpisu naleznego Kunmingowi dokonam wiec juz w kolejnym miejscu (jak znam zycie, tam bedzie z internetem latwiej) do ktorego udam sie jutro – beda to wioski z tarasowymi polami ryzowymi jakies 70 km od granicy wietnamskiej (V. oczywiscie, ze pomacham w strone Yuenanu!)

28

01 2010