Zielona trawa i skrawek sztandaru krwią farbowany
Ponieważ w tej chwili korzystanie ze stron internetowych z domenami niechińskimi przypomina partyzantkę w gęstym lesie, moje życie stanęło na głowie. Mail w 98% próbach zalogowania nie chodzi, a jako, że mam ostatnio trochę waznych spraw na głowie, to mój tata z Polski monitoruje moją skrzynkę i jak pojawi się tam jakaś ważna wiadomośc, to dzwoni i relacjonuje mi ustnie, co było w mailu. Ponieważ, jako, że Go0gle też nie działa, wyszukanie informacji, których wyszukanie powinno zająć nie więcej niż 3 minuty, zajmuje teraz godziny (Baidu, najpopularniejsza przeglądarka Chin radzi sobie z wszystkimi innymi, poza chińskim, językami jak ryba z haftem). Nawet nie mogę się dowiedzieć, czy w innych stronach Chin jest podobnie, no bo….nie moge się przecież dostać do informacji. Na razie wiem, że w niektórych dzielnicach Pekinu jest tak samo. Ponieważ zalogowanie się na bloga graniczy z cudem, a ja potrzebę pisania bloga mam taką, jak zawsze, robię sobie notatki w Wordzie. Jeśli Miły Czytelnik widzi ten wpis, znaczy, że udało mi się po kilku dniach prób wstrzelić w okienko, podczas którego da się wejśc na bloga. A oto i wpis:
Deszcze nie padał od 8 miesięcy. Gdy wreszcie spadł, dla ZFY były to dwa pracowite dni. ZFY była zajęta ratowaniem dżdżownic. Zdejmuje kapelusz, poprawia tradycyjną wyszywaną bluzkę na kołeczki i grube okulary (naczytała się chińskich klasyków). „Przepraszam, nie miałam czasu, byłam zajęta ratowaniem dżdżownic” – mówi tonem, jakby mówiła „przepraszam, byłam zajęta przygotowywaniem nowego konspektu”, a słuchającym wydaje się, że się przesłyszeli, że słowo „dżdżownica”wcale nie padło.
Bo jest tak: po deszczu dżdżownice wychodzą z ziemi i poruszają się po powierzchni napawając się świeżą wilgocią. W normalnych warunkach dżdżownica połazi, połazi i wraca z powrotem do dziurki, którą wylazła. Zawsze do tej, którą wylazła. Tak jest w normalnych, naturalnych warunkach. W mieście dżdżownica wykopuje się na powierzchnię, idzie, idzie i trafia na chodnik i ginie pod nogami pieszych, kołami rowerów, trójkołówek, skuterów i innych. ZFY chodzi ostrożnie wzdłuż chodnika, kapelusz, długie czarne włosy, bluzka na kołeczki, schyla się, bierze w palce dżdżownice i przenosi na trawnik. „Nie brzydzi się pani?” – pyta starszy pan w parku, gdzie działa ZFY, „ja bym nawet butem nie dotknął”. „A co tu się brzydzić?” – odpowiada ZFY – „stworzenie jak każde inne”. Ale potem ZFY przypomina sobie, że przecież dżdżownica musi znaleźć dziurkę, z której wylazła, inaczej nie wejdzie, nie wróci do siebie. „No, ale jak ja mam tę dziurkę znaleźć? To zupełnie niemożliwe”. Wyszukuje w internecie hasło „pomagać dżdżownicom po deszczu” i znajduje rozwiązane, trochę wymuszone, nienaturalne, ale zawsze rozwiązanie. Następnego dnia wyrusza do parku uzbrojona w pałeczki. „Po co idziesz do parku z pałeczkami?” pyta się mąż, ale w sumie przywykł już do tego, że ZFY ma oryginalne pomysły. Teść nie mówi nic, bo wie, że ZFY i tak mu nie odpowie, tak jak i wtedy, gdy teść zaczepia, podchodzi i krąży, bo chciałby rozpętać kłótnię o to, czy „tylko Renmin Ribao mówi prawdę” i czy „najazd na Libię jest zbrodnią zachodnich mocarstw” a ZFY nie odpowiada nic, bo wystarczy już tych nieprowadzących do niczego kłótni. ZFY idzie do parku, zabiera dżdżownicę po dżdżownicy z chodnika, idzie na trawnik, robi pałeczką dziurkę w ziemi i wkłada tam dżdżownice. „A jeśli włożyła ją Pani odwrotnie, głową czy tam co ona tam ma do góry, a ogonem do dołu, to jak ma się wkęcić?” – pytam podstępnie acz ostrożnie. „Oglądałam zdjęcia, da się odróżnić, gdzie ma głowę, poza tym, jak na początku wkładałam przez pomyłkę głową do góry, to zaczynała się wyginać i usiłowała się wydostać” – odpowiada ZFY.
Dżdżownice ratować trzeba, inaczej, pozbawione naskórka, gdy tylko wyschnie woda, też zaczynają wysychać, nie mogą się poruszać, zjadają je wtedy żywcem mrówki i ślimaki. Cierpią, co za straszna śmierć. ZFY chce ocalić je od cierpienia, bo jako dobra buddystka chce zmniejszyć pulę cierpienia na świecie. Tego też ZFY uczy 8-letnią córkę. Trochę spóźniły się do szkoły, bo znowu spadł deszcz i ratowały te dżdżownice, ale gdy córka napisała o tym w wypracowaniu, pani ją pochwaliła.
ZFY jest żarliwą buddystką, mało co je, mało śpi, każdą chwilę wykorzystuje na wypowiadanie imienia Buddy. „To jak Lei Feng” – mówi – „on też każdą chwilę wykorzystywał na studiowanie książek Przewodniczącego Mao”. ZFY jest członkiem Partii. ZFY nie powie nigdy “Mao Zedong”, tylko właśnie Przewodniczący Mao i słychać w jej głosie szacunek. Czasem zdarza jej powiedzieć „Ech, Przewodniczący Mao to był romantykiem”, a mówi to z dobrotliwym uśmiechem, gdy rozmowa schodzi na tematy typu „Wielki Skok”, czy próby zastąpienia jej ukochanych chińskich znaków pinyinem. ZFY z zatroskaniem przygląda się degradacji kultury po reformach Denga. Zniknął duch znojów i prostoty – 艰苦朴素精神, przyszła rywalizacja i niezgoda.
Wczoraj, gdy 8-letnia córka przyszła do niej i spytała: „pani w szkole powiedziała, że pionierska, czerwona chusta, którą mamy nosić, jest kawałkiem czerwonego sztandaru i jest farbowana ludzką krwią, czy to znaczy, że ktoś cierpiał i musiał zginąć, że kogoś zabili?” ZFY roześmiała się, pogłaskała córkę po głowie i odpowiedziała: „to taka przenośnia, żebyśmy pamiętali, że abyśmy mogli mieć Nowe Chiny, musiało poświęcić się bardzo wielu ludzi”. „To czy to znaczy, że tak naprawdę nie ma takich farbowanych ludzką krwią sztandarów?”. ZFY odpowiedziała na to: „jest jeden taki sztandar”. „Gdzie jest?” – pyta córka. „Na Placu Tiananmen”. „I tylko tam?” „Tak, tylko tam”.
















































